37. O tym, jak trudno czasami zrozumieć, o co chodzi mężczyźnie (nawet i martwemu)

Myślałam, że następnego dnia poczuję się lepiej, ale się myliłam. I jeśli przez ostatnie dni nie sypiałam najlepiej przez ciągłą obawę o to, że Regał ze mną zerwie, to teraz, kiedy już to zrobił, spałam jeszcze gorzej – i nie było to spowodowane przejedzeniem czekoladowymi żabami, bo nie dość, że było ich niewiele, to jeszcze musiałam się nimi dzielić. Nie było mowy o porządnym zasłodzeniu problemów, więc dręczyły mnie przez całą noc i wczesny ranek. W końcu miałam dość rzucania się z boki na bok i, upewniwszy się, że Brenda nadal spała (nie chciałam, żeby znów szukała u mnie pocieszenia; prawdę mówiąc, nie chciałam, by kiedykolwiek szukała u mnie czegokolwiek), poszłam do łazienki. Skoro nie mogłam spokojnie pomyśleć we własnym łóżku, to może przynajmniej oczyszczę głowę ze zbędnych myśli pod prysznicem. A potem poszukam Jamesa i Syriusza, żeby dołożyli mi nowych zmartwień.
Chociaż… może lepiej było ich nie szukać? W szczególności Syriusza. Poza tym, że bardzo chciałam się dopytać o zdrowie Regała, lepiej było mi unikać jego starszego brata. W końcu sama nie wiedziałam, co myśleć o zaspowych wydarzeniach.
Owszem, byłam mu wdzięczna – zjawił się w odpowiednim momencie i pomógł mi się pozbierać, a potem jeszcze dostarczył mnie do skrzydła szpitalnego. I był taki… ciepły. I miły. Zupełnie jak nie ten Syriusz, który ignorował mnie od tygodni. A jeśli to było po prostu współczucie? Miał wyrzuty sumienia, że zerwał z Brendą i tylko dlatego mi pomagał? Żeby się ich pozbyć? Poza tym widział mnie w chwili całkowitego rozbicia, jeśli kiedyś chciałby coś wykorzystać przeciwko mnie, to dostarczyłam mu najlepszego materiału. Z drugiej jednak strony – naprawdę wkurzył się, kiedy powiedziałam mu o przyczynie mojego zerwania z Regałem; w porządku, może od dawna chciał rzucić na niego jakąś klątwę i szukał tylko dobrego powodu, ale i tak było to miłe – stanął w mojej obronie, chociaż przecież nie musiał. W ogóle nie musiał mi pomagać – mógł udać, że mnie nie widzi, zostawić w tej zaspie i wrócić do zamku. A jednak tego nie zrobił, pomógł mi z własnej woli. I… całkiem nie rozumiałam dlaczego. Przecież byłam szlamą, jego rodzony brat uznał to za powód do… za ważny powód – i o niczym więcej nie będę myśleć – więc wątpliwe, czy jemu było to całkiem obojętne. W końcu wychowano ich tak samo i nawet jeśli Syriusz miał poglądy inne niż jego rodzina… Nie, to nie miało sensu. Litował się nade mną i nie powinnam sobie niczego więcej nie wyobrażać. Po prostu powinnam mu grzecznie podziękować, a potem zapomnieć o całej sprawie.
A najlepiej – trzymać się od niego z daleka. Kto wie, co kombinował? Może chciał mnei wciągnąć w jakąś chorą gierkę? Po takich jak on – i jego brat – można spodziewać się wszystkiego!
Oczywiście to wiązałoby się z niemożnością dokładnego wypytania go o to, czy znalazł Regała, a jeśli tak – co się działo dalej. James może nie mieć wszystkich informacji, mógł zrezygnować z gonienia go, mógł… Stop, Annie, właśnie desperacko wyszukujesz powody, dla których nie powinnaś słuchać zdrowego rozsądku. Informacje od Jamesa – kiedy już je zdobędę – powinny mi w zupełności wystarczyć, w końcu nie jestem odpowiedzialna za tę sytuację… No, przynajmniej nie do końca. Po prostu wypytam o wszystko Jamesa, potem podziękuję Syriuszowi – uprzejmie i chłodno, tak, chłodno – i tyle. Może nawet będzie lepiej, jeśli zacznę trzymać się od nich z daleka?
