21. O najmagiczniejszym z niemagicznych aspektów rzeczywistości

Niestety, gdy obudziłam się, wciąż był grudzień.
Więcej – był grudzień i były święta. Podświadomie – albo za sprawą magii – czułam już zapach choinek i pierniczków. Nie miałam najmniejszej ochoty wstawać, choć mogłam się cały ranek delektować wolną łazienką, a potem całe popołudnie prawie całkiem opustoszałym pokojem wspólnym czy biblioteką. Nie miałam na to ochoty. Nie miałam na nic ochoty, ale wiedziałam też, że leżenie w łóżku niczego nie zmieni. Postanowiłam jak najszybciej doprowadzić się do stanu używalności, a potem rozejrzeć się po pokoju wspólnym, może jakieś dekoracje wymagały jeszcze ostatnich przedświątecznych poprawek?
Jednak wstanie było niemożliwe. Coś z całą siłą przygniatało mnie do łóżka. Kiedy otworzyłam oczy, odkryłam, co to było – nie, nie armia królików, która uciekła mi z szafy. Prezenty!
To przywróciło mi zapał. Od razu zaczęłam rozrywać papier i przeglądać nowe książki, podjadać słodycze czy przymierzać ubrania. Musiałam przyznać, że rodzina i znajomi z Francji spisali się naprawdę nieźle. Ze znajomymi z Howgartu było gorzej. Tylko James i Chevonne pomyśleli o tym, by coś mi kupić. No, i Brenda, ale różowego sweterka z paseczki od niej wolałam nie zaliczać do kategorii prezenty, bo musiałabym go kiedyś założyć.
Nagle miałam wrażenie, że cały świat jest bardziej radosny. Nucąc pod nosem jakąś mugolską świąteczną piosenkę, założyłam sweter od rodziców, wzięłam trochę słodyczy i postanowiłam poczęstować nimi wszystkich, których znajdę w pokoju wspólnym. Były święta! Trzeba się dzielić z innymi! Miałam tylko nadzieję, że nie uznają mnie za wariatkę – ostatecznie niewiele osób biega po pokoju wspólnym i piżamie i częstuje innych czekoladą. Nawet w święta. Gdyby to było Beauxbatons… Stop. Nie powinnam się rozklejać.
Zmusiłam się do uśmiechu i zeszłam do pokoju wspólnego. Pustego pokoju wspólnego – tak dla ścisłości. Jeśli liczyłam, że znajdę tu kogoś, kogo będzie można poczęstować słodyczami i z kim porozmawiać o perspektywie słodkiego lenistwa, to się pomyliłam. Usiadłam w fotelu przy kominku. Po czym wstałam, żeby poprawić niewielki stroik na sąsiednim stoliku. Znów usiadłam. I wstałam, żeby odgarnąć trochę popiołu z kominka, przy okazji dalej nucąc radośnie. Wiedziałam, że świąteczne dekoracje nie są moim zmartwieniem, ale czułam się lepiej, kiedy miałam poczucie, że też coś zrobiłam.
Postanowiłam udać się na śniadanie. Może tam byli jacyś ludzie? Warto było spróbować. Poprawiłam sweter, zerknęłam na piżamę, która od biedy mogła wyglądać jak dość niedbały strój i, starając się nie myśleć o puchatych kapciach, poczłapałam do Wielkiej Sali. Która, jak się okazało, też nie była specjalnie zaludniona.
Zniknęły stoły domów i wszyscy – cała piątka (wliczając Trzmiela) – siedzieli przy stole nauczycielskim. Wstydziłam się tam podejść, ale uznałam, że skoro innym to nie zaszkodziło… Zresztą, nie było tu Syriusza. Dobre i tyle.
Rzuciłam jakieś odpowiednio wesołe i uprzejme powitanie, po czym zajęłam jedno z wolnych miejsc. Jakoś przeszła mi ochota na częstowanie wszystkich czekoladą, zamiast tego skupiłam się na tym, co stało na stole. Może to wina tej czekolady, którą już zdążyłam zjeść, ale nagle przeszła mi cała ochota na jedzenie. Wszystko było tak, jak być powinno, ale czegoś mi brakowało. Miałam wrażenie, że mam w żołądku czarną dziurę – uczucie podobne do tego, kiedy człowiek wie, że powinien zrobić coś bardzo, bardzo ważnego, ale nie pamięta, co to było.
