17. O szkodliwości trunków wszelakich

Czy byłam kiedykolwiek wcześniej na hogwarckiej imprezie? Nie. Czy miałam okazję? Nie. Zwykle mnie na takie nie zapraszano. Kiedy więc dowiedziałam się, że James z Syriuszem organizują prywatkę z okazji zwycięstwa naszej drużyny – i że ceną za dotarcie na nią ma być tylko droga do ich „tajemniczego miejsca” pokonana z zawiązanymi oczami – weszłam w to, haha, w ciemno.
Nie miałam pojęcie, gdzie mnie zaprowadzono, ale jednego byłam pewna – nigdy wcześniej tam nie byłam. Nie wiedziałam nawet, że w Hogwarcie było pomieszczenie takie jak to! W niczym nie przypominało sal lekcyjnych ani dormitoriów. Zastanawiałam się, czy McGonagall albo Dumbledore o tym wiedzą. Potem zauważyłam niezły zapas Ognistej Whisky i zmarszczyłam brwi. Na pewno o tym nie wiedzieli.
Ale pokój był śliczny. Wyjątkowo duży – wielkości połowy Wielkiej Sali. Jako że metrów do zagospodarowania było dużo, chłopakom udało się podzielić pomieszczenie na sekcję jadalną i tańczoną. Jak mini-bal! Chociaż nie taki miły, bo, skromnie licząc, znajdowało się tu z pięćdziesiąt osób.
Nie znałam wszystkich, chociaż większość kojarzyłam z widzenia. Do tej pory myślałam, że mam niezłą pamięć do twarzy, ale najwyraźniej się myliłam. W każdym razie byłam pewna, że będę się trzymać z dala od Ognistej. Mam swoje zasady. Trochę potańczę, nastrój mi się poprawi i będę gotować, żeby wrócić do szarej rzeczywistości. Żadnej Ognistej nie przewidywałam – nie miałam zamiaru łamać kolejnych swoich zasad bez żadnego powodu.
– Nie, Syriuszu – powiedziałam więc, gdy w paręnaście sekund po moim przybyciu szanowny pan Black wręczył mi szklaneczkę z tymże napojem. – Ja nie piję.
– Nawet za moje zdrowie?
Coś było w tych jego słodkich oczkach. Coś z małego psiaka, który prosi o ciasteczko. Coś, czemu bardzo trudno się oprzeć.
Z lekkim westchnieniem wzięłam od niego szklaneczkę. Nie zaszkodzi, jeśli ją potrzymam, prawda? Nie będę piła, po prostu udam, że to robię, a potem odstawię ją na stół. Proste i logiczne, nie da się zawalić. Zdawałam sobie sprawę, że to nie świadczy najlepiej o mojej asertywności, ale naprawdę nie chciałam się z nikim kłócić. Chciałam potańczyć. Albo zjeść trochę czekolady. Albo zniknąć. Albo wszystko naraz.
Zanim zdążyłam się przed tym obronić, Syriusz stuknął swoją szklaneczką o moją szklaneczką i mruknął jakieś „na zdrowie”.
Odmruknęłam i podniosłam szklaneczkę do ust. Zawartość nie pachniała najlepiej – jasne, mogłam wyobrazić sobie miliard gorszych zapachów, ale i tak cieszyłam się, że nie musiałam tego przełykać.
Szybko odjęłam szklaneczkę od ust i zaczęłam rozglądać się za stolikiem. Pozbyć się jej i iść potańczyć, tak!
– Nie wypiłaś – zauważył. Spryciarz!
Wywróciłam oczami. Naprawdę liczyłam, że nie zauważy.
– Bo nie piję – powtórzyłam. Przez ułamek sekundy poczułam się głupio. Mogłam w ogóle nie brać tej szklaneczki.
– Nawet odrobinkę? Nie chcesz sprawić mi tej przyjemności, Annie?
– Jaką przyjemność sprawi ci wtłoczenie w mój organizm jakiejś podejrzanej substancji? – zapytałam, znów rozglądając się za stolikiem. Tylko tym razem dyskretniej.
