26. O tym, jak ciężko jest walczyć o swoje i swoje swoich swojaków

Hogwart po świętach zrobił się strasznie dziwny.
Przytoczę zaledwie kilka elementów poświętowego obrazu Hogwartu. Po pierwsze, absolutnie i nieodwracalnie w oczach opinii publicznej stałam się dziewczyną Regulusa Blacka. Miało to swoje wady i swoje zalety. Zaletą niewątpliwie był sam Regał, który okazał się… nader dojrzały na swój wiek i był idealnym partnerem do odrabiania prac domowych, chodzenia za rączkę i zamykania się w szafie. Wadą była nie tylko prychająca na mój widok Chevonne, ale również stada fanek Regała, a także jego najlepszy przyjaciel, Barty, który uważał najwidoczniej, że psuję ich idealny bromance.
Po drugie, Syriusz zamienił się w jakąś przeklętą kostkę lodu. Nie chodzi bynajmniej o to, że był dla mnie niemiły. On w ogóle dla mnie nie był. Miał mnie absolutnie, niewyobrażalnie gdzieś! Nie reagował na mnie zupełnie! Żadnych kłótni, żadnych namiętnych pocałunków po pijaku – nic, nic, nic, nic.
Po trzecie, w dwa dni po dziwnej rozmowie o wilkołakach, Bre zwierzyła mi się, że znowu jest z Syriuszem i musi przez to przełożyć randkę ze swoim Krukonem przynajmniej o tydzień.
Czy te trzy powody nie wystarczą, by uznać Hogwart za dziwny po świętach?
Oczywiście, wystarczyłyby. Niestety, dochodził do tego jeszcze powód czwarty – w całym zamku ciężko było znaleźć choć jedną osobę, która nie mówiła o balu, nie rysowała na brzegach pergaminów wymarzonych sukienek czy nie planowała zakupów. Bo, jak się okazało, zbliżała się wyprawa do Hogsmeade, w czasie której wszyscy chcieli zaopatrzeć się w rzeczy przydatne przy takich okazjach. I chociaż nie chciałam dołączać do opętanego szaleństwem tłumu, odkryłam, że sama też muszę kupić to i owo. Dlatego właśnie dni mijały szybko, jakby wiedziały, że i tak nie mają nic ciekawego do zaoferowania, bo wszyscy czekają na wytęskniony weekend.
Mój dylemat weekendowy był dylematem na poziomie emocjonalnym Brendy. Bowiem, tak, moi drodzy, Brenda miała dylemat paralelny! Spędzić weekend z Blackiem czy pójść kupić sukienkę? That is a question!
Ostatecznie uznałam – całkiem optymistycznie, ma się rozumieć, że da się to połączyć. Ile mogło trwać kupowanie sukienki? Wiedziałam, czego szukam, więc nie spodziewałam się, że zajmie mi to więcej niż godzinę. No, półtorej, jeśli pójdę jeszcze po jakieś dodatki. Poźniej spokojnie mogę iść z Regałem na herbatę (bo tak, nadal nie udało nam się dotrzeć do tej osławionej różowej herbaciarni).
Ale on kategorycznie oświadczył, że nie będzie ze mną szedł na żadne ubraniowe zakupy. MĘŻCZYZNA!
Wobec tego w sobotę zostałam skazana – tak, skazana! – na towarzystwo innych Gryfonek i całej reszty, wszystkich z tak samo niebezpiecznym błyskiem w oku, gotowych rzucić mi się do gardła, jeśli postanowię kupić sukienkę, która im także wpadła w oko. I do tego nie miałam ze sobą nikogo, kto by mnie obronił, gdyby faktycznie doszło do odzieżowej bójki.
A przynajmniej wydało mi się, że nie mam nikogo.
