42. O skutkach balu

Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Spodziewałam się, że będę musiała odespać wszystkie te emocje, które przetoczyły się przeze mnie poprzedniego dnia, ale nie, okazało się, że szczęśliwe zakończenie naszej rozmowy (Merlinie, nadal w to nie wierzyłam) było odpowiedzialne nie tylko za mój dobry humor, ale też za ograniczenie potrzeby snu. Po co spać, kiedy tyle się wokół dzieje?
Nagle, kiedy już-już miałam radośnie wyskoczyć z łóżka i ze śpiewem na ustach pobiec do łazienki, dotarło do mnie, że najprawdopodobniej właśnie w tej chwili pół Hogwartu opowiada sobie o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Nie przejmowałabym się, gdyby chodziło o moją rozmowę z Syriuszem, ale przy niej (o ile wiedziałam) nie było świadków. Za to wiele osób widziało, co stało się w Wielkiej Sali.
Opadłam na poduszkę i zamknęłam oczy. W porządku, byłam szczęśliwa przez jakieś pięć minut. Czas zejść na ziemię, Annie.
Dlaczego ten świat musiał być aż tak niesprawiedliwy? Halo, świecie! Każdy zasługuje czasem na szczęśliwe zakończenie rodem z Disneya! Nie liczyłam, rzecz jasna, że moje problemy rozwiążą się za sprawą myszy, królików i sów, które przywołam jednym machnięciem rzęs, ale byłoby to miłe. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że po raz kolejny będę na ustach większości uczniów. I o ile poprzednio raczej niewiele osób interesowała prawda, o tyle teraz nie miałam złudzeń – padną pytania.
Takie jak to.
– Co to miało być? – spytała Bre, która obudziła się chwilę po mnie.
Spojrzałam na nią. Wzrok miała utkwiony we mnie, więc nie mogłam się nawet łudzić, że ma na myśli coś innego. Mimo to…
– Co miało być czym? – zapytałam względnie niewinnie. Przy okazji wstałam i ruszyłam pospiesznie w kierunku łazienki, jakby w nadziei, że drzwi ochronią mnie przed jej pytaniami.
– To wczoraj!
– Masz na myśli bal? – zapytałam, pospiesznie chwytając jakieś ubrania. Powinnam je była naszykować wcześniej. Albo zostawić w łazience. – Tak, był niesamowity, no wiesz, taki magiczny i w ogóle. Świetnie się bawiłaś, prawda? Jestem pewna. Ale pogadamy przy śniadaniu!
Zamknęłam drzwi od łazienki i natomiast się o nie oparłam. Merlinie, to nie będzie łatwe. To zdecydowanie nie będzie łatwe…
– Annie! Wracaj tu natychmiast i wszystko mi wytłumacz!
Oho, Brenda najwyraźniej próbowała wyważyć drzwi. A że była zbyt mało rozgarnięta, by posłużyć się różdżką… Będą bolały ją pięści.
Postanowiłam ją ignorować. W końcu powinna dać sobie spokój, prawda? Nie byłam na tyle interesująca, żeby przez cały ranek dobijać się do łazienki tylko po to, żeby spróbować ze mną porozmawiać. Poza tym ten hałas powinien obudzić pozostałe dziewczyny, które na pewno nie pozwolą Brendzie mnie terroryzować… Prawda?
– Annie!
No dobrze, może nie prawda. Zostanę pożarta żywcem, kiedy tylko wyjdę. Ale jeśli już ma do tego dojść, to przynajmniej nie będę ubrana w piżamę.
Westchnęłam i – dalej starając się ignorować Bre – zabrałam się za poranną toaletę. Byłam przekonana, że to będzie koszmarny dzień, ale nie mogłam wyjść mu na spotkanie z nieumytymi włosami.

***

Dotarłam na śniadanie w jednym kawałku, co niewątpliwie można uznać za sukces. Miałam nadzieję, że w Wielkiej Sali znajdę Syriusza, który pomoże mi uciec Bre i innym plotkarom; nie żebym potrzebowała księcia na białym koniu, który by mnie uratował, w końcu byłam samodzielną i wyzwoloną kobietą – po prostu Syriusz zawsze umiał się dogadać z Bre lepiej niż ja. I nie, nie byłam zazdrosna. Ani trochę.