– Olbrzymią.
Prychnęłam. Jeśli myślał, że to mnie przekona, to się pomylił.
– Zatem muszę cię rozczarować – stwierdziłam. – Mam zamiar trzymać się swoich zasad.
– Nie to nie – odpowiedział.
A potem zrobił najbardziej rozczarowaną minkę świata.
No dobra, to było bardziej przekonujące, ale nie znaczyło, że dam się złamać.
– Przestań – zaśmiałam się. – To nic nie da.
Czy muszę tłumaczyć, jaka była jego odpowiedź na mój protest?

***

Kiedy obudziłam się rano… Kiedy obudziłam się rano… Kiedy… Szlag by to. Kiedy obudziłam się następnego popołudnia, coś wydawało mi się bardzo nie w porządku.
Śniło mi się, że siedziałam na plaży i – co było absurdalne nawet we śnie! – jadłam piasek. Po obudzeniu to wrażenie nie minęło. Nadal nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że miałam w ustach Saharę. I pustynię Gobi – tak na dodatek. O niczym nie marzyłam bardziej, jak tylko o tym, żeby iść do łazienki i wypić parę litrów wody – ot tak, prosto z kranu.
Ale nie znajdowałam się w moim dormitorium!
To zdecydowanie uniemożliwiało mi dotarcie do łazienki bez uruchamiania skomplikowanych procesów myślowych. A przynajmniej bez zagłębienia się w odmęty pamięci i wydobycia na powierzchnię dość istotnej informacji: gdzie ja właściwie byłam? Próbowałam sobie przypomnieć wczorajszy dzień: śniadanie, mecz, rozmowa z Chevonne… a potem, o rany, ta impreza i Syriusz ze szklaneczką Ognistej… i jeszcze jedną, i jeszcze. I chyba kolejną, ale nie byłam pewna.
Dlaczego pamiętałam tylko kawałek tamtego wieczoru? I dlaczego, do diabła, miałam na sobie marynarkę Syriusza? Rozejrzałam się nerwowo po pomieszczeniu, próbując odnaleźć człowieka, który mógłby łaskawie mi to wytłumaczyć.
Wokół mnie rozpościerał się obraz nędzy i rozpaczy. Jestem przekonana, że pobojowisko po bitwie pod Hastings musiało wyglądać podobnie – z tą różnicą, że tutaj zamiast mieczy i innego rodzaju broni znajdowały się butelki, szklanki, kieliszki i talerze. Wody, jak zauważył mój mózg mimo lekkiego zamroczenia, nie było.
Był za to właściciel marynarki.
I szczerzył się tak samo, jak niewątpliwie musiał się szczerzyć Wilhelm Zdobywca. Co mogłam zrozumieć, bo sama czułam się jak Harold II. Z tą tylko różnicą, że chyba jeszcze żyłam. Popatrzyłam na niego, jakbym jednocześnie domagała się wyjaśnień i prosiła o wodę, co niewątpliwie dało komiczny efekt.
– Co? – spytał. – Obudziłaś się już? Naprawdę, Annie, rozumiem już, czemu nie pijesz. W stanie upojenia alkoholowego sprawiasz kłopoty nawet półprzytomna.
– C-co? – wychrypiałam. Wody! – O czym ty mówisz? Co się stało?
Wody, wody, wody!
– Nie chciałaś się położyć, rzucałaś się, próbowałaś swoimi krzykami pobudzić połowę zamku…
– O nie… – westchnęłam. Nadal potrzebowałam wody, ale teraz przez tę potrzebę przebijał się palący wstyd. – Ja… Było bardzo źle?
Wolałam dowiedzieć się od razu, niż później przypadkiem podsłuchać coś na korytarzu. Merlinie, a jeśli wygadywałam jakieś bzdury? Albo i gorzej?
– Bardzo. Ale nie martw się, do momentu, w którym nie zaczęliśmy wyprowadzać ludzi i nie mogłem kontrolować tego, ile pijesz, trzymałaś się całkiem nieźle, więc w zasadzie… – Uśmiechnął się. – W zasadzie ja i James jesteśmy jedynymi żyjącymi świadkami twoich upokorzeń.
