41. O balu (2)

Spędziłam w łazience dość czasu, żeby się uspokoić (i całkowicie zrujnować makijaż, który tak pieczołowicie nakładała mi Brenda) i podjąć jedyną decyzję, jaką mogłam podjąć. Musiałam wyruszyć na poszukiwania Syriusza i jakiś to wszystko wyjaśnić, o ile da się jeszcze cokolwiek wyjaśnić. Problem polegał tylko na tym, że nie miałam pojęcia, gdzie się może znajdować – domyślałam się, że raczej nie w Wielkiej Sali, ale i tak właśnie od niej powinnam zacząć poszukiwania. Sama myśl o powrocie do tego różowego koszmaru napawała mnie przerażeniem. Kiedy w wakacje czytałam Dantego, nigdy nie sądziłam, że sama będę musiała przejść przez parę kręgów piekielnych, ale wszystko wskazywało na to, że właśnie to mnie czekało.
– Tu jesteś! Annie! Zupełnie się pogubiłem w tym tłumie.
Podniosłam głowę i przysięgam, że gdyby wzrok mógł zabijać, to Jeff leżałby już martwy. Ciekawe, czy te biedne skrzaty musiałyby odstawić tace i go wynieść, czy może… Stop, Annie, zaczynasz bredzić.
– Taak, ja też się pogubiłam – mruknęłam, nie zatrzymując się ani na chwilę. Przecież miałam coś do zrobienia, tak?
– Tańczymy?
Mogłam się domyślić, że moje spojrzenie nie zadziała. Merlinie, czy on specjalnie chciał mnie zdenerwować?
– Nie, spieszę się.
Nadal się nie zatrzymywałam, ale przepychanie się między ludźmi nie było specjalnie łatwe. Miałam nadzieję, że Jeff da sobie spokój i nie będzie szedł za mną.
– Ale przyszłaś tu ze mną!
I wtedy popełnił błąd. Złapał mnie za rękę.
Tak, to mnie zatrzymało. Na chwilę, w czasie której próbowałam się wyszarpnąć. Co on sobie myślał?!
– Tak, tak, przyszłam, ale nie mam zamiaru zostawać tu ani chwili dłużej – warknęłam. – Puść mnie!
– Ale…
Nie miałam siły się z nim kłócić, a już na pewno nie szarpać. Nie obchodziło mnie, że znajdowaliśmy się w pomieszczeniu pełnym ludzi. Ukrywanie telekinezy ukrywaniem, ale, na litość Merlina! W ułamku sekundy jedna z tac, które nosiły skrzaty, znalazła się nad jego głową i z hukiem wylądowała, a potem – z jeszcze większym hukiem – upadła na podłogę. Miałam nadzieję, że będzie miał po tym guza. Miałam też nadzieję, że jak najmniej osób zwróciło uwagę. A najbardziej miałam nadzieję, że uwaga wszystkich skupi się teraz na biednym Jeffie i uda mi się dotrzeć do wyjścia w Wielkiej Sali.
Tłum zamarł w niemym bezruchu. Co, oczywiście, niespecjalnie ułatwiało mi przedzieranie się do drzwi, które teraz przypominało slalom.
– Widziałeś to? To było… To… – usłyszałam szept jakiegoś zaskoczonego chłopczyka po mojej lewej.
Tłum bowiem ma to do siebie, że nie zamierał na długo. Przyspieszyłam, żeby wymknąć się, zanim zechcą zadawać mi pytania, na które nie miałam najmniejszego nawet zamiaru odpowiadać.
Biegłam. Przez jeden korytarz, drugi, schody, trzeci, kolejne schody… I cały czas nie byłam pewna, co właściwie powiem, kiedy już go znajdę. Albo – co gorsza – co zrobię, jeśli go nie znajdę.
Bo wszystko wskazywało na to, że tu go nie ma.
Mogłam się spodziewać. Nigdy nie było go tam, gdzie być powinien. Pewnie jednak poszedł na bal z jakąś dziewczyną (w końcu znalezienie chętnej nie mogło zabrać mu więcej niż jakąś godzinę, prawda?), a ja go nie zauważyłam. Mógł z nią wyjść na korytarz albo na błonia. Sama ta myśl mnie zdenerwowała i wypadłam z pokoju wspólnego w takim samym pośpiechu, w jakim do niego wpadłam.
