16. O tym, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda

Do końca tygodnia codziennie ćwiczyliśmy i w sobotni wieczór byłam w stanie transmutować każdy dowolnie wybrany kubek w widelec, który śmiało mógłby wylądować w każdej szufladzie i nie dałoby się go odróżnić od innych. Co więcej, udawało mi się je później transmutować z powrotem w kubki, co było nie lada sukcesem. Byłam Syriuszowi naprawdę wdzięczna i w głębi duszy cieszyłam się, że jednak nie zrealizowałyśmy z Chevonne tego planu (co nie znaczyło, że nie zrealizujemy go w przyszłości).
W końcu nadszedł niedzielny poranek. Mecz quidditcha miał się zacząć za jakąś godzinę, a ja postanowiłam znaleźć Chevonne. Liczyłam, że do tego czasu złość już jej przeszła – bo nie rozmawiałyśmy ze sobą od czasu tego feralnego dnia, kiedy mnie obraziła.
Nie było jej na śniadaniu. Śniadaniu, które upłynęło mi na namawianiu Jamesa, żeby coś zjadł. Czy to stały problem zawodników – jadłowstręt w dniu meczu? Wydało mi się, że jeszcze co najmniej trzynaście innych dziewcząt w tym momencie tłumaczyło biednym chłopcom koło nich, że śniadanie nie jest trujące.
– James, nie zachowuj się jak dziecko, weź tego tosta – powtórzyłam po raz en-ty, wskazując kawałek pieczywa skąpo posmarowanego dżemem.
James tylko pokręcił głową i wpatrywał się w jakiś punkt, gdzieś daleko, daleko, na przeciwległej ścianie.
Westchnęłam ciężko, po czym zajęłam się swoim śniadaniem. Uznałam, że wrócę do tego problemu, kiedy sama już coś zjem.
– James, Annie ma rację – nieoczekiwanie do całego tego namawiania dołączyła Lily. Lily, która właśnie łaskawie pojawiła się na śniadaniu. – Musisz jeść. Inaczej jak skopiesz im wszystkim tyłki?
Czy koniecznym jest dodanie, że James od razu spożył tosta, którego ja przez piętnaście minut nie mogłam w niego wmusić?
Wtedy zauważyłam, że do Wielkiej Sali weszła Chevonne. Nie wyglądała na specjalnie podekscytowaną. Po prostu podeszła do stołu Puchonów i, nawet nie patrząc w moją stronę, zabrała się do jedzenia. Poczułam ukłucie żalu. Powinna była spojrzeć. Sama nie wiem dlaczego, ale powinna.
Czy powinnam była do niej podejść?
To nie moja wina, że się pokłóciłyśmy (o ile tam można było nazwać to, co się stało parę dni temu), ale skoro jej zakuty łeb nie pozwalał jej się przyznać do błędu, to może ja powinnam wyciągnąć rękę na zgodę? Chociaż mogłaby to odebrać jako potwierdzenie jej przypuszczeń, a nie o to mi chodziło.
Zdecydowanie nie o to.
– Nie martw się, Annie, wygramy – Syriusz opacznie zrozumiał moje nagłe pogorszenie nastroju. – I, zobacz, James już je. No, spokojnie.
Uśmiechnęłam się do niego niemrawo i pokiwałam głową, po czym zabrałam się za przygotowywanie sobie drugiego tosta. Przez cały ten stres związany z korepetycjami nie odżywiałam się najlepiej i uznałam, że teraz należy to naprawić. O ile dżem truskawkowy był tym, czego mój organizm potrzebował. Chociaż jakoś nie słyszałam, by protestował.
– Annie! Nie musiałaś! – powiedział i, zanim zdążyłam zrozumieć, o co mu chodzi, porwał mojego tosta. – Aż tak się martwisz? Mnie nie trzeba specjalnie odżywiać. Sam się karmię. Ale to miłe.
– Ej, to był…! – zaczęłam, po czym zdałam sobie sprawę, że nie warto rozpętywać wojny o tost, kiedy niedługo zacznie się gra. Miałam też nieodparte wrażenie, że reszta Gryfonów miałaby do mnie straszny żal, gdybym rzuciła w jednego z najlepszych graczy kubkiem z herbatą. – …mój tost – dokończyłam pod nosem tak, by nikt nie usłyszał.
