33. O problemach w związkach (nie)idealnych

Zapas czekoladowych żab topniał niemalże w oczach i było mi obojętne, że właśnie powinnam być na jakichś zajęciach. Nie wiedziałam nawet na jakich – nie sprawdziłam, która była godzina, zbyt pogrążona w myślach, żeby przejmować się takimi detalami. Zamiast więc uczyć się przesadzać jakąś roślinę, z którą już nigdy nie będę mała kontaktu, wolałam dojść do ładu sama ze sobą. Póki co nie odniosłam żadnych skutków i nie wiedziałam, jak się zabrać do solidnych przemyśleń. Póki co bryła lodu, którą miałam w żołądku, została skruszona przez nieprzyzwoicie dużą wręcz ilość czekolady.
Różni ludzie próbowali się ze mną skontaktować. Najwięcej uwagi poświęcała mi Brenda – nie, nie przestała być obrażoną. Po prostu ze wszystkich ludzi, którzy się o mnie martwili, tylko ona miała dostęp do naszego dormitorium.
Starałam się ją od siebie odpędzić – najpierw udawałam, że śpię, potem kazałam jej wyjść, a w końcu groziłam różdżką. Co było z mojej strony idiotyczne i – gdybym mogła racjonalnie myśleć – na pewno uznałabym, że zachowałam się paskudnie. W porządku, Brenda pewnie szukała tylko nowych informacji, które nadadzą się na plotki, ale interesowała się mną. Nie powinnam narzekać – należała do zdecydowanej mniejszości.
Bo czy Lily, której winą było całe zamieszanie, choćby spytała, jak się czuję?!
Nie, oczywiście, że nie. Podobnie jak Sarah czy Melinda, które – miałam wrażenie – momentami zapominały, że w ogóle istnieję i bywam w ich dormitorium. Nie żebym je za to winiła – do tej pory nie wiedziałam, jak właśnie brzmi nazwisko Melindy.
Tyle, że teraz to było nieważne. Raz w życiu chciałam się poużalać nad sobą i móc liczyć na to, że ktoś mi pomoże wyjść z dołka. Jednocześnie wiedziałam, że siedzenie w dormitorium znacznie ograniczało liczbę potencjalnych ktosiów, którzy mogliby się mną zainteresować.
– Annie, proszę, Rogacz na ciebie czeeeeeeeka – po raz tysięczny jęczała Bre, po raz tysięczny ciągnąć mnie za rękaw swetra.
Wzruszyłam ramionami, co dałoby może lepszy efekt, gdybym akurat nie leżała.
– No i? – zapytałam. Nie miałam pojęcia, czego James może ode mnie chcieć, ale pewnie miało to coś wspólnego z faktem, że jeszcze nie przeprosiłam Syriusza. Jeśli tak, to mógł mnie cmoknąć, rozmowa z Syriuszem na dobre wypadła z listy moich priorytetów.
– No choooooodź – powiedziała.
Westchnęłam i podjęłam heroiczną próbę wstania z łóżka. Miałam wrażenie, że te wszystkie zjedzone czekoladowe żaby sprawiły, że ważyłam tonę.
– Idę, idę, po prostu daj mi już spokój – burknęłam.
Naprawdę, ostatnim, czego potrzebowałam, było towarzystwo Brendy. Z dwojga złego wolałam już iść do pokoju wspólnego i porozmawiać z Jamesem. Albo na niego nawrzeszczeć. Wszystko było lepsze niż ten dziwny stan apatii, w który popadłam po rozmowie z Bartym.
Ale kiedy tylko stanęłam na schodach, od razu tego pożałowałam.
– O nie. Nie ma mowy – powiedziałam i natychmiast odwróciłam się, by zniknąć za drzwiami mojego dormitoirum.
Nie było to jednak możliwe. Brenda zasłaniała je całym swoim ciałkiem – które, choć wątłe, stanowiło nie lada przeszkodę dla mojego zmęczonego i zrezygnowanego organizmu.
U stóp schodów zaś stał nikt inny, jak Syriusz Black.
– Bre, przesuń się – jęknęłam.