Byłam wręcz zdziwiona, że udało mi się dotrzeć na błonia, nie wpadając na nikogo po drodze. Wolałam nie myśleć o tym, co najpewniej działo się w Wielkiej Sali – wiedziałam, że wzbudziłam zainteresowanie, ale w tej chwili miałam ważniejsze rzeczy na głowie. Martwić się mogłam w każdej chwili, a… A nie w tej.
Był tam.
Merlinie, nie mam pojęcia, co można robić na błoniach w połowie lutego, ale był tam. Stał spokojnie i patrzył w niebo, jakby zupełnie nie zwracał uwagi na to, że pada śnieg.
Zatrzymałam się parę kroków od drzwi wyjściowych. Nadal nie wiedziałam, co chcę powiedzieć, i nagle perspektywa podchodzenia do niego przestała wydawać mi się tak zachęcająca. Może powinnam zawrócić – na do Wielkiej Sali, to jasne, ale mogłam wrócić do dormitorium, iść spać i udawać, że nic się nie stało. Jasne, pewnie powinnam. Tyle że nogi za nic w świecie nie chciały się ruszyć.
Wyglądał tak… Z jednej strony niewiarygodnie smutno, tak, jakby cały jego świat właśnie legł w gruzach. Z drugiej jednak, śnieg w jego włosach… Moje serce zaczęło bić przynajmniej z miliard razy szybciej.
Kiedy już wydawało mi się, że mogę je uspokoić, jakoś spowolnić puls, Syriusz oczywiście musiał zrobić coś, co zrujnowało moje starania. Spojrzał na mnie. Mój puls znów podskoczył do jakiejś niewiarygodnie wysokiej liczby uderzeń na minutę. Albo na sekundę. Nie było już odwrotu, wiedziałam o tym doskonale. Trochę niepewnie zrobiłam krok w jego kierunku.
Nie zareagował.
Zrobiłam jeszcze jeden krok, nieco pewniejszy tym razem, choć moje buty zdecydowanie nie nadawały się do chodzenia po ośnieżonych błoniach. Sukienka, w której byłam, też nie była najlepszym wyborem na tę pogodę, ale niech mnie Avada trzaśnie, jeśli to miało w tej chwili znaczenie.
– Co tu robisz? – spytał wyjątkowo zachrypniętym głosem.
– Mogłabym zapytać cię o to samo – odpowiedziałam, zanim zdążyłam wymyśleć jakieś ładne i kwieciste zdanie, w którym wyznałabym mu, co James mi powiedział i… i liczyła, że rozmowa sama się jakoś dalej potoczy.
– Odpowiem. Stoję.
Ostentacyjnie odwrócił głowę. Pojedyncze pasmo jego czarnych jak noc włosów opadło mu na czoło.
Merlinie, dlaczego on zawsze mnie tak irytował, że aż… że aż chciałam go przytulić? I odgarnąć to pasmo ośnieżonych włosów. I nakrzyczeć na niego, że prosi się o zapalenie płuc. I jeszcze raz przytulić.
– To widzę – mruknęłam, podchodząc bliżej. – Nie uważasz, że to nie jest najlepsze miejsce na stanie? No wiesz, ten śnieg i w ogóle…
Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Czy naprawdę poruszenie tematu, na który chciałam z nim porozmawiać, było takie trudne?
– Śnieg? – Zamyślił się. – Ach, śnieg.
„Ach, śnieg”? Tylko tyle miał mi do powiedzenia? „Ach, śnieg”?! To ja biegam przez cały zamek jak idiotka, żeby go znaleźć, a on mnie traktuje jak kogoś, kto… Właściwie nie mogłam być na niego zła. Nie zrobiłam nic, żeby zasłużyć na inne traktowanie. I właśnie to chciałam naprawić! W tej właśnie chwili, dalsze krążenie wokół tematu nie miało najmniejszego sensu. Powinnam po prostu mu powiedzieć o całej tej rozmowie i poczekać na jego reakcję.
– Jest zimno, powinieneś wrócić do zamku – stwierdziłam i od razu nabrałam przemożnej ochoty na pacnięcie się w czoło. Od kiedy byłam takim tchórzem?
– Pozwól, że sam będę decydował, co zrobię, a czego nie.
