25. O naciskach wszelakich

Ale zanim zdążyłam choćby pomyśleć o tym, by poszukać któregokolwiek z Blacków, zostałam napadnięta. Najzwyczajniej w świecie siedziałam sobie na fotelu w pokoju wspólnym, uparcie ignorując krzyki Lily i Jamesa. Nikomu nic nie robiłam! Czym zasłużyłam sobie na ten atak? No czym?
– Nie nosisz swetra!
Uniosłam wzrok i spojrzałam na ni to wkurzoną, ni to zatroskaną Brendę. Nie chciałam jej zranić… za bardzo, ale reakcja na taki atak mogła być tylko jedna: lawirowanie.
– Nie miałam jeszcze okazji – powiedziałam spokojnie. – Ale jestem ci naprawę wdzięczna za pamięć.
Starałam się wyglądać, jakbym mówiła szczerze. Nie wiem, na ile mi się to udało, bo samo wspomnienie tego różowego potworka wywoływało we mnie dreszcze.
– Ja twój prezent noszę! – wypomniała mi i gwałtownie zatrzepotała głową. Fakt, nosiła. Gdy zatrzepotała, zauważyłam, że z uszu zwisają jej te paskudne kolczyki w zielono-różowe groszki, które pomógł mi wybrać Reg.
– Cieszę się – odparłam, żeby potrzymać konwersację. Chociaż nie marzyłam o niczym innym, jak o tym, żeby sobie poszła. Ja bowiem nie mogłam jej uciec, nie miałam gdzie. Dopadłaby mnie nawet w dormitorium.
Ba, jeśli ją zdenerwuję, to pewnego dnia mogę się obudzić i odkryć, że w mojej szafie nie pozostało nic poza tym szkaradnym swetrem. Dlatego właśnie wolałam być miła. Mniej więcej.
Nie uciekła. Usiadła i spojrzała na mnie wyczekująco.
Postanowiłam zmienić temat – na tyle delikatnie, na ile umiałam.
– Jak ci idzie wypracowanie z obrony przed czarną magią? – zapytałam, nie mogąc wymyślić niczego innego. Nie miałam pojęcia, o czym mogłabym z nią rozmawiać. Nie miałyśmy, o ile mi było wiadomo, żadnych wspólnych zainteresowań.
– Syriusz mi z nim pomoże. Obiecał.
O rany. To był naprawdę idiotyczny wybór tematu. Rozmowa z Brendą o Syriuszu to zdecydowanie ostatnie, czego bym chciała. Potrzebowałam kolejnej zmiany tematu.
– To… miło – stwierdziłam dość obojętnie. – A, hm, jak oceniasz szanse naszej drużyny na Puchar Quidditcha?
– Syriusz mówi, że go zdobędziemy.
Zrobiłam nerwowy wdech. Czy wszystko musiało się kręcić wokół Syriusza? Gdybym ją zapytała o to, jak czuje się królowa, to też by przedstawiła opinię Syriusza? A może jego drzewo genealogiczne i udowodniłaby, że jest kuzynem królowej?
– Świetnie! – rzuciłam z udawanym zapałem, jednocześnie wysilając mózg, żeby powiedzieć coś, co w żaden sposób nie skojarzy jej się z Syriuszem. – Nie wiesz, czy jutro na śniadanie będzie owsianka?
Pytanie to nie było tak głupie, jak mogłoby się wydawać – kuchenne skrzaty (te biedne, wykorzystywane istoty!) dbały o urozmaicenie naszej diety i jadłospis nie dość, że często się zmieniał, to jeszcze pozostawał tajemnicą aż do chwili pojawienia się jedzenia na półmiskach czy w innych naczyniach.
– Spytam Syriusza, może był w kuchni.
Miałam nieodpartą chęć zagrozić jej, że jak jeszcze raz powie coś o Syriuszu, to uduszę ją tym okropnym, różowym sweterkiem, który mi podarowała. Na szczęście się opanowałam. W końcu mogłaby źle zinterpretować tę groźbę.
