44. O rewolucjach kuchennych

            Postanowiłam nie szukać odpowiedzi w damskich łazienkach ani w niezbyt czystych lustrach (choć nie powinnam narzekać, w końcu były czyszczone przez biedne, pracujące niewolniczo skrzaty; gdybym ja musiała pracować niewolniczo, to na pewno bym się nie starała), ale w miejscu dużo bardziej przytulnym i lepiej pachnącym. Tak też – kilka dni później, ale nie mniej zmartwiona ostatnimi wydarzeniami – wylądowałam na kanapie w pokoju wspólnym, otoczona lewym ramieniem Syriusza.
Syriusz był tego dnia wyjątkowo milczący.
Spojrzałam na niego smętnie. W porządku, nie powinnam, bo w końcu było mi wygodnie, miło i ciepło, ale ciągle prześladowała mnie ta rozmowa, którą odbyłam w sowiarni. Dusiła, nie pozwalała w nocy spać, odbierała tlen i uniemożliwiała koncentrację podczas jedzenia, w wyniku czego moje tosty latały po całej Wielkiej Sali. Byłam tym już zmęczona (i głodna, bo z powodu wstydu zaczęłam unikać posiłków).
– Myślisz, że jestem hipokrytką? – zapytałam nagle, jakbym wcale nie myślała o tym od kilku dni i nie formułowała tego pytania przynajmniej od kwadransa.
– Czym? – spytał.
– Hipokrytką – powtórzyłam. – No wiesz, kimś, kogo zachowania są sprzeczne z poglądami albo wybiórczo sprzeczne i w ogóle. Czy jestem nieszczera w tym, co robię i w co wierzę? – wyjaśniłam. W porządku, zdziwiło mnie, że nie znał tego słowa, ale w końcu nie kochałam go za jego intelekt, ale za całą resztę.
– A czy wciąż uważasz, że należy tępić klasy wyższe?
Przełknęłam głośno ślinę. Słowo daję, to była najtrudniejsza rozmowa, jaką mogłam sobie wyobrazić – a wyobrażałam sobie już wiele trudnych rozmów (do których bym się nie przyznała), w tym kłótnie o liczbę dzieci, kolor drzwi wejściowych do domu czy rasę psa, który będzie biegał po ogródku. To było trudniejsze nawet od wszystkich rozmów już odbytych.
– Ja… – zaczęłam, jakby w nadziei, że słowa same się posypią, kiedy tylko otworzę usta. Nic z tego.
– Najpierw może odpowiedz sobie na to pytanie, dobrze? A potem proś mnie o rozwiązywanie swoich dylematów.
Mężczyźni! Phi! Gdyby to było takie łatwe!
– Ale nie chodzi w tym momencie o moje dylematy – powiedziałam, czując się dość podle, bo totalnie chodziło właśnie o to. – Chciałam wiedzieć, jak mnie postrzegasz.
Nie odpowiedział.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, Annie.
– Ani ty na moje – stwierdziłam obronnym tonem. W końcu ja zapytałam pierwsza, prawda? Tak jakby. Trochę. To było tylko doprecyzowaniem czy coś.
Westchnął.
– Nie mogę na nie odpowiedzieć, nie wiedząc, co siedzi w tej twojej ślicznej główce.
Czyli otwarcie odmawiał współpracy. Ale przynajmniej powiedział, że mam śliczną główkę. Nie żeby to w czymkolwiek pomagało, ale…
– Nie musisz znać moich myśli, żeby wiedzieć, jak mnie postrzegasz, prawda?
– Wiem, że cię kocham, Annie. Tyle mi wystarczy.
Uśmiechnęłam się do niego, to było naprawdę miłe i sprawiło, że zrobiło mi się jeszcze cieplej, ale nijak nie rozwiązywało mojego problemu. I tak cmoknęłam go w znajdujący się bliżej mnie policzek. Tak na wszelki wypadek jednak już się nie odzywałam – musiałam przemyśleć to wszystko, a bałam się, że powiem coś, co zepsuje atmosferę.

***

Przez następnych parę dni cały czas męczyła mnie ta kwestia. Jak właściwie było z tą hipokryzją? Więcej – jak właściwie było ze mną, już nie tylko pod tym względem, ale tak w ogóle. Czy jeszcze wiedziałam, w co wierzę i kim jestem? Czy te kilka miesięcy naprawdę mogło tak na mnie wpłynąć? I dlaczego w Hogwarcie tak rzadko podawano pudding? To Anglia. Powinno się tu jeść pudding zdecydowanie częściej. Tymczasem skrzaty – o których wolność miałam walczyć! – najwyraźniej miały inne zdanie na temat tego, co powinien jeść przeciętny uczeń Hogwartu. Zwykle sprzeczne z moim, ale nie śmiałabym im tego powiedzieć, w końcu szanuję ich pracę.