To zabrzmiało już prawie jak warknięcie. W dodatku Syriusz odsunął się ode mnie znacząco. Czy był zły? No tak – jak miałby nie być?! Też byłabym na niego zła, gdybym… Chociaż, może bym nie była. Nie, kiedy miał na sobie tę cudownie obcisłą, białą koszulę.
W przypływie odwagi zrobiłam krok w jego stronę. Jeśli chciał tak dreptać po całych błoniach, to trudno, byłam gotowa go gonić, póki któreś z nas nie poruszy tematu, który już dawno powinien zostać poruszony.
– Nie widziałam cię na balu – rzuciłam, mając nadzieję, że to skieruje rozmowę na odpowiednie tory.
Nie mogłam wymyślić nic innego. Ten chłód, który bił od Syriusza (i nie miał nic wspólnego ze śniegiem) był onieśmielający. Jasne, już wcześniej były okresy, kiedy nie odzywaliśmy się do siebie albo darliśmy koty przy każdej okazji. Ale teraz… to było coś innego. Albo tak mi się wydawało, bo inaczej na całą tę sprawę patrzyłam.
– Przecież nie miałem z kim pójść.
Więc chciał wzbudzić we mnie poczucie winy? Jakbym nie miała już dość tego, które sama wzbudziłam. Oboje świetnie wiedzieliśmy, że mógł kogoś znaleźć. Nie miałam pojęcia, czemu tego nie zrobił – i choć myślenie, że skoro mu odmówiłam, to wolał nie iść na bal, niż iść z kimś innym mile łechtało moją próżność, to jednak nie pozwalałam sobie w to wierzyć. Nie mogłam jednak w żaden sposób zareagować na jego słowa, by jednocześnie nie zabrzmieć głupio. Zdecydowałam się na kolejną próbę.
– Rozmawiałam z Jamesem – zaczęłam. Oczywiście w nadziei, że coś odpowie. Nie radziłam sobie najlepiej z całym tym uczuciowym zamieszaniem.
– Ja też – odpowiedział. – Tłumaczyłem mu, że zabieranie ze sobą na bal Brendy nie sprawi, że Lily będzie zazdrosna. Ale nie posłuchał. Rogaty najwidoczniej uważa, że miło będzie powtórzyć moje błędy.
Zagryzłam wargi. Niczego mi nie ułatwiał, naprawdę. Ale przecież nie mogłam rzucić mu się na szyję i zaproponować, żebyśmy odeszli w zachodzące słońce! (W porządku, zaszło już kilka godzin temu, ale chodziło mi o atmosferę). Musiałam po prostu powiedzieć to, co muszę powiedzieć. Mogłam się założyć, że do tej pory musiał się już domyślić, po co przyszłam i teraz się ze mną bawił. Normalnie by mnie to zdenerwowało, ale tego wieczoru postanowiłam zrezygnować z części swojego oślego uporu.
– Ze mną nie rozmawiał o Brendzie – odpowiedziałam. – Powiedział mi coś… ważnego.
– Tak?
A jednak odwrócił się w moją stronę. Gdy spojrzałam w jego ciemne, smutne oczy, moje serce wykonało fikołka. Pytająco podniósł jedną brew.
– Zamieniam się w słuch.
W porządku, rozmawialiśmy. Ale zupełnie nie na to liczyłam. Właściwie sama nie wiem, czego się spodziewałam, ale…
Zrobiłam głęboki wdech. Skoro nie było innej drogi, to trudno, któreś z nas musiało zrezygnować z tej głupiej dumy. Wiedziałam, że mogę tego pożałować za jakieś pięć minut, ale teraz, wśród tego padającego śniegu, wszystko wydawało się inne, jakby zamrożone w czasie i na swój sposób bajeczne. Albo po prostu chciałam, żeby tak było.
– Uświadomił mi, jak się zachowywałam wobec ciebie i… chciałam przeprosić – powiedziałam, cały czas na niego patrząc. Utrzymanie kontaktu wzrokowego wydawało mi się w tamtej chwili niezwykle ważne.
– Okay.
Jeśli to miało mi pomóc, to się nie udało. Nie pomogło mi ani trochę. Co więcej, poczułam się gorzej. Rzucił to tak, jakby moje przeprosiny (w porządku, nie były specjalnie wymyślne, ale dość rzadko musiałam przepraszać, więc nie miałam wprawy) nic dla niego nie znaczyły. Na samą myśl, że może tak było – że może ja nic nie znaczyłam – żołądek mi się przewrócił i to nie w pozytywny sposób.
