43. O rzeczach wartych mniej lub bardziej dogłębnego przemyślenia

Syriusz siedział w kącie.
Nie podeszłam tam. Nie miałam ochoty, wydarzenia całego dnia wypompowały ze mnie resztki energii i jedyne, o czym myślałam, to moje miękkie, ciepłe łóżko. Do którego z przyjemnością bym się rzuciła, gdyby nie fakt, że w dormitorium najprawdopodobniej znajdowała się Brenda. Co prawda od pamiętnej rozmowy o zdradzie minęło trochę czasu, ale podejrzewałam, że nadal czuje się zraniona.
Co więc miałam uczynić?
Spojrzenia wszystkich nie były już we mnie utkwione, jako że moje zdolności – nadal dość egzotyczne jak na Hogwart – nie wzbudzały już takich emocji jak dzień po balu, choć pierwszoroczni nadal chodzili za mną po korytarzu i prosili, żebym coś dla nich podniosła siłą woli. Od czasu, gdy jeden z nich oberwał talerzem, zrobiło się ich jakby mniej, ale nie przestali mnie dręczyć. Niestety, w okolicy nie było nikogo, z kim chciałabym rozmawiać. Może podeszłabym do Jamesa – ale ten zajęty był zaczepianiem Evans, więc pewnie i tak nie zwróciłby na mnie uwagi. Mogłabym też podejść do Remusa, który był dla mnie miły za każdym razem, gdy rozmawialiśmy, ale akurat pisał wypracowanie, więc uznałam, że nie powinnam mu przeszkadzać. Czy więc pozostało mi samotne wpatrywanie się w kominek?
Poczułam się trochę dziwnie – czy to naprawdę byli wszyscy moi znajomi? Wszyscy, do których mogłabym podejść bez jakiegoś jasno sprecyzowanego powodu i pogadać o niczym? Jasne, nigdy nie otaczały mnie tłumy przyjaciół – większość ludzi nie akceptowała moich poglądów – ale nigdy nie było aż tak źle, żebym mogła zliczyć swoich znajomych na palcach jednej ręki. Westchnęłam ciężko.
Nie wydawało mi się, że zawieranie nowych znajomości było zajęciem, o jakim w takiej chwili marzyłam, więc poprzestałam na wpatrywaniu się w ogień i wspominaniu znajomych z Beauxbatons. Ileż czasu minęło, odkąd ostatni raz ich widziałam! Aż smutno było myśleć o tym, że przez cały ten czas nawet do mnie nie napisali! Ani razu? Czy tak szybko o mnie zapomnieli? Przecież nie mogli… prawda? Z drugiej strony – ja też do nich nie napisałam. Może czekali na wiadomość ode mnie z taką samą niecierpliwością, z jaką ja wyglądałam sowy od nich?
Ale tutaj tyle się działo! Nie miałam czasu napisać nawet krótkiego listu. Aż do… teraz. Skoro już o tym pomyślałam i akurat nie miałam lepszego zajęcia – czemu nie napisać listu teraz?
Żeby ograniczyć możliwość dekoncentracji, zabrałam torbę i ruszyłam do sowiarni. Planowałam napisać porządny, długi list i wysłać go najszybciej, jak tylko mi się uda.
Jednak zanim tam doszłam, wpadłam na… na… NA NIĄ. Nie rozmawiałam z Chevonne od pewnego czasu i chociaż ostatnio wszystko między nami było w porządku, to nie wiedziałam, czy ostatnie wydarzenia czegoś nie zmieniły. W szczególności, że patrzyła na mnie jakoś tak smutno. Nie byłam pewna, czy było to spowodowane faktem, że spotykałam się z arystokratą (znowu!), czy raczej tożsamością owego arystokraty, ale spojrzenie Chevonne było tak niesamowicie smutne, że aż sama poczułam, że przepełnia mnie smutek. I uchodzi ze mnie resztka energii, którą chciałam przeznaczyć na napisanie listu.
– Cieszę się twoim szczęściem – zaczęła, ale przecież totalnie było widać, że sie nie cieszy.
– Ja też się cieszę – powiedziałam, bo nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym zareagować. – Ale widzę, że coś cię gryzie. Co się stało?
– Test z transmutacji.
