28. O tym, że sport i zdrowie w parze nie idą

Następnego dnia nikt na mnie krzywo nie patrzył – najwyraźniej James naprawdę skutecznie przekonał wszystkich, że Lily źle zinterpretowała całą sytuację. Prawdę mówiąc, nikt na mnie w ogóle nie patrzył, co w zasadzie było całkiem normalnym stanem rzeczy, ale nagle zaczęło być w jakiś sposób… drażniące. Po raz kolejny miałam nieodparte wrażenie, że krąg ludzi, z którymi utrzymuję przyjacielskie stosunki, jest zbyt mały.
Bo nawet fakt, że Chevonne przemyślała swoje winy i znów ze mną rozmawiała nie sprawiał, że nagle stawałam się człowiekiem popularnym. Z kim się zadawałam? Z Regałem. Z Bartym i Severusem, chociaż ich akurat wolałabym nigdy na oczy nie widzieć (bajka o Severusie proletariuszu na dobre wyleciała mi z głowy – był jeszcze większym burżuazyjnym padalcem niż młody Crouch). Czasem rozmawiałam z Jamesem czy Remusem, ale i to zdarzało się rzadko. A moje współlokatorki? Lepiej nie mówić. Poza Brendą unikały mnie, jakbym była trędowata.
Gdyby więc pojawiło się nagłe zapotrzebowanie na książki „Jak być samotnym w tłumie – kilka skutecznych porad”, śmiało mogłabym spróbować stworzyć takie dzieło. Póki co jednak uznałam za stosowne skupić się na rzeczach pilniejszych. Sprawa medalu chwilowo ucichła i nie chciałam do niej wracać, musiałam przemyśleć odpowiednie podejście; wydawało mi się logiczne, że nie mogę zacząć działać, póki nie odzyskam tego metalowego krążka, który nadal był w posiadaniu Syriusza. Skoro więc nie mogłam próbować poprawić losu jednego człowieka, uznałam, że powinnam spróbować poprawić los dziesiątków małych stworzeń, które żyją i pracują w tym zamku. Musiałam dostać się do kuchni, a jedną osobą, która mogła mi w tym pomóc, był James – który, oczywiście, starał się spędzać każdą wolną chwilę z Lily (która, gdy już minął pierwszy szok spowodowany tym, co zobaczyła w jego dormitorium, znów była dla niego dość oziębła).
Jak więc mogłam się do niego trochę zbliżyć? Odpowiedź była jedna. Bo i tylko w jednym miejscu Jamesowi nie towarzyszyła Lily (pomijając łóżko i toaletę, ale te desperackie rozwiązania odrzuciłam). Na treningu!
Dowiedziałam się, na kiedy drużyna Gryfonów zarezerwowała boisko i poczłapałam na trybuny. Liczyłam, że akurat tego dnia Brenda nie będzie chciała dopingować Syriusza. Albo, jeszcze lepiej, Syriusza w ogóle nie będzie. Może zatrzaśnie się z Bre w jakimś schowku na miotły i w końcu nie będę musiała o nim myśleć – a, przyznaję, myślałam. Czasami. Niekoniecznie były to myśli ciepłe i miłe; po prostu próbowałam rozgryźć, o co mu właściwie chodzi. Nie zaprzątałabym sobie tym głowy, gdyby nie ta rozmowa w dormitorium. To ja chciałam okazać mu minimum zaufania, a on potraktował mnie jakbym… jakbym musiała mieć się na baczności, bo jest gotów donieść Regałowi, że zdradzam go na prawo i lewo (co oczywiście było nieprawdą). Nie rozumiałam, skąd wziął się ten nagły przypływ braterskiej miłości i strasznie mnie to drażniło. Może to kolejny powód, dla którego wolałam się teraz skupić na skrzatach.
Niestety, marzenia się nie spełniają. Gdy wychodziłam z zamku, spotkałam Bre. Wydawała się zachwycona pomysłem wspólnego kibicowania:
– Och, Annie, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że idziesz tam ze mną! Patrzenie na Syriuszka jest ekscytujące, ale strasznie tam nudno, gdy nie ma do kogo się odezwać przez te kilka godzin. I ziiiiimno! Ale zobaczysz, dostaniemy herbatę, James załatwia z kuchni.
Spojrzałam na nią z zainteresowaniem. Było to zdecydowanie lepsze od patrzenia z niechęcią, do którego najwyraźniej już przywykła – albo od początku go nie zauważała.
– Może potrzebuje pomocy – zauważyłam. – Nie wiesz, gdzie teraz jest?
– Och, pewnie już na boisku, jesteśmy tak TOTALNIE spóźnione.
Ale kiedy tam przyszłyśmy, okazało się, że nie tylko my się spóźniłyśmy. Jamesa wciąż nie było, a bez herbaty nie można było zacząć. Brakowało również Syriusza, co przyjęłam z niejaką ulgą.