Syriusza jednak nie było, w związku z czym musiałam ratować się sama. Typowe.
– Annie! To było nie-sa-mo-wi-te – usłyszałam od jakiejś przypadkowej Puchoneczki, która, o dziwo, znała moje imię.
Kiwnęłam głową, żeby zasygnalizować, że ją usłyszałam, ale nic nie odpowiedziałam. Bo i co miałam powiedzieć? Zdecydowanie wolałabym, żeby nikt o niczym nie wiedział i o nic mnie nie wypytał.
Tyle że komentarze się powtarzały. Po prawdzie – lały się na mnie strumieniami ze wszystkich stron.
Kiwałam głową jak jeden z tych plastikowych piesków, które mugole stawiają w samochodach. I nie mogłam nic zjeść – ilość spojrzeń skierowanych w moją stronę sprawiała, że wszystko leciało mi z rąk, a na samą myśl o przełykaniu tostów robiło mi się niedobrze. Zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle wychodziłam z łazienki w dormitorium. Powinnam była spędzić tam cały dzień. Albo wszystkie dni do końca roku.
– Annie! – usłyszałam konspiracyjne wezwanie zza moich pleców i już miałam je zignorować, myśląc, że to kolejny przypadkowy człowiek, gdy głos dodał: – Trzmiel chce z tobą rozmawiać. Mówi, że to pilne.
Spojrzałam w górę, jakby nagle sufit wydał mi się niesamowicie interesujący. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu i prędzej czy później będę musiała z nim porozmawiać. Liczyłam na później.
Wstałam i spojrzałam na swój talerz zawierający trochę dżemu, który spadł mi z łyżeczki, i naderwanego tosta, którego nie udało mi się zjeść. Straciłam apetyt do tego stopnia, że nawet nie zadałam sobie trudu, żeby schować coś do kieszeni szaty i zjeść w samotności. Perspektywa rozmowy z dyrektorem stresowała mnie bardziej niż myśl o spędzaniu całego dnia z Bre i jej niekończącą się lawiną pytań.
Bez słowa ruszyłam w kierunku jego gabinetu. Nieważne, że nie znałam hasła. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie!
– Czekaj na mnie! – ten sam konspiracyjny głos krzyczał za mną i, prawdopodobnie, za mą również biegł.
Poczekałam. Było mi absolutnie wszystko jedno. Dumbledore na pewno nie chciał poklepać mnie po główce i powiedzieć, że jestem niesamowicie zdolna. Zastanawiałam się przez chwilę, czy istnieje możliwość, że zostanę wyrzucona. W obecnej atmosferze nie byłoby to nawet takie złe, przynajmniej skończyłyby się te pytania. Już-już miałam zacząć planować swoją ponurą przyszłość, w której pracowałabym jako sekretarka jakiegoś ponurego mugola w przymałym garniturze, kiedy wspomniany głos nie tylko mnie dogonił, ale nawet położył mi rękę na ramieniu.
– Przede mną uciekasz? No co ty.
Pokręciłam głową. Przecież ja nigdzie nie uciekałam. Po prostu przemieszczałam się z punktu A do punktu B. Może trochę zbyt szybko, ale…
– Jest wkurzony? – zapytałam. Nie wyobrażałam sobie wkurzonego Trzmiela. I zdecydowanie nie chciałam być osobą, która doprowadziłaby go do takiego stanu.
– Raczej nie. Można powiedzieć, że jest… zaintrygowany.
Odwrócił mnie w swoim kierunku. Po raz pierwszy patrzyłam na Remusa z tak bliskiej odległości. Prosto w oczy!
– Annie, wierz mi, to najporządniejszy człowiek na świecie. Przygarnie… każdego odmieńca.
Spojrzałam na niego smętnie. Naprawdę, nie miał pojęcia, o czym mówił!
– Dzięki, Remusie. – Spróbowałam się uśmiechnąć. – Wiem, że jest porządny, ale to, co się stało… Nie chciałam, żeby nikt o niczym wiedział.
– Dlaczego? – spytał, marszcząc brwi. – Przecież… Och, przecież to naprawdę niesamowite!
