36. O tym, że nieważne jak jest źle – zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że znajduje się w gorszej sytuacji

Nie mam pojęcia, ile czasu leżałam w absolutnym spokoju – z równym powodzeniem mogło to trwać pięć minut, jak i pięć godzin. James wybiegł tak szybko, że nie zdążyłam go wypytać dokładnie o swój stan – ba, nie zapytałam nawet o to, która godzina. Uznałam jednak, że pielęgniarka musiała akurat uciąć sobie drzemkę, bo nikt się do mnie nie zbliżał. Nie żeby mi jakoś szczególnie zależało na czyimś towarzystwie. Przez chwilę nawet odpowiadała mi ta samotność, liczyłam, że w końcu uporządkuję myśli, ale potem zdałam sobie sprawę, że za bardzo się martwię, żeby skupić się na analizie własnych emocji.
No bo co oni planowali zrobić? Z pewnością nie mieli przyjacielskich zamiarów. A ja, niezależnie od stopnia swojego cierpienia, nie mogłam pozwolić, by polała się krew. Żadnych gilotyn! Nikt jeszcze na tym dobrze nie wyszedł.
Przed oczyma stawały mi coraz czarniejsze scenariusze, zwykle zawierające wiele, wiele krwi. Merlinie, a jeśli coś im się stanie? Albo Regałowi? W porządku, powinnam być na niego wściekła – byłam na niego wściekła! – ale to nie znaczyło, że mają zaczynać jakąś spiralę nienawiści. W szczególności, ze to ja miałam być jej osią.
– Annie! Słyszałam, że zemdlałaś! – Chevonne przerwała moje rozmyślania, a raczej ukierunkowała je na inną płaszczyznę. Mianowicie – skąd ona się tu nagle wzięła? Wskoczyła przez okno czy jak? – Widziałam przed chwilą Rogatego. Był WŚCIEKŁY. Żebyś go widziała! W ogóle nie miał czasu ze mną rozmawiać, skierował mnie tylko tutaj i… Och, dużo gadam, a ty pewnie strasznie źle się czujesz, co?
Przez chwilę milczałam, analizując jej słowa. W zasadzie nie czułam się źle, ale jej obecność i ten natłok słów sprawiły, że zaczęła mnie boleć głowa. Jednak uśmiechnęłam się do niej – nie mogłam jej stąd wyrzucić nie tylko dlatego, że byłyśmy czymś w rodzaju przyjaciółek, ale także dlatego, że mogła dostarczyć mi jakiejś – jakiejkolwiek – wiedzy na temat tego, co się stało między dość wczesnym popołudniem a teraz (nieważne, co dokładnie oznaczało to „teraz”).
– Nie, nie, już jest dobrze – zapewniłam ją. Nie miałam pojęcia, co James jej powiedział, więc wolałam bagatelizować swój stan. Zwłaszcza, że sama nie wiedziałam, w jakim stanie jestem. – Gdzie pobiegł Rogaty? I co dokładniej mówił?
Chevonne usiadła na moim łóżku, nieomal miażdżąc mi przy tym nogi.
– Lepiej TY mi powiedz, co tu się dzieje! Czy to prawda…?
Spojrzałam na nią pytająco. Jasne, mogłam się domyślić, że cały zamek będzie już wiedział, na pewno minęło odpowiednio dużo czasu (ile właściwie?!), żeby te informacje się rozeszły. Prawdopodobnie odpowiednio wyolbrzymione i przeinaczone; uznałam, że lepiej najpierw poznać plotkę, a potem dopiero ją sprostować.
– No, że zerwaliście – wyrzuciła to z siebie jakby przepraszającym tonem. – Ty i ten cały Black Junior.
Wypuściłam powietrze, o którym nawet nie wiedziałam, że jest wstrzymywałam. Żadnych fajerwerków, żadnych dodatkowych wątków.
– Tak – mruknęłam. – Tak wyszło… No wiesz, po prostu… Wiesz.
