20. O tym, że święta nie zawsze zapowiadają się wesoło

Przez następnych kilka dni starałam się unikać Syriusza jeszcze bardziej niż zwykle. Nie dość, że całkowicie zepsuł i tak kiepskie przyjęcie u Ślimaka, to najwyraźniej coś związanego z moją osobą stanowiło dla niego problem – nie wiedziałam tylko co, skoro do tej pory nasze relacje wyglądały dość… Właściwie ciężko mówić o relacjach w naszym przypadku. To znaczy o ile nie chce się dokonać analizy psychologicznej, która miałaby stwierdzić, że oboje kwalifikujemy się do zamknięcia w Mungu. W każdym razie po wyjściu od Ślimaka Regał mnie przeprosił, choć uważałam, że w niczym nie zawinił i byłam skłonna całą winę zwalić na jego brata, po czym wyraził nadzieję, że jeśli pójdziemy jeszcze na jakieś przyjęcie, to nie skończy się tak dramatycznie. Nie mogło mnie to nie rozbawić. Problem tylko w tym, że potem nie rozmawialiśmy, a już jutro Hogwart miał opustoszeć na święta. Nie zdążyłam mu jeszcze złożyć życzeń – i to wszystko przez Syriusza! Miałam szczerą nadzieję, że zakrztusi się puddingiem. W szczególności, że wszystko wskazywało na to, że zostaniemy razem na święta. Razem. Sami. Słodkie têteà-tête ze starszym Blackiem było ostatnią rzeczą, o której marzyłam.
Dlatego też, chociaż wolałabym przespać cały dzień, przywędrowałam do Wielkiej Sali i z nadzieją popatrzyłam na stół Ślizgonów. Regała nie było widać, choć zauważyłam kilku jego koleżków. Miałam nadzieję, że ich obecność świadczyła o tym, że i Black się zaraz zjawi.
Ślizgoni byli chyba najdziwniejszą nacją na świecie. Nie dość, że jako paskudna arystokracja nosili swoje ego dwa metry ponad głową, to jeszcze wszyscy starali się być modni i ponętni – i o ile Regałowi czy jego najlepszemu przyjacielowi Barty’emu całkiem nieźle to wychodziło, o tyle modny i ponętny Severus prezentował się przerażająco.
Trochę bezmyślnie zajęłam się konsumowaniem tosta, raz po raz zerkając jednak w kierunku stołu, przy którym zasiadała cała ta arystokracja. Z pewnym zdziwieniem zauważyłam, że nie wzbudzali we mnie aż takiej niechęci jak wtedy, kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg tego miejsca. Nie znaczyło to jednak, że zmieniłam swoje poglądy. Po prostu nie okłamałam Chevonne. Zaczęłam widzieć w nich ludzi. No, przynajmniej w części. Niektórych nie uznałabym za ludzi, nawet gdyby było to w pełni potwierdzone biologicznie.
Przyszło mi do głowy, że powinnam porozmawiać także z Chevonne – w porządku, powiedziałyśmy sobie parę niemiłych rzeczy (właściwie to głównie ona mówiła), ale była chyba jedyną dziewczyną w tym zamku, z którą mogłam porozmawiać o czymś innym niż nauka albo chłopcy. Tyle tylko, że Chevonne też nie było w Wielkiej Sali. To wyglądało na jakiś spisek.
Czyżby wszyscy postanowili ode mnie uciec? Nawet Jamesa nie było! Nawet Lily i dziewczyn z mojego pokoju (ale to akurat była moja wina – zajęłam rano łazienkę i bezskutecznie próbowałam się utopić w zlewie, bo nad nim usnęłam; na stojąco). Na szafot!
W końcu, kiedy już kończyłam pić herbatę, zauważyłam kogoś, na kogo wcale, ale to wcale nie czekałam. Do Wielkiej Sali wszedł dość ponury Syriusz i usiadł w pewnej odległości ode mnie. Sprawiło mi to pewną ulgę, ale też i zaniepokoiło – skąd ten nastrój? Wiedziałam od Jamesa, że Black zostawał na święta w Hogwarcie, więc jeśli faktycznie miał problemy rodzinne, powinien się raczej cieszyć…
W końcu zdałam sobie sprawę, że się na niego bezczelnie gapię i z powrotem skupiłam się na herbacie.
Uratowała mnie Brenda.