– Ale to… – zawahałam się. Co właściwie miałam mu powiedzieć? Że nie znoszę własnych umiejętności, bo sprawiają, że odstaję od tłumu? W końcu walczyłam o zrównanie wszystkich ludzi, jak mogłam być tak niedopasowana? – …to nie jest normalne – dokończyłam cicho. Taak, świetny argument, Annie.
– Mogłaś trafić o wiele gorzej, zapewniam cię.
– Jasne – zaśmiałam się gorzko. – W końcu mogłam być półgoblinem albo innym wilkołakiem. Przynajmniej to by odstraszało wszystkich, którzy chcą mi zadawać pytania.
W porządku, przemawiała przeze mnie jakaś dziwna nietolerancja. Oczywiście nie miałam nic przeciwko wspomnianym istotom, po prostu tak jakoś… Żeby zatuszować złe wrażenie, które na pewno wywołałam, poklepałam Remusa po ramieniu.
– Dzięki, że starasz się mnie pocieszyć – dodałam.
– Mówię ci prawdę.
Coś dziwnego było w wyrazie jego twarzy. Chciałam spytać, czy ma w rodzinie kogoś… Ale zanim zdążyłam, wyrzucił z siebie:
– Hasło to ananasowe musy świstuny.
– Co…? A, tak, hasło.
Naprawdę, ostatnią rzeczą, o której chciałam teraz myśleć, była rozmowa z Dumbledore’em. Mina Remusa świadczyła o tym, że potrzebuje rozmowy. A najlepiej rozmowy z kimś, kto go przytuli i zaoferuje kubek kakao. Nie posiadałam kakao, ale mogłam go przytulić, gdybym uznała, że sytuacja tego wymaga. Zanim jednak mogłam zaoferować, że z nim porozmawiam o jego zmartwieniach, zrobił nieznaczny krok w tył. Jasny sygnał, że powinnam zająć się własnymi sprawami.
– Powodzenia – powiedział.
Taaak, czułam, że będę go potrzebowała.

***

Kiedy wyszłam z gabinetu Trzmiela, wydawało mi się, że świat się zatrzymał i zaczął się kręcić w drugą stronę. Albo odbijać od jakiś dziwnych, niewidzialnych granic kosmosu jak piłeczka pingpongowa. W każdym razie stało się coś dziwnego.
Nie zostałam wyrzucona (nie żebym naprawdę w to wierzyła). Nie dostałam szlabanu. Nie odjął mi punktów. Ba, więcej – był dla mnie miły
I, co najdziwniejsze w tym wszystkim, PODOBAŁO MU SIĘ. Tak, to co zrobiłam na balu bardzo mu się podobało! Przez chwilę zachowywał się jak dziecko, które otworzyło gwiazdkowy prezent. Zaoferował nawet, że w miarę swoich możliwości (skromnych – zapewnił) mi pomoże rozwijać tę zdolność.
Tak, świat zdecydowanie musiał oszaleć. Dlaczego nikt nie rozumiał, że ja nie chciałam tego rozwijać?!
Głupi, głupi świat!
Westchnęłam i oparłam się o kamienną ścianę. Świetnie. Po prostu świetnie. Wczoraj o tej porze byłam przeciętną uczennicą Hogwartu. Samotną i niekochaną, ale przeciętną. Jakoś nie podobało mi się tego rodzaju „coś za coś”. Ale co mogłam teraz poradzić? Miałam za swoje. To tak, jakbym, no nie wiem, zrzuciła gdzieś bombę atomową i narzekała, że autorzy książek historycznych psują mi image.
Tyle, że to, co stało się wczoraj, nie przyczyniło się do śmierci setek tysięcy istnień. O ile wiedziałam, tylko jedno istnienie odniosło lekkie obrażenia – i to w pełni zasłużone. Naprawdę, czy wszyscy nie mogliby po prostu udawać, że tego nie widzieli i zająć się własnymi sprawami?
Odpowiedź na to pytanie naprawdę mi się nie podobała.
Brzmiała bowiem „nie”. Po co zajmować się wypracowaniem z zielarstwa, kiedy można porozmawiać z kimś o czymś tak niecodziennym jak to, co stało się wczoraj. Jakby kogokolwiek interesowało coś więcej niż sam fakt, że taka sytuacja miała miejsce!