Zero rezultatu. Wspaniale. Byłam więc skazana na konfrontację z Syriuszem. Właściwie czemu nie, skoro już wszyscy rujnują mi ten dzień, to przecież nie mogłoby zabraknąć i jego! Przy odrobinie szczęścia obrazi się na dobre i już nigdy się nie odezwie. O ile właśnie takiego chciałam. Prawdę mówiąc, nie byłam już pewna. Ten dzień był na tyle męczący, że nie byłam już pewna niczego – gdyby teraz Barty powtórnie zaproponował mi defenestrację, to pewnie nawet bym się nad tym zastanowiła.
Powoli zeszłam po schodach, jednocześnie starając się wyglądać trochę lepiej niż coś, co kot zakopał pod gankiem. Skoro już musiałam z nim rozmawiać, to przynajmniej chciałam zachować przy tym resztki godności. No i skrócić tę rozmowę do minimum, to jasne.
Westchnęłam.
– Czego? – spytałam, starając się nie myśleć za bardzo o tym, w jakim stanie Syriusz mnie widzi. Cóż jest złego w wyciągniętych swetrach? W twarzy spuchniętej od płaczu? W… Okay. Wszystko.
– James prosił, żebyśmy zabrali cię ze sobą na trening.
Spojrzałam na niego, jakbym nie wiedziała, czy sobie ze mnie żartuje.
– Na trening? – prychnęłam. – Daruj sobie, nigdzie nie idę.
Najchętniej bym wróciła do dormitorium, ale Brenda nadal zastawiała mi drogę. Świetnie, po prostu świetnie. Byłam skazana na siedzenie w pokoju wspólnym.
– Dobra, Bre, powiemy, że próbowaliśmy. Idziemy.
Byłam mu… wdzięczna? Tak, to chyba dobre słowo. Ale Brenda uparła się i nic nie mogło jej przekonać, by zostawiła mnie w spokoju.
Kiedy tylko usiadłam w fotelu, Bre natychmiast znalazła się obok i wróciła do ciągnięcia mnie za rękaw. Bez przekonania próbowałam się od niej uwolnić, potem zaczęłam to ignorować. Powinnam się skupić na wymyśleniu jakiegoś planu działania albo przynajmniej na zrozumieniu, co takiego się we mnie zmieniło i jaki wpływ na moje dalsze życie w Hogwarcie miała rozmowa z Bartym. Powinnam wziąć się w garść i przestać się użalać. Powinnam też zjeść jeszcze jedną czekoladową żabę.
Powinnam też, przede wszystkim, porozmawiać z Regałem.
Tyle, że to by wymagało wyjścia z pokoju wspólnego (a naprawdę nie miałam na to ochoty). No i opracowania jakiegokolwiek scenariusza rozmowy. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć i bałam się, co takiego on może powiedzieć mnie. Tak, uciekałam i zdawałam sobie sprawę, że nie mogę uciekać wiecznie, ale przynajmniej tego dnia chciałam mieć względny spokój. Zawsze istniała szansa, że do jutra coś wymyślę.
– Annieeeeeee – Bre wyła mi nad uchem.
Spojrzałam na nią obojętnie. W porządku, była irytująca. Ja pewnie też byłam irytująca. Każdy miał święte prawo być irytującym.
Ale ona wyła tak przez dobre pół godziny!
Wszystko miało swoje granice, wszystko!
– Wezmę płaszcz – mruknęłam, wstając z fotela.
Prawdę mówiąc, miałam zamiar zachować się tak, jak z pewnością zachowałby się każdy dojrzały i poważny człowiek znajdujący się na moim miejscu – planowałam iść do dormitorium i zamknąć się w łazience, a na drzwi rzucić zaklęcie wyciszające. I niech sobie wyje!
– Ja przyniosę! – krzyknęła i z radości aż ucałowała mnie w oba policzki. – Syriuuuuszku, popilnuj Annie, dobrze?
Syriuszek kiwnął głową. Wyglądał tak, jakby w razie mojego nieposłuszeństwa planował poderżnąć mi gardło. Brutal.
Nie było sensu znów siadać, więc po prostu stałam jak słup soli, gapiąc się bezmyślnie w podłogę. Nie miałam ochoty tam iść, ale nie miałam też ochoty siedzieć tutaj. Naprawdę świetnie, moje nastawienie do świata zmierzało w złym kierunku.
