31. O trudnej sztuce przyjmowania krytyki

Do końca dnia nikt ze mną nie rozmawiał. Nikt. Oczywiście, wieści o tym, co wydarzyło się w Wielkiej Sali, szybko się rozeszły, więc nie miałam wątpliwości, że szeptano na mój temat, ale ani pół słowa nie zostało skierowane do mnie. Nie przeszkadzało mi to. Nadal byłam wściekła – ni to na Bre, ni to na Syriusza, ni to na samą siebie – i nie wiedziałam, kiedy mogę znów wybuchnąć. Wolałam od razu po kolacji iść spać i chociaż długo rzucałam się z boku na bok, w końcu udało mi się zapaść w płytki sen, który pomógł mi przetrwać kilka godzin, które dzieliły mnie od świtu.
Cóż, wszyscy wiedzą, że sen zwykle sprawia, że złość mija, prawda? Nie ten sen.
Podobnie wszyscy wiedzą, że po przebudzeniu można spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy. Nie tym razem.
Rano byłam niemal tak samo zdenerwowana, a do czułam jakiś dziwny ciężar, który mógł być dowodem na to, że zjadłam coś ciężkostrawnego albo na to, że miałam… wyrzuty sumienia?
Niemożliwe. Przecież nie zrobiłam niczego takiego. To Brenda rozpuściła tę plotkę. I to Syriusz uparł się, by jej bronić. Znalazł się rycerzyk!
Powinnam w ogóle zapomnieć o tej nieszczęsnej scenie i starać się ignorować spojrzenia innych uczniów – w końcu kiedyś się znudzą, prawda? Ile czasu takie plotki mogły krążyć po zamku? Powinnam po prostu pogodzić się z tą myślą, skoro nie mogłam zrobić nic, żeby z tym walczyć. I powinnam się też napić gorzkiej herbaty – na wypadek, gdyby to jednak był żołądek.
Ale zanim udało mi się dotrzeć do Wielkiej Sali, w pokoju wspólnym spotkałam Jamesa. Jamesa, który wypowiedział do mnie święte zdanie:
– Annie, musimy porozmawiać.
– Merlinie, w końcu ktoś, kto nie udaje, że jestem niewidzialna – westchnęłam, choć nie byłam pewna, czy powinnam narzekać na poprzedni stan rzeczy. Bycie niewidzialnym zapewniało spokój, którego potrzebowałam.
W każdym razie nie miałam zamiaru być niemiła dla Jamesa – nawet jeśli częściowo na to zasłużył, kiedy zostawił mnie w skrzydle szpitalnym z Jeffreyem. Nadal jednak był moim przyjacielem i w żadnym razie nie powinnam z tego rezygnować. Odchrząknęłam i przywołałam na usta uśmiech.
– No dobra, o czym? – zapytałam, siadając w fotelu.
Usiadł koło mnie.
– Uważam, że niesprawiedliwie potraktowałaś Łapę – powiedział.
Przewróciłam oczami, po czym przypomniałam sobie, że miałam być miła. W porządku, będę.
– Dlaczego? – zapytałam miło i spokojnie.
Oczywiście wiedziałam, co miał na myśli, ale nie chciałam się bronić przed usłyszeniem zarzutów. To by w jakiś sposób świadczyło o mojej winie, a przecież w całej tej sprawie byłam niewinna!
– Rozmawialiśmy o tym ostatnio, pamiętasz? Próbowałem ci wytłumaczyć, jak wygląda jego sytuacja rodzinna. Prosiłem cię o wyrozumiałość. Przecież… Nie mogłaś go bardziej obrazić, Annie. A on nic takiego nie zrobił.
Ha, czyli poczuł się dotknięty! I to na tyle, że opowiedział o tym Jamesowi, którego – tego byłam pewna – nie było wtedy wśród gapiów. Tylko czemu ta myśl nie sprawiła mi takiej radości, jak powinna?