Miałam ochotę ukryć twarz w poduszce albo przynajmniej naciągnąć na nią koc. Gdyby przeprowadzana wybory na najbardziej wygadaną i uzdolnioną oratorsko uczennicę, przegrałabym z kretesem.
– Lepiej powtórz, co James ci powiedział. Może się dowiem, co się działo, zanim się tu obudziłam – dodałam szybko.
– Poza tym, że zemdlałaś, a on musi szybko znaleźć Łapę, niczego się nie dowiedziałam.
Westchnęłam. Coś mi mówiło, że nie szukał go po to, żeby zaproponować wypalenie fajki pokoju i braterski uścisk. A jeśli we dwóch zaatakują Regała…! Cóż, z jednej strony dostanie to, na co zasłużył, ale z drugiej… Potarłam skronie i spojrzałam na Chevonne.
– To trochę skomplikowane – powiedziałam niemal przepraszająco.
Wzruszyła ramionami.
– Jak wszystko.
Zdecydowanie nie chciałam zabrzmieć jak histeryczka, więc odpowiedź „Ale oni go zabiją i to nie w imię słusznych idei, ale tak bez sensu!” absolutnie nie wchodziła w grę. Proszenie Chevonne, by znalazła i Syriusza, i Jamesa też odpadało, nie ma mowy, żebym posłała tam kolejnego Merlinowi ducha winnego człowieka. Mogłyśmy więc obie milczeć i dumać nad niestałą miłością rzeczy świata tego, albo mogłam zacisnąć zęby i spróbować uporządkować swoje myśli w czasie rozmowy. Tyle, że nie wiedziałam, od czego zacząć. Popatrzyłam na nią dość bezradnie.
– Nie martw się, bardzo go nie pobili – rzuciła po paru minutach obopólnego milczenia.
– To… dobrze – odpowiedziałam, patrząc gdzieś w kąt.
Nie byłam pewna, czy właśnie to chciałam usłyszeć. Przede wszystkim, czy moje zmartwienie było aż tak ewidentne? A jeśli tak, czy na pewno martwiłam się o Regała? Czy ona mówiła o Regale? I czy chciałam, żeby go w ogóle pobili? A może, mimo wszystko, podobało mi się, że ktoś stanął w mojej obronie… nawet, jeśli o to nie prosiłam? Stop, za dużo myśli.
– Myślisz, że będę mogła stąd wyjść jeszcze dziś? – zapytałam, zmieniając temat. Mało zręcznie, ale miałam nadzieję, że dość skutecznie.
– Myślę, że warto stąd wyjść jak najwcześniej. Na wypadek, gdybym się myliła i jednak mu… No wiesz. Szpital jemu przyda się wtedy bardziej.
Wzdrygnęłam się. Nie mogłam pozbyć się sprzed oczy wizji krwawej plamy, która parę godzin wcześniej była Regałem. Naprawdę miałam nadzieję, że moja wyobraźnia przesadza. I to bardzo. Nie ulegało jednak wątpliwościom, że trzeba było stąd zniknąć i to możliwie szybko.
– Mogłabyś zawołać pielęgniarkę? – poprosiłam. – Nie ma sensu czekać, aż sama przyjdzie.
– Jasne.
Nie zdążyłam jej podziękować, a już była z powrotem. Z pielęgniarką równie marudną, co zwykle. Okazało się, oczywiście, że powinnam kontrolnie jeszcze poleżeć, ale jeśli chcę… Nie dowiedziałam się, co mogę zrobić, jeśli chcę, gdyż drzwi się otworzyły.
Oczywiście cała uwaga pielęgniarki skupiła się od razu na drzwiach. Wymamrotała coś o prawdziwym urodzaju i dzieciakach, które powinny bardziej kontrolować swoje zachowanie, a potem ruszyła w tamtym kierunku, oczywiście całkiem zasłaniając mi przy tym widok, już i tak ograniczony przez znajdujący się niedaleko łóżka parawan. Spróbowałam się podnieść i kiedy stwierdziłam, że nie kręci mi się w głowie, zaczęłam przypatrywać się bliżej zamieszaniu przy drzwiach.