Właśnie. Skrzaty. Skoro miałam wątpliwości, co do swojego wkładu w dobro wspólne, dlaczego miałabym nie zacząć od nich? Zbyt długo zwlekałam z odwiedzeniem kuchni! Oczywiście poszłabym tam już dużo, dużo wcześniej, gdyby nie to, że nikt nie powiedział mi, gdzie dokładniej kuchnia się znajduje. Zupełnie jakby to był sekret. Jakby uczniowie nie mieli prawa tam przychodzić czy coś.
Trzeba było to zmienić! Postanowiłam zapytać Syriusza. W końcu – jako mój chłopak – powinien pomagać mi czynić świat lepszym. Przynajmniej w pewnym stopniu.
– Po co?
Prychnęłam. Naprawdę, jak mógł mnie pytać o taką oczywistość! W końcu ktoś powinien uświadomić skrzatom, że zasługują na lepsze warunki życia, wypłatę i godziwe odzienie. Zdecydowałam się jednak na okrojoną wersję:
– Mam ochotę na pudding.
Uśmiechnął się do mnie swoim standardowym, zniewalającym uśmiechem i powiedział:
– Przyniosę ci.
Chór głosów żeńskich westchnął, gdy skutecznie zablokował mój protest. Dwukrotnie. A potem rozmył się we mgle (znaczy – w tłumie właścicielek tychże głosów, które podążyły za nim, udając, że wcale go nie śledzą).
– N… yy… dzięki – wykrztusiłam w końcu, choć nikt i tak mnie nie usłyszał.
Ta rozmowa przebiegała zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Nawet nie dlatego, że wątpiłam w jego maniery czy inne zalety, które nakazywały mu to zaproponować, ale po prostu nie spodziewałam się, że mój własny plan może nie wypalić. W porządku – miałam ochotę na pudding, ale byłam niezależną, wolną kobietą i mogłabym go sobie przynieść sama, gdyby tylko ktoś mi wskazał drogę do kuchni!
I cóż miałam teraz uczynić?
Usiadłam w fotelu i zaczęłam tępo gapić się w kominek. Nie miałam pojęcia, co robić, ale uznałam, że kiedy napełnię żołądek pysznym puddingiem, coś na pewno wpadnie mi do głowy.
Pomoc sama spadła mi z nieba. Dosłownie. Nie żebym narzekała, ale zdecydowanie wolałabym bardziej tradycyjne sposoby zjawiania się pomocy. Spadanie z nieba może być w końcu niebezpieczne. Można sobie…
– Ała!
No właśnie, można sobie zrobić krzywdę. Spojrzałam współczująco w kierunku źródła dźwięku.
– Co się stało? – spytałam z całą empatią, na jaką było mnie stać. A, dodajmy, w obecnej chwili pokłady mojej empatii nie były zbyt głębokie, jako że większość energii poświęcałam na zastanawianie się, jak mogę dostać się do kuchni bez pomocy Syriusza.
– Nic – uzyskałam jakże wyjaśniającą odpowiedź. – James pomagał mi ćwiczyć zaklęcia ochronne. To mi chyba nie wyszło.
Pokiwałam głową. Tak, zdecydowanie, coś musiało pójść nie tak. Ale czego innego można by się w tym wypadku spodziewać?
– Zaklęcia obronne potrafią być złośliwe – mruknęłam, nadal myśląc nad sposobem dotarcia do kuchni. Zaczęłam żałować, że nie śledziłam Syriusza, nie żebym miała taką okazję, skoro oddalił się niemal z prędkością światła.
Peter uśmiechnął sie przepraszająco.
Przez chwilę rozważałam, czy nie przypomnieć mu prawidłowych ruchów nadgarstka, ale przecież nie miałam czasu. Musiałam znaleźć kogoś, kto zabierze mnie do kuchni i nie będzie zadawał przy tym zbędnych pytań. Kogoś, kto nie domyśli się, po co chcę się tam dostać. Kogoś takiego… jak Peter? Uśmiechnęłam się.
– Jestem przekonana, że odrobina gorącej czekolady poprawiłaby twoją koncentrację – powiedziałam, starając się nie stracić szansy po raz drugi. – Nie ma nic lepszego niż kubek parującej gorącej czekolady z cynamonem, prawda?
– Powinienem dalej ćwiczyć… – rzucił.
Popatrzyłam na niego poważnie.