– W kuchni? – zapytałam neutralnym tonem. Prawdę mówiąc, była to pierwsza informacja, jaka mnie zainteresowała. Oczywiście, wiedziałam, że w Hogwarcie jest kuchnia, ale myślałam, że jest całkowicie niedostępna dla uczniów.
Kiwnęła głową.
Właśnie przyszedł mi do głowy genialny pomysł. Pójdę tam i porozmawiam ze skrzatami. Uświadomię im, że powinny się zbuntować, przeprowadzić rewolucję i żądać równego traktowania. Przedstawię im całą mądrość, jaką wyczytałam w książkach, i skieruję na nowe tory! Tylko jeden mały detal…
– Nie wiesz może, gdzie ona się znajduje?
– Nie. Musisz spytać Syriusza.
Westchnęłam. No tak, czego się spodziewałam?
– Świetnie. Tak, tak zrobię – powiedziałam, wstając z fotela. – Chyba poszukam go od razu…
Nie żebym miała zamiar to zrobić. Skrzaty skrzatami, kuchnia kuchnią, ale nie miałam zamiaru rozmawiać z Syriuszem. James prawdopodobnie zna lokalizację kuchni równie dobrze. Wystarczy, że po prostu na chwilę oderwę go od kłótni z Lily i zapytam. Ale to później, teraz chciałam się przede wszystkim pozbyć Bre.
– Pomogę ci!
… pozbędę się, tak?
– N-nie chcę zabierać ci czasu, na pewno masz mnóstwo rzeczy do zrobienia – wykrztusiłam.
Merlinie, w co ja się wpakowałam. Przecież teraz nie dość, że się od niej nie odczepię, to jeszcze najpewniej zaciągnie mnie do Syriusza. Świetnie. Może po drodze ktoś strzeli we mnie Avadą, to by było piękne zakończenie takiej sceny.
W porządku, Avada była niemożliwa. Jednak wizja zaprowadzenia mnie do Blacka – jak najbardziej.
– No co ty! – Bre była podekscytowana. – W zasadzie nawet go gdzieś tu widziałam…
– Nie musisz, naprawdę, sama dam radę go znaleźć – zapewniłam, choć wiedziałam, że to przegrana sprawa. Jeśli Bre była w czymś mistrzynią, to zapewne w znajdowaniu ludzi (a także w przekazywaniu różnych plotek; nie wykluczam też, że mogła doskonalić się w zakresie wyczynowego robienia zakupów czy synchronicznego nakładania makijażu – na szczęście nie byłam nigdy świadkiem ani tego, ani tego).
– Och, przestań, ostatnio spędzamy razem tak mało czasu! To świetna okazja, żebyśmy się trochę razem poszwędały, prawda?
Na wszystkich przeklętych bogów wszystkich przeklętych, kapitalistycznych światów – tylko Brenda może używać słowa szwędać się i mieć na myśli coś, co przypomina raczej pogoń za różowymi jednorożcami w krainie tęczy (plus ploteczki).
Westchnęłam – ale nie zbyt głośno, żeby tego nie zinterpretowała jako wyrazu buntu – i raz jeszcze podjęłam próbę (daremną) pozbycia się jej. Jakieś pięć minut później szłyśmy jakimś korytarzem, który z równym powodzeniem mógłby prowadzić do wspomnianej kuchni, jak i do wnętrza ziemi. Nie przypominałam sobie, żebym szła nim wcześniej, ale często miewałam takie wrażenie. Moja orientacja w terenie nie należała do najlepszych, a do tego nie mogłam się skupić na zapamiętywaniu drogi, bo Bre cały czas mi szczebiotała nad uchem.
– Ach, i wiesz, co? Umówiłam się z takim jednym Krukonem! Podszedł do mnie ostatnio na korytarzu i powiedział, że jestem najśliczniejszą, ale to najśliczniejszą dziewczyną w tej szkole. Pierwszy raz widziałam go na oczy! No i wtedy, postanowiłam…
I tak w kółko. Bre była dość ciekawym zjawiskiem – jeżeli ktoś lubił czytywać romanse. No i sama z siebie zmieniała tematy!