Miałam ochotę zwinąć się w kłębek i zniknąć. Naprawdę.
– Co mówiłam? – zapytałam niepewnie, mając szczerą nadzieję, że nie będzie to nic, przez co powinnam skoczyć z wieży astronomicznej. Ostatecznie: co AŻ TAK złego mogłam powiedzieć?…
– Głównie krzyczałaś, że mamy cię nie dotykać, że ograniczamy twoją wolność i że potrzebujesz łazienki. Trzy podstawowe komunikaty.
Powoli wypuściłam powietrze. Nie było tak źle. W zasadzie nie było to nic, czego bym nie powiedziała w normalnym stanie. Może tylko nie afiszowałabym się tak z łazienką. Ale… gdyby to było wszystko, to by się tak nie uśmiechał, prawda? No, chyba że miałam coś na twarzy i niezwykle go to bawiło, ale nie sądziłam, by chodziło o to.
– Coś jeszcze? – drążyłam.
Początkowo nie odpowiedział. W zasadzie to, co zrobił, było o wiele bardziej przerażające niż jakiekolwiek słowa, które mógłby wypowiedzieć. Usiadł koło mnie (co wymagało od niego przesunięcia się aż o jeden metr!) i objął mnie. Tak, OBJĄŁ. Najzwyczajniej w świecie. Jakbym mu pozwoliła.
– Nie martw się tak, Annie, nikomu nie powiemy – wymruczał, tak, WYMRUCZAŁ mi do ucha i pocałował, tak, POCAŁOWAŁ mnie w policzek.
– O czym?! – krzyknęłam, instynktownie próbując się odsunąć. Ale nie za bardzo.
Przez myśl przeszły mi wszystkie najgorsze scenariusze. Co mogłam zrobić bądź powiedzieć? Wyrzekłam się swoich przekonań? Bredziłam coś o problemach z Chevonne? Nie, gdyby to było to, nie obejmowałby mnie i… i w ogóle. O Merlinie świetlistoróżdżkowy, chyba nie zgodziłam się za niego wyjść w Las Vegas, prawda?!
– O tych wszystkich twoich awanturach – powiedział. – A o czym innym?
Wyglądał zdecydowanie zbyt niewinnie. Coś było nie tak. Cała ta sprawa śmierdziała jak zepsuta żabia wątroba.
– Nie mówisz mi o czymś – syknęłam.
– Streszczam ci tylko to, czego moim zdaniem nie masz prawa pamiętać. Z resztą poradzisz sobie sama.
I znowu to zrobił. Z tym policzkiem. Jakby mu naprawdę, cholera, było wolno. Jakby…
– Odprowadzę cię – powiedział i, zanim zdążyłam dać mu w twarz, odsunął się na bezpieczną odległość. Chyba szukał w tym bałaganie sławetnej przepaski na oczy.
Spróbowałam się podnieść i poszło mi to lepiej, niż się spodziewałam. Nadal potrzebowałam wody i do tego bolała mnie głowa, ale miałam wszystkie kończyny i nie zauważyłam żadnych braków w odzieniu. W porządku, nie może być źle. Nie może… prawda? I co on miał, do cholery, na myśli mówiąc o tym, „czego mam prawo nie pamiętać”?! Czy było coś, co według niego POWINNAM pamiętać, a czego ZDECYDOWANIE nie pamiętałam?
Kiedy zbliżył się do mnie, by zawiązać mi oczy, postanowiłam przeprowadzić ostatni pytaniowy atak.
– Co dokładniej powinnam pamiętać? Co jeszcze mówiłam? Albo robiłam? Co w ogóle robiłam, to znaczy poza mówieniem? – wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu. Musi mi powiedzieć, to jego obowiązek! To on mi podał Ognistą, więc teraz musi pomóc mi uzupełnić wszelkie luki w pamięci!