– Tym bardziej jestem ci wdzięczny.
A potem znowu to zrobił. To z czołem.
Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie i odruchowo zerknęłam na stół Puchonów.
No tak, Chevonne. Oczywiście musiała wybrać akurat TEN moment, żeby spojrzeć! Oczywiście w tej sytuacji straciłam resztki nadziei, że będziemy wspólnie uczyć się do egzaminów, piec ciasteczka czy co jeszcze można robić z przyjaciółmi.
I co? Miałam na niego nakrzyczeć? Nie wiedział, że zniszczył moją przyjaźń, a tłumaczenie mu tego wymagałoby zniszczenia naszego planu i…
– Powodzenia – rzuciłam tylko i uciekłam stamtąd najszybciej, jak się dało.

***

Przepychałam się przez tłum uczniów siedzących na trybunach w jednym celu. Znaleźć Chevonne. Wytłumaczyć. Zwalić winę na Syriusza! Cokolwiek.
Oczywiście musiała wybrać sobie miejsce, do którego najtrudniej się było dostać. Ja jednak byłam przekonana, że muszę to zrobić i przepchnęłam się przez jakąś wyjątkowo głośną grupę pierwszoroczniaków, żeby stanąć koło Chevonne.
– Hej – powiedziałam, choć zabrzmiało to mało zachęcająco. – Masz coś przeciwko, żebym tu usiadła?
– Jeśli się zmieścisz… – powiedziała i łaskawie nie przesunęła swojej torby, która zajmowała ostatnie wolne miejsce na ławce.
– Dzięki – odparłam, siadając koło niej.
Przez chwilę czekałam, mając nadzieję, że może coś powie. Ale nie, milczała. Nawet na mnie nie patrzyła – zupełnie jakby udawała, że mnie tu nie ma.
– To nie było tak, jak myślisz – powiedziałam. – To był mój tost.
Brzmiało to trochę jak pięciolatka próbująca wytłumaczyć, że nie wolno zabijać kotka, bo ma oczka. Zero logiki.
– Co nie było? – spytała obojętnie.
– Przecież wiesz – mruknęłam.
Miałam zamiar dać jej spokój i po prostu tępo gapić się na grę, ale uznałam, że to nie ma sensu: niczego w ten sposób nie rozwiążę, a nie po to przepychałam się przez ten dziki tłum, żeby siedzieć koło Królowej Śniegu, która całym swoim jestestwem negowała moją obecność.
– Wiesz co? Jeśli chcesz milczeć i się obrażać, to proszę bardzo, nie będę cię powstrzymywać, ale chcę ci tylko powiedzieć, że nie stało się nic, za co powinnam się wstydzić. W ogóle NIC się nie stało! Nie mam pojęcia, co sobie wyobrażasz, ale jeśli masz wobec mnie jakieś zarzuty, to powinnaś mi o nich powiedzieć prosto w twarz. Tak robią przyjaciele! – powiedziałam na tyle głośno, że kilka osób z sąsiednich miejsc spojrzało na mnie ni to z zainteresowaniem, ni to karcąco.
– Po prostu nie podoba mi się twoja hipokryzja – odpowiedziała. – Najpierw godzinami opowiadasz o tym, jak to zwalczasz klasę wyższą, a potem… potem…
– A potem robisz słodkie oczka do obu Blacków.
– Nieprawda! – oburzyłam się. – To, że z nimi rozmawiam, nie znaczy, że robię, jak to ujęłaś, słodkie oczka! Jasne, to arystokraci i mam im sporo do zarzucenia, ale to nie znaczy, że nie mogę z nimi rozmawiać na inne tematy! Poza tym – dodałam, bo nagle przypomniał mi się koronny argument – nie bardzo możesz mnie krytykować, skoro sama chodziłaś z Syriuszem. Ja z nim tylko rozmawiałam.
W porządku, wiem, że to był argument poniżej pasa. Ale chciałam oczyścić atmosferę, to chyba dobrze, prawda?
– Ale ja, w odróżnieniu od ciebie, nie głoszę na prawo i lewo, że tacy jak Blackowie powinni być unicestwieni!
