35. O skutkach rozpadania się na kawałki

Jeżeli przed tą rozmową wydawało mi się, że planowanie jakiegoś „później” to dobry pomysł, to się myliłam. Zdecydowanie. Na samą myśl o pójściu na boisko robiło mi się słabo. Prawdę mówiąc równie słabo robiło mi się na myśl o powrocie do zamku, więc po prostu usiadłam w tej zaspie, na którą wcześniej patrzyłam. Świetnie. Siedzenie przynajmniej mi wychodziło.
Jasne, od rozmowy z Bartym spodziewałam się, że prędzej czy później do tego dojdzie, ale to nie znaczyło, że teraz, kiedy faktycznie doszło do zerwania, ból był mniejszy. Wręcz przeciwnie. Świadomość, że od początku mogłam przypuszczać, że tak się to skończy (no, może nie dokładnie tak, ale chodziło o moją sytuację emocjonalną), nijak mi nie pomagała. Prawdę mówiąc, nie wyobrażałam sobie niczego, co mogłoby mi pomóc. Po prostu chciałam się zwinąć w kłębek w tej zaspie i udawać Dziewczynkę z Zapałkami. Tyle, że pewnie było za ciepło, żebym zamarzła. I nie mogłam zmusić swoich mięśni do tego, żeby się poruszyły.
Po prostu siedziałam. Siedzenie wydawało mi się w tej sytuacji najlepszym wyjściem.
A przynajmniej zdecydowanie lepszym niż myślenie.
I dużo, dużo lepszym… Cholera, niż wszystko. Gdyby mój umysł chciał jakkolwiek funkcjonować, na pewno uznałby, że nie ma absolutnie niczego, co byłoby lepsze od siedzenia. Było tak… odpowiednio. Poza tym wiedziałam, że jeśli się stąd ruszę, to wpadnę na kogoś, kto będzie zadawał pytania – nieważne jakie, i tak nie potrafiłabym udzielić odpowiedzi. Siedzenie miało jeszcze jeden plus – przecież nikt, ale to nikt nie będzie mnie szukać. Rano narzekałam na brak życia towarzyskiego – teraz mogłam uznać to za duży plus. Wszyscy zostawią mnie w spokoju i będę mogła tak siedzieć, aż…
Nie wiedziałam, jak długo planowałam zostać w tej zaspie, ale nie przychodziło mi też do głowy nic, co mogłoby mnie zmusić do wstania. Zamiast tego zaczęłam przypominać sobie co ciekawsze fragmenty swojej znajomości z Regałem, zastanawiać się, co by było, gdyby już we wrześniu dowiedział się, że jestem szlamą. Czy moglibyśmy się przyjaźnić? Czy było to tak niewybaczalne przestępstwo, że nawet by się do mnie nie zbliżał? Był zły dlatego, że byłam szlamą, czy dlatego, że mu nie powiedziałam? Może gdybym…
Potrząsnęłam głową i zaczęłam się zastanawiać, czy siedzenie na śniegu mi przypadkiem nie szkodzi. Czy właśnie byłam na najlepszej drodze nie tylko do samoudręczenia, ale także do wzięcia całej winy na siebie? Przecież tylko ostatnia idiotka mogłaby zrobić coś takiego, to nie moja wina, to on jest wstrętnym arystokratą i…
W porządku. Byłam ostatnią idiotką.
Nie powinnam była w ogóle się z nim zadawać. Wszyscy samcy są tacy sami. Ba! Cała ta pieprzona arystokracja jest taka sama! To moja wina. Wiedziałam, na co się piszę. Ale zachciało mi się szukać wyjątków od reguły!
Świetnie, po raz kolejny mogłam się przekonać, że wyjątki nie istnieją, że arystokracja to bada idiotów, których powinno się izolować od normalnego społeczeństwa, a potem zmusić do adaptacji i… Nie, nie miałam siły dalej myśleć o tym, co należałoby zrobić z arystokracją. W tamtej chwili chciałam dopaść tylko jednego arystokratę i uderzyć go z całej siły przyłbicą jakiejś zbroi. Byłam na niego tak wściekła, że z pewnością udałoby mi się ją podnieść samą siłą woli.
