18. O tym, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy

Siedziałam w pustym dormitorium i bujałam się, jakbym miała chorobę sierocą. Powinnam się czuć wykorzystana. Podwójnie wykorzystana – przez faceta i przez kapitalistę! Powinnam czuć się w jakiś sposób zbrukana. A przynajmniej powinnam się rozpłakać. Ja tymczasem walczyłam z głupim uśmiechem, cały czas próbując sobie przypominać, dlaczego mam być zła i na niego, i na siebie. Niestety, ciągle przypominałam sobie też dlaczego właściwie powinnam być zła i znów musiałam walczyć z tym głupim uśmiechem.
Zresztą, pozostawał jeszcze drugi problem – co wydarzyło się w nocy? I dlaczego Black nie chciał mi o tym powiedzieć?
Po kręgosłupie znów przeszedł mi dreszcz, ale tym razem nie był tak przyjemny. A jeśli… a jeśli stało się coś, co spowodowało, że sądził, że może sobie pozwolić na to… na co sobie pozwolił? Zrobiło mi się zimno na samą myśl.
Że niby ja? I Black? Ale.. przecież powinnam zachować jakiś pierwotny instynkt? Taką małą Annie, która zawsze tkwi w głębi mojej główki i mówi mi, co wolno mi robić, a czego nie za bardzo? Przecież… Przecież to niemożliwe, że ja i Black wcześniej… Przecież…
Szlag by to.
Mimo wszystko – musiałam się upewnić. Ostatecznie to tylko moje domysły. Nic pewnego. Może po prostu histeryzuję? Pytanie tylko, kogo mogę o to spytać. Syriusz zdecydowanie odpadał (po tej konfrontacji na korytarzu wątpiłam, czy kiedykolwiek spojrzę mu jeszcze w oczy), ale… tak! James! Przecież on podobno też tam był! I niezależnie od tego, jak upokarzająca dla mnie może być prawda, powinien mi ją wyznać. W końcu jesteśmy przyjaciółmi, tak?
Jesteśmy.
Wstałam i, czując nowy przypływ sił, wyszłam z dormitorium. Miałam szczerą nadzieję, że w pokoju wspólnym nie wpadnę na Syriusza.
Nie wpadłam.
Zauważyłam za to Jamesa, więc szybko do niego podeszłam.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam poważnie. – Ale nie tu.
– Obudziłaś się już? – Niemal roześmiał mi się w twarz, dowcipniś jeden, ale udał się ze mną na korytarz.
– To nie jest śmieszne – stwierdziłam stanowczo, kiedy już miałam pewność, że nikt nas nie usłyszy. – Co się działo, kiedy… no wiesz, kiedy byłam niedysponowana?
– Bardzo krzyczałaś i nie chciałaś pójść spać – zreferował.
– To już słyszałam – mruknęłam. – Możesz być bardziej konkretny? Niezależnie od tego, jak głupie było to, co robiłam czy mówiłam? James, ja muszę wiedzieć!
– Nie rozmawiałaś z Syriuszem? – Wyglądał na zdziwionego.
Spojrzałam na niego ponuro.
– Nie powiedział mi nic ponad to, że zrobiłam z siebie pośmiewisko. No wiesz, krzyczałam i w ogóle. – Uznałam, że lepiej ode mnie wie, co „w ogóle” zawiera, więc nie ma sensu tego powtarzać. – Ale nie mówi mi wszystkiego, jestem tego pewna.
– Więc nie pamiętasz momentu, w którym…
Spojrzałam na niego z nadzieją. Tak, zamierzał mi coś powiedzieć! Ale chyba mój wzrok go spłoszył, bo szybko wycofał się z tego zamiaru:
– Nie, jeśli Łapa nie chciał ci tego przypominać, na pewno miał ku temu powód.
– Nie, James! Nie możesz mi tego robić! MUSZĘ wiedzieć!
Tak, przyznaję, byłam bliska błagania go o te informacje. Czy żaden z nich nie rozumiał, że nie mogłam tak po prostu przejść do porządku dziennego nad tym, że nie mam pojęcia, co się ze mną działo przez ponad dwanaście godzin (i to nieważne, że znaczącą część tego czasu przespałam)?!
Jednak przed ostatecznym poniżeniem uratowała mnie Brenda. Dość niespodziewanie (i dla mnie, i dla Jamesa) wyszła z pokoju wspólnego. Z uśmiechem na ustach, jak to ona, oczywiście.
– O, Annie! – zauważyła. – Samotna nocka z Syriuszem? No, no. Szybko mu z tobą poszło.
