29. O nowych znajomościach po raz kolejny

Nie jestem pewna, czy zemdlałam, czy po prostu moja mantra „niech nikt mnie nie zobaczy, niech nikt…” wprawiła mnie w tak głębokie stany medytacji, że nie wiedziałam, kiedy znaleźliśmy się w skrzydle szpitalnym, ale, gdy tylko otworzyłam oczy, zobaczyłam nad sobą dwie twarze, na których malowało się zaniepokojenie. Świetnie.
– Zostanie tu na wszelki wypadek do jutra, ale myślę, że to nic poważnego. Uczniowie, którzy żyją w stresie, często są osłabieni. Dawka witamin w ziółkach, które jej zaparzyłam, raz-dwa postawi ją na nogi.
Spojrzałam na stojący na szafce kubek, z którego unosiła się para. Nie miałam pojęcia, co znajdowało się w środku, ale pachniało jak świeże smocze łajno. Nie miałam wątpliwości, że podobnie będzie również smakować. Zamknęłam oczy, ale chwilę później je otworzyłam, bo zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o czymś naprawdę ważnym.
– Dziękuję – powiedziałam, patrząc na Jamesa i jego kolegę (jak się nazywał? Hamilton? Henry?). W porządku, może i to wszystko nie było potrzebne, ale to nie znaczy, że nie byłam im wdzięczna.
– Nie ma sprawy – odpowiedzieli niemal identycznie, a James wybuchnął śmiechem. O co chodziło? Byłam zielona na twarzy? Okay, zawsze chciałam mieć zielone oczy (zamiast tych niebieskawo żółtych!), ale nie od razu całą twarz!
Spojrzałam bezradnie na jednego, a potem na drugiego. Nadal się śmiali – i to bezczelnie. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Nie wypada się tak zaśmiewać w obecności kogoś, kto o niczym nie ma pojęcia. Przejechałam ręką po twarzy, żeby sprawdzić, czy nie transmutowali mi nosa w pietruszkę. Nie. Wszystko było na swoim miejscu.
– Co to za śmiechy? Chłopcy! Myślałam, że się martwicie! – Oho, to znów była pielęgniarka.
Pielęgniarka by coś powiedziała, gdybym miała pietruszkę zamiast nosa, to było pewne. Skoro zostało to wykluczone, zdecydowałam się zapytać:
– Z czego się tak śmiejecie?
Miałam nieodparte wrażenie, że odpowiedź mi się nie spodoba, ale zawsze lepiej ją usłyszeć, niż później zadręczać się, bo się jej nie usłyszało.
– My? Nie śmiejemy się – zapewnił mnie James, który, notabene, wciąż się śmiał.
– Śmiejecie – stwierdziłam nadąsanym tonem. Merlinie, to musiało być coś naprawdę głupiego, skoro aż tak ich rozbawiło.
Chociaż… Jego kolega nie wyglądał na aż tak rozbawionego. Raczej – na zawstydzonego. Może James śmiał się z niego?
– Nie.
– Tak – naciskałam. – O rany, chłopaki, powiedzcie.
Im dłużej odmawiali odpowiedzi, tym bardziej chciałam wiedzieć… im tym bardziej podejrzewałam, że nie będę zadowolona. Przypomniała mi się od razu sprawa z tą nieszczęsną imprezą, o której Syriusz nie chciał mi opowiedzieć. Co takiego mogłam zrobić tym razem, skoro byłam cały czas trzeźwa?
– Lepiej będzie, jak już pójdziemy, Rogaczu – zaproponował kolega.
Spojrzałam na nich bezradnie. Nienawidziłam, absolutnie nienawidziłam takich sytuacji!
– Cokolwiek to jest, nie będę zła – obiecałam. – Ale, na litość Merlina, powiedzcie, o co chodzi.
– Tak, lepiej pójdźmy – wyrzucił z siebie James, zaśmiewając się jeszcze bardziej. – Albo ja pójdę, co? Nie można jej zostawić samej.
– To może lepiej ja?
– Nie, daj spokój, muszę i tak znaleźć Łapę, porozmawiacie sobie chwilę.
Patrzyłam to na jednego, to na drugiego, jakby właśnie grali w tenisa, a piłeczką była wiedza, której mi brakowało. I nie wiedziałam, jak tę piłeczkę przejąć.
– James, o co chodzi? Nie możecie mnie narażać na stres, słyszeliście!
Czy ja mówiłam coś o stresie? W tej chwili byłam wściekła i gdybym miała pod ręką różdżkę, to z pewnością zrobiłabym z niej użytek.
– Do zobaczenia, stary.
Kolega Jamesa klepnął go po plecach, a ten, zataczając się ze śmiechu, wyszedł ze skrzydła.