– Może coś zaśpiewamy? – radośnie zaproponował Trzmiel.
Ani trochę nie pomogło to mojemu żołądkowi, który teraz zmienił się w bryłę lodu – do tego dziwnego uczucia dołączyło drugie, tym razem bardziej znane. Lęk przed publicznym śpiewaniem. W porządku, lubiłam nucić pod nosem. Lubiłam podśpiewywać pod prysznicem. Ale żeby tak publicznie?…
– Koniecznie! Co powiecie na Twelve Days of Christmas? – zaproponował jakiś mały, pucołowaty rudzielec po mej prawicy.
– Nie! Coś dostojniejszego! Może… – przerwał mu inny rudzielec.
– Ale tego tekst znają wszyscy – dorzuciła jakaś dziewczyna ze starszych klas.
Byłam pewna, że na mojej twarzy zaczęło malować się przerażenie, które jednak starałam się zamaskować wymuszonym uśmiechem.
Są święta, w święta się śpiewa, mówiłam sobie. Bądź rozsądna, Annie.
Ale, na Merlina, jak tu być rozsądnym, kiedy człowiek narażony jest na coś takiego? Po co ja w ogóle wychodziłam z pokoju wspólnego? Albo z dormitorium? Już-już miałam powiedzieć, że nie czuję się najlepiej i będę musiała zrezygnować ze śniadania, kiedy bryła lodu w żołądku znów zmieniła się w czarną dziurę. W porządku, nie chciałam śpiewać, ale uciekanie też jest bez sensu. Poza tym miałam na głowie ważniejszy problem: o czym mogłam zapomnieć?
– Annie śpiewa wyśmienicie. Może zacząć – usłyszałam głos. Tak, głos. Tuż za moimi plecami.
Bryła lodu wróciła, tym razem zamrażając nie tylko żołądek, ale i wszystkie inne narządy wewnętrzne, aż do języka. Dlatego właśnie głupkowato na przemian otwierałam i zamykałam usta, nie mogąc wydobyć z nich słowa protestu. W końcu wypiłam łyk herbaty, która powinna rozpuścić przynajmniej część lodu, odchrząknęłam i stwierdziłam:
– Naprawdę, wolałabym nie.
Nie miałam zamiaru patrzeć za siebie. Jedno było pewne – wiedziałam już, kogo NIE poczęstuję czekoladą.
A wiecie, co jeszcze było pewne? To, ze wyrzucę go przez okno. A przynajmniej – że mam wielką ochotę to zrobić po tym, jak publicznie pocałował mnie w policzek i usiadł po mej lewicy.
– Powinnam cię zabić – syknęłam do niego, nagle hiperświadoma tego, że siedzimy przy niewielkim stoliku i gdybym spróbowała go czymś uderzyć, ktoś by to zauważył. Nie wypada jednak znęcać się nad kolegami w obecności dyrektora.
Wypiłam następny łyk herbaty, mając nadzieję, że ktoś zacznie śpiewać, a potem wszyscy – czym prędzej – się rozejdziemy.
– Zabić? Oj, Annie, ale…
Nie było mu dane dokończyć. Trzmiel przemówił:
– A może zaśpiewacie coś razem, Syriuszu?
Spojrzałam na niego z wyzywającym uśmiechem. Byłam przekonana, że zrezygnuje i się wykręci. Każdy normalny człowiek by tak zrobił.
Tyle, że Black nie był normalnym człowiekiem. Nie powinnam o tym zapominać ani na chwilę.
Kiwnął głową.
– To od czego zaczynamy? – zapytał, patrząc na mnie.
Przysięgam, że jeszcze nigdy nie miałam aż takiej ochoty uderzyć go jakimś półmiskiem. Tyle tylko, że teraz już nie mogłam. Rzucił mi wyzwanie, które przyjęłam – nawet, jeśli nie chciałam i nie planowałam. Teraz nie było już odwrotu, mogłam się wykręcać i stracić twarz albo zaśpiewać i… cóż, stracić twarz, ale nie aż tak.