– Skąd ten zły humor? Pokłóciłaś się z moim braciszkiem? – spytał.
Zebrało mu się na small talk, doprawdy! Ja tu UMIERAŁAM. Moja dusza CIERPIAŁA KATUSZE. A ten wyskakiwał mi z herbatkową gadaniną o niczym!
– Nie twój interes – warknęłam. W porządku, obiecałam Jamesowi, że będę dla niego miła. Zacznę od jutra. Dziś po prostu chciałam, żeby zniknął. Nie obchodziło mnie, co sobie pomyśli, po prostu chciałam, żeby wrócił do ignorowania mnie.
Nie odpowiedział. Tak po prostu.
Dalej stałam w milczeniu, tyle że tym razem przeniosłam wzrok z podłogi na ścianę. Podłogi zaczęły się robić zbyt nudne, za dużo ich ostatnio widziałam. Przez chwilę nawet nasłuchiwałam, czy Brenda nadchodzi już z moim płaszczem, ale potem przestałam. Było mi to obojętne.
Zapowiadał się długi, męczący dzień.

***

Jakiś czas później doszłam do wniosku, że nie istnieje taka opcja jak „cały świat zostawia Annie w spokoju”, nie i już. I chociaż nadal po głowie kołatały mi się nieprzyjemne myśli, to uznałam, że cała ta sytuacja jest zbyt męcząca. I o ile nie mogłam się zdobyć na to, żeby poszukać Regała, o tyle postanowiłam, że nie będę uciekać, kiedy już mnie znajdzie. I tak ta rozmowa prędzej czy później będzie miała miejsce, więc z równym powodzeniem mogę ją odbyć wcześniej, póki mam jeszcze zapas czekoladowych żab na otarcie łez, jeśli coś pójdzie nie tak.
– Ej, rozchmurz się – poprosił James, gdy w parę dni później szliśmy razem na Eliksiry. Nie, nie powiedziałam mu, jak nazwał mnie Crouch. Przecież James by go zabił! Nie chciałam, żeby mój przyjaciel wylądował w Azkabanie. Był na to zdecydowanie zbyt przystojny. – Niedługo będzie weekend i…
Spojrzałam na niego ponuro. Weekend, świetnie, jeszcze tylko tego mi brakowało. W czasie lekcji mogłam się skupiać na słowach nauczycieli i nie próbować analizować swoich myśli czy uczuć, ale perspektywa dwóch dni bez lekcji mnie przerażała. A do tego im więcej czasu mijało od mojej rozmowy z Bartym, tym bardziej się bałam, że za chwilę znajdzie mnie Regał i powie… Nie wiedziałam, co powie, ale szczerze wątpiłam, czy przyniesie mi bukiecik stokrotek i powie, że to nie ma znaczenia. I wątpiłam nie tylko dlatego, że była zima i nigdzie nie dało się znaleźć nawet pół stokrotki.
– Taaak, weekend, aż skaczę z radości – rzuciłam. Nie chciałam być dla Jamesa tak nieprzyjemna, ale ciężko mi się było zdobyć na cieplejszy ton.
– A za tydzień – bal. Czy to nie jest tak, że wszystkie dziewczyny niemal umierają z radości, myśląc o balu? Sam unikam tej, którą zaprosiłem. W kółko pyta mnie, czy na pewno będę pasował do jej sukienki.
– Od samego początku nie byłam zbyt podekscytowana – wyjaśniłam. – Wiem, należę do mniejszości, ale ani trochę by mnie nie obeszło, gdyby nagle ten bal odwołano.
Miałam zamiar dodać jeszcze coś na temat tego, jak bardzo ten bal podkreśli różnice klasowe albo do jakich bijatyk w sklepach z sukienkami się przyczynił, ale się powstrzymałam. Przez chwilę myślałam też o tym, że mogłabym wspomnieć coś o swojej sukience i o tym, że jestem spokojna, że będzie pasowała do szaty Regała, ale sama myśl powodowała ukłucie w okolicy serca. W porządku, ta rozmowa POWINNA się odbyć jak najszybciej. Przynajmniej będę wiedziała, na czym stoję.