Nie byłam z tego powodu specjalnie zadowolona, w końcu siedzenie tutaj nie miało sensu, jeśli James miał zamiar odpuścić sobie trening. Reszta drużyny zdawała się podzielać moje zdanie, bo wszyscy smętnie trzymali miotły i wpatrywali się w stronę, z której powinny dotrzeć zapasy herbaty i James.
– Może usiądziemy? – zasugerowałam Bre i, nie czekając na jej odpowiedź, ruszyłam w stronę trybun. Miałam w torbie książkę, chociaż nie liczyłam na to, że uda mi się ją poczytać.
– Ale… – powiedziała, ale pobiegła za mną, w tych swoich kozaczkach na wysokim obcasiku ledwo za mną nadążając.
Kiedy już znalazła się koło mnie, posłałam jej pytające spojrzenie. Nie miałam pojęcia, co mogło jej się nie podobać w siedzeniu na trybunach i nie miałam zamiaru się stąd ruszać.
– Nie powinnyśmy siadać, dopóki nie zaczną. Chcę się przywitać z Syriuszkiem – oświadczyła. – Zresztą, tu jest BRUDNO. Potrzebuję kocyka!
– Syriusz i James się spóźniają, nie ma sensu tam stać – powiedziałam, wzruszając ramionami, po czym spojrzałam na nią z politowaniem i dodałam: – I nie ma tu żadnych kocyków. Transmutuj sobie, jeśli musisz.
Tak, to było z mojej strony podłe, bowiem wiedziałam, że Brenda jest strasznie kiepska z transmutacji (i z zaklęć, i z zielarstwa, i z obrony przed czarną magią, i z eliksirów…) i raczej nie podoła temu zadaniu. Nie byłam pewna, czy sama bym podołała, ale również do orłów nie należałam – choć niezwykle się starałam. W końcu nie chciałam, żeby McGonagall znów mnie wysłała na przymusowe korepetycje.
– Syriuszek by miał.
Uwaga, Brenda tupnęła nóżką.
– Kocyk?… – zapytałam z niedowierzaniem, a potem prychnęłam: – No tak, jasne, przecież nie będzie sadzał tego swojego arystokratycznego tyłka na brudnych ławkach.
Nie do wiary, że ludzie przejmowali się czymś takim! Poza tym, te ławki nie były takie znowu brudne. Zgarnęłam z jednej z nich śnieg i usiadłam, mając nadzieję, że to udowodni Brendzie, że nic, ale to absolutnie nic się nie stanie, jeśli też usiądzie. Najwyżej będzie miała mokre siedzenie. No trudno.
Ale ona nie zwracała już na mnie uwagi. Coś innego przykuło jej wzrok.
– Syriuuuszek! – krzyknęła i rozpoczęła morderczy dla jej obcasów bieg w dół w stronę nie Swanna, a Syriusza Blacka, ostatniej osoby na świecie, którą chciałabym widzieć.
Westchnęłam ciężko i wyjęłam z torby książkę. Liczyłam, że uda mi się coś przeczytać, skoro Brenda zostawiła mnie na chwilę w spokoju. Poza tym wiedziałam, że jeśli skupię się na lekturze, będę mogła ignorować Syriusza.
Jednak zaraz za Syriuszem pojawił się i James – a jego zignorować nie mogłam.
Nie chciałam się jednak na niego rzucać tak samo, jak Bre rzuciła się na Blacka – to by było naprawdę źle widziane, jeśli ktoś z tu obecnych słyszał, co Lily wygadywała. Uznałam, że bezpieczniej będzie poczekać do końca treningu – w końcu nigdzie mi nie ucieknie, prawda?
Tymczasem mogłam w spokoju przyglądać się temu, z jaką pasją Brenda wieszała się na Syriuszu, który wcale nie protestował. Nie protestował! I w dodatku nie uraczył mnie ani jednym spojrzeniem, chociaż przecież wiedział, że tam jestem – nie mógł nie usłyszeć tego „Cześć, Annie!”, które skierował do mnie James, prawda?
To był tylko kolejny dowód na to, że arystokraci nie potrafią się zachować – nawet jeśli większość ludzi twierdzi inaczej. Większość ludzi się myli. W każdym razie pomachałam Jamesowi i przez chwilę patrzyłam na drużynę, a potem wróciłam do książki. Zdawało się, że czeka mnie godzina przyjemnej lektury.
Z Bre nad głową.
Do tego z Bre, która koniecznie chciała wiedzieć, co czytam. Najwyraźniej moja odpowiedź jej nie usatysfakcjonowała, bo kiedy pokazałam jej okładkę („Standardowa księga zaklęć” dla szóstego roku), zrobiła smętną minę.
– Straszne nudy, Annie. Nie wolałabyś, no nie wiem, poplotkować? Albo popatrz sobie na nich. Są TOTALNIE seksowni.
Ploteczki z Bre miały jeden plus: nie mogłaby plotkować o mnie. No i niewątpliwie było to lepsze od bezmyślnego gapienia się na siedmiu facetów na miotłach. Z westchnieniem zamknęłam książkę i spojrzałam na Brendę.
– O czym chcesz rozmawiać? – zapytałam, unikając słowa „plotki”. W końcu zwykle nie zajmowałam się plotkami.