Chwila – wściekła? To była jakaś odmiana. Do tej pory czułam się pusta w środku, jakby faktycznie wyjął mi serce i schował do kieszeni. Albo wyrzucił do kosza, w końcu na co mu serce szlamy. Teraz w tej pustce zapłonęła wściekłość i od razu wzięłam to za dobry znak.
Powinnam działać! Ale jak? Co zrobić… kiedy mięśnie odmawiają współpracy? Kiedy złośliwe oczy ronią łzy, których się nie chce? I kiedy wszystko jest dokładnie nie tak, jak być powinno?!
A właśnie, łzy. Jak mogłam nie zauważyć ich wcześniej? Pamiętałam, że kiedy byłam dzieckiem, matka często powtarzała, że nie powinnam płakać na mrozie, bo będę miała sople lodu na rzęsach. Najwyraźniej teraz nadszedł czas sprawdzania jej teorii – kiedy już zdałam sobie sprawę, że płaczę, nie widziałam powodu, by się powstrzymywać. Zaczęłam chlipać coraz głośniej, siąkać coraz rozpaczliwiej i jestem pewna, że gdyby ktoś mnie w tej chwili zobaczył… Nie, wolałam nawet nie myśleć. Już i tak było mi żal samej siebie. Nie musiałam wymyślać dodatkowych przyczyn.
Życie było do bani.
Zamknęłam oczy i spróbowałam unormować oddech. Nagle zdałam sobie sprawę, że siedzę tu już dobrych kilka godzin i niebawem Gryfoni będą wracać z boiska. I będą mnie mijać. Mnie. W takim stanie.
O Merlinie, jeśli zostały mi chociaż resztki godności, to był to odpowiedni moment, żeby starać się je ochronić.
Ale nie byłam w stanie. Do diabła, nie byłam w stanie! Można to zrozumieć, prawda? Zostałam zmieszana z błotem przez człowieka, któremu ufałam. Nikt nie może się po tym tak szybko pozbierać, niezależnie od jego stopnia emancypacji i poglądów politycznych!
Tak więc dalej siedziałam w tej zaspie, coraz bardziej sfrustrowana i wkurzona – na Regała, na siebie i na cały, ale to cały świat. Gdyby mięśnie dało się napędzać negatywnymi emocjami, to nie tylko raz-dwa bym wstała, ale mogłabym jeszcze obiec zamek dookoła kilkanaście razy.
Albo polecieć w kosmos. Cokolwiek.
Tyle tylko, że zanim zmobilizowałam się do jakiegokolwiek ruchu, usłyszałam jakiś głos. I całkowicie mnie to sparaliżowało. Logiczna wydawałaby się szybka ucieczka z zaspy; ale nie, nie ma mowy, żebym postąpiła logicznie. Dalej siedziałam i wpatrywałam się w śnieg.
Ale głos kontynuował:
– Annie, co się stało? Daj spokój. Zamarzniesz. Pójdziemy do zamku i… Annie, słyszysz mnie? Annie!
Zaczęłam się rozglądać za źródłem głosu, ale żadne logiczne informacje nie docierały do mojego mózgu. Zaczęłam nawet zastanawiać się, czy przypadkiem to nie przez te łzy i sople, ale wydało mi się to niedorzeczne. Spróbowałam odpowiedzieć, że słyszę i że wszystko jest w porządku, ale tylko zakasłałam.
Nawet nie zauważyłam, a źródło głosu samo się znalazło. Powiem więcej – najwidoczniej mnie objęło, bo nagle zrobiło się strasznie ciepło.