Bezwiednie zaczęłam do siebie mamrotać:
– Błagam, błagam, błagam…
– Błagasz o co? – spytała Chevonne, za nic mając konspiracyjny poziom głośności mojego mamrotania.
Na chwilę oderwałam wzrok od drzwi i spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Chciałam wyjaśnić, że miałam na myśli „Błagam, niech to nie będzie…”, ale nie byłam pewna, o czyje zdrowie tak się troszczyłam. W końcu zdecydowałam się na wymamrotanie:
– Błagam, niech to nie będzie nic poważnego.
Po czym znów przeniosłam wzrok na plecy pielęgniarki.
Ale kiedy ona w końcu odsunęła się od drzwi, nie ujrzałam ani Regała, ani Jamesa z Syriuszem – był to jakiś zupełnie przypadkowy uczeń, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Odetchnęłam z ulgą.
– Muszę stąd jak najszybciej wyjść – powiedziałam bardziej do siebie niż do Chevonne czy do pielęgniarki, która miała teraz ręce pełne roboty.
Nie chciałam czekać, aż w drzwiach pojawi się jakaś znajoma twarz i mniej lub bardziej uprzejmie poprosi o uleczenie ran, które powstały przeze mnie. Wolałam uciec – nawet jeśli ucieczka była najzwyczajniejszym tchórzostwem. W porządku, ten jeden raz mogę być tchórzem. Tchórze też zasługują na komplet praw obywatelskich!
– Przysięgam, jeżeli uda nam się teraz zwiać, napiszę manifest w obronie tchórzostwa – powiedziałam. – I list do Ministra z prośbą, by zwolnił tchórzy z podatków.
Chevonne rzuciła mi pełne pogardy spojrzenie, ale widocznie uznała to za skutek szoku pozerwaniowego, bo nic nie powiedziała.
Kilka chwil później, kiedy już zlokalizowałam położenie swojej torby, wykorzystałyśmy chwilę nieuwagi pielęgniarki i – jak rasowe tchórze – wymknęłyśmy się na korytarz. Chevonne nie posłała mi potępiającego spojrzenia, którego się spodziewałam. Prawdę mówiąc nie posłała mi w ogóle żadnego spojrzenia, za to utkwiła wzrok gdzieś w podłodze, jakby zobaczyła tam coś naprawdę niesamowitego. Ja tymczasem zdecydowałam, że pora zadać jedno ważne pytanie:
– Która godzina?
– Piąta – mruknęła.
– Rano? – zaryzykowałam.
Nie wiedziałam, czy powrót do dormitorium o takiej porze miał sens, ale stanie na korytarzu z pewnością go nie miało. Co absolutnie nie przeszkadzało mi dalej stać.
– Wieczór?
Odetchnęłam z ulgą. W porządku, piąta wieczór to całkiem dobra pora. W sumie to logiczne: kto normalny odwiedziłby mnie o piątej rano. Zdecydowanie jeszcze nie zaczęłam myśleć racjonalnie. Chociaż… jeśli była piąta wieczór… Albo moje siedzenie w zaspie trwało o wiele, wiele krócej, niż mi się wydawało, albo moje omdlenie trwało o wiele, wiele dłużej.
– Jakiego dnia? – zapytałam, jednocześnie zła na siebie, że nie zapytałam o to Jamesa od razu po przebudzeniu. Zachciało mi się powstrzymywania wewnętrzrodowej przemocy!
– Annie! Zemdlałaś, a nie zapadłaś w śpiączkę!
– Przecież nie zapytałam o miesiąc. Ani o rok! – zaoponowałam. Pytanie o dzień naprawdę wydało mi się racjonalne.
A to świadczyło o tym, że zdecydowanie nie powinno mi się kazać przeprowadzać żadnych procesów myślowych.
Westchnęła, ale już niczego nie dodała.