– No nie wiem… Słyszałaś, że Lily na złość Jamesowi zaczęła się spotykać z tym chłopakiem z Ravenclawu, który mnie zarywał? Mówiłam ci o nim. – I mówiła do mnie, chociaż nie odrywała rozanielonego spojrzenia od Blacka. – Jest tak obłędnie przystojny, że to aż wstyd, marnować się dla Evans i tych wszystkich kujonic w okularkach i skarpetach do sandałów.
Stłumiłam w sobie chęć ponownego zagłębienia się w książce – wiedziałam, że to nie powstrzyma Brendy.
– To okropne – powiedziałam obojętnym tonem.
– Prawda? Evans kategorycznie nie powinna mieć aż takiego faceta. Dla niej dobry byłby co najwyżej jakiś przeciętniak z Hufflepuffu. Wiesz, wyciągnięty sweterek, nieumyte włosy, coś jak… O mój Boże.
Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Nie, nie dlatego, że przejęłam się ją wizją przeciętnego Puchona. Po prostu nie podejrzewałam Bre o rozwinięte życie duchowe i jakąkolwiek wiarę (chociaż wiadomość, że jest członkinią Najwyższego Kościoła Malowania Paznokci przyjęłabym bez większych emocji).
– Co takiego? – zapytałam, a zdawszy sobie sprawę, że moje wypowiedzi są dość krótkie dodałam: – I nie wszyscy Puchoni są tacy. Na pewno dałoby się znaleźć jakiegoś… innego.
– Nie, nie o to chodzi! Pomyślałam sobie o tych przetłuszczonych włosach i… O mój Boże. O mój pieprzony Boże!
No tak, tego się mogłam spodziewać. Pewnie życie religijne przeciętnego pierwotniaka jest bujniejsze od życia religijnego Bre.
– Taaak, tłuste włosy to naprawdę poważna sprawa – mruknęłam.
– Myśl, Annie, myśl! Kto ma tłuste włosy i ciągle, ale to ciągle włóczy się za Evans?! – W końcu na mnie spojrzała. Wyglądała na niebezpiecznie zaaferowaną. – Kto jest w niej ślepo zakochany, chociaż publicznie się do tego nie przyznaje? Kogo James torturuje od pierwszej klasy, bo wyczuwa w nim naturalną konkurencję?!
Przewróciłam oczami. No tak, mogłam się spodziewać, że prędzej czy później rozmowa zejdzie na ten temat.
– Bre, słyszałaś może takie powiedzenie jak „nie oceniaj książki po okładce”? Jestem pewna, że gdybyś spędziła z nim trochę czasu, to przekonałabyś się, że jest uroczym człowiekiem.
W porządku, to było podwójne kłamstwo. Po pierwsze, Snape’a ciężko było uznać za uroczego człowieka, nawet przy maksymalnym wysiłku. Po prostu nie i już. Po drugie, nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której wspomniany Snape zgodziłby się spędzić w towarzystwie Bre więcej niż trzy sekundy.
– Ale czy ty w ogóle nie pojmujesz dramatyzmu sytuacji?! Co, jeśli Evans naprawdę kręci nie taki boski Krukon a zwykły… Smark? Co jeśli mieszkam pod jednym dachem z takim ZBOCZEŃCEM?!
Po raz kolejny przewróciłam oczami, tym razem bardziej ostentacyjnie, choć Bre mogła tego nie zauważyć, bowiem znów zerkała na boisko.
– To nie podpada pod klasyczną definicję zboczenia – powiedziałam. – Poza tym każdy ma prawo spotykać się z kim chce. No i Lily podobno spotyka się z tym Krukonem, to chyba o czymś świadczy.
– Po prostu to sobie wyobraziłam, okay? I było obrzydliwe. Fuj. Nie zjem kolacji.
– Taka głodówka na pewno ci nie zaszkodzi – mruknęłam, zanim mogłam się powstrzymać.
Nie poczułam się okropnie, chociaż powinnam – Bre zawsze była przeczulona na punkcie swojego wyglądu (niepotrzebnie, rzecz jasna) i ten komentarz mógł na nią źle wpłynąć. Co się ze mną działo? Przecież powinnam troszczyć się o równowagę psychiczną szeroko pojętych braci i sióstr, a ja tymczasem zachowałam się jak… jak jakaś bezduszna arystokratka!
– Jestem… gruba?
Spojrzała na mnie z takim bólem w oczach, że aż strach było cokolwiek odpowiedzieć.
– N-nie! – zaprzeczyłam szybko.
Starałam się przypomnieć sobie, co na temat jedzenia pisano w kolorowych magazynach, których zwykle starałam się unikać, a które Bre wręcz uwielbiała. Nic nie przychodziło mi do głowy, ale wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić. W końcu wykrztusiłam:
– Słyszałaś chyba o oczyszczających głodówkach, prawda?
– Nie?