– Gorąco – wychrypiałam. Przez chwilę wydawało mi się, że to nie mój głos, bo dźwięk wydobywający się z mojego gardła był okropny. Potem jednak uznałam, że najwidoczniej płakanie na mrozie nie było moim najmądrzejszym pomysłem i to właśnie w tym należy szukać winy.
Spróbowałam zamrugać i znów zlokalizować źródło głosu (i ciepła). Tym razem poszło mi już lepiej i… zamarłam. Nie, nie, nie, czy naprawdę los nie zna litości? Ze wszystkich ludzi…!
Gorzej już być nie mogło.
– Cicho, zamarzasz – powiedział i nie wypuścił mnie z objęć. – Co się stało? Dlaczego siedzisz tu sama? I dlaczego płaczesz? Czy… czy ktoś ci coś zrobił, Annie?
Zachciało mi się śmiać – skąd te pomysły? Przecież mogłam tak siedzieć z własnej woli. Zabiegi kosmetyczne i tak dalej. Tyle tylko, że nie czułam się gotowa na wypowiadanie tylu słów naraz i byłam pewna, że moje gardło by zaprotestowało.
– W porządku – wychrypiałam. Wątpiłam, czy się na to nabierze (ostatecznie ostatnie wyrażenie, jakiego można by użyć do opisania stany, w jakim się znajdowałam, to „w porządku”, byłam o tym przekonana), ale skoro i tak czekało mnie robienie dobrej miny do złej gry i ignorowanie plotek, to mogłam już zacząć.
– Nie wygląda mi to na w porządku!
– Mi też nie – odpowiedziałam i spróbowałam się uśmiechnąć, ale było mi zbyt zimno w twarz. Rozważałam poszukanie jakiegoś źródła ciepła, od którego mogłabym ją ogrzać, ale uznałam, że mogłoby to być cokolwiek dziwne. Dlatego się powstrzymałam i próbowałam wymyślić, co robić dalej. Najwyraźniej jednak mój mózg dalej był zmrożony, bo nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
– To co się stało? – spytał.
Co prawda było mi już cieplej, ale nadal nie chciałam wypowiadać całych zdań w obawie, że mój głos tego nie zniesie.
– Koniec świata – stwierdziłam, po czym zaczęłam się trząść. To znaczy bardziej niż do tej pory. Pierwsze racjonalne myśli, jakie przyszły mi do głowy, sugerowały, że czeka mnie wizyta w skrzydle szpitalnym. Znowu.
– To znaczy?
Oho, objął mnie jeszcze mocniej. A potem – niespodziewanie, przysięgam! – pocałował mnie w czubek głowy. Zupełnie tak, jakbym była małą dziewczynką.
Mogłam opowiedzieć wszystko tak, jak się stało. O szlamach, wbijaniu noży w serce, Dziewczynce z Zapałkami i tak dalej, ale nie miałam pojęcia, jak to zwerbalizować. I nadal się trzęsłam.
– Rozmawiałam z Regałem – stwierdziłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język. Wiedziałam, że nazywanie go tak w myślach kiedyś się źle skończy; o tyle dobrze, że jego samego nigdy tak nie nazwałam… Chociaż należałoby mu się!
– Z kim?
Wiedziałam, że będę musiała tłumaczyć. I to by było na tyle, jeśli chodzi o kryptonimy! Gdyby Regał chciał kiedyś zostać tajnym agentem i dostałby właśnie taki kryptonim, byłby spalony właśnie przez moje gadulstwo. Zachciało mi się śmiać. Ta myśl była tak abstrakcyjna…
– Z Regiem – sprostowałam, starając się nie roześmiać. Drgawki i histeryczny atak śmiechu to nie najlepsze połączenie.
Zapadła cisza. Ale nie trwała ona długo. Wydaje mi się, że on po prostu też musiał stłumić śmiech. Po chwili był już całkowicie poważny.
– Pytam jeszcze raz. Zrobił ci coś?
Dokonałam prawdziwej ekwilibrystyki komunikacyjnej, bo jednocześnie pokiwałam głową i powiedziałam:
– Nie.