Kiedy udało mi się zobaczyć naprawdę ładną, czarną sukienkę (normalnie wybrałabym czerwoną, ale obawiałam się, że Regał może nie mieć pasującej szaty wyjściowej) w moim rozmiarze, poczułam, że coś mnie ciągnie za rękaw. A potem poczułam czyjś łokieć w okolicach wątroby, kilka innych łokci, a kiedy otworzyłam oczy, sukienki nie było. Za to kilka dziewczyn kłóciło się o nią jakieś trzy metry dalej.
– W porządku? – zapytał jakiś głos.
Obejrzałam się za siebie i, ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłam Chevonne. Więcej – Chevonne, która odzywała się do mnie z własnej, nieprzymuszonej woli. Czy za oknem zaraz przeleci hipogryf?
– Chyba tak – mruknęłam. – Ale nie mogę powiedzieć tego samego o sukience.
– To i tak nie był twój kolor.
– Wiem, ale… – zaczęłam. – Cóż, krój był przyjemny.
Nie miałam zamiaru tłumaczyć jej, czemu mój wybór padł na czerń. Nie po tym, kiedy sama zdecydowała się do mnie odezwać. Lepiej zostać przy neutralnych tematach.
– Tylko krój?
– Cena też nie była zła – dodałam, patrząc kątem oka na dalszy ciąg kłótni. Któraś z dziewczyn próbowała wyciągnąć różdżkę i została wyproszona przez ekspedientkę.
Chevonne westchnęła.
– A nie jest to przypadkiem wina pewnych… konotacji?
Spojrzałam na nią z pewnym zdziwieniem. Naprawdę chciała zepchnąć tę uroczą rozmowę na tory… mniej urocze?
– Nie, zresztą nieważne. I tak muszę się rozejrzeć za inną, ta trafiła w ręce harpii – powiedziałam na tyle głośno, żeby większość klientek usłyszała.
– Pomóc ci?
– Jeśli masz czas…
Prawdę mówiąc, byłam jej niezwykle wdzięczna. Nie znosiłam zakupów w takim pośpiechu (i z takim tłumem patrzącym przez ramię i gotowym rozpocząć kolejną walkę), a towarzystwo z pewnością uczyniłoby je znośniejszymi.
Kiwnęła głową i ruszyła do ataku.
Z podziwem patrzyłam, jak przedziera się przez tłum i włącza do całego tego zamieszania. Miałam wrażenie, że jest w tym coś… nienaturalnego. Taki tłum na małej przestrzeni i w ogóle. Nie żebym miała coś przeciwko tłumom, w końcu moja ideologia lubowała się w tłumach, ale ten konkretny tłum nie był zbyt przyjazny i, gdybym miała wybór, wolałabym się trzymać od niego z daleka. Dlatego ulżyło mi, kiedy zauważyłam, że Chevonne zmierza w moim kierunku.
– Ta? – spytała.
– I co, misja zakończona sukcesem? – zażartowałam.
Wiedziałam, że też powinnam się rzucić w tłum, jeśli chciałam coś upolować, ale…
– Pytam przecież, czy ta.
Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na to, że faktycznie trzyma coś w rękach.
I to nie byle co – to była ta sukienka, którą zabrano mi w czasie tego barbarzyńskiego i podstępnego ataku!
– O-o rany, tak! – pisnęłam. Tak, autentycznie pisnęłam. O losie. – Jak ci się to udało?
Naprawdę, w tej chwili byłam gotowa puścić w niepamięć wszystkie niesnaski, jakie miały między nami miejsce i po prostu ją uściskać. Stojący między nami wieszak uniemożliwił to ostatnie.
– Wyobraź sobie, że tu mają takich więcej. Ale nie zdziw się, jeśli nie będziesz jedynym człowiekiem w nią ubranym. Jest dosyć… – przełknęła ślinę. – No, wystarczająco krótka na hogwarckie standardy.
– Więcej?… – Zaniepokoiło mnie to. Trochę. Ociupinkę. Nie żebym miała jakąś specjalną potrzebę wyróżniania się z tłumu tylko po to, żeby zaspokoić własną próżność. – Polecasz zatem coś innego? – zapytałam.