Podeszła zdecydowanie za blisko i oskarżycielsko wycelowała we mnie palec, po czym stwierdziła, że przeze mnie nie mogła ułożyć sobie włosów i jeśli to źle wpłynie na jej wizerunek, to będzie to moja wina. Potem zauważyła Syriusza i natychmiast się do niego przysiadła, skupiając na nim całą swoją uwagę. Powinnam odetchnąć z ulgą, że dała mi spokój, ale zrobiło mi się go żal – Brenda najwyraźniej nie zauważyła, że nie jest w najlepszym nastroju albo to ignorowała. Choć stawiałabym na to pierwsze. Ze wszystkich znanych mi stworzeń Brenda była zdecydowanie najgłupsza. Ale czego można się spodziewać po człowieku, na którego wołają Bre? Jak taki francuski serek, który często jadałam na śniadanie?
Rozejrzałam się po Sali – Regała ani Chevonne nie było – i dopiłam resztkę herbaty. Mogłabym wstać i zająć się własnymi sprawami, ale nie miałam pojęcia, co właściwie ze sobą zrobić. Oczywiście czekało na mnie trochę prac domowych, ale na ich odrobienie będę miała jeszcze dużo czasu. Teraz mogłam się do woli obijać… tyle, że nie miałam ochoty.
Postanowiłam wstać, ale gdy tylko to zrobiłam, zauważyłam, że ktoś podnosi się i przy stole Ślizgonów. Severus właśnie skończył jeść śniadanie. Usiadłam. Nie chciałam mijać go w drzwiach. Jeszcze musiałabym poprowadzić z nim konwersację, a od kiedy dowiedziałam się, że jednak nie jest z ludu, stracił całą sympatię, jaką do niego żywiłam.
Dlatego właśnie siedziałam przy stole, wodząc wzrokiem od jednego talerza do drugiego i usilnie ignorując wszystko i wszystkich. Wiedziałam, że już jutro wyjadą na święta. Wszyscy albo prawie wszyscy. I będą się świetnie bawić. Oczywiście, też mogłabym wyjechać. Nie o to chodzi – raczej o to, że zdałam sobie sprawę, jak samotna jestem. Wszyscy się z kimś żegnali, przytulali, ściskali i żartowali. A ja siedziałam i czekałam na dwie osoby, z którymi chciałam się pożegnać i życzyć im wesołych świąt. Z czego z jedną nie rozmawiałam od ponad miesiąca. Wcześniej jakoś to do mnie nie docierało, ale teraz poczułam, że chociaż otacza mnie tłum, to nie mam nawet do kogo się odezwać.
Westchnęłam i dolałam sobie herbaty. Jeśli smutku nie da się zajeść czekoladą, to można chociaż zapić go herbatą! Przynajmniej tak twierdził jeden francuski mugol. Ech. Nie wiem, czy powinnam mu ufać – był w końcu burżujem, ale przynajmniej społecznie nieakceptowanym. Coś za coś. Wydawał się też być jakimś autorytetem. Wiecie, promował ciastka (a nie tylko herbatę).
W każdym razie czekanie w końcu się opłaciło. Do Wielkiej Sali weszła Chevonne. Od razu usiadła przy stole Puchonów, nie zerkając w moją stronę ani razu. Nie wiem, czego się spodziewałam – bo raczej nie tego, że telepatycznie odgadnie, że chcę z nią porozmawiać i rzuci mi się na szyję – ale zastanowiłam się, czy na pewno mam o czym z nią rozmawiać. Albo raczej: czy chcę. Ale, na Merlina, nadchodziły święta. Kiedy mam rozmawiać z innymi, jeśli nie teraz?
Zdecydowałam się działać.
Ale dokładnie w tym momencie pojawił się Regał. Wyjątkowo… uroczy Regał. No tak. Kolejne próby stania się ponętnym? Chociaż, przyznaję, jemu wychodziło. Choć chyba nie tak, jak by tego chciał. W końcu kto mógł przypuszczać, że bycie niewyspanym i rozczochranym może komukolwiek dodać urody?
Powinnam do niego podejść i porozmawiać – jeśli nie o świętach, to chociaż o tym nieszczęsnym wieczorze u Ślimaka. Ale powinnam też porozmawiać z Chevonne. I ona weszła tu pierwsza, więc może to od rozmowy z nią powinnam zacząć. Chociaż rozmowa z nią może być trudniejsza. No i…
Sama sobie przerwałam. Od kiedy miałam w zwyczaju rezygnować z rozmowy z osobą o podobnych przekonaniach (nawet, jeśli jest na mnie obrażona), żeby szybciej móc porozmawiać z arystokratą? To zupełnie do mnie niepodobne. I wcale, ale to wcale mi się to nie podobało. Wstałam z miejsca, zdecydowana, że porozmawiam z Chevonne, a potem – może – z Regałem. Tak. Powinnam zacząć od Chevonne. To logiczne.