A potem spróbowałam skupić na nim wzrok, żeby sprawdzić, co z tego zrozumiał. Nie chciałam wprowadzić go w błąd. Chciałam tylko zaserwować ładne, zgrabne kłamstwo. Nie byłam tylko pewna, która odpowiedź była kłamstwem – w końcu jeśli to była moja wina…
– Znajdę go i zabiję.
– Nie – zaoponowałam szybko. W porządku, nawet jeśli to nie była moja wina (a ustaleniem tego planowałam zająć się później), to i tak nie mogłam dopuścić do rozlewu krwi. – Moja wina – dodałam, starając się powstrzymać łzy. Wymówienie tego na głos zabrzmiało jakoś gorzej niż wymawianie w myślach; i niezależnie od tego, ile razy o tym pomyślałam wcześniej, teraz, gdy już to powiedziałam, odniosłam wrażenie, że to od początku do końca kłamstwo.
– Co dokładnie zrobił?
Naprawdę żałowałam, że gardło mnie tak boli, bo mogłabym dać prawdziwy popis zmyślania. Jakoś załagodzić całą sytuację i opowiedzieć porywającą historyjkę o niczym konkretnym. Albo i nie.
– Zerwaliśmy – powiedziałam dość spokojnie. Spodziewałam się, że kiedy to wymówię, wszystko zacznie na nowo boleć i rozpadnę się na kawałki (tak, jak zrobiłaby to każda szanująca się bohaterka romansu klasy B), ale nic z tego. Nadal byłam w jednym kawałku.
Milczał.
Przejął się? A może zrozumiał… zrozumiał, że Brenda też teraz tak wygląda? Że to ją powinien wspierać? Kiedy o tym pomyślałam, po raz pierwszy w życiu miałam ochotę powiedzieć: Syriuszu Blacku, nie zostawiaj mnie teraz samej!
I nie zostawił.
Co prawda nie patrzyłam mu w oczy i nie mogłam stwierdzić, czy patrzy za mnie ze współczuciem, z obrzydzeniem, ze złością, czy z jeszcze czymś innym, ale dalej czułam wokół siebie jego ciepło i to było ważniejsze niż wszystko inne. Gdybym w tym momencie miała się zastanawiać, co może spowodować, że się rozpadnę na kawałki, to bez wątpienia stwierdziłabym, że powtórne wylądowanie w zaspie. Było mi za ciepło i za dobrze, ale wiedziałam, że to nie potrwa długo. Że pewnie w końcu w ten czy inny sposób wyląduję w skrzydle szpitalnym. Sama.
– Nie pozwolę… – zaczął, ale szybko się opamiętał. – Nie pozwolimy z Jamesem więcej mu się do ciebie zbliżyć, obiecuję. To żmija niewarta twojej uwagi.
Odchrząknęłam, bo zbierałam się do wypowiedzenia pełnego zdania. Nie byłam pewna, czy Regał zasłużył na to, żebym wypowiadała tyle słów na jego temat, ale chciałam wyjaśnić tę sytuację.
– Nie zbliży się, nie będzie chciał – powiedziałam, po czym zakasłałam. Świetnie, przy odrobinie szczęścia przeleżę w skrzydle szpitalnym tę najgorszą falę plotek, która na pewno już za chwilę zacznie krążyć po zamku.
– Dlaczego?
Spróbowałam wzruszyć ramionami, ale mi nie wyszło.
– Jestem szlamą – bąknęłam w końcu.
I tak wiedział, nie widziałam sensu w robieniu z tego tajemnicy. Pewnie liczył na to, że regał ze mną zerwie, kiedy się dowie. Może teraz też pomagał mi tylko dlatego, żeby potem móc innym opowiedzieć, jak bardzo mnie to złamało. Nie wierzyłam w to, nawet jeśli sama wymyśliłam taki scenariusz, ale dotarło do mnie, że nawet gdybym wierzyła, i tak nie pozwoliłabym mu mnie zostawić. Nie w takiej chwili.