W porządku. Miałam taką potrzebę.
– Nie znam się na wyzywających sukienkach, słońce.
– Wyzywających? – powtórzyłam. – Ale ja nie… Na Merlina, ja chciałam coś eleganckiego, a nie…!
Może i nie mam specjalnie wysublimowanego gustu, ale z pewnością sukienka, którą chciałam kupić, nie była wyzywająca. Ani trochę. Spojrzałam na nią jeszcze raz – sięgająca ciut za kolano ze spódnicą w kształcie litery A, czarna – szczyt niewinności. W porządku, miała dekolt, ale nie przesadnie duży i wcale nie karo, tylko kwadratowy, a w takich dekoltach nie było nic wyzywającego. Podobnie jak w dość szerokich ramiączkach (w końcu wyzywające były cienkie, prawda? Poza tym i tak musiałabym wziąć jakiś szal, żeby nie zmarznąć). No dobrze, może atłasowa kokarda tuż pod biustem mogłaby być uznana… Ale nie, no litości. To był encyklopedyczny okaz niewinnej i eleganckiej sukienki. Nie miałam najmniejszego pojęcia, co Chevonne się w niej nie podobało.
– Elegancka byłaby długa, zakrywająca kostki suknia pod szyję. Nie zapominajmy też o rękawiczkach.
Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie kpiła sobie ze mnie, ale wyglądała na… całkiem poważną.
– To Hogwart, Annie. Brytyjczycy. Rojaliści. Tradycjonaliści!
– Ale mamy dwudziesty wiek! – zaoponowałam. – To nie średniowiecze…
Popatrzyłam na nią, jakbym liczyła, że jednak się roześmieje i powie, żebym się nie martwiła i przyszła w czym chcę. Szanse na to były dokładnie takie same, jak na to, że zaraz spadnie meteoryt i spopieli tę sukienkę, którą wybrałam.
– Poza tym wiesz przecież, że kobiety długi czas walczyły o skrócenie sukien – przypomniałam. – Wiesz, prawda? I te wszystkie halki są całkiem zbędne, to marnowanie materiału, z którego można by uszyć ubrania dla biednych.
– Mam ci przypomnieć, że twój ukochany Paryż do dziś nie zniósł ustawy zabraniającej kobietom noszenia spodni? – powiedziała, patrząc na mnie złowrogo.
A mnie zatkało. Nie wiedziałam. Nie… O nie, to niemożliwe. Francuzi nigdy nie zrobiliby czegoś takiego! U nas postęp był najważniejszy! To my pierwsi zrozumieliśmy potrzeby niższych klas, to nasza była Wielka Rewolucja i to my jesteśmy nowoczesnym społeczeństwem!
– No. Więc nie obrażaj mi tu mojej Anglii.
– Nie obrażam, po prostu… Och, to głupie. Przecież mówimy o balu w Hogwarcie, nie wizycie u rodziny królewskiej – powiedziałam. – To niemożliwe, żeby wszyscy się ubierali tak… No wiesz, TAK. Spójrz na te dziewczyny, które się biły o sukienki takie jak moja.
Sama na nie spojrzałam. W porządku, nie wyglądały na osoby świadome, czym jest etykieta, ale i tak – skoro aż tyle z nich nie widziało nic nieodpowiedniego w tego typu ubraniu, to czemu ja miałabym?… Chociaż, z drugiej strony, one nie szły na bal z arystokratami. A jeśli szły, to ci arystokraci pewnie wiedzieli, że nie powinni się spodziewać po nich niczego specjalnego. Mój arystokrata natomiast mógł być pewien, że dołożę wszelkich starań, żeby wyglądać dobrze. Dla siebie, nie dla niego. Ale i tak!
– One nie idą tam z młodym Blackiem.
Nie znosiłam, kiedy ktoś to robił. Zupełnie, jakby czytała mi w myślach!