Ale czy na pewno?
Stół Puchonów był bliżej. Powinnam od niego zacząć. Chevonne była na mnie zła. Chevonne nie powinna widzieć, jak rozmawiam z arystokratą. Chevonne miała podobne poglądy i…
Zaraz, od kiedy postanowiłam ukrywać jednych swoich nielicznych przyjaciół przed drugimi? Gdzie polityka otwartości? Naprawdę działo się ze mną coś niedobrego. Dlatego właśnie muszę zacząć od Chevonne. Rozmowa z nią – i pogodzenie się – sprowadzi mnie z powrotem na właściwe tory. Za dużo czasu spędzałam ostatnio z tymi arystokratami, czas to zmienić. Znów wrócimy do naszych wieczorków w bibliotece, do wspólnego pisania wypracowań i…
I tym sposobem doszłam do stołu Ślizgonów.
– Cześć, Reg – powiedziałam. Nazywałam go Regiem, bo a. był to skrót od Regała (a nadal nie powiedziałam mu, że tak go nazywam w myślach), b. Regulus mi się nie podobało, c. wszyscy go tak nazywali. Ale i tak uważałam, że Regał brzmi zacniej.
– Cześć – powiedział i, mamo kochana, uśmiechnął się. I to tak się uśmiechnął, że aż musiałam usiąść z wrażenia. – W zasadzie chciałem cię poszukać, by złożyć ci życzenia świąteczne – dodał, z gracją smarując tost dżemem.
– Naprawdę? Myślałam, że nie obchodzisz świąt – wypaliłam, od razu ganiąc się w myślach za to, że właśnie sama chciałam złożyć mu życzenia. – To znaczy wiesz, przez ten brak prezentów i w ogóle – dodałam pospiesznie. – Ale też chciałam złożyć ci życzenia.
Miałam wrażenie, że mówię od rzeczy i dlatego za wszelką cenę unikałam jego spojrzenia, skupiając wzrok raczej na toście. Co nie było łatwe, bo Regał zaraz zaczął go konsumować.
Cóż za pasjonująca konsumpcja! Z jaką pasją można wgryzać się w takiego tosta! I, o zgrozo!, nie rozciapywać przy tym dżemu po całym stole!
– To, że nie obchodzę świąt – powiedział w przerwie między kolejnymi gryzami – nie oznacza, że jestem pozbawiony dobrych manier, Annie.
Mimowolnie się uśmiechnęłam – może nieco głupkowato – i w duchu przyznałam, że nawet jeśli był okropnym arystokratą, to przynajmniej został dobrze wychowany (nie to co jego brat!). I że to naprawdę miłe, że chciał sobie zadać tyle trudu.
– Dzięki – odparłam, zanim zdążyłam przemyśleć, co właściwie mówię. Przecież dopiero wyjaśnił mi swoją motywację, nie powinnam tak szybko dziękować. Dziękuje się za życzenia, nie za deklarację złożenia takowych.
Dlatego też Regał przerwał na chwilę swą zacną konsumpcję i spojrzał na mnie badawczo, w sposób dla mnie niepojęty unosząc przy tym jedną z brwi.
O Merlinie, ale jak on tę brew uniósł!…
Skup się, Annie. To arystokrata. I twój chyba-przyjaciel, ale nadal arystokrata.
– No wiesz, za chęci. Doceniam to, naprawdę – sprecyzowałam, mając ochotę uciec od stołu. Podejrzewałam jednak, że to zwróciłoby na mnie jeszcze większą uwagę, a już teraz przysłuchiwało mi się kilka osób.
Na przykład Barty’ego. Ten wychudzony i wyblakły paniczyk siedział tuż obok Regała i wyglądał tak, jakby za chwilę miał paść ze śmiechu. Naprawdę. Z pasją chichotał w swój rękaw, myśląc, że ani Reg, ani ja tego nie zauważymy. Ale ja widziałam. Reg… Reg wrócił do tosta.
– To kto zacznie? – spytał.