Ale on tylko uśmiechnął się tajemniczo i rozpoczął trudny proces zawiązywania mi oczu.
Cały czas usiłowałam protestować – zarówno werbalnie, jak i niewerbalnie – ale najwyraźniej nie miał zamiaru udzielić mi żadnych odpowiedzi, nieważne, jak uparcie bym się ich domagała. To było okropnie irytujące – pamiętałam wszystko, co mi się w życiu przytrafiło (pomijając wczesne dzieciństwo, ale tego nikt nie pamięta), więc czułam się cokolwiek nieswojo, kiedy nie wiedziałam, co się ze mną działo przez cały wieczór… albo noc.
– Która godzina? – zapytałam nagle. Wiedziałam, że byłam tu dłużej, niż być powinnam, ale nie miałam pojęcia, o ile dłużej.
– Trzecia? – zaproponował. – Czwarta? Nie mam pojęcia.
– Rano?… – spytałam z nadzieją. Mogłam się założyć o czekoladę z Miodowego Królestwa, że zaprzeczy, ale jednak miałam nadzieję.
– O trzeciej rano kładliśmy cię spać.
– Ale mecz był wczoraj, prawda? – upewniłam się. – Nie przespałam tygodnia czy coś?
Naprawdę wolałabym się wszystkiego dowiedzieć od razu. Dlaczego nie mógł mnie od razu oświecić?!
– Oczywiście, że wczoraj.
Zawiązał mi te oczy, ale – choć tego nie widziałam – mogłam założyć się, że wcale się nie odsunął. Był bardzo blisko. Znowu. A mnie wystarczało już to, że byłam ubrana w jego marynarkę.
Stop.
Dlaczego w zasadzie byłam ubrana w jego marynarkę?!
– Możesz mi TO wyjaśnić? – zapytałam, wskazując na marynarkę. Nie żebym miała coś przeciwko.
Prawdopodobnie gdybym myślała bardziej logicznie, to zdjęłabym ją od razu i domagała się wyjaśnień. Bardzo stanowczo. Albo zabrałabym ją do dormitorium, żeby mieć coś, co nim pachniało. Kto wie. …Zaraz, o czym ja myślę?! Oczywiście, że bym ją natychmiast oddała!
Co więcej – zaraz mu ją oddam!
– Było ci zimno.
Prychnęłam. Żałosna wymówka! Nie wiedziałam, co chciał osiągnąć, wciskając mi swoją marynarkę – bo tak, na pewno ubrał mnie w nią na siłę! – ale nie miałam zamiaru tego tolerować. Ani mieć jej na sobie ani sekundy dłużej!
Tak szybko, jak tylko mogłam, zdjęłam ją z siebie i wyciągnęłam przed siebie rękę, w której ją trzymałam.
– W takim razie oddaję – stwierdziłam chłodno.
Ale Syriusz jej ode mnie nie zabrał.
Stało się coś bardzo dziwnego i bardzo niewytłumaczalnego. Black… Black przysunął się jeszcze trochę, by szepnąć (tak, szepnąć!) mi do ucha:
– Nie musisz.
Po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz i nie mogę powiedzieć, by było to nieprzyjemne… Przez co zirytowałam się jeszcze bardziej.
– Oczywiście, że muszę – zaczęłam. – Nie mam zamiaru zbierać cudzych marynarek i… Po prostu nie mam – zakończyłam słabo, przypominając sobie, o czym kilka chwil temu pomyślałam. Mogłabym ją schować w kufrze, żeby nikt nie zobaczył…
Nie, Annie, opanuj się! Jesteś niezależną kobietą i nie będziesz trzymać w kufrze marynarki jakiegoś arystokratycznego babka tylko dlatego, że wspomniany bubek nieziemsko pachnie!
I nieziemsko…
Matko kochana.
Nieziemsko całuje.