– Niech będzie Twelve Days of Christmas – mruknęłam, nie mogąc wymyślić niczego lepszego. Poza tym zawsze lubiłam tę piosenkę. Przynajmniej póki wykonywali ją inni.
Zaczęliśmy.
A dokładniej – Syriusz zaczął. Potem ja odśpiewałam zwrotkę o turkawkach i miałam wrażenie, że jedna z nich jest uwięziona w moim żołądku, bo wszystko mi się w nim poruszało. Ale przeżyłam. I nie mogło być tragicznie – nikt nie uciekł od stołu. Więcej – inni dołączyli do śpiewania.
O ile do tej pory łudziłam się, że święta w Hogwarcie będą przynajmniej znośne – to śniadanie zabiło we mnie resztki nadziei.

***

Wieczorem, kiedy już się ubrałam i doprowadziłam swoją godność do stanu używalności, siedziałam przy kominku w pokoju wspólnym i czytałam książkę. Nie wiedziałam, gdzie zgubił się Syriusz, który tuż po śniadaniu wyszedł z Wielkiej Sali, ale miałam zamiar powiedzieć mu to i owo. Jego zachowanie było niedopuszczalne i miałam zamiar mu to uświadomić!
Jednak wolałam najpierw skończyć rozdział o zaklęciach zmiany stanu skupienia. Kto wie, kiedy przyda mu się coś takiego! Zawsze chciałam umieć roztopić metal. To wydawało się takie… czadowe. Jednak wolałam najpierw skończyć rozdział o zaklęciach zmiany stanu skupienia. Kto wie, kiedy przyda mu się coś takiego! Zawsze chciałam umieć roztopić metal. To wydawało się takie… czadowe.
I z pewnością bym je opanowała, gdyby ktoś nagle bezczelnie nie zamknął mojej książki.
– Ej! – zawołałam. – Czytałam to!
Rzuciłam Syriuszowi gniewne spojrzenie. Naprawdę, żadnego szacunku dla innego człowieka! Cholerny arystokrata!
Ale on zupełnie się tym nie przejął. Zamiast zareagować jakoś na mój protest, najnormalniej w świecie usiadł na oparciu mojego fotela.
Już-już miałam go zrzucić, gdy nagle jakaś mała paczuszka wylądowała na moich kolanach. Mała, ale owinięta przeuroczym, oliwkowym papierem w kratkę.
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
– Nie wybuchnie, kiedy ją otworzę, prawda? – zapytałam.
Prawdę mówiąc, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak się stało. To by było dokładnie w stylu Syriusza. Chyba że… a jeśli to prezent? Przez chwilę znów poczułam te ssącą nicość w żołądku, która zniknęła po śniadaniu. Nic dla niego nie miałam.
– Nie wiem – odpowiedział z doprawdy rozbrajającym uśmiechem.
– Powiedzmy, że tym razem ci zaufam. – Odpowiedziałam podobnym uśmiechem (przynajmniej w założeniu miał być podobny). Nie umiałam się nie od-uśmiechnąć.
Powoli i z wahaniem otworzyłam paczuszkę. Naprawdę nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać.
Z pewnością nie spodziewałam się czegoś takiego!
Zrobiłam nerwowy wdech i odłożyłam paczuszkę na fotel obok.
– Poczekaj tu. Nigdzie się nie ruszaj! – zażądałam, po czym błyskawicznie rzuciłam się do schodów prowadzących do dormitorium.
To była jedna z tych sytuacji, kiedy człowiek wie, że stanie się coś złego, ale nie robi nic, żeby temu zapobiec i zachować twarz. W porządku, nie stało się nic złego, ale niewątpliwie straciłam twarz. Nic dla niego nie miałam! Nic! A on… o Merlinie. Czułam się jak ostatnia niewdzięcznica i byłam pewna, że nie wrócę do pokoju wspólnego, póki nie znajdę czegoś, co mogłabym mu dać.
Ale co to mogło być?!