Postanowiłam. Żadnego spoufalania się z Syriuszem. Zamiast tego – skupię się na szerzeniu słusznych idei. I może zacznę szydełkować, jeśli zostanie mi za dużo wolnego czasu.
To był plan!
Nie pozostawało nic innego, jak zacząć wprowadzać go w życie, zwłaszcza, że stałam pod prysznicem zdecydowanie za długo. Wiedziałam, co mam robić, i nie było sensu dłużej porządkować myśli. Łatwiej było je wypierać i skupiać się na tym, co miałam zrobić w najbliższym czasie.
Czyli, jak zadecydował mój żołądek, jak najszybciej iść na śniadanie.

***

Wielka Sala nie była zbyt zatłoczona – czemu trudno się dziwić, jeśli zważy się na wczesną porę. Wystarczył jeden rzut oka, żeby zorientować się, że Jamesa tam nie było. Za to masa pysznego jedzenia – i owszem. Uznałam, że nie zaszkodzi najpierw się najeść, zwłaszcza że poprzedniego dnia nie miałam ku temu wielu okazji.
Na wszelki wypadek (żeby zapewnić sobie całkowity spokój w czasie jedzenia) usiadłam tyłem do stołu Slytherinu. Znając swoje szczęście, na pewno w nieodpowiednim momencie podniosłabym wzrok znad owsianki, gdybym siedziała po drugiej stronie stołu.
A tak, co najwyżej, mogłam zobaczyć Brendę w wersji podkrążone oczy i Lily.
Wolałam się skupić na jedzeniu, naprawdę.
W szczególności, że bardzo lubię owsianki. Mają w sobie coś zdecydowanie owsiankowego. I mlecznego. A, jak wiemy, wszystkie grzeczne dzieci w klas niższych żywią się mlekiem!
W każdym razie skończyłam swój posiłek możliwie szybko, żeby móc wrócić do pokoju wspólnego i czekać na Jamesa. Poza tym w pokoju wspólnym nie mogłam wpaść na żadnego Ślizgona, co było jeszcze większym plusem tej sytuacji. No i miałam sporo wypracowań do napisania, jako że poprzedniego dnia nie bardzo miałam okazję zająć się tego rodzaju aktywnością.
Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać (no, z nikim poza Jamesem, ale to można było uznać za misję), więc cieszyłam się, że nikt nie chciał ze mną rozmawiać ani w Wielkiej Sali, ani na korytarzu, ani w pokoju wspólnym. Ogólnie lista ludzi, którzy chcieli ze mną rozmawiać i czynili to z własnej, nieprzymuszonej woli nie była imponująco długa.
W pokoju wspólnym również nie zastałam tłumów. Ani Jamesa. Większość Gryfonów szła właśnie do Wielkiej Sali, żeby zjeść coś dobrego i pogadać ze znajomymi – najwyraźniej tylko takie odludki jak ja nie miały na to ochoty. Usiadłam w fotelu i dość tępo wpatrywałam się w kominek, starając się jednocześnie nie myśleć o niczym.
Po chwili odniosłam wrażenie, że nie tylko ja wpatruję się w kominek. Znaczy… Wiem, że brzmi to paranoicznie, ale mogłabym się założyć o to, że kominek wpatrywał się we mnie!
Przetarłam oczy w nadziei, że to dziwne uczucie minie, ale nic z tego. Kominek dalej się patrzył. Nie przypominało to tego rodzaju „wpatrywania się”, jaki towarzyszy komunikacji przy pomocy proszku Fiuu – nie, to było coś innego i dużo bardziej złowieszczego. Poczułam, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega mi zimny dreszcz.
W szczególności, że on wpatrywał się we mnie jakoś tak… bezczelnie!
Przez chwilę chciałam nawet odwrócić fotel, ale tego nie zrobiłam. Nie tylko byłaby to kolejna ucieczka, ale także narażanie się na niebezpieczeństwo. Ostatecznie nie wiadomo, do czego zdolne są wpatrujące się kominki, które się ignoruje. Uznałam, że najlepiej będzie, jeśli też się zacznę w niego wpatrywać, choć oczywiście tej bitwy na spojrzenia wygrać nie mogłam – kominki, w przeciwieństwie do mnie, nie muszą mrugać.
I, w przeciwieństwie do mnie, zdecydowanie nie powinny nerwowo do siebie mamrotać!