No to wpadłam. Pamiętałam tylko wielki, czerwony napis „Głodówka – oczyść swój organizm” i jakąś wyszczerzoną modelkę w czerwonej sukience (to była bardzo ładna sukienka, dlatego w ogóle to zapamiętałam). Nic, co mogłoby mi pomóc przybliżyć Brendzie tę koncepcję.
– No wiesz, nie jestem specjalistką – zaczęłam ostrożnie. – Powinnaś to jeszcze z kimś omówić czy coś…
– Po prostu jestem gruba, a ty chcesz być miła!
– Wcale nie. Po prostu nie chcę ci przekazywać nie prawdziwych informacji.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia treningu zerknęłam na drużynę. Miałam nadzieję, że zaraz wylądują i będę mogła uciec od Bre, nawet jeśli jej nie powinnam tego robić zważywszy na jej stan psychiczny. Nic z tego, trening trwał w najlepsze.
– Wiesz, ogólna idea jest taka, że mugolki nie jedzą tyle, ile powinny – wyjaśniłam, po czym dodałam: – Bo to mugolski wynalazek.
Przebiegł mnie zimny dreszcz. Czy ja naprawdę powiedziałam „mugolski wynalazek”? Od kiedy zaczęłam różnicować ludzi na mugoli i magicznych? Czy to był kolejny krok w stronę znieczulicy?
– I co im to daje? Są od tego.. ładniejsze?
Wzruszyłam ramionami w nadziei, że jeśli będę mniej mówić, to nie wyrządzę już większych szkód.
– Na pewno bardziej głodne.
Brenda, która się zastanawia, wygląda komicznie. Wszystko w jej wyglądzie sugeruje, że procesy myślowe nie mają prawa tam zachodzić. A jednak to zmarszczone czółko…
– Spytam Syriuszka, co o tym sądzi – zawyrokowała w końcu.
Pokiwałam głową. W sumie to rozwiązanie mi odpowiadało. Syriusz, o ile miał w głowie choć trochę oleju, pewnie jest to wyperswaduje. Przy okazji pewnie uzna, że jestem potworem, bo poddałam Brendzie taki pomysł.
Ale temat naturalnie się urwał i przez chwilę panowało pełne pseudomyślenia Bre milczenie. Nie trwało ono jednak na tyle długo, bym zdążyła otrząsnąć się z dopiero co przeprowadzonej części konwersacji.
Czy ja kogoś zabiłam, by być skazaną na coś takiego?
– Powiedz mi coś, Annie, skoro jesteśmy same.
Zerknęłam na trenującą ponad naszymi głowami drużynę. Tak, „same” było pojęciem względnym.
– Co takiego? – zapytałam.
– Jak to jest całować się z młodszym chłopakiem?
– Nor… Co?!
Spojrzałam na nią, jakby właśnie zapytała, czy przeszczepię sobie koźle kopyta zamiast rąk. A później spojrzałam na swoje dłonie, żeby sprawdzić, czy tego nie zrobiłam, skoro chciałam jej odpowiedzieć „normalnie”. Merlinie, czy to zimno wymroziło mi mózg? Powinnam była z godnością ją zlekceważyć. Tak jest, z godnością! Teraz już nie dało się jej zlekceważyć. Zachowanie godności też nie wydawało się najłatwiejsze.
– Ooooch, Annie, to jest takie.. ekscytujące! No bo, spójrz, Syriusz jest prawdziwym bogiem seksu, wierz mi, wiem, co mówię. – Chyba wiedziała, bo oczy świeciły jej się jak głupie. – Reg to jego brat! Podejrzewam, że to u nich rodzinne, w końcu młody też jest tak totalnie, obłędnie, nieziemsko GORĄCY, że gdyby nie miał tych trzynastu lat i gdybym oczywiście nie była na maksa zakochana w Syriuszku, pewnie sama bym się na niego rzuciłam. Więc pytam. Jak całuje? Nie bądź taka, podziel się tą informacją!
Spojrzałam na nią, jakby spadła z miotły. I to prosto na głowę.
– Bre, to naprawdę nie twoja sprawa – stwierdziłam chłodno, jednocześnie starając się zapanować nad czającym się w kącikach moich ust uśmiechem. W porządku, mogłam się z nią zgodzić, że to rodzinne (a miałam wystarczająco dużo danych potrzebnych, żeby to stwierdzić), ale w żadnym wypadku nie przyznałabym tego na głos.
– Uśmiechasz się! Czyli jednak. HA! Annie, nie bądź paskuuudna, opowiedz mi…
Czyli jednak się nie udało. A Brenda nie zamierzała odpuścić. Kiedy tylko okazało się, że nie umiem do końca ukrywać swoich emocji, złapała mnie za rękę i ściskała tak mocno, że o mało mi jej nie połamała. Jakbym przez to miała być bardziej skora do zwierzeń!
– Na tiarę Merlina, co mam powiedzieć? – jęknęłam.