Uznałam, że przedłużanie tego momentu nie ma większego sensu. Jeszcze Barty dostanie czkawki ze śmiechu. Powiedziałam, że chętnie zacznę i złożyłam mu długie, porządne życzenia, prosto z serca (co powinno mnie zaniepokoić), po czym wyciągnęłam z torby nie najpiękniej opakowaną czekoladę i mu podałam, wyjaśniając, że wiem, że w ramach prezentu miałam z nim iść do Ślimaka, ale skoro wieczór był niewypałem, to chciałam dać mu coś innego, a że było mało czasu… Wyraziłam nadzieję, że będzie mu smakować i zamilkłam, czekając na reakcję. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że za dużo gadam. Co się ze mną działo tego dnia?
Regał wyglądał na zaskoczonego. Barty – czkał. A ja czułam się jako skończona idiotka.
Po chwili krępującego milczenia, młody Black wypalił:
– Wesołych świąt, Annie.
– Dziękuję – odpowiedziałam, starając się zamaskować pewien zawód.
W porządku: to były życzenia, tak? Od początku mówił, że złoży mi życzenia. Zwykle życzy się innym wesołych świąt. Życzył mi właśnie tego. To już moja wina, że zaczęłam nawijać o cieple rodzinnym, spokoju i tych innych bzdetach. I o śniegu. Jakby śnieg mógł mieć wpływ na to, jak się spędza święta… W każdym razie próbowałam przekonać samą siebie, że to były dobre, porządne, do bólu życzeniowate życzenia.
Uśmiechnęłam się, żeby zamaskować to, co wcześniej mogło być słyszalne w moim głosie.
– Taaaak, i mnóstwa wesołych skrzatów w biało-czerwonych poszewkach na poduszki – dorzucił Barty.
Zacisnęłam zęby, nadal starając się uśmiechać, co musiało wyglądać nieco groteskowo.
– Nie popieram takiej polityki wobec skrzatów – powiedziałam prawie spokojnie. – Ale tobie też życzę wesołych świąt, Barty.
Tym razem wybuchnął śmiechem zupełnie otwarcie.
– Nie popierasz takiej polityki wobec skrzatów? Annie, czy ty siebie słyszysz? To absurdalne! – Nie wiem, jak był w stanie budować tak skomplikowane konstrukcje zdaniowe, skoro niemal tarzał się ze śmiechu po stole. – Zastanów się poważnie. Przecież…
– Nie popieram zmuszania skrzatów do tego, żeby ubierały się w coś… takiego – powiedziałam szybko, zanim zacząłby jakiś wywód o wyższości ludzi nad tymi biednymi stworzeniami. – Wszystkie powinny dostać ubranie. I otrzymywać pieniądze za swoją ciężką pracę.
Nie podobało mi się, że go to bawi, ale nie miałam zamiaru pozostawiać tego bez komentarza. Dlaczego Regał w ogóle się z nim zadawał?! To znaczy jeśli pominąć, że obaj byli takimi samymi arystokratami. Nie powinnam o tym zapominać. Obojętnie, jak miły i przystojny mógł być Regał, to nadal arystokraci. I trzeba ich zwalczać, a nie tłumaczyć im, co źle robią, bo i tak się nie zmienią.
– Chcesz płacić skrzatom? I może jeszcze przyznać im pełnię praw obywatelskich? – Barty przestał się śmiać. Zaczął wyglądać groźnie. – Czy ty oszalałaś?! Kobieto! Zniszczysz…
– Och, daj spokój, stary – tym słodkich wtrąceniem Regał oznajmił, że zakończył konsumpcję tosta.
Barty zaniemówił. Wyglądał trochę jak ryba – wiecie, niemo otwierał i zamykał swoje (ponętne, bo ślizgońskie!) usteczka.
Posłałam mu spojrzenie, które miało znaczyć „a widzisz, bubku?”, choć prawdopodobnie wcale tego nie oznaczało. Potem uśmiechnęłam się do Regała. Miał na brodzie trochę dżemu, ale uznałam, że zwrócenie na to uwagi byłoby czymś niewłaściwym (o starciu go nawet nie mówiąc, to w ogóle i absolutnie nie wchodziło w grę, choć przeszło mi przez głowę). Zamiast tego zerknęłam w kierunku drzwi, jakby nagle stały się bardziej realne i zaczęły mnie wzywać.
– Chyba będę się już zbierać. Muszę jeszcze coś załatwić – stwierdziłam, wstając z miejsca. – To… do zobaczenia w styczniu?
– Jasne – powiedział.