– Nazwał cię szlamą?! – był oburzony. Krzyczał. Miałam wrażenie, że zaraz odbiegnie i naprawdę go zabije. Jeszcze nigdy nie widziałam, by Syriusz był tak zdenerwowany – Przecież… Nie, nie ujdzie mu to na sucho!
Przez chwilę chciałam powiedzieć mu, że przecież nic się nie stało, w końcu jestem szlamą. Albo żeby poczekał, aż poczuję się lepiej, bo chętnie mu pomogę. Albo po prostu mu podziękować.
Tyle, że jakoś nie mogłam wydobyć z siebie odpowiednich słów.
Za to Syriusz jak najbardziej mógł.
Przysunął się do mnie na tyle blisko, że stykaliśmy się nosami. Chyba chciał mi spojrzeć głęboko w oczy, czy coś. Nie wiem, jak to możliwe, gdy przybliżał się aż tak, ale… Ale na pewno nie chodziło mu o nic innego, nie, nie, nie, nie, nie!
– Twoje pochodzenie nie ma żadnego znaczenia, rozumiesz? To nieważne. Nikt nie ma prawda obrażać cię z tego powodu.
– Rozumiem – potwierdziłam. I, rany, naprawdę rozumiałam, w końcu które z nas dwojga od paru lat głosiło idee egalitaryzmu? Mogłabym zasypać go cytatami z dzieł wielkich ideologów, którzy podkreślali, że ludzie są równi i nie można ich dyskryminować. Mogłabym, gdybym nie czuła się tak koszmarnie, rzecz jasna. – Naprawdę rozumiem – dodałam, na wypadek, gdyby nie czuł się całkiem przekonany.
Tylko… Zaraz, czy on właśnie sam nie przyznał się do wyznawania idei egalitaryzmu? Ale był arystokratą! Takim samym, jak Regał! Paskudnym, pieprzonym arystokratą… z bardzo miłym w dotyku nosem.
Tyle tylko, że ten nos nie powinien się stykać z moim nosem. W żadnym wypadku. Byłam porzucona i pogrążona w depresji, co on sobie wyobrażał? Że wpadnę w jego ramiona, jeśli powie kilka słów o egalitaryzmie?
– Co? – zapytałam, próbując się uśmiechnąć.
Jeśli liczyłam, że mi odpowie, to się pomyliłam. Czy też może inaczej – jeśli liczyłam, że odpowie mi werbalnie. Syriusz bowiem najzwyczajniej w świecie zabrał swój nos z mojego i, żebym przypadkiem nie zdążyła zatęsknić za jego twarzą, pocałował mnie. W porządku, mogłam być zmrożona, zapłakana, zapuchnięta i nie wiadomo, jaka jeszcze, ale w tamtej chwili poczułam się o niebo lepiej. Sam fakt, że chciał mnie pocałować sprawił, że moja samoocena zdecydowanie podskoczyła, a do tego jeszcze… O Merlinie. Myślenie znów stało się zbyt trudne, a wszelkie siły włożyłam we wplecenie ręki w jego włosy. (Nadal nie zapytałam o szampon, jak mogłam zapomnieć?). Najwyraźniej właśnie wynalazł lekarstwo na depresję pozerwaniową – i powinien je jak najszybciej opatentować.
Zapomniałam i o Regale, i o tym, że przecież Brenda właśnie cierpi tak samo, jak ja.
Zapomniałam nawet o tym, że to parszywy arystokrata i nie powinnam mu ufać.
Zapomniałam i tyle.

***

Kiedy ponownie otworzyłam oczy, byłam w skrzydle szpitalnym. I, co zauważyłam z pewną ulgą, nie było mi już zimno, a gardło przestało mnie boleć. Za to znów czułam się dziwnie pusta w środku i to zdecydowanie mi się nie podobało.