Wystarczyło, żebym w dość przypadkowych miejscach rzucała krótkie „mhm” albo „aha”, a w chwilach zwiększonej kreatywności „naprawdę?”, a przy tym od czasu do czasu robiła zdziwioną minę – i tyle. Bre mówiła i mówiła, a ja doszłam do wniosku, że byłaby idealnym wampirem – najwyraźniej w ogóle nie musiała robić wdechów. (Powinnam to dopisać do wypracowania na obronę. To o wdechach, nie o Brendzie).
W końcu jednak moja cierpliwość się skończyła.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytałam, mając nadzieję, że przerwie swój potok słów, żeby udzielić mi odpowiedzi.
– Jak to gdzie? Na boisko. Widziałam, jak zabierał swoją miotłę z pokoju.
– Ale… jest dość zimno, zauważyłaś może? – zaoponowałam.
Był styczeń, na litość, na zewnątrz leżał ŚNIEG, czy ta psychopatka naprawdę myślała, że wyjdę z zamku bez ciepłego okrycia wierzchniego? W życiu!
– No i?
Spojrzała na mnie, jak na wariatkę. Okay, może i jestem blondynką, ale chyba wiem, czemu powstaje o nas tyle dowcipów. Wystarczy poznać egzemplarze przypominające Bre.
– Zmarzniemy – powiedziałam powoli, jakbym tłumaczyła pięciolatkowi, że woda jest mokra. Chociaż każdy przeciętny pięciolatek na pewno sam o tym świetnie wie. – Tam jest śnieg. No wiesz, odmrożenia i te sprawy.
Przez chwilę przybrała minę pełną zrozumienia, by po chwili wybuchnąć w akcie czystej paniki.
– Co teraz?!
Naprawdę chciałam powiedzieć, że nie możemy wychodzić z zamku do wiosny, ale miałam jeszcze resztki sumienia, które mnie przed tym powstrzymywało. Przecież gdyby uwierzyła…
– Możemy poczekać w pokoju wspólnym – zaproponowałam dość entuzjastycznie. Mogłabym w jakiś sposób się jej tam pozbyć. Albo znalazłaby sobie nową ofiarę.
Ale choć Brenda wydawała się przekonana, pojawił się nowy problem. Metr osiemdziesiąt pięć czystego seksu problemu.
– Na kogo poczekać?
– Na wiosnę – odpowiedziałam szybko, starając się na niego nie patrzeć. W porządku, znalazła się potencjalna ofiara Brendy, mogę się jej pozbyć… To znaczy mogłabym, gdybym chciała ją zostawić samą z Syriuszem. A nie byłam pewna, czy chciałam.
Chociaż… Co mi to robiło? Ci dwoje idealnie do siebie pasowali. I, jeśli wierzyć Brendzie, byli już parą z jakieś piętnaście razy. Szesnasty by im się przydał, a ja miałabym święty spokój.
– Syriuszku, szukałyśmy cię! – Bre wykrzyknęła entuzjastycznie i rzuciła się obcałowywać jego policzki.
W porządku, napraaawdę nie chciałam tego widzieć. Zamiast tego skupiłam wzrok na jakimś obrazie. Niestety, obraz przedstawiał wesołą parę na łące. Spojrzałam na inny (małżeństwo przy stoliku) i inny (para na łódce)… i inny (dama z rycerzem) i… Tak! W końcu zobaczyłam jakiś, który mi się spodobał.
– Widzieliście, jakie dzieło sztuki tu wisi? – zapytałam mimowolnie, wskazując na ponury obraz, który przedstawiał kostuchę. I, cóż, jakąś parę. Ale kostucha znajdowała się na pierwszym tle i była naprawdę dobrze namalowana.
Ale Syriusz zupełnie to zignorował.
– Po co mnie szukałyście, słodyczku? – spytał i, tak, to słodyczku było skierowane wprost do rozpromienionej Brendy. Kiedy ona w końcu się nauczy, że Syriusz to burżuj, manipulant i podrzędny Casanova?! Powinna dać sobie z nim spokój! Powinna…
– Och, to Annie cię szukała. Ja jej tylko towarzyszyłam.