– Naprawdę źle się z tym czuję i… po prostu chciałam, żebyś wiedział, że nie jestem taką jędzą. To znaczy może jestem, ale nie chodzi o to. To znaczy chodzi, ale nie o to. – Urwałam. Zaczęłam bredzić i rozmowa nijak nie prowadziła do tego, do czego powinna doprowadzić. Ponownie wzięłam głęboki wdech. – Chciałam powiedzieć, że naprawdę doceniam to, co dla mnie robiłeś, nawet jeśli nie potrafiłam… tego okazać.
– Co takiego niby dla ciebie zrobiłem, Annie? Zapomnij. Nic się nie stało.
W tym „zapomnij” było coś szalenie złowrogiego, choć nie mogłam jednoznacznie stwierdzić, co takiego. Postanowiłam kontynuować, choć wiedziałam, że najpewniej zaraz znowu zacznę schodzić z tematu.
– Nie chcę zapominać – powiedziałam głośno. – James pokazał mi, że byłam naprawdę, naprawdę okropna. I ślepa. I wiem, że może być już za późno i zaraz każesz mi te przeprosiny schować do kieszeni i sobie iść, ale musiałam tu przyjść i ci to wszystko powiedzieć. Chociaż nic z tego, co mówiłam, nie brzmiało tak, jak powinno.
Nie odpowiedział. Za to ponownie odwrócił głowę. Wyglądał tak… tak, jakby walczył sam ze sobą. Jakby w szaleńczo przystojnej głowie Syriusza ścierał się właśnie zły i dobry Syriusz. Jakby nawalali się tam na śmierć i życie, że tak użyję kolokwializmu.
Patrzyłam na niego z nadzieją – tak, na litość Merlina, z nadzieją! – że coś powie, ale kiedy uznałam, że ta wewnętrzna walka trwa za długo, zebrałam resztki dumy i zapytałam, czy mam sobie iść. W normalnych okolicznościach nawet bym nie pytała – po prostu odwróciłabym się i najszybciej, jak tylko by się dało, wróciła do zamku, żeby się przebrać w coś cieplejszego. Tyle że te okoliczności nie były normalne, a ja naprawdę nie chciałam odchodzić. Nawet jeśli było mi koszmarnie zimno przez ten śnieg.
– A skończyłaś mówić? – spytał.
– Nie wiem – przyznałam.
Prawda była taka, że jeśli liczył na to, że zaoferuję mu swoje serce przewiązane czerwoną wstążką tylko po to, żeby mógł je wdeptać z jakąś pobliską zaspę, to wolałabym zakończyć tę rozmowę na tym etapie i oszczędzić sobie bólu. Jednak jakaś część mnie chciała mówić dalej, chciała powiedzieć wszystko i wierzyć przy tym, że wcale nie skończy w zaspie, że tym razem będzie inaczej. Mogłam zrozumieć jego wewnętrzną walkę, bo sama toczyłam podobną.
– Więc ja nie wiem, czy masz sobie już iść.
Znów zagryzłam wargi. Jasne, było całe mnóstwo rzeczy, które chciałam mu powiedzieć, ale myśl, że mógłby mnie odrzucić i wyśmiać, była niemal obezwładniająca. Nie chciałam odchodzić, skoro już odważyłam się tu przyjść i zacząć tę rozmowę; wiedziałam, że drugi raz już jej nie zacznę. Wiedziałam też, że to ja wszystko skomplikowałam i zepsułam, więc nie powinnam wymagać, żeby teraz ułatwiał mi naprawianie. Ale przynajmniej mógłby nie utrudniać!
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale zdałam sobie sprawę, że mam w głowie całkowitą pustkę, więc je zamknęłam. Po prostu tak stałam i na niego patrzyłam.
Przez chwilę trwaliśmy w pełnym oczekiwania milczeniu.
Gdy ta chwila (och, dobrze, że nie stała się wiecznością!) dobiegła już końca, Syriusz, niespodziewanie dla mnie, wskazał mi ręką jakiś punkt na niebie.
– Wiesz, co to jest?
Przyznaję, nigdy nie byłam orłem z astronomii i rozróżnianie gwiazd bez użycia teleskopu oraz podręcznika wydawało mi się zadaniem trudnym. Próbowałam znaleźć znajome punkty, ale większa część nieba była zasnuta śniegowymi chmurami. Musiałam zrobić czegoś, czego nie znosiłam – przyznać się do niewiedzy.