Niestety, byłam świadoma, że będę musiała oddać coś, co sama dostałam. Sweterek od Brendy odpadł w pierwszej kolejności (a szkoda, wiele bym dała, żeby się go pozbyć). Spojrzałam na książki, które przysłali mi rodzice. Jedna z nich i trochę słodyczy?… Miałam wrażenie, że to zupełnie, ale to zupełnie inny rodzaj prezentu. Ale skąd miałam w ciągu kilku minut znaleźć coś lepszego? Przecież tego nie przetransmutuję!… Prawda?
Prawda. Dlatego też porwałam jakąś książkę – nawet nie zdążyłam przeczytać tytułu! – szybko owinęłam ją różową bibułką prezentu od Brendy i zbiegłam na dół.
Z trudem łapałam oddech, ale zatrzymałam się przy nim i wyciągnęłam przed siebie paczkę.
– Proszę. Wesołych świąt – powiedziałam. – Wiem, że to nie jest nic tak wyjątkowego i że powinnam dać ci to wcześniej, ale zaskoczyłeś mnie, to znaczy nie żebym myślała, że nie wiesz, że są święta, ale ostatnio… nie spędzaliśmy razem za dużo czasu, nie żeby mi to przeszkadzało, to znaczy nie chcę cię obrazić, ale ja się nie narzucam… O Merlinie, gadam od rzeczy, w każdym razie nie sądziłam, że coś mi kupisz i… po prostu wesołych świąt – wyrzuciłam z siebie.
Syriusz rozpakował swój prezent i… O mamo, omal padł mi tam ze śmiechu!
– Co? – spytałam, zaskoczona.
I, przyznaję, trochę obrażona. Może i jego prezent był… był… był… ale za to mój był praktyczny! Skierowany wprost do intelektualnych sfer duszy Syriusza – zakładając, że Syriusz miał duszę.
– „D-d-d-dama Kameliowa”? – spytał i wybuchnął śmiechem tak gromkim, że aż bałam się o jego stan strun głosowych po tym przedsięwzięciu.
– Tak – przytaknęłam, starając się okazać, jak bardzo niestosowna była jego reakcja. – Właśnie tak, „Dama kameliowa” Dumasa. Mam nadzieję, że przeczytasz.
Wiedziałam, wiedziałam, że to nie był najlepszy pomysł, ale moje możliwości były naprawdę ograniczone, a poza tym byłam przekonana, że tego rodzaju powieść dobrze wpłynie na jego duchowy rozwój.
– Czy to nie jest… romansidło?
– A skąd! To poruszająca powieść społeczno-obyczajowa! – wykrzyknęłam. – No dobrze, możesz ją uznać za romans, ale zawiera naprawdę ważne treści społeczne.
Spojrzałam na niego, jakbym chciała samą siłą spojrzenia dać mu do zrozumienia, że nie ma wyjścia, musi się tą książką zachwycić. Nie chciałam, żeby poczuł się do tego aż tak silnie zobowiązany (zwłaszcza, że prezent był dobrany dość przypadkowo), ale naprawdę miałam nadzieję, że to przeczyta.
I że nie potraktuje jej jak… jak aluzję.
– Dlaczego akurat to? – drążył temat. – Chcesz mi coś zasugerować? Czyżbyś… coś sobie przypomniała, Annie?
– C-co? Nie! Nic z tych rzeczy! – zaoponowałam szybko. Prezent był jednak dobrany ZBYT przypadkowo. Mogłam być pewna, że ten wstrętny arystokrata powie coś takiego. Nawet jeśli przed chwilą był uroczy i dał mi tak wspaniały prezent. – Nic sobie nie przypominam i dałam ci tę książkę ze względu na wątki społeczne, nie romansowe.
Spojrzałam na niego z całą powagą, jaką mogłam przywołać w tym momencie. Nie wychodziło to najlepiej. Dlaczego, na litość, nie miałam pod ręką czegoś, co jednoznacznie świadczyłoby o moich intencjach.
A może miałam?
Chociaż zanim zdążyłam tego użyć, Syriusz odłożył książkę na fotel (słabo prezentowała się z podarunkiem od niego, który z pośpiechu tamże zostawiłam) i złapał mnie za rękę. Tak, ZŁAPAŁ MNIE ZA RĘKĘ. Uznałam to za szczyt bezczelności, ale przemilczałam, bowiem po chwili zrobił coś jeszcze gorszego. Przysunął mnie do siebie.