– Na prawo i lewo może i nie – mruknęłam pod nosem, po czym zmierzwiłam sobie włosy, nabrałam powietrza i zaczęłam głośno, wyraźnie i, co najważniejsze, spokojnie: – Posłuchaj, wiem, jak to może wyglądać z twojej perspektywy, ale nie mam wpływu na to, jak oni się zachowują. Jeśli o mnie chodzi, nadal mam te same poglądy i nie planuję ich zmieniać tylko dlatego, że z nimi czasami rozmawiam. Nadal uważam, że arystokracja powinna być wycięta w pień i nie wstydzę się tego powtarzać. Nie uważam swoich rozmów z nimi za łamanie zasad czy sprzeniewierzanie się własnym poglądom.
Jasne, że nie uważałam. Głównie dlatego, że mój mózg w jakiś dziwny, magiczny sposób oddzielał od siebie te dwie kwestie, nawet przez chwilę nie sugerując mi, że powinnam się nad nimi obiema zastanowić jednocześnie.
– Ale oni TEŻ są arystokracją, Annie. Nie udawaj, że nie rozumiesz, w czym leży problem. – W końcu na mnie spojrzała. Miała naprawdę, naprawdę smutne oczy. – Zmieniłaś się. Porzuciłaś swoje ideały. I to przez kogo! Przez parę napuszonych… nadętych…
– Nieprawda! – Jej słowa zabolały mnie tak bardzo, że aż zerwałam się z miejsca. – Nieprawda, Chevonne. Jeśli tak uważasz, to znaczy, że wcale mnie nie znasz!
Kątem oka zauważyłam, że przyglądało nam się coraz więcej osób. Nie miałam zamiaru robić sceny, ale teraz było już na to trochę za późno.
– Nie miałam pojęcia, że tak źle mnie oceniasz! Wierzę w to, co mówię, i kilku cholernych arystokratów nie spowoduje, że zmienię zdanie! Powinnaś o tym wiedzieć po tych wszystkich rozmowach!
– Bo poza tym, że są arystokratami, są też ludźmi. Ludźmi, Chevonne! Słyszałaś kiedyś ten termin? Nie wiem, w co ty wierzysz, ale ja wierzę, że wszyscy ludzie są równi. Co daje mi prawo gardzić nimi? Tak, arystokracji należy się pozbyć, ale to nie znaczy, że każdego arystokratę trzeba potraktować Avadą!
Spojrzałam na nią z obawą. Czy to możliwe, żebyśmy się jednak aż tak różniły w naszych poglądach?… Czy to możliwe, że przeoczyłam coś takiego?
– Liczyłam raczej na coś w stylu „och, oni są zupełnie inni niż cała reszta”.
Zawahałam się. Te słowa przypomniały mi o rozmowie z Jamesem na temat rodziny Syriusza i tym, jak ciężko było mi zdecydować, co te słowa zmieniają – o ile w ogóle coś – i dlaczego. Ale nie mogłam tego powiedzieć Chevonne. A już na pewno nie mogłam tego wykrzyczeć przy połowie Hogwartu!
– To się przeliczyłaś – stwierdziłam obojętnie, starając się opanować. Nie powinnam tracić nad sobą panowania, jeśli mogło się to skończyć wyjawieniem cudzego sekretu. – Nie miałam zamiaru mówić nic takiego.
– Na to wygląda.
Zapadła chwila bardzo krępującego milczenia. Na szczęście dla nas – i dla naszej prywatności – Gryffindor zdobył punkty i uwaga publiczności przeniosła się z powrotem na boisko. Na nieszczęście dla mnie, uwaga Chevonne wciąż była skupiona na mnie.
– To kiedy powiesz Regowi, że twoi rodzice są mugolami? – spytała nagle.
– Kiedy rozmowa zejdzie na ten temat – odpowiedziałam wymijająco.
W końcu do tej pory nie pytał, prawda? To nie moja wina. Nie chodzę przecież po Hogwarcie i nie kłamię wszystkim, że mam krew czystszą niż wszystkie arystokratyczne rody razem wzięte, prawda? Poza tym – może go to nie interesowało. Może lubił mnie za to, jaka jestem, a nie za to, co płynie w moich żyłach. A może po prostu zataiłam ten drobny szczegół. Nieważne. W każdym razie mógł zapytać.