Razem ruszyłyśmy w kierunku wieży Gryffinodru. Chevonne uparła się, by mnie odprowadzić – podejrzewałam, że chciała mieć pewność co do tego, że nie rzucę się w szalone poszukiwania Jamesa i Syriusza. Ale ja nie chciałam ich szukać – nie wtedy, gdy potencjalnie robili z Regała krwawą miazgę.
Podziękowałam jej za troskę i obiecałam, że następnego dnia opowiem jej dokładniej, co się wydarzyło przed moim omdleniem. Potem poczekała, aż przejdę przez dziurę za portretem, jakby obawiała się, że znów zemdleję albo zrobię coś jeszcze głupszego. Ja jednak nic takiego nie planowałam – prawdę mówiąc, dotarło do mnie, że naprawdę nie mam żadnych planów. Na żadne „później”. I żadne… Stop, nie mogłam sobie pozwolić na powtórkę sytuacji z zaspą. Potrzebowałam czasu na myślenie i potrzebowałam czekolady.
Zdecydowanie nie potrzebowałam Brendy, która rzuciła mi się na szyję, gdy tylko weszłam do środka.
– Annie, Annie, tak mi przyyyykro! Teraz jesteśmy dwie w naszym cierpieniu! Jak się czujesz? Nic ci nie jest? Wszyscy mówią, że… Co za pech! I to w tym samym tygodniu, my obie, nasze serca strzaskane… – płakała mi w ramię, choć przecież to ona chciała mnie pocieszać.
Co miałam niby zrobić? Powiedzieć: Nie martw się o mnie, Bre, twój eks-chłoptaś już mnie pocieszył?
Możliwie delikatnie wyswobodziłam się z jej objęć. W porządku, nie wiedziałam, co mogę jej powiedzieć, ale to nie znaczyło, że mogła się do mnie przytulać. Może i powinnam mieć jakieś wyrzuty sumienia, zaoferować jej odrobinę wsparcia, ale naprawdę nie miałam siły. A już na pewno nie póki się nie dowiem, czy James i Syriusz znaleźli Regała. Poza tym nie byłam pewna, czy rozpacz Bre ma jakiekolwiek cechy wspólne z moją rozpaczą, którą póki co stanowczo wypychałam z myśli i pozwalałam jej się zmieniać w gniew. Rozpacz Bre była zdecydowanie bardziej rozpłakana i publiczna. Rozpacz Bre potrwa pewnie dzień czy dwa, jak zwykle w takich wypadkach, a moja… A moja nie ma nic wspólnego z rozpaczą Bre.
– Annie, Annie, i co my teraz zrobimy? – spytała dramatycznie.
Spojrzałam na nią w nadziei, że czeka tylko, aż wyrażę swoje współczucie i rzuci się na inną osobę; ale nie, najwyraźniej naprawdę uznała, że czuję dokładnie to samo co ona – cokolwiek czuła, rzecz jasna. I że na pewno będę chciała to omówić. Nie miałam pojęcia jak mogłabym mówić, skoro póki co nie mogłam nawet myśleć.
– Nie wiem jak ty, Bre, ale ja idę spać – skłamałam w nadziei, że da mi spokój. Przynajmniej na parę godzin.
Nie odpowiedziała. Za to rozpłakała się jeszcze bardziej.
Poczułam się źle. Nie lubiłam, kiedy ktoś płakał przeze mnie. A już zwłaszcza nie ktoś, kto siedział w swojej własnej mentalnej zaspie śniegowej przez kogoś, kto wyciągnął mnie z mojej własnej zaspy. Westchnęłam ciężko. Świetnie, wpakowałam się w naprawdę dziwną sytuację – i to wcale nie z własnej woli.
– Powinnaś zjeść czekoladę – zasugerowałam, starając się jak najdelikatniej objąć Bre ramieniem i skierować do dormitorium. Nie było sensu robić sceny w pokoju wspólnym. – Mam trochę czekoladowych żab, na pewno pomogą nam obu.
A przynajmniej mogłyby pomóc, gdyby czekolada uspokajała sumienie.
