39. O falsyfikowalności niewspółmierności percepcyjnej przygotowań do balu

Dzień balu nadszedł.
Od samego rana w dormitorium panowało okropne zamieszanie, wszystkie moje współlokatorki uwijały się jak w ukropie, a każdy skrawek przestrzeni pokrywały ubrania czy inne typowo kobiece przyrządy tortur, które jakimś cudem zawędrowały do Hogwartu. Kiedy tylko otworzyłam oczy, mój wzrok padł na coś, czego mugolskie kobiety używały do podkręcania rzęs. Nie miałam pojęcia, czemu leżało tak blisko mnie, ale wolałam na to nie patrzeć. Jeszcze by zaatakowało. Przewróciłam się na drugi bok, co nie było najlepszym pomysłem, bo od razu któraś nakrzyczała na mnie, że gniotę jej sukienkę, którą tylko na chwilę położyła na moim łóżku. Miałam przemożną chęć nakryć głowę poduszką i przespać cały ten dzień, obudzić się jutro i… Ale jutro nie byłoby lepiej, i tak wszyscy mówiliby o balu, więc skoro i tak będę musiała tego wysłuchiwać, to z równym powodzeniem mogłam się na nim pojawić.
–  Annie, planujesz w ogóle wstawać? Przespałaś śniadanie –  usłyszałam głos Lily, Lily, której sukienkę niechcący zgniotłam.
Wymamrotałam coś w poduszkę, ale podniosłam głowę. Jeśli faktycznie przespałam śniadanie, to naprawdę powinnam zacząć się przygotowywać –  zwłaszcza, jeśli miałam nadzieję wybrać się na obiad. O ile ktokolwiek przewidywał obiad tego dnia. Jakoś wcześniej mnie to nie zastanawiało.
Powoli wstałam i poczekałam, aż zwolni się łazienka. Z każdą chwilą moje szanse na zjedzenie obiadu malały i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie zrezygnować z zaspokajania własnej próżności (w końcu mogłam się przygotować w ostatniej chwili, to nie tak, że miałam się dla kogo stroić, prawda? Nie interesowało mnie, co Jeff sobie o mnie pomyśli) w imię zaspokojenia pustego żołądka, ale w końcu uznałam, że nic mi się nie stanie, jeśli jeszcze poczekam. Znając Brendę –  tuż przed samym balem szanse na dostanie się do łazienki będą wynosiły równe zero, więc powinnam wykorzystać czas teraz. To znaczy o ile łazienka zwolni się kiedykolwiek przed balem.
Naprawdę nie rozumiałam tego zamieszania. Byłam w stanie zrozumieć, że wszystkie moje współlokatorki chciały wyglądać ładnie, ale… Przecież to była przesada, naprawdę!
Ledwo zdążyłam się w niej zamknąć, a ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Porządnie się dobijać. Początkowo próbowałam to zignorować –  w końcu miałam prawo do odrobiny prywatności, prawda? Ale po chwili puściły mi nerwy.
–  Czego? –  krzyknęłam, a odpowiedział mi dziki pisk Brendy.
Zaczęło się.
Kiedy wyszłam z łazienki, zdałam sobie sprawę, że jeśli myślałam, że wcześniej panowało zamieszanie, to teraz rozpętało się prawdziwe piekło. Krzątanie się, wymiana mugolskimi kredkami do oczu czy perfumami, porady na temat bielizny czy fryzur… Czułam się jak w rzeczywistości równoległej. Nie rozumiałam całego tego zamieszania i nie chciałam być jego częścią. Chciałam tylko zjeść coś smacznego na obiad, po czym chwilę pochodzić po zamku, a dopiero w ostatniej chwili przebrać się w sukienkę i znaleźć Jeffa. Chyba że zmienię zdanie. Przecież jeszcze miałam czas, mogłam się rozmyślić… I chociaż chciałabym zrezygnować, to wiedziałam, że nie powinnam.
–  Wychodzisz?! –  Bre stanowczo złapała mnie za rękę. –  Dokąd wychodzisz? Nie wolno ci ruszać się z tego pokoju! Nie zdążysz!