Powstrzymałam się przed rzuceniem mu spojrzenia mówiącego „tylko sobie nic nie myśl, chodziło o interesy” i dalej gapiłam się w obraz. Może sobie pójdą i dadzą mi spokój? Właściwie – czemu się powstrzymałam? Chodziło mi tylko o konkretną informację, nie zaszkodziłoby, gdyby o tym wiedział, prawda? Nie wiedziałam tylko, co pomyślałaby Brenda. Ale przecież nie obchodziło mnie, co myślała Brenda, tak? Więc dlaczego…? Nieważne. Wolałam prostsze wyjście: dalej gapić się na obraz.
– Naprawdę? – I ta udawana obojętność w głosie! Od kiedy to traktował mnie z taką rezerwą? Od kiedy Brenda była dla niego całym światem, a ja niewarta byłam nawet spojrzenia?!
– Aha. Chciała cię o coś zapytać, ale… Ojć, chyba nie pamiętam o co. Annie, czego chciałyśmy od Syriuszka?
Mogłam udać, że zapomniałam, i uciec, ale wtedy okazałabym się taką samą idiotką jak Brenda. Mogłam też wzbić się na wyżyny intelektu i erudycji i pokazać, o ile lepsza od niej jestem. Wolałam nie zastanawiać się czemu, ale zdecydowałam się na to drugie.
– Poinformowałaś mnie, że Syriuszowi znana jest lokalizacja hogwarckiej kuchni – stwierdziłam chłodno, starając się przypomnieć sobie jakieś mądre słowa, które wyczytałam w księgach. – Jestem przekonana, że chciałby podzielić się tą wiedzą, żeby w efekcie umożliwić skrzatom transgresję w nową formę ontologiczną.
Miałam tylko nadzieję, że a. to, co powiedziałam, miało jakikolwiek sens, b. oni nie znali tych słów tak samo jak ja.
– Dlaczego miałbym ci powiedzieć, gdzie jest kuchnia?
Czy wyczułam zdziwienie w jego głosie?
– Byłoby to działanie na korzyść biednych, uciskanych istot, którym chcę pomóc – powiedziałam, wracając już do w miarę normalnego tomu.
Nie żeby brakowało mi mądrych słów, których nie umiałam używać. Po prostu bałam się, że jeśli wypowiem ich więcej, to w końcu trafię na takie, które znają, i mnie wyśmieją. No dobrze: wyśmieje. Nie podejrzewałam Brendy o znajomość tego rodzaju słów.
– Uciskanych? – Nawet tego Brenda już nie rozumiała. – Syriuszku, czy ty uciskasz kogoś w tej kuchni? Ale dla…
– Cii, wytłumaczę ci to potem – szepnął jej do uszka (szeptem tak scenicznym, że nie mogłam go nie usłyszeć!), by dodać głośniej: – Dlaczego ktoś taki jak ja miałby chcieć działać na korzyść skrzatów?
Spojrzałam na niego z godnością. Wiedziałam, że w końcu przyzna się do obrzydliwego, arystokratycznego podejścia do tak delikatnych spraw.
– Chciałam zaapelować do twojego sumienia… o ile je masz – stwierdziłam. – I resztek przyzwoitości. Sprawa skrzatów wymaga interwencji, każdy to widzi.
– Więc interweniuj. Jeśli je znajdziesz, oczywiście – powiedział. I nie wykazał zaangażowania emocjonalnego nawet w tym stopniu, by uśmiechnąć się złośliwie. Nic a nic. Czysta obojętność. – Choć, Bre, jestem zmarnowany.
– A-ale! – krzyknęłam, zanim się zorientowałam, że tak właściwie nie wiem, co chcę dodać. Sprawa skrzatów była ważna. Tak samo jak niedopuszczenie do tego, żeby sobie gdzieś poszli. Rozejrzałam się wokół, jakbym szukała tego, co mam powiedzieć. Zero podpowiedzi. Tylko postaci z obrazów krzywo na mnie patrzyły.