– Naprawdę niczego nie pamiętasz? – spytał.
Nie rozumiałam, dlaczego tak uparcie wracał do kwestii tej.. imprezy. Sam nie chciał powiedzieć mi, co się wtedy wydarzyło!
Pokręciłam głową. Nie rozumiałam, czego ode mnie chciał. Najpierw odmawia podzielenia się ze mną tą wiedzą, a teraz oczekuje, że w jakiś magiczny sposób ją posiądę. To niedorzeczne. I absolutnie frustrujące! Naprawdę chciałam mu to powiedzieć, ale zrobiło mi się strasznie przykro. Dał mi naprawdę niesamowity prezent, za który nie potrafiłam mu się zrewanżować, a teraz jeszcze nie mogę sobie przypomnieć paru głupich godzin, na których mu strasznie zależy. Byłam nie w porządku wobec niego i świetnie o tym wiedziałam.
– Naprawdę?
Wyglądał na smutnego. Autentycznie smutnego. I co ja miałam zrobić? No co? Kłamać? Zgadywać?
Popatrzyłam na niego, jakbym miała nadzieję, że znajdę odpowiedź wypisaną na jego twarzy. Najlepiej atramentem. Niestety, nic z tego. Westchnęłam. A więc będę musiała zgadywać.
– Wiem, że to coś wyjątkowo ważnego albo wyjątkowo głupiego… prawda? – zaczęłam niepewnie. – To raczej wyklucza moje przemowy o polityce socjalnej. Nie wiem, co innego mogłam zrobić. Zgodziłam się na pojedynek z tobą? Obiecałam, że ci upiekę ciasteczka?
Zgadywanki równie dobre jak każde inne. Ale byłam pewna, że to nie o to chodziło. Wolałam jednak nie brać pod uwagę gorszych możliwości…
Zaprzeczył.
– Powiedziałam, że lubię arystokrację? Powiedziałam, że… Chwila, to bez sensu. Ustalmy jedno: powiedziałam coś czy zrobiłam?
Naprawdę, naprawdę miałam nadzieję, że potwierdzi, że chodziło o słowa.
– Zrobiłaś.
Wiedziałam. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy wzięłam do ust kroplę czegokolwiek mocniejszego od herbaty!
– Ja… nie zgodziłam się zatańczyć nago na środku Wielkiej Sali, prawda? – zapytałam o najgłupsze, co przyszło mi do głowy. Wiedziałam, że odwlekam nieuniknione; przecież nie mogło chodzić o coś takiego, od razu by mi przypomnieli. W końcu będę musiała zadać to pytanie…
– Zdecydowanie nie.
Przy okazji, jedno pytanie – dlaczego z każdą chwilą Syriusz był jakby trochę bliżej?
– To nawet dobrze, i tak bym nie zatańczyła – spróbowałam zażartować.
Nastrój jednak zdecydowanie nie sprzyjał żartom. Miałam wrażenie, że wręcz przeciwnie – wtedy stało się to samo, co prawdopodobnie stanie się zaraz. I nawet nie chodzi o to, że miałam coś przeciwko (choć, gdybym się nad tym zastanowiła, na pewno bym znalazła racjonalne argumenty). Chodziło o to, że zarówno zwerbalizowanie tego, co najprawdopodobniej się stało, jak i zezwolenie na powtórkę – wszystko będzie straszliwie zobowiązujące, pieczętujące. A ja… O Merlinie, co ja miałam zrobić? Dać mu w twarz? Czy może…
– Nie podoba mi się to, że Regulus się koło ciebie kręci.
To zdecydowanie zmieniło atmosferę. Nieznacznie acz stanowczo się od niego odsunęłam.
– Nie przypominam sobie, żebym prosiła cię o opinię na temat moich znajomych – stwierdziłam chłodno. Na chwilę zapomniałam o prezencie, chciałam po prostu przypomnieć mu, że nie ma prawa rządzić moim życiem.
– To mały gnojek. Wspomnisz moje słowa, gdy w końcu dowie się, że twoi rodzice są mugolami.
– Póki co nie ma z tym żadnego problemu – stwierdziłam.