Mimowolnie przysunęłam się do niego, gdy tylko poczułam jego oddech na swojej twarzy. A potem, kiedy poczułam jego usta na swoich, przysunęłabym się jeszcze bliżej, gdyby to było możliwe. No i gdybym nie trzymała czegoś w ręku… Chwila, co ja trzymam? Nie mogłam sobie przypomnieć. Chciałam za to na niego spojrzeć, ale nadal miałam zawiązane oczy, co uniemożliwiało mi patrzenie na cokolwiek. Zamiast tego skupiłam się na zapachu – tak, mówiłam, że nieziemskim! – i… o Merlinie, nie wiedziałam, że ktoś taki potrafi tak całować. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie przerywał. Nigdy. Moglibyśmy tak stać i stać, i stać…
Wypuściłam z ręki jego marynarkę – po co ją właściwie trzymałam? – i dotknęłam tą ręką jego karku, delikatnie mierzwiąc włosy u nasady karku. O Merlinie, to było naprawdę – i mam na myśli NAPRAWDĘ…
Stop!
Co ja najlepszego robię?!
Natychmiast zabrałam rękę i spróbowałam się odsunąć na tyle, na ile mogłam bez obawy, że na coś wpadnę i zrobię sobie krzywdę. To znaczy większą krzywdę. Co on sobie myślał?! Co ja sobie myślałam?!
Przecież to był… Przecież to był… Przecież to był Syriusz Black, do diabła! Pieprzony arystokrata. Dupek bez sumienia. Wyzyskiwacz! Kapitalista! Nie mogło mi się podobać!
– Annie… – zaczął, ale nie dałam mu dokończyć.
– Nie mam pojęcia, co sobie myślałeś, Syriuszu Black, ale ŹLE myślałeś! – krzyknęłam. – Nie masz prawa robić tego… co przed chwilą zrobiłeś!
Nawet jeśli mi się podobało – i to za bardzo, bym mogła się przyznać, pomyślałam, od razu jednak wyrzucając tę myśl z głowy.
– Nie mam pojęcia, skąd ci przyszło do głowy, że możesz mnie pocałować, ale lepiej, żeby to się nie powtórzyło! Merlinie, masz mnie za jakąś pierwszą lepszą? Albo za którąś z tych dziewuszek, które tylko czekają, aż jakiś przystojniak skinie palcem i…!
Przestałam kontrolować to, co mówię. Trzęsłam się ze złości i nie byłam pewna, na kogo jestem bardziej zła: na siebie czy na niego. Jak mogło mi się to podobać?! Jak on mógł się OŚMIELIĆ?!
Granda! Na szafot! Pozbawić głowy tego nadętego kretyna!
– Annie… – próbował mnie uspokoić.
Jego szczęście, że miałam zasłonięte oczy, bo chyba bym mu zmasakrowała tę śliczną buźkę.
– Nie próbuj odwrócić mojej uwagi! Żeby mi to było pierwszy i ostatni raz! – krzyknęłam. W porządku, nie chciałam, żeby to było ostatni raz. Ale nie ma mowy, żebym mu o tym powiedziała. Nigdy, przenigdy. – A teraz zaprowadź mnie gdziekolwiek, żebym mogła zdjąć tę cholerną opaskę i po prostu zostaw mnie w spokoju!
– Annie, ale my przecież…
– My przecież co?! – krzyknęłam, z furią zrywając z oczu opaskę. – Co takiego, Syriuszu? – zapytałam, podchodząc do niego na tyle blisko, żeby móc mu spojrzeć w oczy i spróbować dostrzec skruchę. Żadnej skruchy tam nie był. – I jacy znowu „my”?! Nie istnieje nic takiego jak „my”! – dodałam, ciskając w niego opaską.
Po czym najzwyczajniej w świecie rzuciłam się do panicznej ucieczki. Istniało realne niebezpieczeństwo, że jeśli jeszcze przez chwilę popatrzę mu w oczy, to zaraz powstanie jakieś „my”, bo najzwyczajniej w świecie się na niego rzucę. A o tym nie mogło być mowy! Nie teraz, nie jutro, nie za tydzień. Nigdy!
Nie pobiegł za mną.

Advertisements
17. O szkodliwości trunków wszelakich

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s