Tylko dlaczego podejrzewałam, że nie idę już na żaden bal? A przynajmniej – że nie idę tam z partnerem?
– Też bym się ucieszył. Skoro Lily wybiera się tam… Z tym… Z tym… – zrobił się aż czerwony ze złości. – No i Syriusz. Słyszałaś już?
Pokręciłam głową, a potem, dla podtrzymania konwersacji, dodałam:
– Brenda mówiła, że z nim idzie.
Cały Hogwart o tym wiedział – Bre nie pozwoliłaby, żeby ktoś żył w nieświadomości. Z równym powodzeniem mogłaby napisać mu na każdej szacie „własność Brendy”, na wypadek, gdyby ktoś zapomniał. Co, oczywiście, mnie w ogóle nie obchodziło.
– Właśnie w tym problem. – Rzuciłam mu pytające spojrzenie. – Nie idzie z nim. Od jakichś… Piętnastu minut.
– Nie uwierzę, że z nim zerwała – zaśmiałam się lekko. – Co takiego zrobił, powiedział jej, że jej kolor sukienki jednak nie jest odpowiedni?
Miałam niejasne poczucie, że powinnam się ucieszyć – ostatecznie jakiś milion lat temu, kiedy jeszcze mnie to interesowało, twierdziłam uparcie, że tak to się skończy. Tyle że teraz nie miało to większego znaczenia.
– To on z nią zerwał.
– O-och – wydukałam. – Cóż, dziwne, że zajęło mu to tyle czasu.
Naprawdę, gdybym to ja chodziła z Brendą – zerwałabym po jakichś pięciu minutach. Nie byłam w stanie zrozumieć, czemu tak długo ze sobą wytrzymali. Z drugiej jednak strony – miałam na głowie ważniejsze rzeczy związane ze sprawami damsko-męskimi, żeby się nad tym zastanawiać.
– Nie cieszysz się? – spytał.
Stop. Dlaczego James sugerował, że powinnam cieszyć się z zakończenia związku Syriusza i Brendy? Że niby mogłam wyciągnąć z tego jakąkolwiek korzyść? Albo że niby ja do Syriusza coś…?
Na szczęście, zanim zdążyłam wykrzyknąć dekonspirujące mnie: NIE!, James dodał:
– Ja się diabelnie cieszę. Bre strasznie działa mi na nerwy w takich ilościach.
– Ciesz się, że nie musisz z nią dzielić dormitorium. To prawdziwy horror, zwłaszcza rano – stwierdziłam, starając się pominąć temat mojego ewentualnego cieszenia się. Następny temat do przemyślenia.
Może powinnam zacząć notować wszystkie te tematy w jakichś tabelkach, po czym wypisywać wszystko, co ma mi pomóc podjąć jakąś decyzję? Wątpiłam, czy byłoby to pomocne, ale z pewnością pomogłoby wszystko przemyśleć. W każdym razie o zerwaniu Syriusza i Brendy wiedziałam jedno – nie wzbudziło to we mnie większych emocji. Niezależnie od tego, co myślał James.
– Łazienka, tak? Lily w kółko na to narzeka.
– Wszystkie narzekamy – potwierdziłam. No, nie narzekałyśmy może w rozmowach między sobą (a przynajmniej nie za często), ale byłam pewna, że każda z nas miała kogoś, komu mogła narzekać na Bre i jej zwyczaje łazienkowe.
Przez chwilę milczeliśmy. Podwieczorkowe ploteczki widocznie znudziły się Jamesowi. A może zabrakło mu materiału, po tym jak zignorowałam jego bombę?
Jeśli o mnie chodziło – nie przeszkadzała mi ta cisza. Nie miałam już nic do powiedzenia; ba, więcej nawet – miałam już dość mówienia o niczym. Coraz bardziej denerwowała mnie sytuacja z Regałem. Nawet jeśli nie chciał mnie już więcej znać, to powinien mieć przynajmniej tyle odwagi, żeby mi o tym powiedzieć. (I nie wątpiłam, że miał – dlatego nie rozumiałam, czemu jeszcze nie rozmawialiśmy). Wiedziałam, że ploteczki z Jamesem niczego w tej sprawie nie zmienią i zaczęłam się poważnie zastanawiać nad ruszeniem na poszukiwania Regała. Moja cierpliwość się kończyła i najwyraźniej chęć dowiedzenia się, na czym stoję, przeważyła nad obawą o to, co mogę usłyszeć.