– Zemdlałaś – usłyszałam.
Chciałam rozejrzeć się wokół, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, ale kark bolał mnie na tyle, że zaniechałam tych prób. Trudno, będę mówić do sufitu.
– I co dalej? – zapytałam. Jakoś ustalenie faktów wydawało mi się najważniejsze, miałam już dość dziur w pamięci.
– Syriusz cię tu przyniósł.
James wyglądał na zmartwionego. Zastanawiałam się, gdzie teraz jest Black – ale może wolałam tego nie wiedzieć?
Spróbowałam pokiwać głową, choć kark nadal mnie bolał. Odrobina gimnastyki na pewno nie zaszkodzi.
– Powinnam mu podziękować – powiedziałam bardziej do samej siebie niż do niego. Powinnam też zapytać o to, jak długo będę tu leżeć, co mi jest i czy odnaleziono już zwłoki niejakiego Regulusa Be.
– Stało się coś? – spytał. – Łapa był strasznie zdenerwowany.
Spróbowałam obrócić głowę w jego stronę – tym razem nawet mi się to udało – i spojrzałam na niego badawczo.
– Nie zrobi nic głupiego, prawda? Ile czasu tu leżę?
Naprawdę wystraszyłam się, że może sprowokować bójkę z Regałem. Nie chciałam, żeby ktokolwiek się bił z mojego powodu.
– Jakieś pół godziny. Spokojnie, Annie. Łapa… Łapa wie, co robi.
Przyjrzał mi się uważnie
– Ale JA nie wiem, co robi, bo żadne z was nie chce mi niczego wytłumaczyć.
– O rany, przez pół godziny mógł… – urwałam. – Musisz go tu przyprowadzić. Albo nie, lepiej ja pójdę. James, nie masz pojęcia…!
Nie miał i nie mógł mieć, skoro mu nie powiedziałam. Zdawałam sobie sprawę, że powinnam wyjaśnić to i owo, ale teraz nie było na to czasu.
– Nigdzie się stąd nie ruszasz – oświadczył kategorycznie.
– Ale…! – zaoponowałam, po czym zdałam sobie sprawę, że ma rację. Przecież nie doszłabym nawet do schodów.
Westchnęłam i spojrzałam na niego błagalnie.
– Przyprowadź go. Nie chcę, żeby się wpakował w jakieś kłopoty.
– Nie ruszę się stąd, dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz.
Ponowne westchnęłam. Nie byłam pewna, czy chcę przerabiać to wszystko jeszcze raz (zwłaszcza że Syriusz na pewno będzie domagał się szczegółów, kiedy już wróci ze swojej krucjaty), ale wyglądało na to, że musiałam przedstawić Jamesowi przynajmniej zarys całej sytuacji. Co też zrobiłam – pomijając co bardziej krępujące momenty, rzecz jasna.
– Nazwał cię szlamą?! – był nie mniej oburzony niż Syriusz.
Pokiwałam głową. Miałam nieodparte wrażenie, że obraża ich to bardziej niż mnie samą – czyżby słynna gryfońska rycerskość?
– Syriuszowi też się to nie podobało i właśnie dlatego obawiam się, że może zrobić coś głupiego – wyjaśniłam, przyglądając mu się uważnie.
– Nie spodobało?! Annie, nie spodobało to mało powiedziane! – James nie hamował złości. – Jak tylko go dorwę… Łapa ma rację. Idę.
– Czekaj! Litości, nie będziecie się przecież bili z… z Regiem. To nie ma znaczenia, naprawdę – skłamałam. W porządku, miało znaczenie i pewnie będę się tym gryzła przez najbliższe tygodnie albo i miesiące, ale James nie musiał o tym wiedzieć. – To było wstrętne, ale nie możecie się na niego rzucać z tego powodu!
Ale on wybiegł, zanim zdołałam go zatrzymać.

Advertisements
35. O skutkach rozpadania się na kawałki

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s