Ruszyłam w kierunku wieży. Miałam nadzieję, że wszyscy dalej znajdowali się w Wielkiej Sali (i najpewniej omawiali bal), więc były duże szanse na to, że uda mi się spędzić trochę czasu w samotności. A przynajmniej bez zgrai plotkar wypytujących mnie o szczegóły.
Moje nadzieje okazały sie płonne.
– Tu cię mam!
Oho, wściekła Brenda. Z tego, co było mi wiadome, jedynym sposobem obrony przed nią w tym stanie była ucieczka. Zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. Niestety…
Nigdy nie sądziłam, że stukot szpilek może być tak przerażający! Nie miałam nawet pojęcia, jak mogła w nich biegać. Przecież to przeczyło wszystkim prawom fizyki – nawet tym obowiązującym w Hogwarcie! Brenda najwyraźniej jednak żyła w takim samym przeświadczeniu co niektóre postaci z mugolskich kreskówek, którym udawało się chodzić w powietrzu, póki nie patrzyły w dół. Może Bre mogła biegać, póki nie zdawała sobie sprawy z tego, co ma na nogach?
– Czekaj!
Zatrzymałam się. Nie dlatego, że chciałam z nią rozmawiać; po prostu dalsza ucieczka nie miała sensu. I tak by mnie w końcu znalazła – wspólne dormitorium i takie tam.
– Bre, spieszę się. Naprawdę – powiedziałam, mając cichą nadzieję, że to ją zniechęci.
– Nadal nie powiedziałaś mi, co TO miało niby być! – Podbiegła naprawdę blisko mnie. Gdyby nie była to Brenda, to znaczy gdybym nie wiedziała, jaka jest niegroźna, powiedziałabym, że przypominała rozwścieczoną kuropatwę.
– Nie będę potwierdzać żadnych plotek ani żadnym zaprzeczać – warknęłam. Byłam pewna, że pojawiły się już nie tylko przeróżne wersje wydarzeń, ale i mnóstwo spekulacji. Nie zdziwiłabym się, gdybym przy kolacji dowiedziała się, że ktoś uważa mnie za córkę potwora z Loch Ness.
– Mnie nie powiesz?!
Spojrzałam na nią, jakbym nie była pewna, czy żartuje. Jednak wyraz jej twarzy świadczył o tym, że była jak najbardziej poważna i koniecznie chciała poznać prawdę. Westchnęłam.
– Nie – stwierdziłam stanowczo.
Wyglądała na zdziwioną.
– Przecież… Zrobiłaś mi to i nawet nie chcesz wytłumaczyć… Powiedzieć czy to prawda?
Zamrugałam. Jak to „zrobiłam jej to”? Przecież chyba nawet nie była w pobliżu, kiedy to wszystko się wydarzyło. I, o ile mi wiadomo, nie kolegowała się w Jeffem na tyle, żeby przejmować się jego losem.
– O czym ty mówisz, Bre? – zapytałam naprawdę zbita z tropu
– Ty… Ty… NIE ZAPRZECZAJ!
W chwilę później – płakała. Przez chwilę miałam ochotę ją przytulić i pogłaskać po głowie, ale szybko się rozmyśliłam. Nie tylko dlatego, że była to Brenda, ale też dlatego, że z pewnością nie byłaby zadowolona, gdybym zepsuła jej fryzurę.
– Niczemu jeszcze nie zaprzeczyłam – zauważyłam. Cała ta rozmowa przypominała jakiś dość surrealistyczny sen.
– Chcę to usłyszeć od ciebie.
Spojrzałam na nią bezradnie. Świetnie, naprawdę świetnie.
– Nie mam pojęcia, co chcesz usłyszeć. – Byłam wręcz niespotykanie spokojna. Powinnam kazać jej się opanować i wrócić do wieży, a tymczasem kontynuowałam tę rozmowę. Naprawdę nie wiem, kiedy stałam się taka miła.
– Wczoraj!
Tyle to się domyślałam. Nagle wszystko, ale to wszystko kręciło się wokół wczorajszego dnia.
– Możesz rozwinąć?… – Tak, moja cierpliwość była nieziemska. Ale nawet ona kiedy się kończyła i obawiałam się, że nastąpi to już niedługo, jeśli Bre w końcu nie wydusi z siebie, co takiego jej zrobiłam.
– Ty to powiedz.