Niepewnie wstałam i podeszłam bliżej w nadziei, że coś usłyszę. Skoro nie było szans na zignorowanie go, to może przynajmniej udałoby mi się nawiązać z nim kontakt?… Oczywiście o ile cała ta sprawa nie była tylko jakąś sztuczką mojej podświadomości.
Ale on – on wcale nie miał w stosunku do mnie pozytywnych zamiarów! Gdy podeszłam, gwałtownie buchnął na mnie ogniem. Tak, buchnął! W ostatniej chwili uskoczyłam, inaczej niechybnie uległabym poparzeniu pierwszego stopnia.
– Ej! – wyrwało mi się, zanim się opanowałam. Bitwa na spojrzenia z elementami wystroju to jedno, ale mówienie do nich to zupełnie inna sprawa i nie było mowy, żebym zaczęła rozmawiać z kominkiem. Nawet jeśli dalej mamrotał – najwyraźniej do siebie i nie chciał, by inni usłyszeli te słowa.
Chociaż, gdyby się lepiej wsłuchać…
Zdecydowanie brzmiało to jak wyrzut. Tak, ten kominek miał mi coś za złe. Ale co? Może warto było, no nie wiem, spytać? Co mi szkodzi. Najwyżej spłonę na stosie. W końcu byłam wiedźmą, czyż nie?
Zrobiłam jeszcze jeden krok do przodu, jednocześnie szykując się do zrobienia kilku w tył – w razie, gdyby znów chciał na mnie buchnąć. Rozejrzałam się wokół i kiedy upewniłam się, że w pokoju wspólnym nie ma nikogo więcej, odchrząknęłam i zapytałam:
– Hm, chcesz mi coś przekazać?
Wątpiłam, czy kominek mi odpowie, ale z niecierpliwością czekałam na jakąś reakcję.
Mamrotnął jakby wyraźniej, ale wciąż nie dość, bym go zrozumiała. Widać oburzenie nie dawało mu się wysłowić porządnie.
– Możesz głośniej?… – poprosiłam, czując się idiotycznie. Nigdy nie rozmawiałam z żadnym kominkiem. – Albo chociaż wyraźniej?
Ośmieliłam się nawet zrobić jeszcze jeden krok w przód, żeby go lepiej słyszeć. Czerwony Kapturek pewnie zrobiła dokładnie to samo.
Wyrzucił z siebie coś, co przy odrobinie dobrej woli zabrzmiało jak:
– Zhqwiguubiosfssajłaemiuś – oddech – ghhjqlo!
Nie miałam pojęcia, co to mogło być, ale z pewną ulgą stwierdziłam, że nie przypominało łaciny, z którą jakiś czas temu tak się męczyłam z powodu tego medalu, że aż musiałam prosić o pomoc Reg… Stop, nie myśl dalej. Nie przypominało łaciny. Kropka.
Wtedy mnie olśniło. Medal. Przypomniałam o nim przez całe to zamieszanie! Czy to możliwe, żeby kominek miał z nim coś wspólnego? Starając się nie myśleć, jak głupio to musiało wyglądać, przyklękłam przy kominku i zapytałam cicho:
– P-pan Dunstan?
– Zgubiłaś go! – wyrzucił w końcu z siebie kominek. Ale zanim to uczynił, porządnie kaszlnął na mnie popiołem.
Ale nie zdążyłam mu odpowiedzieć. Usłyszałam jakiś hałas za moimi plecami i kominek przestał na mnie patrzeć. W zasadzie – wrócił do formy czysto kominkowej.
Nie zdążyłam nawet porządnie pomyśleć nad tym, co mam zrobić, żeby odzyskać medal, a już musiałam się skupić na tym, jak wyjaśnić, czemu znalazłam się tu, gdzie się znalazłam. Przełknęłam głośno ślinę. W porządku, to na pewno dałoby się jakoś logicznie wyjaśnić. Każdy może klęczeć przed kominkiem z całkiem racjonalnych powodów, prawda?
Możliwie szybko się podniosłam i odwróciłam, jednocześnie starając się wymyślić jakieś usprawiedliwienie – coś o zgubionej spince, pogoni za pająkiem, cokolwiek.
– Annie, proszę, nie rób niczego pochopnie. – Choć udawał, że jest śmiertelnie poważny, James uśmiechał się aż nazbyt pogodnie. – On nie jest tego wart!