Zamurowało mnie. Całkowicie i totalnie. Z równym powodzeniem mogłabym stanąć między jedną rzeźbą a drugą i nikt nie zauważyłby różnicy. Czy ona miała na myśli…? Czy wszyscy, którzy tam byli, mogli teraz myśleć, że…? Czy ja i Syriusz…?! Nie, niemożliwe!
– O czym ty, do cholery, mówisz? – syknęłam.
Uznałabym, że mogłaby być świetnym informatorem – zawsze znała wszystkie plotki – gdyby nie to, że Syriusz wyraźnie mówił, że tylko on i James widzieli, jak się zbłaźniłam. O ile nie kłamał, rzecz jasna.
Ale… Stop. Syriusz wyraźnie mówił też, że powinnam pamiętać wszystko do momentu, w którym goście zaczęli wychodzić. A to, co przede mną ukrywał, z jego punktu widzenia mieściło się w sferze pamiętane.
– Wiesz, obydwoje nie wróciliście na noc, a z tego co widziałam… Całkiem nieźle się ze sobą bawiliście.
James posłał jej mordercze spojrzenie, ale było już za późno. Oooo, zdecydowanie za późno.
Wbiłam w nią wzrok tak przenikliwy, że nie powstydziłby się go żaden policjant odpowiedzialny za przesłuchania.
– Mogłabyś rozwinąć tę myśl? – zapytałam możliwie słodko. W końcu nie chciałam jej wystraszyć, prawda? Jedna jedyna osoba, która zdaje się wiedzieć o tym, o czym ja nie wiem, i do tego przejawia jakąkolwiek chęć współpracy! Nie mogę tego zmarnować.
– Nie mogłaby, nie mamy czasu – James pociągnął Brendę za ramię. Czy to nie była przemoc?! Szowinista! – Bre, słońce, obiecałaś mi spacer.
– Obiecałam…? – spytała.
– Tak, obiecałaś.
Zanim zdążyłam coś – cokolwiek – powiedzieć, zniknęli za zakrętem. Ze zdenerwowania aż kopnęłam ścianę, po czym zdałam sobie sprawę, że nie był to najlepszy pomysł. Rozmasowałam stopę na tyle, na ile pozwalał mi but, po czym uznałam, że James mógł wygrać tę batalię, ale ja wygram wojnę. Miałam w końcu asa w rękawie – dzieliłam z Brendą dormitorium, do którego on nie miał wstępu.

***

Tyle, że Brenda milczała. Widocznie James wytłumaczył jej to i owo. Syriusz też milczał – obraził się, arystokrata jeden. I tak w milczeniu minął mi cały listopad.
Kiedy zaczął się grudzień – nadal nie wiedziałam, co zaszło po tym pamiętnym meczu. Prawdę mówiąc, zwątpiłam, czy dowiem się kiedykolwiek, zwłaszcza że uznałam za stosowne unikać Syriusza, gdy tylko będzie to możliwe. Bo kiedy go nie unikałam… Kiedy go nie unikałam, wciąż dochodziło do awantur. A ja nie chciałam się awanturować przed świętami.
Wystarczająco przygnębiała mnie myśl, że spędzę je w Hogwarcie – i nie chodziło nawet o to, że nie spotkam się z rodziną, w końcu sama podjęłam taką decyzję, ale raczej o to, że czekały mnie niemal dwa tygodnie nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Wydawało mi się, że w zamku zostanie niewiele osób, z których większości i tak nie będę znać. Ciężko powiedzieć, żebym na co dzień była duszą towarzystwa, ale końcówkę grudnia prawdopodobnie spędzę jedynie w towarzystwie książek z biblioteki.
Jednak póki co – postanowiłam się tym nie przejmować. W końcu święta wiązały się też z moim ulubionym zajęciem – kupowaniem prezentów! Dlatego też w drugim tygodniu grudnia wzięłam Regała pod ramię i ruszyłam do Hogsmeade w poszukiwaniu drobiazgów dla najbliższych.
Jak mogłam się domyślić, Regał nie był tym specjalnie zachwycony, ale nie stawiał za dużego oporu. Zgodził się iść ze mną do wszystkich sklepów, do których planowałam zajrzeć, pod warunkiem, że nie zaciągnę go do tej różowej kawiarni, do której chciałam iść ostatnim razem.
Ostatnim razem! Jak dawno temu to było! Odkryłam, że nie poświęcałam Regałowi wystarczająco dużo czasu. A powinnam. Ten nie lepił się do mnie swoimi usteczkami (choć miał je dość urocze).
Trochę gryzło mnie to, co powiedziała Chevonne – o tym, że Regał nie wie o moim pochodzeniu – ale spychałam to gdzieś w głąb świadomości. Nie miałam zamiaru zamartwiać się czymś tak mało istotnym, zwłaszcza kiedy dobrze się razem bawiliśmy.