– Och! Przecież zawsze byłaś dobra z transmutacji, pamiętam…
W porządku, kłamałam. Chevonne nigdy nie była orłem z transmutacji, ale ja również nie i gdyby nie pewne korepetycje, to najpewniej miałabym niesamowite kłopoty. Przez chwilę zastanawiałam się. czy nie zorganizować podobnych korepetycji Chevonne, ale szybko uznałam, że to zły pomysł.
Jej oczy mówiły, wręcz krzyczały: „jesteś okropnym kłamcą, Annie”.
Miała rację, nie kłamałam najlepiej i na ogół starałam się tego nie robić, ale zdarzały się sytuacje, w których kłamstwo było zwyczajnie wygodne. W końcu przyjaźń przyjaźnią, ale…
– Jestem pewna, że McGonagall pozwoli ci poprawiać – dodałam szczerze.
– Jasne.
Pokiwałam głową i się uśmiechnęłam. Naprawdę nie wiedziałam, co mogę jej jeszcze powiedzieć. Jasne, byłyśmy przyjaciółkami, ale to było kiedyś. W innej rzeczywistości. Parę miesięcy temu.
Dlatego pozwoliłam jej odkiwnąć i zostawić mnie samą.
Wszystko wskazywało na to, że dłoń, na palcach której mogłam liczyć swoich przyjaciół, mogłaby spokojnie być po częściowej amputacji. Najwyraźniej w całym zamku nie było nawet pięciu osób, które mogłabym uważać za przyjaciół. I przez co to wszystko? Przez to, że śmiałam być szczęśliwie zakochana!
Postanowiłam, że nie pozwolę innym zepsuć swojego szczęścia i nawet jeśli przed chwilą, na tym oto korytarzu straciłam przyjaciółkę, nie poddam się, dojdę do sowiarni i napiszę ten list!
Pobiegłam. Nie dane mi jednak było dotrzeć do celu, bo zobaczyłam następną znajomą twarz, ale ją zignorowałam. W końcu nie powinnam zmieniać swoich planów – a przynajmniej nie powinnam zmieniać ich tyle razy – tylko dlatego, że ktoś chciał ze mną porozmawiać, o nie. Miałam misję i nie planowałam znów z niej rezygnować tylko po to, żeby rozmawiać o czymś, co mnie w ogóle nie interesowało, albo po raz kolejny tłumaczyć, co wydarzyło się w Wielkiej Sali.
Kiedy dobiegłam do sowiarni, cały świat migał mi przed oczami. Miałam też trudności ze złapaniem oddechu, ale w końcu uspokoiłam się na tyle, że mogłam napisać list. I choć początkowo nie miałam pewności, o czym chciałam w nim wspomnieć, to z każdym słowem szło mi coraz lepiej i zanim się obejrzałam – skończył mi się pergamin.
– No nie – mruknęłam, bo chciałam pisać dalej.
Jasne, teoretycznie mogłabym przetransmutować coś w pergamin, ale nie czułam się na tyle pewnie, żeby ryzykować. A co, gdyby mój pergamin zmienił się z powrotem w sowie pióra gdzieś nad kanałem La Manche? Nie, to zdecydowanie zły pomysł. Wyglądało na to, że będę musiała wrócić do pokoju wspólnego. Nie byłam jednak pewna, czy w drodze tam i z powrotem pisanie mi się nie znudzi. Stałam więc na środku pomieszczenia i czułam się wewnętrznie rozdarta. Ostatnie dni były tak męczące, że nie byłam w stanie podjąć nawet tak prostej decyzji. Szkoda, że nie było przy mnie nikogo, kto by mi pomógł!
Z drugiej strony – nie był to problem, który wymagał pomocy innych. Nawet jeśli mnie przerastał. I nawet jeśli zbierało mi się na płacz. Już dawno nie czułam się taka bezradna!
Zaczerpnęłam powietrze i usiadłam pod ścianą, żeby się w spokoju wypłakać. I najpewniej bym to zrobiła, gdyby nie nieoparte wrażenie, że siedzę na czymś, na czym nie powinnam. Początkowo starałam się tę myśl ignorować, ale w końcu ciekawość wzięła górę i się podniosłam. Teoretycznie siedziałam na kupce piór wymieszanych z czymś, co wyglądało jak słoma, ale wiedziałam, że to nie może być wszystko. W końcu wyczułam coś twardego, a pióra z natury nie były twarde. Nie żebym siedziała na wielu i mogła wygłaszać takie opinie. Poczułam sie trochę tak, jak księżniczka na ziarnku grochu.