Nie kłamałam – nie miał problemu, bo o tym nie wiedział. To przecież nie moja wina, że nie zapytał. Może nie miało to dla niego znaczenia, a może…
– Nie zamierzasz mu chyba kazać przestać się ze mną zadawać, prawda? – zapytałam. – To by było… ciężko mi nawet znaleźć odpowiednie słowa, ale na pewno nie wpłynęłoby dobrze na to, jak cię postrzegam.
Otóż to, podkreślić niezależność i wkurzyć go na tyle, żeby zapomniał o tym, o co wcześniej pytał. Uda się, uda się!
– Możesz uznać, że jestem trochę… zazdrosny.
Moje poprzednie wysiłki związane ze zwiększaniem dystansu między nami nie przyniosły wymiernych rezultatów. Syriusz przysunął mnie jeszcze bliżej.
Przełknęłam głośno ślinę. Nie tylko powiedział coś… coś, czego nie powinien mówić, ale jeszcze PACHNIAŁ. Zdecydowanie syriuszowato i zdecydowanie za bardzo.
– Jeżeli sądzisz, że masz o co… – mruknęłam, choć miało to zabrzmieć zdecydowanie chłodniej i bardziej niezależnie. Niestety, wyszło inaczej. Wolałam nawet nie analizować, jak można było ten ton interpretować.
– Unikasz mnie.
– Ty też mnie unikałeś, kiedy chciałam odpowiedzi – wypaliłam, zanim zdążyłam się zastanowić.
– Bo uważam, że złośliwie i zupełnie niepotrzebnie wyparłaś to do nieświadomości.
Spojrzał mi głęboko w oczy. Tak. Spojrzał. A nawet SPOJRZAŁ, bo inaczej tego nazwać nie można. Gdyby nie fakt, że mnie trzymał, niechybnie wylądowałabym na ziemi, bo aż kolana pode mną się ugięły.
Zrobiłam szybki i głęboki wdech – taki, jaki robią tonący ludzie. Może i tonęłam. W każdym razie wiedziałam, że z każdym wypowiedzianym zdaniem się pogrążam.
– Uwierz, że wolałabym pamiętać – stwierdziłam. To była prawda: wolałabym wiedzieć, co robiłam. Problem w tym, że Syriusz mógł to opacznie zinterpretować.
– Tak?
Nieśmiało spojrzałam mu w oczy. I to był błąd. Cholernie, cholernie poważny błąd.
– Tak – powiedziałam, ale tym razem to nie było już ani chłodne, ani obojętne. Nie było też ciche i błagalne, czego się obawiałam.
To było stanowcze „tak”, które można było zinterpretować jako wyzwanie lub jako zaproszenie. To było przyznaniem się do tego, że chociaż nie pamiętałam, to jednak wiedziałam. To było… na Merlina, to było pozwolenie.
Które zresztą skrupulatnie wykorzystał, bo nie minęła nawet sekunda, nim poczułam jego wargi na swoich. I nie powiem, żebym nie była na to przygotowana. Miałam wrażenie, że było w tym coś nowego i świeżego, chociaż wiedziałam, że to nie pierwszy nasz pocałunek, że już wcześniej… Ale to było wcześniej, a teraz działo się coś nowego, coś, co sprawiało, że świat nabierał sensu, stawał się jaśniejszy, a mnie przepełniała dziwna radość. Zapomniałam o nietrafionym prezencie, zapomniałam, że miałam być na niego wściekła o tę głupią piosenkę, zapomniałam, że w ogóle miałam być na niego wściekła. Przez chwilę myślałam o tym, żeby zapytać, jakiego szamponu do włosów używa, bo były niesamowicie miękkie, ale i o tym zapomniałam.
A potem przypomniałam sobie, że to cholerny, pieprzony burżuj, arystokrata i wróg ludu pracującego. Że był od początku dla mnie niemiły tylko dlatego, że śmiałam nie urodzić się w rodzinie czystokrwistej. I że nigdy przenigdy mnie za to nie przeprosił.
Dlatego dałam mu w twarz.
I wybiegłam stamtąd nie zabierając ze sobą prezentu od niego – wisiorka z małą, ekożabką z serduszkiem w jeszcze mniejszych łapkach.

Advertisements
21. O najmagiczniejszym z niemagicznych aspektów rzeczywistości

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s