– A może to? – spytał, pokazując mi wyjątkowo szkaradny szaliczek. – Mówiłaś, że nie przepadasz za tą Brendą.
Zastanowiłam się. Szaliczek istotnie był okropny (wśród dość jaskrawych kolorów najbardziej wybijał się różowy, co tworzyło dość nieprzyjemne wrażenie; nadruk spokojnie można by nazwać „polukrowany potwór z Marsa”), ale nie byłam pewna, czy nie powinnam wybrać czegoś lepszego. Jeśli chciałam jeszcze raz spróbować namówić Brendę, żeby mi powiedziała o tamtym wieczorze… Pokręciłam głową. Przegrana sprawa, i tak nie powie.
– Taaak, będzie do niej pasował – stwierdziłam, po czym znów się zastanowiłam. – A co ty kupujesz swojej rodzinie? – wypaliłam w końcu.
Prawdę mówiąc, gryzło mnie to odkąd tylko weszliśmy do sklepu. Miałam już jakieś pięć czy sześć prezentów, a on jeszcze żadnego. W porządku, może nie szalał na punkcie zakupów tak jak ja, ale COŚ na pewno miał zamiar kupić!
– Mama i papa nie akceptują prezentów. Mówią, że to… mugolskie.
Pokiwałam głową. Świetnie, niechcący sprowadziłam rozmowę na całkiem niewłaściwe tory! Nie żebym wstydziła się swojego pochodzenia, ale niekoniecznie było ono tematem, który chciałam poruszać.
– Ale przecież to dość miłe… to znaczy dawanie prezentów. Nawet takie pozbawione idei i wszystkiego – dodałam.
Nie wyobrażałam sobie całej familii Blacków przy stole zastawionym po mugolsku. Albo Blacków przy choince. Albo śpiewających kolędy. W porządku, to mogło do nich nie pasować, ale same prezenty?… Regał musiał mieć strasznie smutne dzieciństwo!
Wzruszył ramionami.
– Nie bawią mnie takie rzeczy.
Zrobiło mi się go naprawdę żal. Na tiarę Merlina, on miał dopiero trzynaście lat, a mówił jak stary, znudzony życiem człowiek. Musiałam temu zaradzić.
– W porządku – stwierdziłam. – W takim razie kupię ci najlepszy prezent, o jakim nigdy nawet nie śniłeś!
Rozejrzałam się po sklepie – mieli tu mnóstwo różnych bibelotów, które zwykle kupuje się innym jako prezenty, ale nie byłam pewna, czy coś z tego nada się dla Regała. Nie chciałam kupować mu książki czy pióra, to zbyt formalne. Słodycze też nie były najlepszym pomysłem, zje je w ciągu kilku dni. Chciałam czegoś trwalszego.
– Annie – jęknął. – Proszę. Bo ja będę musiał znaleźć coś dla ciebie, a to trudne!
– Nie, nie musisz – zapewniłam, uśmiechając się do niego zupełnie szczerze. – Naprawdę lubię dawać innym prezenty. Nie musisz rewanżować mi się tym samym, zwłaszcza że wiem, że cię to nie bawi. Zrób mi przyjemność i nie protestuj!
Problem tylko w tym, że dalej nie miałam pomysłu, co mu kupić. Wiedziałam, jakie cechy ma mieć ten prezent, ale nie miałam pojęcia, co konkretniej ma to być.
– Nie wypada, żeby…
Prychnęłam.
– Oczywiście, że wypada – zapewniłam go. – A teraz nie marudź, jak tylko coś znajdę, to rozejrzymy się za gorącą czekoladą. Taką, której nie podają w różowych szklankach – zaśmiałam się.
Prezent jednak dalej pozostawał problemem. Szalik? Czapka? Może jednak pióro? Pamiętnik? Wszystko nagle brzmiało jakoś niedorzecznie.
– Mam pomysł – oznajmił nagle.
– Jaki? – zapytałam i na chwilę przestałam rozglądać się po sklepie.
– A gdybyś w ramach prezentu wybrała się ze mną na świąteczny wieczorek u Ślimaka?
Zawahałam się. Nie pasowałam do Klubu Ślimaka – ba, nie znałam prawie żadnego z jego członków – i byłam pewna, że Slughorn krzywo by na mnie patrzył. Ale z drugiej strony… Uśmiechnęłam się do Regała.
– Jeśli sprawi ci to przyjemność, to załatwione, pójdziemy tam i będziemy się świetnie bawić – powiedziałam z przekonaniem.
Regał uśmiechnął się do mnie wręcz… triumfalnie.

Advertisements
18. O tym, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s