Prawdę mówiąc, miałam przemożną chęć powiedzieć, że nie będę o niczym rozmawiała bez swojego adwokata (którego nie miałam, ale mugole w filmach tak mówili) albo uciec do zamku. Nie zrobiłam ani tego, ani tego. Siedziałam koło niej stając się wyglądać możliwie godnie (choć z każdym wypowiedzianym przeze mnie zdaniem z tą godnością było coraz gorzej) i liczyłam, że sama wymyśli sobie jakąś satysfakcjonującą odpowiedź, bo nie miałam zamiaru o niczym jej opowiadać.
– WSZYSTKO. Ze szczegółami!
– To nie twoja sprawa. I nie ma żadnych szczegółów – dodałam, spanikowana, że za godzinę po Hogwarcie zaczną krążyć opowieści… cóż, takie, jakie już od pewnego czasu krążyły o samej Brendzie.
– Oczywiście, że są, rumienisz się!
– To z zimna – mruknęłam, starając się poprawić kołnierz płaszcza i szalik tak, żeby nie było widać mojej twarzy.
To był idiotyczny pomysł, po prostu idiotyczny. Zdecydowanie mniej krępujące byłoby zaczajenie się na Jamesa w dormitorium. Albo nawet w łazience! Tam przynajmniej nie byłoby Brendy.
– Mnie możesz powiedzieć, Annie, przecież obie.. Och, gdybyśmy za nich wyszły, byłybyśmy jak siostry! Czyż to nie słodkie?
Przysięgam, że była to jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie w życiu usłyszałam. Brenda jako współlokatorka była wystarczająco zła. Brenda w rodzinie? Przerażające!
– Bre, mamy po piętnaście lat. To nie jest najlepszy moment, żeby myśleć o ślubach – mruknęłam.
Nawet przez myśl mi nie przeszło, że ja i Regał… Że my kiedyś… Nie, niemożliwe. I nie ma sensu i niczym takim myśleć.
– Och, jestem PEWNA, że Syriuszek się ze mną ożeni
– Rozmawiałaś z nim już o tym? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
To absolutnie nie była moja sprawa, nie powinno mnie to w ogóle interesować. A już na pewno nie powinnam mieć w żołądku bryły lodu. Poprawiłam płaszcz, żeby się upewnić, czy to nie wina zimnego wiatru.
– Nie.
– Czyli nie powinnaś jeszcze wybierać sukienki i planować, jak usadzisz gości przy stole – zaśmiałam się.
Mogłam się domyślić, że Brenda opowiada jakieś brednie. I powinnam w wolnej chwili przyjrzeć się temu płaszczowi – może była w nim jakaś dziura? Bo kiedy tylko go poprawiłam, od razu zrobiło mi się cieplej.
Na pewno, ale to na pewno nie było mi zimno z zazdrośni. Nigdy w życiu nie wyszłabym za Syriusza. Nigdy!
– Dlaczego? – Nie rozumiała.
– No wiesz, on może nie podzielać twojego entuzjazmu – stwierdziłam, patrząc w górę. Trening trwał nadal, ale miałam nadzieję, że to już końcowe podania. Było naprawdę zimno.
– Z pewnością go podziela, Annie. Zapewniam cię, że podziela.
Wzruszyłam ramionami. Przecież wiedziałam lepiej – nikt, ale to nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby się zgodzić na ślub z Bre. I o ile często podawałam w wątpliwość fakt, że Syriusz jest całkiem poczytalny, o tyle nie byłam w stanie sobie wyobrazić, co miałoby go zmusić do tak desperackiego kroku.
– W takim razie nie zapomnij o mnie, kiedy będziesz wypisywać zaproszenia. – Uśmiechnęłam się do niej. Czemu nie, nie będę jej przecież niszczyć marzeń.
Stropiła się.
– Nie wiem, czy Syriusz pozwoli mi zaprosić Regulusa.
I to by było na tyle, jeśli chodziło o moją radość ze zmiany tematu.
– Och, na pewno coś wymyślisz – rzuciłam, a potem szybko, zanim zdążyła mi odpowiedzieć, zapytałam: – Nie wiesz może, ile jeszcze będzie trwał ten trening?
– Godzinę, dwie… – Wzruszyła ramionami. – Różnie bywa.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
– I ty tak siedzisz na każdym?…
Nagle zrobiło mi się jej żal – bez czapki i w tych śmiesznych kozaczkach. Przecież ona prawdopodobnie za każdym razem przymarza do tych trybun, nawet jeśli ma ten swój kocyk.
– Aha.
– To nie ma sensu – stwierdziłam. – Żadnego. Przecież jest ci zimno!
– Ale Syriuszek tak ślicznie wygląda! Spójrz sama.
Spojrzałam.
Nad moją głową nadal latało siedmiu facetów – teraz jeszcze bardziej spoconych i zmęczonych niż wcześniej. Było zbyt ciemno, żeby stwierdzić, czy przynajmniej cieszą się z tego zmęczenia.
– Widzę – stwierdziłam dość obojętnie.
– Spójrz dokładniej!
Spojrzałam dokładniej. O ile można (gramatycznie) spojrzeć dokładniej.