Zamrugałam. Zupełnie nie rozumiałam, co miał na myśli. Spojrzałam na niego, a potem na kominek i zorientowałam się… O Merlinie! Wybuchłam śmiechem, starając się jednocześnie zetrzeć z twarzy popiół.
– Każda szanująca się bohaterka romansu zrobiłaby to samo na moim miejscu – odpowiedziałam ze śmiechem. Śmianie się było takie… inne. Relaksujące. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby pośmiać się jeszcze trochę, ale musiałam skupić się na ważniejszych rzeczach. – Co się wydarzyło wczoraj?
Wzruszył ramionami.
– To sprawa między nimi dwoma. – Ale, widząc moją zaniepokojoną minę, dorzucił: – Spokojnie, nie zabił go. Na tyle mu nie pozwoliłem. Chociaż muszę przyznać, że Łapa jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany.
Usiadłam w fotelu, wydychając powoli powietrze. I to by było na tyle, jeśli chodzi o śmianie się. Wyglądało na to, że czeka mnie powtórna wycieczka przez wszystkie dróżki i dróżyny myśli na temat powodów, dla który Syriusz tak właśnie zareagował.
– To nie tylko sprawa między nimi dwoma – powiedziałam. – Jestem odpowiedzialna za to wszystko. Przynajmniej w jakimś stopniu.
– Oni są braćmi. Myślę, że dla Łapy jest to przede wszystkim sprawa rodzinna. Nie, żeby się nie przejął tym, jak… – przerwał. – Ale jego priorytetem jest wyprowadzenie Rega na ludzi. Wciąż chyba łudzi się, że to możliwe.
Czyli… Och. Świetnie, Annie, po prostu powinnaś zostać egocentryczką roku. Cały czas myślałaś, że chodzi o ciebie!
Pokiwałam głową. No tak, chodziło o samo słowo, nie o osobę, do której zostało skierowane. Jak mogłam myśleć, że było inaczej? Zdenerwował się, ale nie dlatego, że ja zostałam zraniona, tylko dlatego, że jego brat powiedział szlamie, że jest szlamą. Świetnie.
– Rozumiem – wymamrotałam. W jakimś stopniu naprawdę rozumiałam, chociaż w tej chwili czułam się… oszukana? Cały poprzedni wieczór odkładałam użalanie się nad sobą, żeby się upewnić, czy nic nikomu się z mojego powodu nie stanie, a teraz okazało się, że wcale, ale to wcale nie chodziło o mnie.
– Poza tym… Ech, nie, miałem o tym nie mówić. – Znacząco machnął ręką. -Tego nie było. To sprawa Łapy, kiedy w końcu zdecyduje się… Mniejsza.
W porządku, mogłam czuć się odrobinę oszukana czy zawiedziona, ale nie znaczyło to, że moja babska ciekawość nagle w magiczny sposób zniknęła. Wręcz przeciwnie.
– Zdecyduje się na co? – zapytałam. – Wiesz, że jak już zacznie się coś mówić, to dobre wychowanie nakazuje dokończyć zdanie.
– Dobre wychowanie nakazuje przede wszystkim dotrzymywać obietnic, Annie – powiedział surowo. – Jeśli chcesz, porozmawiaj z Syriuszem. Tylko on może ci w pełni wytłumaczyć, dlaczego się tak zdenerwował.
A potem jakoś dziwnie chrząknął. Skrzywił się. Nie zachowywał się jak James, którego znałam – ukrywanie czegokolwiek przed niewinną, cierpiącą kobietą najwidoczniej mu nie wychodziło.
– No, więc, ja… Pójdę go poszukać, okay? – I zwiał.
Przez chwilę patrzyłam za nim, jakby w nadziei, że jednak się odwróci i mnie oświeci, ale nic z tego. Świetnie, naprawdę świetnie. Najpierw gadający kominek, a teraz dziwne zachowanie Jamesa; co to wszystko miało znaczyć? Znalazłam się w jakiejś rzeczywistości równoległej?
Pokręciłam głową. Czy tylko mi się wydawało, czy ostatnio wszystko jakoś przestało mieć sens?
Westchnęłam. Bo tylko to byłam wtedy w stanie zrobić.

Advertisements
37. O tym, jak trudno czasami zrozumieć, o co chodzi mężczyźnie (nawet i martwemu)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s