– Łapo! Chodź tu natychmiast! – nagle wykrzyknął James. Zbliżały się kłopoty. W szczególności, że Syriusz postanowił jednak do nas podejść. – Myślałem, że nie pojawisz się na lekcjach.
Zerknęłam na niego i z pewnym zdziwieniem odkryłam, że nie wyglądał na zmizerniałego i zrozpaczonego. Może właśnie na tym polegała różnica między zrywającym a tym, z którym zerwano. Ten pierwszy nie wyglądał jak coś przywleczone przez kota ze śmietnika. (W porządku, Regał jeszcze ze mną nie zerwał, ale to nie znaczyło, że czułam się dobrze – wręcz przeciwnie, im dłużej czekałam na moment, w którym to się stanie, tym gorzej się czułam).
– Miałbym ominąć spotkanie ze Smarkiem? Nie ma mowy – odpowiedział i wyszczerzył zęby w autentycznym uśmiechu. Doprawdy, był równie wyluzowany, co pięciomiesięczny morświn. Albo przynajmniej mała meduza.
James mrugnął do niego konspiracyjnie, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy im przypadkiem nie przeszkadzam. Mieli swoje małe sprawki, tak? Ale z drugiej strony… STOP. Co oni chcieli zrobić Severusowi?! Może ostatnio nie był dla mnie najmilszy, ale to wciąż był proletariusz!
Spojrzałam na nich pytająco, a kiedy nie zareagowali w żaden widoczny sposób, zapytałam wprost o ich plany. Miałam nadzieję, że nie będzie to nic wymagającego mojej interwencji – w porządku, przejmowałam się sprawami proletariatu, ale teraz miałam na głowie trochę własnych zmartwień i nie czułam się na siłach, żeby wyciągać różdżkę i miotać klątwy w obronie pokrzywdzonych. Co nie znaczy, że bym tego nie zrobiła, gdybym absolutnie musiała.
– Absolutnie niczego nie planujemy – odpowiedział James.
– Absolutnie wam nie wierzę. Zawsze coś planujecie – upierałam się.
W porządku, chciałabym uwierzyć, że nic nie chodziło im po głowach, ale byłoby to zbyt piękne.
– Absolutnie masz na tym punkcie obsesję – James kontynuował.
Ale kiedy już miałam dodać: Absolutnie się z tobą nie zgadzam, niespodziewanie wtrącił się do tego Syriusz:
– Nie planujemy niczego, na co sobie nie zasłużył, Annie.
Uniosłam brwi – niezbyt wysoko, ale wystarczająco, żeby każdy, kto mógłby nas akurat mijać, zauważył, że jestem zdumiona. Bo byłam. Nie przypominałam sobie, kiedy Syriusz odezwał się do mnie (z własnej woli, rzecz jasna) po raz ostatni. Może po prostu miał mnie dosyć i chciał uciąć rozmowę? To by było całkiem logiczne. Zresztą – miałam ważniejsze rzeczy na głowie. Opuściłam brwi.
– Jeśli wziąć pod uwagę, że według ciebie zasłużył sobie tylko na to, co najgorsze… to tak, nie planujecie – burknęłam. – Nie możecie go krzywdzić, kiedy tylko przyjdzie wam na to ochota – dodałam.
– Mamy swoje powody – odpowiedział kategorycznie. – Tym razem nawet ty byś je zaakceptowała.
– Och, jasne, świetne usprawiedliwienie. Na pewno są tak tajne, że nie możecie mi ich zdradzić, ale gdybyście tylko mogli, to bym was poparła, co? – zaśmiałam się. Litości, nie bawiliśmy sie już w mugolskiej piaskownicy, nie było mowy, żebym uwierzyła w taki tekst.
– Tak.
I tylko tyle. Cóż, widocznie wracaliśmy do starego systemu rozmowy. Ja mówię, a on odburkuje.