– Bre, naprawdę, nie wydaje mi się, żeby było się czym tak ekscytować – stwierdziłam, nadal starając się przyjrzeć latającym Gryfonom. Z trudem rozpoznawałam, który jest który, więc o zachwycaniu się czyjąkolwiek urodą nie było mowy.
Zrobiła naprawdę obrażoną minkę i nie odzywała się do mnie przez całe piętnaście minut. Przysięgam, te piętnaście minut uratowało mi życie. Bo gdyby nie one, nie przeżyłabym pytania, które po nich nastąpiło:
– Naprawdę mi nie powiesz?
Spojrzałam na nią, jakbym nie była pewna, czy większą ochotę mam na rzucenie w nią jakąś paskudną klątwą, czy roześmianie się jej w twarz. Naprawdę myślała, że teraz, kiedy dołożyłam tyle starań, żeby nic jej nie mówić, zmienię zdanie?
– Naprawdę – powiedziałam poważnie i stłumiłam ziewnięcie. Miałam nadzieję, że ten trening szybko się skończy.
– Nawet jeśli zdradzę ci sekret?
Po raz pierwszy spojrzałam na nią ze szczerym zaciekawieniem. Nie byłam pewna, czy Brenda może znać jakiś sekret, który mnie zainteresuje, ale nie znaczyło to, że nie spróbuję go poznać. Ot tak, z czystej babskiej ciekawości.
– To zależy jaki sekret.
– Usłyszałam go od Syriuszka i prosił, żeby nie powtarzać. Ale jeśli mi opowiesz… – Uśmiechnęła się złośliwie. – Jest bardzo ważny, tak podejrzewam.
Uniosłam brew. Czy ona naprawdę sądziła, że dam się nabrać na coś takiego?
– Nie interesuje mnie informacja, jaki jest ulubiony kolor skarpetek Syriusza – stwierdziłam. Miałam nadzieję, że w odpowiedzi Bre powie coś więcej o tym sekrecie. Czy to możliwe, że wiedziała, gdzie jest medal?…
– Wiesz, nie mówiłabym ci o czymś takim! – oburzyła się. – W ogóle bym ci o tym nie mówiła. Ten sekret po prostu dotyczy ciebie.
– Wątpię, żeby Syriusz znał jakiś sekret dotyczący mnie.
Uszami wyobraźni słyszałam już informacje o medalu. Tak, tak, na pewno to o to chodzi! Nie miałam jednak zamiaru przyznawać, że zależy mi na poznaniu tego sekretu. A przynajmniej nie tak od razu.
– Ale ma.
– Nie kupię kota w worku. – Wzruszyłam ramionami. Właśnie tak, nie ma mowy.
– Nie to nie.
Rzuciłam jej zdziwione spojrzenie. Powinna zaoferować mi coś, co sprawiłoby, że chciałabym poznać ten sekret, a nie rezygnować z negocjacji. Chyba że to była jej taktyka. Merlinie, czemu musiałam trafić na jedną (prawdopodobnie jedyną) dziedzinę, w której Brenda była dobra? Do tego sprawa medalu była zbyt ważna, żeby udawać, że mi nie zależy.
– W porządku – westchnęłam. – Co chcesz wiedzieć?
Wyraz jej twarzy sprawił, że od razu pożałowałam swojej decyzji.
– Wszystko. Ze szczegółami.
– A jaką mam pewność, że później powiesz cokolwiek? – zapytałam, starając się w myślach ułożyć satysfakcjonujące Brendę „wszystko ze szczegółami”, które jednocześnie nie będzie zbyt krępujące i nie będzie kłamstwem. Obawiałam się, że takie połączenie jest absolutnie niemożliwe.
– Masz moje słowo.
Spojrzałam na nią z prawdziwym politowaniem. Tak, wiem, powinnam ufać ludziom i wierzyć, że zawsze dotrzymują słowa. Powinnam. Ale nie w tym przypadku.
Wzruszyła ramionami z miną „Nie muszę ci mówić, jeśli nie chcesz”.
Rzuciłam jej spojrzenie mówiące „No już dobrze, dobrze” i wybąkałam parę słów, które raczej nie mogły zaspokoić jej ciekawości, ale były zgodne z prawdą i nie mogły stać się podstawą do plotek. Albo przynajmniej nie do zbyt groźnych plotek.
– I…? – zażądała kategorycznie.
– I naprawdę, ale naprawdę nie wiem, co jeszcze mam ci powiedzieć – stwierdziłam. – Potwierdziłam, że tak, to na pewno rodzinne. Nie o to właśnie chodziło? Dodałam też, że wiek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego – dodałam, starając się nie zastanawiać, o jakim „tym wszystkim” może pomyśleć Bre. – I mówiłam, że nie zamieniłabym Rega na innego chłopaka. Co jeszcze chcesz usłyszeć, zanim zdradzisz mi ten sekret?
Byłam czerwona jak piwonia i miałam nadzieję, że Brenda da mi już spokój. Nie znosiłam mówić o uczuciach, a już zwłaszcza o tych, z których nie zdawałam sobie sprawy, póki nie zaczęłam mówić, a które wydawały się przesadzone i wydumane od razu, gdy tylko skończyłam mówić.