Niepewnie zaczęłam rozgarniać pióra i w końcu zauważyłam coś, co zdecydowanie nie powinno znajdować się w takim miejscu.
Medal!
Zamrugałam z niedowierzaniem. Cały czas był tak blisko?! Szukałam go (mniej lub bardziej aktywnie) przez prawie dwa miesiące!
Czegoś nie rozumiałam. Dlaczego milczał? Siedziałam tu już przeszło godzinę! W jego interesie było zawołać mnie. Mógł we mnie zwątpić – kto wie, takie medale mogą się łatwo obrażać. Albo – i ta myśl mnie przeraziła – Syriusz mógł mu coś zrobić. Uszkodzić mienie szkoły, które potrzebowało mojej pomocy.
Rzuciłam się na niego z taką pasją, że omal sama go nie uszkodziłam. Wytarłam go możliwie najdokładniej o swoją szatę, a potem spróbowałam zacząć do niego mówić, Przeprosiłam i zapewniłam, że chcę mu pomóc.
Wciąż milczał.
Tym razem naprawdę się rozpłakałam – ktoś potrzebował mojej pomocy, a ja nie mogłam jej udzielić. Czułam się naprawdę podle.
Kiedy pierwsza moja łza dotknęła powierzchni medalu, coś się zmieniło. Jakby powietrze zgęstniało, a cała sowiarnia stała się bardziej odległa, oddzielona ode mnie szybą. Domyślałam się, że to działanie medalu i wstrzymałam oddech w nadziei, że przemówi.
– Tyyyyyyyyy – wysyczał.
Odetchnęłam z ulgą. Odezwał się! Nawet jeśli ton jego głosu wskazywał na to, że jest na mnie obrażony, to jednak zdecydował się przemówić. Oczywiście powtórzyłam swoje szczere przeprosiny i w napięciu czekałam na dalsze słowa.
– Tyyyyyy – powtórzył. Ups. Chyba się zaciął.
Na wszelki wypadek nim potrząsnęłam – skoro czasem pomagało to pozytywkom, to czemu nie gadającym medalom?
Kaszlnął! To zdecydowanie był jakiś postęp, ale nadal nie to, o co mi chodziło.
– Panie Dunstan? – zaryzykowałam. – Jest pan tam?
– Jestem, do stu diabłów!
Uśmiechnęłam się i, zanim zdążyłam się zastanowić, odpowiedziałam:
– To wspaniale!
Właściwie nie powinnam tego mówić, skoro byłam osobą, która zobowiązała się mu pomóc i sprawić, że nie będzie tam dłużej uwięziony. Chyba nie byłam najlepsza w próbach ratowania ludzi zaklętych w medalach… o ile to właśnie miało miejsce w jego przypadku. Mogłam się założyć, że wewnątrz medalu spojrzał na mnie z pogardą.
– Przepraszam – dodałam. – Chyba zgubiłam pana na jakiś czas, ale teraz naprawdę dołożę wszelkich stań, żeby panu pomóc.
Zastanawiałam się, czy jeszcze się odezwie. Jak na razie, konsekwentnie milczał.
– Próbowałam się czegoś dowiedzieć, naprawdę – zapewniłam go. – I to nie tak, że o panu zapomniałam albo mi się pan zawieruszył, po prostu…
Urwałam. Nie byłam pewna, czy go to interesuje.
– Ten chłopak myślał, że jak mnie tu zostawi, zjedzą mnie sowy.
Prychnęłam. Co on sobie myślał?! Nie tylko chciał zniszczyć mienie szkoły, ale jeszcze wywołać u wielu niewinnych sów zatrucie!
– Porozmawiam z nim o tym – obiecałam medalowi.
– Żeby mi się to więcej nie powtórzyło, dziewczyno!
– Obiecuję, że o to zadbam. I jestem Annie, nie musi pan do mnie mówić “dziewczyno”.
Miałam nadzieję, że zacznie używać mojego imienia, naprawdę nie podobał mi się sposób, w jaki wymawiał słowo “dziewczyna”. Prawie jakby chciał powiedzieć “karaluch”. Miałam tylko nadzieję, że nie jest męskim szowinistą.
Sytuacja była coraz dziwniejsza.
– Panie Dunstan? Jak mogę panu pomóc?