Wstałam, dalej się uśmiechając, i raźno ruszyłam w stronę drzwi. Nie, nie byłam stuprocentowo pewna, że za mną pójdzie. Nie byłam tego pewna nawet w siedemdziesięciu pięciu procentach. Ale też tego nie wykluczałam. A jeśli nie on – może wpadnę na Chevonne, która nadal siedziała na swoim miejscu.
W każdym razie, gdy tylko wyszłam z Wielkiej Sali, natychmiast oparłam czoło o kamienną ścianę. O Merlinie, dlaczego nie mam jakiegoś filtra między mózgiem a ustami? Powinnam zwracać większą uwagę na to, co mówię. Zrobiłam parę wdechów i wydechów, żeby się całkiem uspokoić i spojrzałam na drzwi. Może nie z nadzieją, ale z czymś do niej zbliżonym.
Tyle tylko, że Regał nie wyszedł.
Nikt nie wyszedł.
Mogłam z całym przekonaniem stwierdzić, że na tym korytarzu znajdowali się dokładnie wszyscy, których obchodziłam. Wspominałam już, że byłam tam tylko ja, prawda?
Znów oparłam się czołem o ścianę. Postanowiłam poczekać na Chevonne, a potem wrócić do dormitorium i nie wychodzić z niego do końca dnia.
Albo przynajmniej do końca świąt.
Po paru minutach oczekiwania (w czasie których dokładnie przyjrzałam się swoim paznokciom i poszukałam we włosach ewentualnych rozdwojonych końcówek) zauważyłam wychodzącą Chevonne. Ruszyłam w jej kierunku, nieśmiało się uśmiechając. Nie wiedziałam, co chcę jej powiedzieć (no jasne, bo kto by się nad czymś takim zastanawiał, kiedy może przyglądać się swoim paznokciom?), ale byłam pewna, że chcę z nią porozmawiać.
– Cześć – przywitałam się, zatrzymując się jakieś dwie stopy przed nią.
– Cześć – odpowiedziała sucho, ale przynajmniej nie uciekła.
– Wyjeżdżasz na święta? – zapytałam, żeby jakoś rozluźnić atmosferę. Byłam prawie pewna, że wyjeżdża. Prawie każdy wyjeżdżał.
– Wyjeżdżam.
– To chyba się już nie zobaczymy przed styczniem. Więc… no wiesz, wesołych świąt – powiedziałam, nagle tracąc całą inwencję, która sprawiła, że moje życzenia dla Regała były tak długie i potoczyste.
– Wzajemnie.
W porządku, czyli nie chciała wielkiego pojednania. Nawet mimo takich świetnych okoliczności.
– Myślałam, że może chciałabyś się wybrać ze mną do Hogsmeade w styczniu. Mam wrażenie, że minęły wieki, odkąd ostatni raz rozmawiałyśmy, musimy to nadrobić – powiedziałam, znów przywołując szeroki uśmiech.
– A nie będziesz tam szła z którymś… z Blacków?
– Nie, nic takiego nie planuję – odpowiedziałam szybko. Taka była prawda: żaden tego nie zaproponował. Zresztą, z Syriuszem nie poszłabym nawet od drzwi sali eliksirów do drzwi sali zaklęć, co dopiero mówić o Hogsmeade! – Poza tym to nie tak, że spędzam z nimi każdą wolną chwilę.
– Nie? – Ona też potrafiła unieść jedną brew! Czy to była jakaś nowa moda? Jeśli tak, dlaczego nikt mnie tego jeszcze nie nauczył? – A to przed chwilą to było..?
– Jak to? To były życzenia świąteczne – odpowiedziałam spokojnie, nie pojmując, czemu uznała, że musi o to zapytać. – To taki zwyczaj. Zwykle ludzie podchodzą do swoich znajomych i życzą im wesołych świąt.
– I rumienią się przy tym tak obficie?
– Nie rumieniłam się! To dlatego, że Barty mnie zdenerwował! – wyjaśniłam. – Jego poglądy na temat skrzatów są nie do przyjęcia.
Miałam nadzieję, że to ją przekona. W końcu mnie to zdenerwowało. Nieważne, że już wcześniej się zarumieniłam dlatego, że zdałam sobie sprawę z tego, że moje życzenia były odrobinę za długie i w znacznej mierze pozbawione sensu.
– Nie? – znów ta brew, znów! – Wiesz, kiedy taka blondyneczka jak ty rumieni się, trudno to ukryć. Och, to takie… dziewiętnastowieczne.