Ale nie dane jej było odpowiedzieć, bo, zupełnie niespodziewanie, przerwał nam Syriusz Black.
Szybko utkwiłam wzrok gdzieś w ziemi, choć zadawałam sobie sprawę, że to szalenie głupie. Nawet jeśli słyszał każde moje słowo, to nie powinno go ono obchodzić. Dlaczego w takim razie rumieniłam się jeszcze bardziej?!
– O czym tak słodko sobie tutaj gawędzicie, Bre? – spytał i najzwyczajniej w świecie zignorował moje zmieszanie. Tak, zignorował je. Nawet na mnie nie spojrzał! Tak zapatrzony był w tę swoją… pustą blondyneczkę!
– O takich tam dziewczęcych sprawach – odpowiedziała. – Omawiamy z Annie najnowsze ploteczki i patrzymy, jak ładnie sobie radzicie w powietrzu!
– Tak, doprawdy ślicznie – dodałam ponuro, nadal nie podnosząc wzroku. Ale przynajmniej rumieniec już zniknął z moich policzków.
Miałam nadzieję, że Syriusz uzna, że nie chce słyszeć żadnych plotek (kto normalny by chciał ich wysłuchiwać?) i wróci do gry, pójdzie do szatni albo poleci na księżyc, było mi to dokładnie obojętne. Chciałam po prostu żeby zniknął, bo w jego obecności Bre na pewno nie zdradzi mi tego sekretu, za który zapłaciłam tak słoną cenę.
– Właśnie mamy przerwę i pomyślałem, że może skoczyłabyś dla mnie na chwilę do dormitorium? Obiecałem Dave’owi, że przyniosę mu książkę, o której zupełnie zapomniałem. Byłabyś tak miła?
O co mu chodziło? Przecież, kimkolwiek jeszcze był Dave, był też Gryfonem. Spokojnie mógłby mu ją oddać później. Dlaczego chciał się pozbyć Bre?
– Jasne, Syriuszku – powiedziała, soczyście całując go w policzek. – Jaki tytuł?
– Remus ci ją da.
W chwilę potem zostaliśmy sami. Jeśli nie liczyć sześciu spoconych facetów parę metrów niżej.
Nie miałam wyboru, musiałam zdobyć się na heroiczny czyn i unieść wzrok, żeby na niego spojrzeć. I… O Merlinie, teraz, kiedy patrzyłam z bliska, byłam w stanie zrozumieć, czemu Brenda przesiaduje na każdym treningu. Podejrzewałam, że nawet gdyby Syriusz wytarzał się w smole i pierzu, to nadal wyglądałby dobrze, więc nieco zwichrowane włosy i parę kropel potu na czole czy… Stop, Annie. Patrz w górę. Koszulki zawodników przyklejone do klatek piersiowych tychże to sprawa zawodników i nie powinnaś zajmować się podziwianiem ich mięśni. To jest zawodników, nie koszulek.
Zamrugałam, mając nadzieję, że to mnie otrzeźwi. Trochę pomogło, zwłaszcza, że akurat powiał zimny wiatr. Przez myśl przeszło mi, że Syriusz może się przeziębić, jeśli będzie tak stał. Nie zrobiłam jednak nic, żeby przeciwdziałać temu przeziębieniu.
– Daliście niezły pokaz. Mecz pewnie będzie świetny – rzuciłam, bo nie wiedziałam, co innego mogę powiedzieć.
– Po co tu przyszłaś?
Wzruszyłam ramionami. Wiedziałam, że to nie będzie miła pogawędka.
– O ile wiem, to otwarty trening. Każdy może przyjść.
– Nigdy wcześniej cię tu nie było, Annie. Od kiedy interesuje cię ten sport dla bezmózgich, arystokratycznych mięśniaków? – spytał.
– Może po prostu chciałam zweryfikować swoją opinię – mruknęłam. – Jeśli przeszkadza ci moja obecność, to po prostu powiedz.
– Przeszkadza.
– W porządku, wiadomość przyjęta.
Chyba nie sądził, że z tego powodu wstanę i wrócę do zamku, prawda? Ha! Może sobie mówić co chce na temat kłótni z rodziną, ale właśnie przemawiało przez niego typowe dla arystokratów myślenie o sobie jako o pępku świata.
– Łapo! Wracaj tu do nas natychmiast! – Ktoś na dole krzyczał na całego, dlatego też Syriusz, specjalnie się za siebie nie oglądając, porzucił projekt: dręczę Annie i wrócił na drugą część swojego treningu.
Odprowadziłam go wzrokiem, a potem znów utkwiłam spojrzenie w ziemi. Na Merlina, o co mu chodziło? Siedziałam spokojnie, znosiłam nawet towarzystwo Brendy, a potem się dowiedziałam, że przeszkadzam. No doprawdy! I jeszcze mu się wydawało, że sobie pójdę. Aż się gotowałam z wściekłości. Za kogo on się miał?!
Odpowiedź była prosta. Za cholernego burżuja!