– Annie, zrozum, to bardzo… Bardzo ważne. I dotyczy Lily. Gdyby chodziło tylko o nas, od razu byśmy ci powiedzieli! – James starał się ich wytłumaczyć.
Spojrzałam na niego, jakby właśnie oświadczył, że jest hipogryfem.
– Lily? Nie dalej jak parę dni temu opowiadała, że pomógł jej znaleźć jakąś książkę w bibliotece – powiedziałam, starając się przypomnieć sobie więcej szczegółów. – Nie wydawała się wrogo nastawiona…
– W tym problem. Ona… nie wie.
– Nie wie, że powinna być do niego wrogo nastawiona? Świetnie, naprawdę. Długo nad tym myśleliście?
Niewiele rozumiałam z tego, co mówili, ale mogłam się założyć o własny obiad, że albo wszystko zmyślali, albo te ich powody były śmieszne i dziecinne.
– Nie możemy jej powiedzieć, co zrobił. To by ją zabolało!
Doprowadziłam Jamesa na skraj histerii. Świetnie. Rozumiem, że jest w niej skrajnie i desperacko zakochany, ale mógłby nie zachowywać się tak dziecinnie! Miałam ochotę wrzasnąć: James, bądźże mężczyzną! Ale jedyne, na co się zdobyłam, to patrzenie, jak Syriusz przyjacielsko poklepuje go po plecach.
Spróbowałam powstrzymać się od bardziej żywiołowych reakcji i najspokojniej, jak tylko mogłam, zapytałam:
– A nie uważasz, że jeśli zrobił coś, co mogłoby ją zranić, to może to zrobić ponownie i wtedy zrani ją to jeszcze bardziej? Bo, jak mówiłam, wydaje mi się, że Lily go lubi… O ile mogę to oceniać – dodałam. Nie byłam pewna, czy mogę. Zwykle nie przysłuchiwałam się jej rozmowom z Sarah, a Severus, jeśli już przypadkowo znalazłam się w jego towarzystwie, prędzej chyba zjadłby wątrobę żaby niż zaczął mi się zwierzać.
– Niczego jej już nie zrobi – niespodziewanie rzucił Syriusz.
Oho, odwołuję to o byciu mężczyzną. Jeśli James miałby od tego nabrać jego tonu głosu, postawy i spojrzenia, poziom grozy w powietrzu przekroczyłby dopuszczalne normy i padłabym im na zawał.
Spojrzałam na niego i przez chwilę miałam wrażenie, jakby to była któraś z naszych wrześniowych kłótni. Było jakoś tak… swojsko. Bez większego zastanowienia wymierzyłam w niego wskazujący palec i, odsunąwszy na dalszy plan własne zmartwienia, zaczęłam:
– Jeśli to miało zabrzmieć jak groźba, to ci się udało. Nie mam pojęcia, dlaczego go dręczycie, ale nie ma mowy, żebym na to pozwoliła. Jeśli faktycznie zrobił coś Lily, to ona powinna zdecydować, co dalej z ich relacją! Oczywiście jak już się dowie. Bo, jako jej przyjaciele, chyba powinniście jej powiedzieć, a nie co i rusz rzucać się na niego jak banda samozwańczych obrońców uciśnionej niewinności!
A Syriusz, jakby zupełnie zapomniawszy o tym, że przecież ze sobą nie rozmawiamy, a tym bardziej NIE DOTYKAMY SIĘ, złapał mnie za rękę i siłą mi ją opuścił. Co sobie wyobrażał? Że będę marionetką w jego rękach? Żaden samiec i żaden arystokrata nie będzie mi mówił, co mam robić! Bo przecież…
Ale zamiast odkrzyknąć mi coś głupiego, jedynie rzucił mi naprawdę władcze spojrzenie.
Jeśli myślał, że to sprawi, że będzie wyglądał bardziej macho…! Cóż, możliwe, że mu się udało. W każdym razie nie odpowiedziałam nic, a tylko wydęłam policzki jak obrażona pięciolatka.
– Spóźnimy się – wyrzekł w końcu, a James w pełni go poparł.
Westchnęłam ciężko. Świetnie, nie dowiedziałam się niczego konkretnego.
– Będę was obserwować – zapowiedziałam – i lepiej, żebyście naprawdę niczego nie planowali!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s