Spojrzałam na nią, jakbym nie była pewna, czy jest całkiem zdrowa psychicznie.
–  Bre, litości, jest mnóstwo czasu, a ja umieram z głodu –  odpowiedziałam, starając się uwolnić rękę. –  Naprawdę, lepiej będzie, jeśli coś zjem. I nie będę się wam plątać pod nogami.
–  Ale wrócisz na tyle szybko, żebym mogła cię jakoś uczesać, co? Takie ładne włosy! Nie można marnować okazji!
–  Jasne, cokolwiek –  mruknęłam i szybko wyszłam.
Nie zatrzymała mnie –  widać zależało im na tym, żeby w dormitorium zrobiło się trochę luźniej. Jeśli chodziło o fryzjerskie zapędy Brendy –  trochę mnie niepokoiły, ale szczerze liczyłam, że odechce jej się manipulowania przy mojej fryzurze, jeśli sama je jakoś ułożę. Nad czym i tak powinnam się zastanawiać później, teraz ważniejszy był mój żołądek. Zastanawiałam się, co zostanie podane. I ile osób zjawi się na obiedzie –  byłam przekonana, że znaczna część Hogwartu właśnie gorączkowo przygotowywała się do tego nieszczęsnego balu.
Nie myliłam się. Gdy dotarłam do Wielkiej Sali, znajdowało się tam może dziesięć, piętnaście osób. Wszyscy bez wyjątku byli osobnikami płci męskiej. No tak! Oni nie musieli przygotowywać się tak gorączkowo.
Poczułam się nieco dziwnie. Odstawałam od tłumu –  znowu. Ale jeśli to odstawanie miało sprawić, że kiszki przestaną mi grać marsza, to mogłam odstawać. Spojrzałam na półmiski. Tyle pysznego jedzenia i tak mało chętnych! Zgroza! I może jeszcze to wszystko się zmarnuje? Co z biednymi proletariuszami wszystkich krajów, którzy głodują i smętnie przeżuwają chleb ze smalcem? Powinnam się wstydzić, że jem tak burżujskie jedzenie (i to w takich ilościach). Ale –  nie mogłam przecież pozwolić, żeby się zmarnowało, prawda?
Przy stole Gryffindoru było zupełnie pusto.
Nałożyłam sobie trochę gulaszu i z lubością zaczęłam jeść. Naprawdę, hogwarcka kuchnia była najlepsza na świecie –  nawet jeśli opierała się na wyzysku, z którym miałam zamiar walczyć. Nie zapomniałam o planie uświadomienia skrzatom, że powinny walczyć o swoje prawa. Miałam zamiar wrócić do niego po całym tym zamieszaniu związanym z balem.
Posiłek przebiegał spokojnie, ale ja czułam się… dziwnie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się siedzieć tu samej. Przynajmniej nie przez tyle czasu. Odnosiłam irracjonalne wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na samotną idiotkę.
Może i słusznie –  czułam się jak samotna idiotka. A do tego jeszcze… O nie, o nie, nie, nie, nie powinnam była rozglądać się po Wielkiej Sali, zdecydowanie nie. Ale zanim zdążyłam się powstrzymać, moje spojrzenie powędrowało w znajomym kierunku i zatrzymało się na stole Ślizgonów.
Tak, zdecydowanie byłam samotną idiotką, która nadal miała problem ze związkiem, który się już zakończył.
Siedział tam. Siedział i w najlepsze dyskutował ze swoim kumplem– półgłówkiem, Bartym, śmiejąc się co trzecie zdanie. Obaj wyglądali na całkiem zadowolonych z życia. Zupełnie tak, jakby… Jakby nic się nie stało.