– Co za różnica? Idą z kimś innym.
Wzruszyłam ramionami, jakbym wcale, ale to wcale nie myślała przed chwilą o tym samym.
– Nie, żeby młody Black pochodził z najstarszego i najbardziej zatwardziałego w starych przekonaniach rodu w Wielkiej Brytanii – powiedziała. – Ale w końcu musi mieć świadomość, że idzie tam… jak siebie określasz? Socjalistka? Czy brutalniej?
Spojrzałam na nią ponuro. Nie podobało mi się, że w jej słowach czaiło się jakieś potępienie… A może tylko je sobie wyobraziłam?
– Reg wie o moich przekonaniach i nie uważa, że przyniosę mu wstyd – odpowiedziałam.
A nawet jeśli tak uważał, to odwalał kawał dobrej roboty, udając, że wcale tak nie jest. W każdym razie wierzyłam, że tak nie uważa.
– Więc albo średniowiecze, albo naprawdę musisz iść na całość, Annie!
Nadal nie podobał mi się pomysł ze średniowieczem, więc zapytałam, co rozumie przez „iść na całość”. Nie podobało mi się brzmienie tego wyrażenia i mogłam się założyć, że jego wyjaśnienie spodoba mi się jeszcze mniej, ale na samą myśl o sukniach rodem ze średniowiecza przechodził mnie zimny dreszcz.
Zamiast mi odpowiedzieć, uśmiechnęła się w taki sposób, że zrozumiałam – nie wyjdę z tego cało.

***

Regał nie pytał, co kupiłam – wydawało się, że wierzył, że cokolwiek to jest, będę wyglądać w tym dobrze – więc sama nie nalegałam, żeby mu opisać sukienkę, którą wybrała dla mnie Chevonne. Wydawało mi się, że lepiej zostawić ten temat w spokoju, w końcu i tak się dowie. Za to przypomniałam sobie dziwną rozmowę z Syriuszem, tę na temat wilkołaków, i postanowiłam sprawdzić, czy Regał też dziwnie zareaguje na to słowo.
– Wilkołak? – spytał z uśmiechem. – Dlaczego chcesz rozmawiać ze mną o wilkołakach?
Wiedziałam, że nie mogłam liczyć na prostą odpowiedź „Och, jasne, moja kuzynka jest wilkołakiem, ale nie chcę o tym mówić” albo „Nie, nie mam żadnego wilkołaka w rodzinie, chociaż wspominam o tym ot tak, bo nie pytałaś przecież o nic tak prywatnego”.
– No wiesz, praca z obrony. Myślałam, że może wiesz o nich coś ciekawego… – wyjaśniłam.
Nie było to tak dalekie od prawdy. Faktycznie kazano nam napisać takie wypracowanie, ale już dawno je skończyłam. O czym, mam nadzieję, Regał nie wiedział.
– Nie. Nigdy nie spotkałem wilkołaka.
Powiedział to z taką szczerością w głosie, że aż nie mogłam mu nie uwierzyć. Nie wyglądało na to, by coś przede mną ukrywał. Przyjął to jako zupełnie normalne pytanie.
– Przykro mi…? – dodał po chwili i, tak, dokładnie, roześmiał się.
Też się roześmiałam, chociaż w całej sprawie nie było nic śmiesznego. Syriusz wiedział coś o jakimś wilkołaku, a jego brat najwyraźniej nie. Albo to była jakaś tajemnica rodowa, którą ukrywano przed Regałem (ale teorię tę odrzuciłam, gdy tylko pojawiła się w moim umyśle), albo to był wilkołak, którego Regał nie znał. A jeśli tak – będę musiała jeszcze parę rzeczy przemyśleć.
– Mi też – odpowiedziałam, nadal się śmiejąc. – To by dopiero było źródło wiedzy.
– Myślę, że nawet gdybym jakiegoś spotkał, miałabyś problem z wyciągnięciem od niego jakichkolwiek informacji.