Niepewnie spojrzałam na rudego Gryfona (jak on się nazywał? Harold? Horacy?). Może teraz, skoro James poszedł, udzieli mi jakichś odpowiedzi? Chociaż byłam na Jamesa tak wściekła, że prawie przyćmiewało to chęć dowiedzenia się, co może aż tak rozbawić dwóch miłosiernych Samarytan.
A ten, jak gdyby nigdy nic, usiadł na moim łóżku, szczerząc zęby w niepewnym uśmiechu.
Chrząknęłam, żeby dać mu do zrozumienia, że naruszył moją przestrzeń osobistą, a potem posłałam mu pytające spojrzenie. Może to było coś tak kompromitującego, że nie chciał mówić przy pielęgniarce? Jakoś w to wątpiłam.
– Jestem Jeffrey – powiedział, wyciągając do mnie upstrzoną piegami rękę prawdziwego mięśniaka.
Jeffrey. Cóż. Alfabetycznie całkiem blisko Hugona (bo taki był mój ostatni pomysł).
– Annie – wymamrotałam. – Czy możesz mi powiedzieć, o co chodziło?
Byłam uprzejma i opanowana, choć fakt, że siedział tak blisko, nie wpływał najlepiej na mój spokój. Niemniej zawsze mi powtarzano, że więcej much złapie się na miód niż na ocet, więc postanowiłam próbować.
– A muszę?
Spojrzałam na niego jak na idiotę. Którym być może był, tego nie wiedziałam – świetnie wpisywałby się w stereotyp sportowca z fistaszkiem zamiast mózgu. No, pomijając tego Wybitnego z zaklęć. Ale co tam, trafiło się ślepej kurze… Stop, Annie, skup się na miodzie.
Uśmiechnęłam się do niego.
– Byłoby to miłe z twojej strony – stwierdziłam. Spokój, spokój absolutny.
– Bycie miłym nie zawsze jest opłacalne – odpowiedział. Co za banał. Błagam. Fistaszek to za dużo. – Nie uważasz?
– Nie – zaprzeczyłam; nadal spokojnie i uprzejmie. – Podobno jeśli robisz dobre rzeczy, to potem dobre rzeczy przytrafiają się tobie. Możesz zacząć od powiedzenia mi, co się działo między tą sceną na boisku, a chwilą, kiedy się obudziłam.
Miałam nadzieję, że wyda mu się to dobrym argumentem i – co ważniejsze – że nie będzie drążył tematu. Mądrość, którą właśnie wygłosiłam, znajdowała się w tej samej gazecie, co ten mugolski pomysł z głodówką, więc oczywiście nie wczytywałam się dokładnie. Chyba będę musiała porozmawiać ze swoją dentystką na temat doboru prasy w poczekalni.
– Wolałbym coś z tego mieć.
Czy wszyscy w tym zamku mieli mentalność Brendy?! (Skoro już o niej mowa, to musiałam pamiętać, żeby wyciągnąć od niej ten sekret). Co z ideą oddawania braciom i siostrom ostatniego okruszka chleba? Czy teraz liczyły się już tylko mniej lub bardziej wymierne korzyści? Dokąd ten świat zmierzał?!
– Co masz na myśli? – zapytałam. Może po prostu chciał pożyczyć książkę?
– Nie chciałabyś gdzieś ze mną wyjść w weekend? – spytał.
– Mam już chłopaka – stwierdziłam chłodno.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o wiarę w dobrą stronę każdego człowieka. Książkę! Co mi w ogóle przyszło do głowy. Mogłam się domyślić, że chodzi o coś takiego.
– No i?
– Słyszałeś może o takim pomyśle jak monogamia? – warknęłam.
W porządku, miód się skończył. Po prostu działał mi na nerwy. Chwyciłam kubek z lekarstwem, który pani Pomfrey zostawiła na szafce i upiłam łyk. A potem trzymałam kubek między nami; oczywiście w nadziei, że zapach wywaru odstraszy tego niechcianego amanta.
– To średniowieczne. Słyszałaś może o takim pomyśle, jak dobro wspólne i konieczność dzielenia się sobą?
Musiałam przyznać mu jedno – chłopak chyba naczytał się Dostojewskiego i wszystkich naczelnych piewców właściwej idei występujących w jego książkach. Czyżby… Nie, był zbyt irytujący, by być jednym z nas.
– To nie średniowiecze – prychnęłam. – I widocznie mamy inną definicję dobra wspólnego.
Nie zamierzałam z nim o tym dyskutować, o nie. Obróciłam kubek w dłoniach, dbając o to, żeby nieprzyjemny zapach, który się z niego dobywał, na pewno dotarł do nozdrzy Jeffreya.
– Zgłoś się do mnie, gdy zmienisz zdanie.
Byłam pewna, że to będzie rozmowa, której na pewno nie przeprowadzę. Ani teraz, ani nigdy. Zresztą – po co bym miała? Jestem samodzielną, nowoczesną kobietą, chwilowo związaną z Regałem, to prawda, ale nadal nowoczesną.