Wzdrygnęłam się. Może faktycznie uznał, że nic się nie stało –  w końcu jakie znaczenie ma ktoś, z kim się zrywa? Przypomniało mi się, jak Syriusz zachowywał się po zerwaniu z Brendą. Może to u nich rodzinne. Jakaś genetyczna niemożność głębszego przeżywania rozstań. Albo w ogóle uczuć. Albo…
Albo powinnam po prostu skupić się na swoim talerzu, zjeść jak najszybciej cały gulasz, a potem szybko (ale nie za szybko –  tak na wypadek, gdyby mnie jednak obserwował) wyjść. Nie myśleć. Skoro on mógł się nie przejmować, to ja również nie musiałam. I nie czyniłoby to ze mnie tak samo oziębłej istoty. Oczywiście, że nie byłam oziębła! W przeciwieństwie do niego potrafiłam odczuwać smutek i nie traktowałam ludzi jak zabawki.
Zwykle, dodałam w myślach, nagle czując w gardle jakąś gulę. Jak w takim razie traktowałam Jeffa? Przecież to obrzydliwe, powinnam się wstydzić. W ogóle nie powinno mi to przyjść do głowy.
Zaczęłam odliczać łyżki gulaszu. Nałożyłam go za dużo i teraz, kiedy cały czas miałam tę gulę w gardle, ciężko było mi go zjeść. Co nie znaczyło, że miałam zamiar zostawić coś na talerzu. Mogłam być wrakiem człowieka, mogłam mieć połamany kręgosłup moralny, mogło mi się chcieć płakać, ale to nie znaczyło, że pozwolę dobremu jedzeniu się marnować.
Jak oni się śmiali! Barty musiał opowiadać dowcip za dowcipem. A ile przy tym było przyjacielskiego klepania się po plecach, szeptania sobie do uszka… Już dawno nie widziałam dwójki tak szczęśliwych osób, tak zadowolonych z tego, że mogą posiedzieć przy jednym stole i porozmawiać o bzdurach.
W porządku, minęło już parę dni, odkąd wydarł mi serce i rzucił je w zaspę, ale miałam wrażenie, że teraz dzieje się to od nowa. Że każdy ten uśmiech wydziera mi serce, które upada prosto w resztki gulaszu znajdujące się na moim talerzu. To nie tak, że chciałam, żeby cierpiał –  w końcu na ogół nikomu nie życzę źle –  ale nie chciałam też, żeby zachowywał się, jakby nic się nie stało. Jakby świat był absolutnie taki sam. Jakbym nigdy nie istniała. Merlinie, nie miałam pojęcia, że można być do tego stopnia skłóconym wewnętrznie, ale w tej samej chwili miałam ochotę rzucić w niego tym talerzem z gulaszem, przytulić, nawrzeszczeć na niego, przeprosić i walnąć jakąś klątwą. W dowolnej kolejności.
I wtedy na mnie spojrzał.
Jego wzrok obojętnie się po mnie prześlizgnął, tak, jakby mnie tak wcale nie było –  albo gorzej, jakbym była zaledwie nieistotnym elementem tła, przedmiotem, dekoracją. Nie poświęcił mi nawet pół sekundy swego cennego czasu. Zanim dotarło do mnie to, że prawdopodobnie zauważył, że na niego patrzę –  ponownie rozmawiał z Bartym, ponownie się do niego uśmiechał.
Wiedziałam, że powinnam dumnie unieść głowę, wstać i wyjść, po czym zrobić się na bóstwo (może nawet użyć tych narzędzi tortur, które dziewczyny zgromadziły w dormitorium) i pokazać mu, jak świetnie mogę się bawić bez niego. Jak szybko udało mi się znaleźć kogoś, kto go zastąpi. Tyle tylko, że poczułam się przez to jeszcze gorzej. Jasne, chciałabym móc mu udowodnić, że nie jest mi do niczego potrzebny i Jeff jest dla mnie równie dobrym kompanem co on. Ale nie był. Na litość, sama myśl o spędzeniu całego balu z Jeffem wydawała mi się zniechęcająca i nie było sposobu, żeby Regał uwierzył, że świetnie się bawię, kiedy dla każdego będzie oczywiste, że tak nie jest. Ale przyznanie się do tego byłoby jeszcze gorsze. Byłoby… jeszcze większą przegraną. O ile to możliwe.
–  Ej, Annie, na co się tak gapisz?