– Też zostałam obrażona – stwierdziłam, marszcząc nos. Nie było mowy o jakiejkolwiek skrusze. Nic z tych rzeczy. – Na pewno słyszałeś te plotki. Każdy je słyszał, James. Każdy.
– Ale to nie powód, by nazywać go maminsynkiem! – Potter się uniósł. Dosłownie i w przenośni. Już nie siedział, a stał nade mną. I krzyczał. Wyglądało na to, że nieźle się zdenerwował. – Oszalałaś czy oślepłaś?!
– Wziął stronę Brendy – stwierdziłam spokojnie. A przynajmniej na tyle spokojnie, na ile byłam w stanie. – W porządku… odrobinę mnie poniosło, ale spójrz na to z mojej perspektywy! Cały zamek o nas mówi, a on nie zrobił nic, żeby to zmienić. Nie mówię, że miał każdemu wymazać pamięć, ale jestem… – urwałam na chwilę. Kim właściwie byłam dla Syriusza? To znaczy wcześniej, przed tą kłótnią. Wolałam nie analizować, kim byłam teraz. W końcu zdecydowałam się na bezpieczne wyjście: – … jestem pewna, że fakt, że plotki te dotyczą jego brata, musiał mieć dla niego jakieś znaczenie. Okay, nie lubią się, ale nadal są braćmi, sam mi tak powiedział.
Kiedy jeszcze ze mną rozmawiał, dodałam w myślach. Nie ulegało wątpliwości, że minie dużo czasu, zanim Syriusz znów się do mnie odezwie. Przynajmniej tego się spodziewałam.
– Nie miałaś prawa wypowiadać opinii na temat jego stosunku z rodziną. Nie, kiedy powiedziałem ci, jak to naprawdę wygląda! I żadna… żadna plotka Bre cię do tego nie upoważnia! – Chyba nie przemawiały do niego moje argumenty. Do mnie też aż tak już nie przemawiały. No bo… – To jego dziewczyna, do diaska, Annie, nie uważasz, że to oczywiste, że wziął stronę dziewczyny, którą ponoć KOCHA a nie brata – zdrajcy?!
Słowo kocha pozbawiło mnie na chwilę tchu. Nawet mimo asysty słowa ponoć. Jak to – kocha?! Czy Syriusz może kochać Brendę?! To absurd! Nie… Nie pozwalam! Przecież…
No, przecież?!
Przez chwilę chciałam stwierdzić, że nie może jej kochać (w końcu to Brenda), ale uznałam, że James mógłby to źle zinterpretować, a i tak był na mnie wściekły, nie musiałam dodatkowo obrażać jego przyjaciela. W końcu uznałam, że ten temat jest zbyt delikatny, żeby go poruszać.
– W takim razie co według ciebie miałam zrobić? I co powinnam zrobić teraz? – zapytałam.
Byłam pewna, że wymyśli co idiotycznego, co nie mogło się udać, albo coś, co teraz będzie niemożliwe do zrealizowania. Po prostu liczyłam, że kiedy to powie, przestanie się na mnie gniewać. Tak, wiem, myślenie godne pięciolatki. Może w takim razie liczyłam na to, że każe mi przeprosić Syriusza? Nie wiedziałam, czy chciałam to zrobić – czy czułam, że powinnam – ale taka sugestia usłyszana z cudzych ust z pewnością sprawiłaby, że przemyślałabym to dogłębnie.
… Chwila, o czym ja w ogóle myślałam, przecież nie miałam za co go przepraszać. Prawda?…
– Przeproś go.
A może jednak było.
Spojrzałam na niego niepewnie. Miałam ochotę zaprotestować, zacząć krzyczeć i wyjść z pokoju wspólnego – oczywiście obrażona. Tyle tylko, że nie mogłam się jakoś zdobyć na żadną z tych reakcji. W porządku, czułam się winna. Wiedziałam, że nie powinnam była tego mówić, a fakt, że chciałam go zdenerwować, absolutnie mnie nie usprawiedliwiał. Ale jeszcze bardziej niż moja podłość przerażała mnie myśl, że miałabym go przeprosić – nie tego znajomego Syriusza, który by mnie wyśmiał i wyzwał na pojedynek, ale tego nowego, milczącego i spokojnego, nieznajomego wręcz Syriusza o pustych oczach.