– Oczywiście. Będziesz ćwiczyć, jak tylko napijesz się czekolady, to powinno ci pomóc. Sama mogę z tobą poćwiczyć, jeśli chcesz, zaklęcia obronne to moja specjalność – zapewniłam, choć odrobinę mijałam się z prawdą, o czym Peter oczywiście nie musiał wiedzieć. Radziłam sobie z nimi nieźle, ale nie fenomenalnie.
– A James?
– Pewnie chciałby potrenować quidditcha, wiesz, że zbliża sie ten mecz… – zaczęłam. Nie miałam pojęcia, z kim Gryfoni będą grali.
– Z Krukonami! Pokonamy ich!
– Nie jeśli nasza drużyna nie będzie ćwiczyć, słyszałam, że szykują specjalną strategię. Myślę, że powinniśmy dać Jamesowi czas na trening, w końcu nie pokonają Krukonów, jeśli będzie w złej formie.
Peter zastanawiał się przez chwilę. Starałam się wyglądać przekonująco. W końcu nie namawiałam go do niczego złego, prawda?
– Zapytam Jamesa.
– Może ja z nim pogadam? – zaoferowałam, po czym dodałam: – I tak miałam mu oddać podręcznik do transmutacji.
Pokiwał głową.
– Świetnie! W takim razie zaraz wracam, a ty skup się na myśleniu o pysznej gorącej czekoladzie.
Ruszyłam w kierunku dormitorium, a kiedy znalazłam się za drzwiami, po cichu policzyłam do dziesięciu. A potem jeszcze raz. Nie miałam pojęcia, ile powinnam jeszcze odczekać, żeby Peter nie nabrał podejrzeń, ale wiedziałam, że jeśli przesadzę, to James zacznie go szukać. Albo, jeszcze gorzej, Syriusz wróci z moim puddingiem. Chociaż jeszcze gorszą opcją byłoby spotkanie go po drodze.
Każdy możliwy scenariusz wydawał się beznadziejny. Świat najwyraźniej robił wszystko, żeby uniemożliwić mi dotarcie do kuchni. Co za świat…! I właśnie dlatego musiałam go zmienić! Nawet jeśli robił wszystko, żeby mi to uniemożliwić.
Peter czekał grzecznie na kanapie. Najwyraźniej nie zauważył mojego podenerwowania, które starałam się dość nieudolnie zamaskować uśmiechem.
– Załatwione, możemy iść – powiedziałam, starając się brzmieć radośnie.
Wyglądał na dość zadowolonego z faktu, że zwolniono go z ćwiczeń. W końcu udało mi się kogoś uszczęśliwić! Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i razem z nim ruszyłam w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego. Jeden problem z głowy, teraz tylko musiałam uniknąć spotkania z Syriuszem. Choć, nie przeczę, nadal miałam ochotę na ten pudding.
– Tędy będzie najszybciej – powiedział nagle i skręcił w korytarz, którego, przysięgam, nigdy wcześniej nie widziałam.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jedna z dróg odkrytych przez Huncwotów, o których Syriusz mi opowiadał. Jeśli tak, wydawało się wysoce prawdopodobne, że wpadniemy na niego. W związku z tym nieśmiało zaproponowałam inną drogę; miałoby to więcej sensu, gdybym wiedziała, gdzie dokładnie idziemy.
Ku mojemu zaskoczeniu… odmówił!
Starałam się nie wyglądać na zawiedzioną. Mój mózg od razu zaczął wymyślać powody, dla których Syriusz mógł wybrać tę dłuższą drogę – może nie chciał, by ktoś, kto za nim szedł, poznał skrót? Albo chciał pozwiedzać? Albo po drodze miał coś do załatwienia? Może wcale na niego nie wpadniemy, może… Merlinie, przecież on wraca z puddingiem, nie będzie się z nim włóczył po całym zamku, wybierze najkrótszą drogę, to jasne.
Cały ten korytarz przebyłam z duszą na ramieniu.
Ani śladu Syriusza. Czyli jednak gdzieś się zawieruszył z tym puddingiem. Przeszył mnie niepokój właściwy chyba wszystkim dziewczynom. A może dał go komuś innemu? Może mu się znudziłam?
Opanuj się, Annie. Nikogo nie zostawia się z powodu puddingu!
Naprawdę miałam ochotę zapytać Petera, jak daleko jeszcze, ale nie chciałam, żeby się zorientował, że nie mam pojęcia, gdzie idziemy. Dlatego milczałam i dalej zastanawiałam się, gdzie może być Syriusz. Może coś mu się stało?
– To tu.
Wypuściłam powietrze, o którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymywałam.
– Świetnie, to czas na czekoladę. – Uśmiechnęłam się nerwowo. Dlaczego nie przygotowałam specjalnej mowy dla tych biednych skrzatów? Zasługiwały na to, bym przygotowała dla nich coś specjalnego. Zwłaszcza jeśli one wcześniej przygotują mi gorącą czekoladę. I zaginiony pudding.