– Opowiesz mi, jak było na treningu?
– Tak, Bre – powiedział i manifestacyjnie (założę się, że była to manifestacja!) pocałował ją w policzek. Brenda spłonęła fałszywym rumieńcem. Latawica jedna.
W porządku, to był ten moment, w którym powinnam skapitulować i iść w swoją stronę. Tyle tylko, że nie miałam zamiaru kapitulować – nie żebym miała jakiś problem z tym, że chcą sobie porozmawiać. Skąd. Nie miałam z tym żadnego problemu. Po prostu miałam zamiar im towarzyszyć.
– Też chętnie posłucham. Słyszałam, że najbliższy mecz będzie ciekawy – powiedziałam, starając się wyglądać przekonująco, i podeszłam do nich. Żaden problem, po prostu będę im psuła romantyczną atmosferę. Ot tak, bez wyraźnego powodu.
I wcale nie dlatego, że nie wiedziałam, jak wrócić do pokoju wspólnego.
– Ciekawy? Rozgromimy ich w ciągu dwóch minut – powiedział.
Czy wydawało mi się, czy też Brenda naprawdę rzuciła mi obrażone spojrzenie? A może w akcie zemsty powinnam powiedzieć Syriuszowi o jej Krukonie?
Póki co się powstrzymałam – w końcu to by wyglądało, jakby mi zależało na zdyskredytowaniu jej w jego oczach. A wcale mi nie zależało.
– W ciągu dwóch minut? – powtórzyłam powątpiewająco. – Cóż, oni mówią to samo o was.
Nie wiedziałam, co tak naprawdę mówią Krukoni, ale czy takich rzeczy nie mówi każda drużyna?
– Och, z Syriuszkiem nikt nie wygra!
Parsknęłam. Całkiem otwarcie.
– Może i nie jestem specjalistką od quidditcha, ale z pewnością znalazłoby się paru takich, którzy by tego dokonali – stwierdziłam.
Nie miałam pojęcia, czy któryś z innych hogwarckich graczy dałby mu radę, bo nie ulegało wątpliwościom, że świetnie latał na miotle, ale gdyby przyszło mu się zmierzyć z zawodowym graczem – na pewno by przegrał. Tego faktu nawet Brenda by nie zanegowała.
– No wiesz! Syriuszek…
– Pewnie przegrałbym z Jamesem – rzucił skromnie. – Dobrze, że jesteśmy w jednej drużynie.
Nie spodziewałam się po nim jakiejkolwiek skromności (do tej pory żadnej nie wykazywał), więc na chwilę zbiło mnie to z pantałyku. Potem jednak zmieniłam temat – w końcu ile można rozmawiać o quidditchu? Zamiast tego powiedziałam coś o dyskryminowanych gatunkach, o których uczymy się na obronie, a które mogłyby stać się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, gdyby tylko dokonać odpowiednich ustaleń i pozbyć się uprzedzeń.
Ale tę moją wypowiedź zignorowali, zajęci radosnym szczebiotaniem sobie do uszka. Czułam się taka… Taka… Jak on śmiał mnie ignorować? No jak?!
Chrząknęłam i kontynuowałam. Głośniej niż wcześniej:
– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego skrzaty nie mają żadnych praw. Albo wilkołaki… Tak, spójrzcie na wilkołaki, przecież na co dzień są takimi samymi ludźmi jak my, a że na kilka nocy w miesiącu przytrafia im się coś nieprzyjemnego… Wiecie, to nie jest powód, żeby chcieć je wytępić. Czytałam o kilku polowaniach i były naprawdę straszne – powiedziałam.
Nie liczyłam na specjalną reakcję, po prostu chciałam, żeby przestali mnie ignorować. Kontrowersyjny temat dyskusji powinien załatwić sprawę. Czy wilkołaki były wystarczająco kontrowersyjne?
Ale Syriusz… Syriusz drgnął. I jeśli sądził, że tego nie zauważę, gdy wykona manewr kamuflujący w postaci przeczesania palcami włosów Brendy (w akompaniamencie jej ochów, oczywiście), mylił się.