Zagryzłam wargi. Kusiło mnie, żeby zapytać „dlaczego?” albo „naprawdę muszę?”, ale to by było obraźliwe zarówno dla jego inteligencji, jak i dla mojej. Skoro jednak nawarzyłam piwa kremowego, to teraz mogłam albo je wypić, albo się w nim utopić.
– Nie mogę – szepnęłam. Nie chciałam mówić tego głośniej, bo wtedy stałoby się czymś bardziej realnym.
– Jak to: nie możesz?! Annie, MUSISZ to zrobić.
– Merlinie, wiem – jęknęłam. Trudno, niech wie, że mam wyrzuty sumienia, nie zależy mi. – Po prostu nie mogę, James, coś jest nie tak.
I spojrzałam na niego, jakby w nadziei, że zrozumie, co jest „nie tak” i że nie będę musiała tłumaczyć, że ta nagła (nagła? Właściwie kiedy to się zaczęło?) zmiana w Syriuszu mnie przerażała.
– Przeproś go, Annie. Jak najszybciej. I nie szukaj usprawiedliwienia, okay? – Nie rozumiał.
– Nie szukam – mruknęłam, wlepiając wzrok w kominek.
Było tak wcześnie, że nikt nie zadbał nawet o dorzucenie większej ilości drewna, więc ogień powoli przygasał. Oczywiście ta obserwacja była tylko próbą odwleczenia nieuchronnie nadchodzącego momentu, w którym będę musiała przyznać, że zauważyłam tę zmianę. Czy to możliwe, że ja ją widziałam, a James – w końcu jego najlepszy przyjaciel! – nie? Nie chciało mi się wierzyć. Ale z drugiej strony – gdyby zauważył, to na pewno zaniepokoiłaby go tak samo jak mnie.
– Zmienił się – powiedziałam, nadal patrząc w ten sam punkt. – Nie kominek – dodałam, żeby nie było wątpliwości, choć nadal nie podniosłam wzroku.
Przez chwilę milczał. Gdy się odezwał, przynajmniej już nie krzyczał, choć wciąż wszystko wskazywało na to, że jest zdenerwowany.
– Myślę, że w końcu powinniście ze sobą porozmawiać. Szlag by was trafił. Zachowujecie się jak pięcioletnie dzieci. Nie będę uczestniczył w tym przedszkolnym cyrku.
Odważyłam się podnieść wzrok. Jeszcze nie spojrzałam w Jamesowe oczy, ale patrzenie w przestrzeń między jego lewym uchem a ramieniem było lepsze od gapienia się w kominek. Nie byłam pewna, czy to oznaczało, że też zauważył te zmiany i zaniepokoiły go tak samo jak mnie, czy też po prostu uznał, że widzę problemy tam, gdzie ich nie ma. Może mnie samą uznał za problem.
– Nie sądzę, żebyśmy mieli o czym rozmawiać – stwierdziłam. – Jasne, pewnie go przeproszę, ale poza tym… No wiesz.
– Myślę, że jak najbardziej macie o czym rozmawiać. Syriusz nie chce mi powiedzieć, dlaczego… Dlaczego postanowił zerwać z tobą wszelki kontakt, ale cokolwiek sobie zrobiliście, najwyższy czas, żebyście to obgadali.
No tak, to wiele tłumaczyło. Tylko co ja takiego mogłam zrobić Syriuszowi? Nie rozmawialiśmy ze sobą odkąd… O mamo. Od świąt. A w święta…
– Nie chcę, żebyś więcej traktowała go tak, jak go potraktowałaś wczoraj. Ale nie chcę też, by on w akcie zemsty… Nie. Sami sobie to wyjaśnijcie. Ja umywam ręce.
Wykonał charakterystyczny gest umywania rąk i zostawił mnie tak na tej kanapie, mrucząc tylko do siebie: „Dzieci”.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s