– Jasne – mruknęłam, ponownie kręcąc kubkiem. Na Merlina, nawet mnie mdliło od tego zapachu, niech już sobie pójdzie!
Nastała chwila bardzo niezręcznej ciszy. Bardzo. Jeffrey wpatrywał się we mnie wzrokiem, który z pewnością powinien mnie być onieśmielić. Ale ja nie przywykłam do dawania mężczyznom satysfakcji z tego, że mnie onieśmielają, więc też udawałam obojętną. Żaden samiec – nawet z takim (prawdopodobnym) umięśnieniem – nie będzie sprawiał, że się rumienię! Przynajmniej nie bezkarnie.
– Wypijesz to? – spytał.
Rzuciłam mu spojrzenie, które miało świadczyć o tym, że jeśli sądzi, że dam się pokonać kubkowi ze śmierdzącym naparem, to się mylił. Mylił się też, jeśli sądził, że zacznę się krzywić i marudzić.
– To lekarstwo – odpowiedziałam, przy okazji wskazując na zawartość kubka. To nie moja wina, że miałam wrażenie, jakbym rozmawiała z pięciolatkiem. Natrętnym pięciolatkiem do tego.
A potem, żeby nie był gołosłowną, upiłam łyk tego paskudztwa. Nie jestem pewna, czy cokolwiek, co kiedykolwiek jadłam lub piłam, było tak koszmarne w smaku. Ale starałam się nie skrzywić, o nie.
– Lekarstwa można by czymś słodzić, nie sądzisz? – próbował podtrzymać konwersację.
Spojrzałam na niego ze źle skrywaną wyższością (tak, wiem, to okropne i powinnam się wstydzić, w końcu wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami; w porządku, on był tym mniej kochanym bratem).
– Profesor Sprout mówiła, że cukier zabija większość leczniczych właściwości – stwierdziłam. Nie wiedziałam, ile w tym prawdy: owszem, cukier zabijał właściwości pewnych ziół, ale nie miałam pojęcia, co właściwie piję.
– Ale poprawia nastrój.
– Ale sprawia, że lekarstwo nie jest skuteczne – powiedziałam poważnie.
Czy on miał mnie za idiotkę, czy naprawdę starał się być miły – nawet kiedy traktowałam go gorzej, niż nakazywały mi moje zasady?
– Coś za coś.
– Taaak, więc ja postawię na leczenie.
Upiłam kolejny łyk, mając nadzieję, że wkrótce ten koszmar się skończy. Obydwa koszmary: Jeffrey sobie pójdzie, a cały napar zniknie z kubka. Właśnie w tej kolejności.
Ale wszystko wskazywało na to, że jeszcze trochę się pomęczymy.
Starałam się robić wszystko, żeby go ignorować, ale to przypominało ignorowanie słonia znajdującego się na środku pokoju. W porządku, Jeffrey był nieco mniejszy, mniej szary, nie miał kłów ani trąby, ale miałam wrażenie, że swoją osobą wypełnia całą przestrzeń. Nie wiedziałam, o czym mam z nim rozmawiać i zdecydowanie nie chciałam silić się na bycie uprzejmą. Dlatego milczałam. Byłam osłabiona po omdleniu, miałam prawo być niemiła.
Na szczęście – szybko zjawiła się odsiecz. I choć normalnie nie ucieszyłabym się na jego widok, teraz osoba Syriusza niemal wprawiła mnie w stan totalnej ekscytacji.
– Ej, Jeff, szukałem cię już niemal wszędzie – powiedział, nie zaszczycają mnie nawet spojrzeniem. – Nie idziesz z nami na to piwo?
– Idę, idę – powiedział, ale potem zwrócił się do mnie: – Mogę?
Syriusz mruknął pod nosem coś bardzo niemiłego. I coś bardzo o mnie.
Wzruszyłam ramionami i dopiłam zawartość kubka. Do dna. O jeden koszmar mniej.
Jasne, mogłam mu powiedzieć, żeby sobie poszedł, ale to by świadczyło o tym, że czuję, że mogę mu mówić, co ma robić. Czyli mieć jakiś wpływ na jego życie. Czyli ktoś (tak, ten ktoś, kto właśnie przyszedł) mógłby uznać, że _chcę_ mieć wpływ na życie Jeffreya. A ja nie chciałam – ani mieć wpływu, ani żeby tak pomyślał. Dlatego właśnie wzruszenie ramionami wydało mi się najbezpieczniejsze.
Jeff westchnął ciężko i rzucając jakieś „do zobaczenia” wyszedł, zabierając ze sobą Łapę. A ja zostałam sama. Sama i wciąż bez niezbędnej mi wiedzy o położeniu kuchni.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s