Coś było nie tak i nie miałam zamiaru tego tak zostawić.
– Dobrze, że już zaprzestano tych polowań – zaczęłam, patrząc na niego uważnie. – Chociaż słyszałam, że nadal zdarzają się tego rodzaju wypadki, na przykład mugole wyruszają z widłami i pochodniami, zupełnie jak w średniowieczu… Przecież to takie okropne. Myślę, że kiedyś nasze społeczeństwo dojrzeje do tego, by zaakceptować takie różnice. Nie sądzicie?
Syriusz wykonał kolejny gest maskujący (nie przytoczę szczegółów, bo mnie to aż… obrzydza!). W akcie wdzięczności Brenda wymruczała:
– Och, Annie, czy musimy mówić o takich smutnych rzeczach?
Nie podobał mi się brak większych reakcji. W porządku, poruszyłam temat, który był dla niego niewygodny, ale dlaczego? Przecież sam nie mógł być wilkołakiem. Może ktoś z rodziny? Może powinnam spróbować się czegoś dowiedzieć od Regała?
– Cóż, życie nie zawsze jest wesołe – powiedziałam, wzruszywszy wcześniej ramionami. – Pomyśl, co muszą czuć tacy biedni, odrzuceni ludzie. To dopiero smutne.
– A co nas obchodzą… – Bre zaczęła. Zaczęła i urwała. Samoistnie!
Rzuciłam jej zaintrygowane spojrzenie. Czyżby Syriusz złapał ją za rękę na znak, żeby milczała? Czy Bre też mogła coś wiedzieć? Czy popadałam w paranoję?
– Coś nie tak, Bre? – zapytałam niewinnie.
– Nic. Uświadomiłam sobie, że chyba nie znam żadnych biednych, odrzuconych ludzi. A ty, Syriuszku?
Wzruszył ramionami.
Wyglądało na to, że niczego więcej się teraz nie dowiem. Nie znaczyło to jednak, że miałam zamiar zapomnieć o tej sprawie, o nie. Po prostu planowałam wrócić do niej później.
– Ależ znacie – powiedziałam. – Przynajmniej kilkadziesiąt odrzuconych, zapomnianych i lekceważonych istot codziennie podaje wam śniadanie, sprząta zostawione przez was śmieci i pierze wam szaty! Nawet nie myślicie o tym, ile skrzaty dla nas robią. A my się im w ogóle nie odwdzięczamy. W ogóle!
– Skrzaty to nie ludzie – zauważyła.
– Ale też myślą, czują, oddychają i pod każdym innym względem przypominają ludzi. To, że uważasz, że nie są ludźmi, świadczy tylko o tym, że w naszej kulturze zostały zepchnięte do roli niewartych uwagi podnóżków. I to właśnie trzeba zmienić! – powiedziałam z zapałem.
– Trzeba?
Zaczynała mnie już męczyć. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek powiedziała do Brendy tyle słów za jednym zamachem i teraz już wiedziałam dlaczego: przypominało to rzucanie grochem o ścianę. Do tego Syriusz milczał już od dobrych paru minut, więc nie mogłam liczyć na to, że nagle zabierze głos w dyskusji.
– Tak, trzeba – potwierdziłam, a potem rozejrzałam się po korytarzu. Wydał się znajomy, więc postanowiłam zaryzykować. – Może dokończymy tę porywającą rozmowę kiedy indziej? Miałam jeszcze iść do sowiarni.
– Wybacz, Annie, ale cię nie odprowadzimy – zarządził. – Mamy z Bre… coś do obgadania, prawda, słońce? Poza tym, naprawdę padam z nóg.
Brenda potwierdziła to kiwnięciem głowy.
– Jasne – stwierdziłam. – To do zobaczenia.
Szybko ruszyłam przed siebie. Miałam dużo do przemyślenia, choć wątpiłam, czy dojdę o sensownych wniosków. Liczyłam natomiast, że wymyślę, co robić dalej.

Advertisements
25. O naciskach wszelakich

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s