Policzyłam do dziesięciu i… ale gdzie były drzwi?!
Wiedziałam, po prostu wiedziałam, Peter zmyślał! Wcale nie wiedział, gdzie jest kuchnia, pewnie nawet nie wiedział, gdzie teraz jesteśmy. Rany, pewnie nie wiedział nawet, jaki jest dzień tygodnia. Co ja sobie myślałam?
– Peter, to na pewno tu?
– To ty… nie wiesz?
O nie. Wyglądał na przerażonego.
– Oczywiście, że wiem – zapewniłam pospiesznie. – Byłam tu już wcześniej, po prostu wydaje mi się, że wtedy ten korytarz wyglądał inaczej.
Zerknęłam na niego, żeby przekonać się, czy mi uwierzył.
Nie uwierzył.
– Łapa się wścieknie.
– Nie wścieknie, jestem jego dziewczyna, prawda?
Przynajmniej miałam nadzieję, że nadal nią byłam. W końcu mógł spotkać kogoś bardziej interesującego, kto miał większe sukcesy w dziedzinie niesienia pomocy uciskanym. Albo mógł się poczuć wykorzystywany jak chłopiec na posyłki. Albo… Stop, miałam teraz ważniejsze rzeczy na głowie.
Peter nie miał na to odpowiedzi.
Postanowiłam się uśmiechnąć. W końcu nic nie robi lepszego wrażenia niż szeroki uśmiech, prawda?
– To co z naszą gorącą czekoladą? – zapytałam, mając nadzieję, że nagle sprawi, że drzwi się przed nami pojawią. Może trzeba było podać jakieś wymyślne hasło?
Wciąż milczał.
– Peter? – zagadnęłam, nadal się uśmiechając.
Świetnie, po prostu świetnie. Byłam gdzieś w drugim końcu zamku, a jedyna osoba, która znała drogę powrotną, udawała teraz rzeźbę.
– Musisz ją połaskotać.
Połaskotać, świetnie. Nie dodał tylko CO mam połaskotać.
– Nie możesz ty jej połaskotać? – zapytałam, starając się zachować spokój. Merlinie, byliśmy tu sami, co miałam łaskotać? Zbroję? W ogóle co za idiotyczny pomysł, łaskotać cokolwiek!
Spojrzał na mnie bezradnie.
– Nie sięgam gruszki.
Westchnęłam ciężko. Dobra, nie było tragicznie, przynajmniej wiedziałam, co mam łaskotać. Nawet jeśli łaskotanie namalowanej gruszki wydawało mi się całkowitym idiotyzmem.
– W porządku, w porządku – wymamrotałam, podchodząc do obrazu. Nigdy nie łaskotałam owoców znajdujących się na obrazach, ale w końcu co mogło w tym być trudnego?
Wydawało mi się, że ona na mnie patrzy. I to potępiająco. Jakby wiedziała, że nie wiem, jak ją łaskotać. Ale może to tylko paranoja.
– Cześć…? – zaryzykowałam, ale nie odpowiedziała.
Może była nierozmowna. Może lubiła być łaskotana przez niznajomych i nie chciała mnie poznawać. Może po prostu była namalowana i nie potrafiła mówić. Nieważne. I tak była w jakiś sposób przerażająca.
Wstrzymałam oddech i…
Niepewnie położyłam rękę na gruszce. Potem drugą. Spodziewałam się, że będzie inna w dotyku, mniej… zachęcająca do łaskotania. Ale nie, była całkiem przyjemna. Spojrzałam na Petera, żeby upewnić się, czy wszystko robię tak, jak trzeba. Na jego twarzy nie malowało się przerażenie, więc uznałam, że wszystko jest pod kontrolą. Połaskotałam gruszkę.
A ona… zachichotała!
Poczułam się dziwnie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką reakcją ze strony namalowanego owocu.
– Wchodzimy czy nie? – spytał Peter.
– Um, tak, jasne. – Naprawdę starałam się brzmieć normalnie, ale miałam wrażenie, że właśnie padam ofiarą jakiegoś żartu i zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i wykrzyknie, że dałam się nabrać jak ostatnia kretynka. – Chcesz iść pierwszy?
Wzruszył ramionami.
Świetnie, był równie komunikatywny jak ta gruszka. Może powinni się zaprzyjaźnić. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć głęboki oddech i ruszyć w nieznane.
Co też uczyniłam. W końcu ktoś, kto chce nieść pomoc innym, nie może pozwolić sobie, by strach przed nieznanym wygrał z nim w tak decydującej chwili jak ta.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s