Ciężko westchnęłam. W porządku, myśl, Annie. Jeśli nie chodzi jej o Jeffa – a najwyraźniej nie chodzi – to musi chodzić o Syriusza. Nie miałam pojęcia, czego mogłaby od niego chcieć, skoro zerwali. Ja na pewno nie chodziłabym za nikim, żeby wypytać o Regała, ale najwyraźniej Bre była inna.
– Nie wiem, co takiego mam powiedzieć, ale zgaduję, że ma to związek z Syriuszem?…
Rozpłakała się jeszcze bardziej. Czyżbym zgadła?
– Bre… Bre, nie płacz, naprawdę. – Poklepałam ją po plecach. Miałam nadzieję, że pokrzepiająco. – No wiesz, życie idzie naprzód, jest wiele ryb w oceanie i tak dalej…
– Jak mogłaś mi to zrobić? – krzyknęła.
– Przecież zerwaliście – zauważyłam wyjątkowo przytomnie. Naprawdę, nie wiedziałam, po co w ogóle o tym rozmawiamy.
– Co nie uprawnia cię do… do… do podkradania mojego Syriuszka!
Popatrzyłam na Bre ze współczuciem. Naprawdę – współczułam jej. Jak mogła się tak łudzić? No i jak mogła oskarżać mnie o podkradanie jej chłopaka? Przecież to absolutnie niedorzeczne.
– Syriusz nie jest twój, skoro zerwaliście – stwierdziłam, podkreślając ostatnie słowo. – Może spotykać się z kim chce, więc go nie podkradłam.
– Wiesz, ile razy my zerwaliśmy? Nie miałaś prawa!
Zacisnęłam usta. W porządku, słyszałam to i owo na temat ich zerwań, ale przecież…!
– W takim razie powinniście to wyjaśnić między sobą.
Tak, szalenie dojrzałe, Annie, pomyślałam. Wycofywać się z rozmowy, kiedy robi się odrobinę niewygodna. No dobrze – bardzo niewygodna.
– Ale to tyyyy.
Spojrzałam na nią niewinnie, bo – tak! – czułam się niewinna. Nie zrobiłam nic złego. Nic, o co mogłaby mieć pretensje. A fakt, że Brenda miała czelność próbować w jakiś sposób zepsuć te wspomnienia i wywołać we mnie poczucie winy, był okropny. Miałam nadzieję, że uda mi się zakończyć tę rozmowę jak najszybciej.
– Tak, to ja. Ale wiesz, w związku zwykle są dwie osoby, więc on też. I jeśli uważasz, że nie wyjaśnił do końca sytuacji z tobą, to powinnaś rozmawiać z nim, a nie ze mną.
Odpowiedziała mi jedynie płaczem. Tym razem nie poklepałam jej po plecach. Nie zrobiłam nic szczególnego, bo nie miałam pojęcia, jak mogłabym jej pomóc. Prawdę mówiąc – niespecjalnie miałam ochotę jej pomagać. Jasne, wiem, że powinnam traktować ją jak siostrę albo inną towarzyszkę niedoli, ale w tym momencie chciała zepsuć coś pięknego. To zdecydowanie wpływało negatywnie na nasze relacje.
– Zdradziłaś mnie – wychlipała po chwili. – Zdradziłaś moje największe marzenie.
Zamknęłam oczy i policzyłam w myślach do ośmiu. Wiem, powinnam do dziesięciu, ale moja cierpliwość się kończyła w iście ekspresowym tempie.
– Bre, nie mam pojęcia, o czym mówisz – zapewniłam. – Jeśli masz z tym jakiś problem, to naprawdę nie ze mną powinnaś rozmawiać.
– Zdradziłaś mnie i moje… nasze…
Dziecko? Błagałam wszystkich bogów, żeby nie mówiła o dziecku. Mogłabym już nawet żyć z myślą, że robiłam ich związek, ale dziecko…? Spojrzałam na Bre. Nijak nie wyglądała mi na matkę. I miała piętnaście lat. Wydawało mi się to mało prawdopodobne, ale przeczytałam za dużo mugolskich romansów, żeby móc to całkowicie wykluczyć.
– Wasze?… – zachęciłam. Naprawdę wolałabym, żeby to z siebie wydusiła.