Najchętniej faktycznie wstałabym i wróciła do zamku, ale nie miałam zamiaru dawać mu tej satysfakcji. Poza tym skoro już tyle się wycierpiałam, to z równym powodzeniem mogłam poczekać, aż trening się skończy i będę mogła porozmawiać z Jamesem.
Minuty mijały.
Trening trwał dalej, a Brenda nie wracała. Rozważałam przez chwilę, czy nie zacząć dalej czytać książki, ale uznałam, że siedzenie i nienawistne łypanie w dowolnie wybranych kierunkach było ciekawszym zajęciem. Poza tym było już na tyle ciemno, że nawet w świetle różdżki źle by się czytało.
Co lepszego miałam robić? Zaczęłam w głowie liczyć barany. Jeden martwy Syriusz, drugi martwy Syriusz… Okazało się to nawet ciekawym zajęciem.
Później zaczęłam się zastanawiać, czemu Brenda nadal była w zamku. Miała mi zdradzić ten cały sekret, o którym tyle rozmawiałyśmy, a nie… O Merlinie. Wyobraziłam sobie właśnie, jak Brenda biega po całym zamku i rozpuszcza nowe plotki na temat mnie i Regała – plotki, do powstania których sama się przyczyniłam.
Zrobiło mi się słabo.
– Annie? Hej, potrzebujesz wody? – Ktoś potrząsnął moim ramieniem.
– W-wody? – bąknęłam. – Tak, jasne, wody. Jasne.
Nie miałam bladego pojęcia, komu właściwie odpowiadam, bo nie zadałam sobie trudu, by spojrzeć w kierunku źródła głosu. Przed oczami nadal miałam obraz Brendy. Brr!
Ale chyba miałam rację, bo chwilę później jakaś zagubiona szklanka z wodą przelewitowała w moim kierunku – i uderzyła mnie w nos.
– Byłem przekonany, że to my tu ciężko harujemy i jesteśmy na skraju wyczerpania – usłyszałam drugi męski głos. Nie, nie był to Syriusz. Jakiś przypadkowy członek drużyny? – Ej, Rogaty, jesteś pewien, że nie powinniśmy jej zabrać do skrzydła?
– Zabrać cię do skrzydła, Annie? – tym razem pytał James.
Spojrzałam w jego kierunku, jednocześnie ocierając z twarzy resztki wody. W pierwszej chwili chciałam zaprzeczyć i upierać się, że nic mi nie jest (w końcu mógłby zapytać, czemu nagle popadłam w taką katalepsję), ale później uznałam, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu – zniknę z boiska i będę miała okazję porozmawiać z Jamesem w spokoju. Żałośnie pokiwałam głową.
A on – jak to prawdziwy samiec – rzucił się do ZANOSZENIA mnie do skrzydła szpitalnego.
– N-nie musisz – zaoponowałam. – Naprawdę, nie przewrócę się!
Wolałam sobie nawet nie wyobrażać, co by pomyśleli inni, gdyby przeniósł mnie tak przez cały zamek.
– Czyli żyje – zawyrokował kolega Jamesa. – Te kobiety, potrafią udawać omdlenia na zawołanie.
Próbowałam spojrzeć na niego karcąco, ale mi się nie udało. To znaczy zrobić odpowiedniej miny, bo spojrzeć spojrzałam. Nawet go kojarzyłam, był od nas rok starszy i świetnie sobie radził z zaklęciami. Zresztą nieważne. Spojrzałam znów na Jamesa, ale nic nie powiedziałam. Oczywiście nie udawałam omdlenia na zawołanie, nic z tych rzeczy, więc nie widziałam potrzeby, żeby się tłumaczyć.
– Może jednak…? – zaproponował z naprawdę szelmowskim uśmiechem.
Co miałam robić? No co? Skoro już wszyscy uznali, że umierałam, a potem, że było to udawane, to czy mogłabym spędzić tu jeszcze choćby minutę i nie zapaść się pod ziemię ze wstydu?
– Możesz mnie tam po prostu odprowadzić? – zapytałam, po czym dodałam, żeby wszystko było bardziej przekonujące: – Trochę kręci mi się w głowie.
– A mogę ja? – spytał jego kolega.
Wiedziałam, że wszystko byłoby zbyt piękne, gdyby poszło po mojej myśli. Nie miałam wyjścia. Zrobiłam to, co zrobiłaby każda szanująca się kobieta na moim miejscu.
Dramatycznie zatoczyłam się w kierunku Jamesa i przytrzymałam się go, jakbym miała już-już zemdleć. Przecież nie mógł zostawić mdlejącej kobiety samej, prawda?
Ale to, co zrobił, przekraczało wszelkie granice.
– Czyli zanosimy – oznajmił i po chwili OBAJ nieśli mnie już w kierunku skrzydła szpitalnego.
Nie protestowałam – w końcu sama do tego doprowadziłam. Miałam po prostu nadzieję, że po drodze naprawdę zemdleję.

Advertisements
28. O tym, że sport i zdrowie w parze nie idą

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s