– Nie ma we mnie nic dziewiętnastowiecznego – warknęłam. – Dziewiętnasty wiek był pełen podziałów społecznych, wywyższania arystokracji i nie chcę mieć z nim nic wspólnego! Rumienię się, kiedy jestem zdenerwowana. Tak jak teraz!
Bo tak, byłam zarumieniona! Nie miałam jednak najmniejszego zamiaru przyznawać, że było to spowodowane także sugestiami Chevonne.
– A nie wtedy, gdy, hm, lecisz na kogoś, na kogo nie powinnaś?
– Na nikogo nie lecę! – fuknęłam.
Byłam naprawdę, ale to naprawdę zirytowana. Co ona sobie myślała?… Przecież nie leciałam na Regała!
Wcale a wcale! Nigdy przenigdy!
Prawda?…
Nieważne, zastanowię się nad tym przez święta. Teraz mogłam to spokojnie negować.
Chevonne jednak patrzyła na mnie tak sceptycznie, że nawet nie musiała syczeć:
– Jasssne,
żebym wiedziała, że mi nie wierzy. Ale syknęła.
Postanowiłam zachować się jak mała, trzyletnia dziewczynka.
Tupnęłam, po czym wydęłam wargi.
– Nie lecę! Nie, nie, nie! – powtórzyłam z uporem. Zdecydowanie nie był to krok w kierunku ocieplenia naszych stosunków, ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby myślała o mnie coś takiego!
– A jak wytłumaczysz…
Ale nie dane było jej dokończyć. Bo oto z Wielkiej Sali wyszedł Wielki Nieobecny Syriusz Black. Wyszedł – i stanął jak wryty, tępo wpatrując się w tupiącą mnie.
Ile mógł usłyszeć?
Znając moje szczęście – pewnie wszystko. Mogłam teraz rzeczowo wyjaśnić Chevonne – i jemu – co miałam na myśli i dlaczego tupałam. Mogłam zacząć krzyczeć i uciec. Mogłam sprawić, że Syriusza – i Chevonne – trafi szlag i powiedzieć, że w istocie, lecę na Regała (nawet jeśli nie leciałam! Nawet jeśli nie wiedziałam, czy lecę). Mogłam też po prostu stać i patrzeć na nich z nadzieją, że któreś z nich się odezwie.
Zdecydowałam się na to ostatnie wyjście. Tyle, że oni najwyraźniej też – dalej stali i patrzyli na mnie, a ja poczułam, że rumieniec zalewa mi już nie tylko twarz, ale i szyję.
– Wesołych świąt, Vonne – Syriusz w końcu przemówił. A potem, jak gdyby nigdy nic, ruszył w dalszą podróż w kierunku Wieży Gryffinforu.
Zacisnęłam pięści. Przez chwilę miałam ochotę pobiec zanim, zatrzymać go i wszystko (jakie wszystko?) mu wyjaśnić. Nie wiedziałam dlaczego, ale to był impuls. Oczywiście tego nie zrobiłam, dalej stałam z Chevonne i patrzyłam badawczo, mając nadzieję, że się zarumieni. Wtedy nie mogłaby mieć do mnie pretensji o to, że złożyłam życzenia Regałowi. Jechałybyśmy na jednym wózku.
– Wszystkiego najlepszego – wymamrotała już raczej do siebie. Ale się nie zarumieniła, skubana.
Mimo to spojrzałam na nią tak, jak powinna spojrzeć niesłusznie oskarżona i niezwykle skrzywdzona osoba. Nie byłam pewna, czy byłam niezwykle skrzywdzona, ale nie przeszkodziło mi to tak spojrzeć.
– To co z Hogsmeade? – zapytałam niewinnym tonem. W porządku, oskarżała mnie o coś idiotycznego, ale nadal myślałam o niej jako o przyjaciółce i chciałam wypić z nią herbatę czy zjeść szarlotkę.
– Co z…? Ach, tak, Hogsmeade. – A jednak! Czyli ją rozkojarzył. Czyli ona wciąż… Czyli byłam niewinna! – Zobaczymy po świętach.
Uśmiechnęłam się tryumfująco, choć nie byłam pewna dlaczego właściwie.
– W porządku. Zatem wesołych – powiedziałam i ruszyłam w stronę wieży. Teraz, kiedy pożegnałam już wszystkich, których miałam zamiar pożegnać, mogłam iść spać i liczyć na to, że, gdy się obudzę, będzie już styczeń.

Advertisements
20. O tym, że święta nie zawsze zapowiadają się wesoło

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s