Tym, który tak niesubtelnie przerwał moje rozmyślania był Peter. Bezceremonialnie rozsiadł się na miejscu tuż koło mnie. Jego obecność wieszczyła rychłe pojawienie się i reszty Huncwotów. Syriusza włączając.
Wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia gulaszu. Nie było mowy o tym, żebym spokojnie czekała na pojawienie się Huncwotów, nie chciałam narażać się na kolejną rozmowę z Syriuszem, który na pewno domyśliłby się przyczyny mojego zachowania. Merlinie, domyśliłby się każdy poza Peterem. A naprawdę nie chciałam narażać się… na nic. Po prostu. Nie chciałam z nim rozmawiać, nie chciałam też patrzeć na Regała, nie chciałam nawet zjeść deseru, po prostu marzyłam o dojedzeniu tego gulaszu i wymknięciu się z powrotem do dormitorium. Już lepsze tortury w wykonaniu Brendy.
–  Dobra, dobra, nie musisz mi mówić. Rany, ale wy wszyscy jesteście tajemniczy. Już o nic spytać nie można.
–  Wszyscy? –  zapytałam, starając się być uprzejmą.
W końcu zawsze był dla mnie miły (nawet jeśli rozmawialiśmy do tej pory tylko kilka razy), nie powinnam przelewać na niego swoich frustracji czy taktować go jak wroga tylko dlatego, że byłam wkurzona na kogoś innego. Na kilku ktosiów, jeśli chodzi o dokładność. W każdym razie nie była to wina Petera i nie powinnam się tak zachowywać.
–  Rogaty z Łapą są strasznie cięci, wiesz, po tym, jak Łapa dorobił się tej szramy na plecach. –  Westchnął. –  Wszystko przez to, że Lunio… Wiesz, że go wtedy nie było, te jego choroby. Nie było komu pilnować, żeby nie szaleli. Bo pójście samemu na Smarka i jego gang nie jest najmądrzejsze, nie? Nawet ja to wiem.
Przerwałam na chwilę popijanie gulaszu herbatą i spojrzałam na niego uważnie. W pierwszej chwili chciałam zapytać, o jakiej szramie mówi i czy Syriusz był w skrzydle szpitalnym, ale szybko przypomniałam sobie, że to nie moja sprawa. Żadnych Blacków w moim życiu. Nawet poranionych. Kiedy już przełamałam ten idiotyczny odruch, zastanowiłam się nad tym, co powiedział na temat Remusa. Dlaczego to on miałby pilnować Jamesa i Syriusza? W porządku, zwykle się tym zajmował, ale przecież nie mogą go chyba obwiniać za to, że był chory, kiedy Syriusz wpadł na jeden z tych swoich idiotycznych pomysłów! Jak mogą być na niego źli o coś takiego?! Powinnam z nimi porozmawiać, przecież to podłe! Miałam zamiar zająć się tym od razu… albo od razu po balu.
–  Nie przejmuj się nimi –  wymamrotałam do Petera, jednocześnie układając sobie w głowie całą przemowę, jaką wygłoszę przed Jamesem i… najlepiej tylko przed nim. –  Już ja im przemówię do rozumu.
–  Co? Nie! Nie możesz z nimi o tym rozmawiać! Wiesz, Remus się tym zajmie. Już się pewnie zajął. Tyle że on teraz też jest cięty, wiesz, choroby psują mu nastrój.
Mówił z takim przejęciem, ze nieomal się zakrztusił.
–  Ale oni nie mogą go tak traktować! –  krzyknęłam, z hukiem odstawiając szklankę. Co prawda nie wiedziałam, jak Peter definiuje “bycie ciętym”, ale moja wyobraźnia pracowała nieźle i dotworzyła brakujące elementy układanki. –  Jeśli naprawdę mają do niego pretensje o coś takiego…! Przecież to sie w głowie nie mieści! I Remus ma prawo mieć kiepski nastrój, przecież często choruje, to na pewno coś poważnego, a ludzie, którzy poważnie chorują, nie ociekają szczęściem, radością i jednorożcami! Znaczy… ma prawo i już! I jeśli z tego powodu są źli, to ktoś powinien z nimi porozmawiać!