– Tylko gdyby to była pełnia – stwierdziłam. – Wiesz, w inne dni mogą być całkiem miłymi i szanowanymi obywatelami, świetnymi kumplami i w ogóle.
W końcu nie mogłam pozwolić, żeby miał złe zdanie o dość-niewinnych istotach, których nawet nigdy nie spotkał, prawda?
– I nie zagryzłby mnie dla swojej futrzastej satysfakcji?
– Jasne, że nie, gdybyś go nie zdenerwował – zaśmiałam się.
Wyobraziłam sobie Regała informującego przypadkowo spotkanego wilkołaka, że nie może go zjeść, bo pochodzi ze starego i szanowanego rodu. Nie wiem, czy tak by się zachował – pewnie nie – ale sama ta myśl wydała mi się arcykomiczna.
– Nie mam w zwyczaju denerwowania jakichkolwiek istot – oświadczył uroczyście, ale chyba nawet sam w to nie wierzył.
Zaczęłam się otwarcie śmiać, profilaktycznie trzymając się za przeponę.
– Och, oczywiście, jesteś całkiem niewinny i uroczy dla każdego napotkanego stworzenia – dodałam.
– Więc może lepiej pójdę teraz do lasu, złapać jakiegoś wilkołaka, co?
– Lepiej nie, a nuż trafisz na jakiegoś, który gustuje w uroczych hogwartczykach i lubi pożerać ich na kolację?
Kiedy tylko wypowiedziałam te słowa, przestałam się śmiać. Zdałam sobie sprawę, że gdyby faktycznie tak się stało, gdyby Regał spotkał wilkołaka… Po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz. Wolałam sobie tego nie wyobrażać.
Ale Regał najwyraźniej nie zauważył tego, że trochę się przestraszyłam. Jak najbezczelniej w świecie przysunął do mnie swoje krzesło i spytał konspiracyjnie:
– Uroczych?
Spojrzałam na niego i znów się uśmiechnęłam. Przecież był arystokratą. Melinie, przecież nie poszedłby sam polować na wilkołaki – wysłałby kogoś innego. I o ile ta myśl mnie wręcz mierziła (bo zapewne tym kimś byłby wierny skrzat albo służący innego rodzaju), o tyle nie mogłam się nie cieszyć, że byłby bezpieczny. Nawet gdyby miał tak idiotyczny pomysł. A, sądząc po wyrazie jego twarzy, nie miał.
– Uroczych – potwierdziłam wesoło. – Ale gdyby długo żadnego nie spotkał, mógłby zjeść i ciebie.
Regał przez chwilę prezentował mi minę bardzo, bardzo obrażonego chłopczyka. Był całkiem niezły w takich minach. To chyba przez to, że miał trzynaście lat. Albo przez to, że całe życie był rozpieszczany i nauczył się tej subtelnej sztuki manipulacji.
Ale potem przysunął się jeszcze bliżej, zapewne w celu pocałowania mnie.
Co mu się nie udało. Bo kiedy tylko znalazł się w odległości przekraczającej brytyjskie normy przyzwoitości (czyli jakiegoś pół metra ode mnie) rozległo się warknięcie:
– Jesteście w bibliotece, tu się uczy! – którego autorką niewątpliwie była pani bibliotekarka.
Nerwowo się odsunęłam – jakoś nigdy nie byłam wielką zwolenniczką publicznego okazywania sobie uczuć. Zwłaszcza, kiedy „publicznością” była stara panna (oczywiście była to informacja niepotwierdzona, ale wystarczyło na nią spojrzeć), patrząca z irytacją i w każdej chwili mogąca dać nam szlaban.
– Przepraszamy – mruknęłam.
A Regał przywrócił krzesłu jego poprzednią pozycję.

Advertisements
26. O tym, jak ciężko jest walczyć o swoje i swoje swoich swojaków

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s