– Uwolnij mnie.
– Ale jak mam to zrobić?
Merlin mi świadkiem, że gdybym wiedziała, to już bym to uczyniła.
Medal rozgrzał się niebezpiecznie. Oho, ktoś się zdenerwował.
– To ja mam dostęp do biblioteki czy ty?!
Przypomniało mi się, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w bibliotece, i od razu się zarumieniłam. Nie miałam ochoty opowiadać o tym Dunstanowi.
– Może być pan dokładniejszy? – zapytałam nieśmiało. Może była jakaś książka, o której on wiedział, a ja nie? W porządku, pewnie były setki takich książek, ale chodziło mi o taką, która będzie zawierała instrukcje, jak pomóc komuś uwiezionemu w medalu.
Jednak w tym momencie usłyszałam szmer na schodach. Ktoś się zbliżał. Musiałam jak najszybciej schować medal. Na pewno próbował protestować, ale materiał mojej szaty stłumił ewentualne odgłosy, które mógł wydawać. Nie wiedziałam, kto się zbliża, więc na wszelki wypadek złapałam swój niedokończony list i zaczęłam wodzić po nim wzrokiem, jakbym go czytała, ale tak naprawdę zastanawiałam się nad tym, jak mogę pomóc Dunstanowi.
– Znowu Gryfoni, szlag by to – tajemnicy osobnik mruczał do siebie gdzieś za moimi plecami. Świetnie. Przerwał mi i jeszcze mnie obrażał. – Powinni ich trzymać w klatkach, co nie, Brunhildo?
Poczułam się osobiście urażona. Byłam Gryfonką i nie miałam pojęcia, czemu ktoś chciałby mnie zamknąć w klatce. Nie wiedziałam, kto wygłosił taką teorię, ale byłam gotowa uświadomić mu, jak bardzo jest to krzywdzące, gdy tylko znajdzie się w polu mojego widzenia.
– Tak, Brunhildo, wiem, że ktoś powinien zrobić z tym porządek.
Zamrugałam. Nie słyszałam odpowiedzi wspomnianej Brunhildy, więc nie wiedziałam, jak bardzo mam się poczuć urażona. Na wszelki wypadek odłożyłam swój list i wstałam.
Wtedy ich zobaczyłam. Nie wyglądali jak terroryści – prawdę mówiąc w ogóle nie rzucali się specjalnie w oczy i choć wiedziałam, że są uczniami (w końcu jedno z nich miało szatę), to nie mogłam sobie przypomnieć, czy spotkałam ich wcześniej.
Oni stanowili chłopca ze Slytherinu i jego sowę.
Postanowiłam oszczędzić sowę i cały swój gniew skierować na chłopca. Kiedy tylko na mnie spojrzał, możliwie najuprzejmiej zapytałam, czemu jest uprzedzony do Gryfonów. Wiedziałam, że nie powinnam się odzywać, w końcu w kieszeni miałam medal, który bardzo chciał być odczarowany, ale nie mogłam przymykać oka na tak jawną dyskryminację.
– Przyjaźnicie się ze szlamami – odpowiedział najzwyczajniej w świecie.
Byłam przerażona. Mógł mieć co najwyżej dwanaście lat.
Próbowałam mu wyjaśnić, że nie należy nikogo nazywać szlamą, bo to niepoprawne politycznie. I że to nie jest powód do dyskryminowania wartościowych jednostek. A wszystko przy akompaniamencie powarkiwań medalu, który najwyraźniej nie czuł się najlepiej w mojej kieszeni, albo nie zgadzał się z moimi poglądami.
– Naprawdę – dodałam po kilku minutach powtarzania tego samego – naprawdę nie mam pojęcia, skąd w tobie tyle nienawiści do ludzi pod każdym względem równych tobie i zasługujących na sprawiedliwe traktowanie. Nie można oceniać ludzi po tym, w jakiej rodzinie się urodzili i… i w ogóle – zakończyłam kulawo, bo oto właśnie uświadomiłam sobie, że w swojej niechęci do arystokracji nie jestem wcale lepsza od tego dzieciaka.
I wiecie, co ten dzieciak zrobił? Uniósł jedną brew!
Zupełnie jakbym była jakąś hipokrytką!
– Nie powinieneś oceniać ludzi, których nie znasz – powiedziałam stanowczo.