– U-u-ucieeekną – zawyła.
– Nie uciekną, na pewno to będą bardzo grzeczne czekoladowe żaby – zapewniłam. Nie miałam pojęcia, co jeszcze mogłabym powiedzieć, żeby ją uspokoić.
– Wszystko ode mnie u-u-ucieeeka.
Merlinie, i co ja miałam zrobić? Jeżeli to nie przypominało ataku histerii, to nie wiedziałam, jak taki atak mógłby wyglądać. Spróbowałam przyjacielsko poklepać Brendę po plecach.
– Masz mnóstwo znajomych, nie warto płakać z takiego powodu – powiedziałam, jednocześnie przeklinając się w myślach. Właśnie, to ja powinnam płakać. Lista moich znajomych była krótsza niż żywot muszki owocówki.
– N-nie mam! Lily się do mnie nie odzy-zywa!
– A Sarah? Melinda? Albo ktoś z innego domu?
Ktokolwiek, kto mógłby zabrać ją ode mnie i doprowadzić do stanu używalności!… Merlinie, naprawdę nie wiedziałam, jak z nią postępować. Miałam własne zmartwienia, nie potrzebowałam cudzych.
Ale Brenda płakała na całego i prowadzenie jej do dormitorium było coraz trudniejsze.
I, oczywiście, skupiała na nas wzrok wszystkich obecnych w pokoju wspólnym. Nienawidziłam takich scen i miałam szczerą ochotę zostawić Brendę i po prostu uciec do dormitorium, ale uznałam, że tego dnia przekroczyłam już limit ucieczek.
– Bre, weź się w garść, wszyscy na nas patrzą – szepnęłam z nadzieją, że to coś da. Chociaż znając zamiłowanie Bre do bycia w centrum uwagi…
I co ja niby miałam z nią zrobić?
Raz jeszcze popchnęłam ją w kierunku schodów do dormitorium, ale wiedziałam, że jeśli nie zacznie współpracować, to nie dam rady jej tam zaprowadzić.
– Bre, no chodź, zjemy czekoladę i ponarzekamy na facetów – zachęciłam. Bezskutecznie.
Miałam tylko nadzieję, że nie wydarzy się nic, co sprawiłoby, że ta sytuacja stałaby się jeszcze gorsza – w wieżę nie uderzy meteoryt albo nie zjawią się James i Syriusz, z którymi co prawda chciałam porozmawiać, ale nie przy Brendzie. I nie przy tylu świadkach.
– Ale…
– Chodź, Bre – usłyszałam.
Nieoczekiwanie na pomoc ruszyła mi Lily. Tak, ta Lily, o której pół minuty temu Brenda powiedziała, że się do niej nie odzywa. Było to co najmniej dziwne, ale…
– Lily! – pisnęła i wpadła w jeszcze większy ryk.
– No, chodź. – Wyda wyglądała na zniecierpliwioną. Podeszła do nas i chwyciła roztrzęsioną Brendę pod drugie ramię. – Wybaczam ci, ale tylko pod warunkiem, że natychmiast pójdziesz z nami do pokoju.
Spojrzałam na nią pytająco, ale Lily wymamrotała tylko coś, co brzmiało jak „Później wyjaśnię”. Nie naciskałam, w końcu nie musiałam wiedzieć o wszystkim, co się działo wokół mnie. Byłabym nawet całkowicie szczęśliwa, gdyby wszyscy zostawili mnie w spokoju i pozwolili mi się wypłakać. Resztki godności nie pozwalały mi płakać przy Brendzie, o której wiedziałam, że nawet jeśli sama również cierpiała, nie zawahałaby się przed zmyśleniem jakiejś plotki, która znów zatrzęsłaby Hogwartem w posadach.
Na szczęście ten argument do niej trafił, bo dłużej nie protestowała; rzuciła tylko jakieś krótkie:
– Naprawdę nie chciałam.,
a potem pozwoliła zaprowadzić się do dormitorium.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s