Kiedy skończyłam mówić, zorientowałam się, że nie tylko wstałam ze swojego miejsca, ale na dokładkę krzyczałam głośniej niż zwykle. Pewnie cała Wielka Sala słyszała. Pewnie Regał i Barty… Merlinie, nie.
Merlin mnie nie wysłuchał. Oni owszem. Przy czym mój ulubiony koleżka Barty zanosił się ze śmiechu, a Regał, cóż, Regał zareagował na to ze wzorowym wręcz obrzydzeniem wypisanym na twarzy.
–  Każda strona ma swoją wersję, nie? –  powiedział Peter.
Spojrzałam na niego, jakby właśnie zadeklarował, że wspiera dziki kapitalizm.
–  Jesteś po ich stronie? –  syknęłam. –  To naprawdę okropne, siła złego na jednego! Nie mogę tego tak zostawić.
A skoro i tak już stałam, odejście stamtąd wydawało mi się jeszcze łatwiejsze. Ruszyłam w stronę drzwi, starając się nie myśleć o wyrazie twarzy Regała czy o śmiechu Barty’ego. Nic mnie to nie powinno obchodzić. Ani trochę. Miałam nowy cel i to właśnie na nim powinnam się skupić. I to cel ważniejszy niż po prostu ucieczka z Wielkiej Sali.
Cel trudny do osiągnięcia, gdyż po paru krokach zderzyłam się gwałtownie z czymś, co okazało się nieźle umięśnionym torsem.
–  Uważaj, jak chodzisz! –  warknął Syriusz, a potem, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, ruszył w stronę Petera.
–  Och, świetnie! –  krzyknęłam w jego kierunku. –  Nie masz nawet tyle przyzwoitości, żeby przeprosić kogoś, na kogo wpadłeś?
Wiedziałam, że to w takim samym stopniu była moja wina. Gdyby przeprosił, to też bym przeprosiła. A zachował się jak… jak Regał! Nie, to było nie do przyjęcia i tylko zwiększyło mój gniew.
Nie odpowiedział mi. Nawet się nie odwrócił. Jak gdyby nigdy nic usiadł sobie koło Petera i ignorował mnie, stojącą na środku Wielkiej Sali i krzyczącą w jego kierunku.
Jak… jak on mógł?! Zaczęłam się trząść ze złości, a nie zdarzało mi się to często. Z jednej strony miałam szczerą ochotę dalej na niego krzyczeć, z drugiej zaś nie chciałam urządzać sceny w tak publicznym miejscu. Chociaż z trzeciej strony –  wyglądałabym na przegraną, gdybym teraz odeszła. Z czwartej zaś –  co mogłabym osiągnąć zostając. Przecież już nawet nie chodziło o te przeprosiny, tylko raczej o podstawy dobrego wychowania. I o Remusa. Przecież nie mogłam go tak zostawić. Choć może Peter miał rację, może powinnam poznać racje obu stron. Skoro znałam już ich wersję, to powinnam jeszcze poznać wersję Lupina. Którego tu nie było, więc szukanie go oznaczałoby ucieczkę z Wielkiej Sali, nawet jeśli ucieczką nie było.
–  Annie? Czemu stoisz na środku Wielkiej Sali? –  Niespodziewanie pojawił się i trzeci w Wielkiej Czwórki. James.
–  Bo… –  zaczęłam, po czym zdałam sobie sprawę, że to nie ma ani trochę sensu. Ani moje stanie, ani próba wpływania na nich, ani nic. Wzruszyłam ramionami. I co ja miałam mu powiedzieć? Wszystko brzmiało idiotycznie. Zresztą, i tak pewnie Peter opowie mu całą scenę. –  Właśnie wychodziłam.
I nie, nie uciekłam. Po prostu się wycofałam. No dobrze, wycofałam się może trochę za szybko, ale to nadal nie była ucieczka.
Nie kiedy z Wielkiej Sali wpadałam wprost w szpony Brendy.

Advertisements
39. O falsyfikowalności niewspółmierności percepcyjnej przygotowań do balu

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s