Medal chyba się śmiał, bo dźwięki, które wydawał, nie przypominały niczego, co wcześniej od niego słyszałam. Jakoś nie czułam się przez to najlepiej – zupełnie, jakby usłyszał najlepszy żart w swoim życiu (o ile medale mają życie) i teraz podskakiwał w kieszeni, chcąc dać upust radości, którą na tę okazję kumulował od dziesiątek albo i setek lat. A wszystko to moim kosztem! Mnie, która chciała mu pomóc. Mnie, która najwyraźniej sama się pogubiła w tym wszystkim. I to na oczach dziecka. Dlaczego nigdy nie mogłam tracić twarzy albo dochodzić do naprawdę ważnych wniosków w samotności?
Za to młody… Nie wiedziałam, co takiego powiedziałam, że tak nagle zmienił swój wyraz twarzy. Nie wiedziałam też, skąd wyciągnął następujący wniosek:
– Ach, szlama?
Spojrzałam n a niego potępiająco. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób to poznał. Może tym wszystkim arystokratom montowano w głowach jakieś radary pozwalające im wyczuć wszystkie okoliczne szlamy? Albo mieli w oczach czytniki czystości krwi, kto wie. W każdym razie młody mnie przejrzał, ale nie miałam zamiaru się przyznawać – i to nie z powodu wstydu czy czegoś równie irracjonalnego, a skąd, po prostu gdyby wiedział, że nie jestem czystej krwi, nie posłuchałby mnie.
– Nie mam pojęcia, skąd ci to przyszło do głowy – stwierdziłam chłodno.
Ale on wciąż uśmiechał się drwiąco.
– Czy to istotne? – zapytałam, próbując przywołać swój zwykły zapał i wygłosić płomienną mowę na temat równości. Miałam wrażenie, że medal tylko nadstawia uszu.
Nie poczuł się w obowiązku mi odpowiadać. Jasne. Byłam tylko szlamą. Pytam się więc świata – czy give peace a chance ma jeszcze sens? Czy cokolwiek da się zdziałać z taką przyszłością tego narodu?
Starając się nie stracić resztek godności, zrobiłam poważną minę i powiedziałam mu, że tą postawą niczego w życiu nie osiągnie i będzie musiał ją zmienić, jeśli chce się stać częścią zdrowego, wspaniałego społeczeństwa, jakiego z pewnością się w przyszłości doczekamy, jeśli tylko zostaną zniesione idiotyczne podziały klasowe. Po czym zrobiłam to, co mogłam zrobić w tej sytuacji. Wyszłam, zanim zdążył odpowiedzieć czy choćby wzruszyć ramionami w odpowiedzi. Czułam, że jak najszybciej muszę znaleźć sie w łazience i sprawdzić, czy w lustrze zobaczę samą siebie, czy może kogoś innego, o innych poglądach czy – na to akurat liczyłam – o lepszej fryzurze.
Nawet nie zauważyłam, gdy zaczęłam biec. Co akurat było dobre, bo łazienka znajdowała się dość daleko. I nie byłam pewna, czy się nie rozpłaczę. Chyba powinnam, skoro zdałam sobie sprawę z czegoś takiego. Bohaterki książek, które czytywałam, zwykle w takich okolicznościach płakały.
Jednak okazało się, że nie nadaję się nawet do płakania. Dobiegłam do łazienki nie uroniwszy ani jednej łzy. Żadna się nie pokazała, kiedy spojrzałam na siebie w lustrze – nawet kiedy zobaczyłam, jak koszmarną, poczochraną szopę mam na głowie. Nic. Zero. Null. Nada.
– Dlaczego świat nie może uwierzyć w ideę wolności? – spytałam lustra, które nie raczyło mi odpowiedzieć.
Pociągnęłam nosem. Odbicie zrobiło to samo, co ani trochę mnie nie zdziwiło. Medal milczał i udawał zwykły kawałek metalu.
– Przecież… To taka piękna idea!
Lustro uparcie milczało. Może próbowałam przekonać samą siebie, a nie szklaną taflę. Czy jednak kochałam ideę wolności na tyle, żeby pogodzić się z krzywdami wyrządzonymi prostemu ludowi przez arystokrację? Czy powinnam…?
Nie wiedziałam.

Advertisements
43. O rzeczach wartych mniej lub bardziej dogłębnego przemyślenia

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s