– To Syriusz – odpowiedział. – Gdy byłem mały, zastanawiałem się, czy gdybym zbliżył się do niego wystarczająco blisko, zobaczyłbym swoją twarz.
Spojrzał na mnie.
– Dziś wiem już, że to niemożliwe.
Poczułam, że pęka mi serce – tyle w tym było smutku. Spojrzałam w górę, na świecącą jasno gwiazdę, i poczułam się naprawdę podle. Nie wiedziałam, czy jednym z czynników, które mu to uniemożliwiały, byłam ja, ale sama taka myśl sprawiała, że jednocześnie chciałam go przytulić i stąd uciec. Wybrałam rozwiązanie pośrednie – stałam w miejscu.
– Jest piękny – powiedziałam w końcu, bo wypadało przerwać ciszę. Wiedziałam, jak idiotycznie to brzmi, ale nie mogłam wydusić z siebie nic innego, nic bardziej przyziemnego.
– Ty jesteś piękna.
Mimo zimna i padającego śniegu – zarumieniłam się. Od czubków uszu aż do szyi. Jeśli wydawało mi się, że wcześniej nie wiedziałam, co powiedzieć, to teraz było jeszcze gorzej. Miałam nieodparte wrażenie, że niezależnie od tego, o czym rozmawiamy, kompromituję się coraz bardziej i bardziej. W końcu wyciągnęłam rękę i spróbowałam delikatnie otrzepać śnieg z jego włosów. Nie wiedziałam, po co właściwie, skoro w ciągu chwil spadłyby następne płatki, ale ten gest pomógł mi jakoś rozładować emocje, które obudziły we mnie jego słowa. Jakbym mogła je w ten sposób przekazać.
Tego się chyba nie spodziewał. Jakoś tak… drgnął. Z pewnością było to drgnięcie na tle nerwowym!
Spojrzałam na niego niepewnie. Może wcale nie chciał, żebym się zbliżała, chociaż jego słowa zdawały się świadczyć o czymś innym. Próbowałam sobie wyjaśnić, że mógł się po prostu tego nie spodziewać, ale i tak mnie to zaniepokoiło. Czy już zerwałam tę nić porozumienia, którą przed chwilą udało nam się nawiązać?…
– Chyba lepiej, żebyś jednak poszła – powiedział, zdejmując moją rękę ze swoich włosów.
Nerwowo zrobiłam szybki wdech. Czyli jednak coś zepsułam i teraz, kiedy już prawie podałam mu swoje serce na tacy, on postanowił je odrzucić. Poczułam, że oczy robią mi się mokre, i wiedziałam, że za chwilę się rozpłaczę. Kiedy tam szłam, liczyłam się z taką reakcją, ale najwyraźniej nie wierzyłam, że faktycznie tak się to skończy. Teraz widziałam jasno jak na dłoni, że mnie nie chciał.
– Jeśli wolisz – szepnęłam; gdybym powiedziała to głośniej, to nie byłabym w stanie ukryć drżenia głosu, a łzy niechybnie pociekłyby mi po policzkach, zmieniając się przy tym w sople.
W milczeniu upływały kolejne sekundy.
– Przepraszam – dodałam tym samym tonem. – Myślałam, że uda mi się jeszcze coś naprawić, ale widać… widać zabrałam się za to zbyt późno.
Zrobiłam krok w tył, ale jeszcze się nie odwróciłam. Gdybym to zrobiła, to znaczyłoby, że jestem gotowa odejść, a ja zdecydowanie i stanowczo nie byłam gotowa. Mimo to zrobiłam następny krok. Niewielki. Taki, żeby w razie czego móc się szybko przybliżyć.
Ale w razie czego nie nadchodziło.
Poczułam, że poziom łez osiągnął stan alarmowy i zaczęły się właśnie wylewać na policzki. Próbowałam je otrzeć, ale nie przestawały płynąć. Nie chciałam, żeby je zobaczył – mógłby uznać, że usiłuję grać na jego emocjach – ale nie mogłam nic na to poradzić.
– Nie będę ci już więcej przeszkadzać – dodałam łamiącym się, nieco skrzeczącym głosem. – Ja… wiem, że już to mówiłam, ale naprawdę przepraszam.