Zapadła cisza pełna nerwowego oczekiwania. Nawet Bre zdawała się płakać jakoś mniej. Przełknęłam głośno ślinę. Miałam wrażenie, że czas jakoś zwolnił, a całe nasze otoczenie jakby się oddaliło. Jakby nagle wszechświat się zatrzymał i oczekiwał na to, co padnie z ust Bre. Merlinie, co ona mogła takiego mieć na myśli? Co się wydarzyło między nią i Syriuszem? I czemu mi o tym nie powiedział, jeśli to coś ważnego? W porządku, nie rozmawialiśmy ze sobą za wiele wczoraj, ale mógł się bardziej postarać!
W końcu to z siebie wyrzuciła:
– Zawsze chciałam, żeby pocałował mnie w gradzie.
Popatrzyłam na nią z najszczerszym zdziwieniem. Czyli cały czas chodziło o coś tak… niedorzecznego? Pocałunek w gradzie? Prychnęłam. Głośno.
– Bre, jestem przekonana, że znajdziesz kogoś innego, kto będzie zainteresowany pocałunkami w przeróżnych warunkach atmosferycznych – stwierdziłam, starając się nie roześmiać. Merlinie, kto jak kto, ale Brenda potrafiła zbudować atmosferę! A potem ją, rzecz jasna, zepsuć.
– Tylko Syriusz…
Nagle ta cała rozmowa zaczęła być jeszcze bardziej niewygodna niż wcześniej. Nie miałam zamiaru mówić ani słowa więcej o Syriuszu, pocałunkach ani gradzie (przy czym grad był z tych trzech tematów najmniej drażliwy). Najchętniej już nigdy nie rozmawiałabym z Bre – i nie umiałam nawet wyjaśnić dlaczego. Nigdy nie pałałam do niej sympatią, ale najwyraźniej fakt, że wcześniej spotykała się z Syriuszem jeszcze wzmógł moją niechęć do jej osoby.
– Porozmawiaj o tym z nim – powtórzyłam. – Albo nie. Ja z nim porozmawiam. Dam ci znać, jeśli będzie chciał ci coś przekazać.
Oczywiście wiedziałam, że jeśli Bre się uprze, to sama z nim porozmawia, ale nie chciałam jej do tego zachęcać. Jakoś nie podobała mi się perspektywa Syriusza rozmawiającego z kimś, kto chciał go całować. W gradzie do tego.
– Ty? – Była oburzona. – TY mnie zdradziłaś! Możesz… Możesz to zrobić jeszcze raz!
Merlinie, naprawdę nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. Jak mogłam ją zdradzić? Czy Bre wierzyła w te feministyczne brednie, zgodnie z którymi kobiety powinny trzymać się razem i bojkotować rodzaj męski? Jedno było pewne – za nic w świecie nie chciałabym się dobrowolnie zadawać z Bre.
– Nadal nie mam pojęcia, co mi zarzucasz, ale może lepiej skończmy tę rozmowę? – zaproponowałam.
Naprawdę, byłoby lepiej, gdybyśmy po prostu rozeszły się każda w swoją stronę, zanim któraś z nas powie coś, czego obie będziemy później żałować. Cokolwiek by to miało być.
– Zdradziłaś mnie – powtórzyła jeszcze, wciąż płacząc, ale dyskusja była chyba martwa.
– W porządku – zgodziłam się dla świętego spokoju. – Zdradziłam cię, jestem okropna i masz pełne prawo się do mnie nie odzywać. Prawdę mówiąc, na twoim miejscu bym się w ogóle ignorowała. Zasłużyłam sobie na to – dodałam, nagle całkiem zadowolona z faktu, że Bre poczuła się tym wszystkim tak dotknięta. Nadal było mi jej żal, ale jeśli miało to znaczy, że zacznie mnie ignorować… Powiedzmy, że mogłam na chwilkę schować ten żal do kieszeni.
– Ja… ja się zemszczę! – krzyknęła i pognała w przeciwnym kierunku.
Westchnęłam jeszcze raz. Świetnie, teraz miałam na głowie nie tylko dzikie stado plotkarzy czy pełnego dobrych chęci dyrektora, ale jeszcze najwyraźniej oszalałą z zazdrości Brendę. Czy życie mogło być ciekawsze?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s