I zrobiłam jeszcze dwa kroki w tył. Ciut większe, ale nadal nie mogłam się zmusić do wykonania półobrotu. Już nie liczyłam na to, że mnie zatrzyma, po prostu chciałam jeszcze przez chwilę na niego bezkarnie popatrzeć. Wiedziałam, że jeśli teraz wrócę do zamku, to nie będę już mogła zmienić zdania ani próbować wszystkiego naprawić.
– Pozdrów ode mnie Jeffa.
Zabolało. Bardziej niż wszystko, co do tej pory powiedział. Zabolało tak bardzo, że przestałam płakać.
– Nie planuję się z nim widzieć – powiedziałam chłodno, chociaż od środka zżerał mnie ogień. Jak on mógł?! Sugerować, że ja i Jeff?! Przecież to niedorzeczne. – Ani teraz, ani w przyszłości – uściśliłam, zanim zdałam sobie sprawę, że powinnam siedzieć cicho. Jeszcze parę słów i zaczęłabym brzmieć jak desperatka.
– Więc dlaczego przyszłaś tu z nim…
Zrobił to. Wykonał półobrót, w wyniku którego stanęliśmy znów twarzą w twarz.
– … a nie ze mną?
Trzęsłam się. Autentycznie się trzęsłam i to nie z zimna, tylko z wściekłości. Jak on w ogóle mógł?!
– Bo nie chciałam niczego komplikować! – krzyknęłam. Nie wiedziałam nawet, kiedy mój głos zdążył wrócić do normy, ale cieszyłam się, że tak się stało. Zrobiłam nawet krok do przodu. – Nie przyszłam z nim dlatego, że zależało mi na jego towarzystwie. Byłam dość… roztrzęsiona, kiedy to wszystko się działo i wolałam utrzymać dystans. Dystans! Jakiś czas temu zawaliła mi się część świata, naprawdę uważasz, że tak szybko mówiłabym się z Jeffem? Litości! – Zrobiłam następny krok, większy, i staliśmy blisko siebie. Byłam tak wściekła, że nawet nie wcięłam głębszego wdechu, żeby móc dłużej bezkarnie wwąchiwać się w niego. – Wiem, że byłeś dla mnie dobry, kiedy miałam kłopoty. Naprawdę wiem! Ale nie rozumiesz, że nie mogłam iść z tobą? Nawet jeśli chciałam! Ty cholerny, arystokratyczny idioto!
Miałam szczerą chęć go uderzyć, ale moje ręce wiedziały lepiej, co mają robić. Zanim się zorientowałam, przytulałam się do niego naprawdę mocno i opierałam głowę gdzieś między jego ramieniem i szyją. Oboje byliśmy przemarznięci, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało. Nawet czająca się gdzieś z tyłu głowy myśl, że w każdej chwili może mnie odepchnąć, nie wydawała się taka straszna.
Ale nie odepchnął.
Rozluźniłam ramiona, choć nawet nie zauważyłam, że zaciskałam mięśnie. Objęłam go mocniej, jakby w nadziei, że sobie nie pójdzie. Ani za chwilę, ani w ogóle. Że będziemy tak stać w tym śniegu aż… sama nie wiem, ale nie chciałam przerywać tej chwili. Milczałam, żeby nie powiedzieć czegoś, co zepsułoby ten moment. Po prostu dalej go przytulałam i próbowałam oddychać miarowo.
I wtedy, cóż, on też mnie objął.
Zrobiło mi się cieplej – nie z powodu kontaktu (a przynajmniej nie tylko), ale ogarnęło mnie inne ciepło, promieniujące wprost z serca. Nadal nic nie mówiłam, ale oddychałam spokojnie, co i raz napełniając płuca jego zapachem.
– Kocham cię, Annie – wyszeptał.
Pokiwałam głową, ani trochę nie odrywając się od niego. Czułam się tam za dobrze i zbyt bezpiecznie, zwłaszcza teraz, kiedy miałam wrażenie, że świat wokół nas przestał istnieć, a wszystko, co się liczyło, to były jego słowa. Merlinie… On naprawdę… Naprawdę! Mnie! Merlinie!
– Ja ciebie też, Syriuszu – wymamrotałam w jego szyję.
To był zdecydowanie najpiękniejszy dzień w moim życiu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s