– Żebyś się tym swoim Regulusem nie zdziwiła – odpowiedziała.
Zmarszczyłam nos. Czyta mi w myślach czy co?
– Nie mam zamiaru – stwierdziłam chłodno. – Zwykle wiem, czego mogę się spodziewać po ludziach.
Chciałam dodać jeszcze jakiś złośliwy komentarz na temat tego, jak pochopnie mnie oceniła i jak krzywdząca to była ocena, ale się powstrzymałam.
Ona też się powstrzymała. Odwróciła ode mnie wzrok i wróciła do kontemplacji gry. A raczej – kontemplacji tych szaleństw, które odstawiali tam James z Syriuszem.
Odpowiadało mi to. Większość osób na trybunach z uwagą śledziła dalsze losy meczu, a my po prostu milczałyśmy, obie pogrążone we własnych myślach. Czasami nam się to zdarzało, ale o ile wcześniej tego rodzaju cisza i nastrój kontemplacyjny były mile widziane, o tyle teraz zwyczajnie mnie męczyły; miałam nawet wrażenie, że odcinają mi dopływ powietrza. Chciałam wstać i odejść – iść gdziekolwiek, wrócić do zamku, posiedzieć w pustym dormitorium czy w sowiarni, ale perspektywa przepychania się między rzędami nagle odebrała mi cały zapał.
Byłam na nią zła. Bo zupełnie nie miała racji. Wcale… Wcale nie zmieniałam moich poglądów tak, by pasowały do moich znajomości. Nie byłam hipokrytką. Nie sympatyzowałam z wyższymi klasami. Ja tylko…
Merlinie, nie byłam w stanie stwierdzić, co takiego „ja tylko”. Wiedziałam z całą pewnością, że moje poglądy nie uległy zmianie, ale wiedziałam też, że, nawet jeśli czasami mówię i myślę coś zgoła innego, w gruncie rzeczy nie chcę zrywać znajomości z żadnym z Blacków. Powiedziałam Chevonne prawda: obaj byli przede wszystkim ludźmi, a dopiero na drugim miejscu arystokratami. I nie miał znaczenia fakt, że jeden był najwyraźniej czarną owcą w rodzinie, zaś drugi… drugi prawdopodobnie był oczkiem w głowie i sam zajmie się zrywaniem naszej znajomości, kiedy się dowie o moim pochodzeniu, Chevonne miała rację. Czy powinnam mu powiedzieć? Nie chodziło o to, że byłam tchórzem – po prostu uznałam, że gdybym mu powiedziała, to by znaczyło, że uznałam to za istotny fakt. A wcale taki nie był. Przynajmniej dla mnie. Segregowanie ludzi ze względu na płeć jest… równie obrzydliwe, co segregowanie ludzi ze względu na klasę społeczną? Nie! Gorsze! Dużo gorsze!
Westchnęłam. Nadal miałam wrażenie, że brakuje mi powietrza, straciłam też całe zainteresowanie grą. Nie mogłam się wprost doczekać, aż ktoś złapie znicza i wszyscy sobie gdzieś pójdą. Nie wiedziałam, kiedy ten tłum zaczął mi przeszkadzać, ale teraz byłam więcej niż świadoma jego obecności.
Tłum. Czy jest na tym świecie coś wzbudzającego większą obrazę? Co innego – grupa. Zgromadzenie. Ale tłum sam w sobie zakładał jakąś bezmyślność, jakieś tępe podporządkowanie się schematowi.
Nieświadomie zadrżałam. Od kiedy brzydziłam się tłumem? Masą? Od kiedy uważałam, że to stado owiec, prowadzonych bezmyślnie przez przewodnika…? Potarłam skronie. Coś było nie tak. Czy Chevonne mogła mieć rację; czy coś się zmieniło?
Moje rozważania przerwał radosny okrzyk tłumu. Ktoś złapał znicza. Jako, że tłum naokoło mnie był dość mieszany, początkowo nie mogłam zrozumieć, kto. Ale po chwili okazało się, że to James, oczywiście.

Advertisements
16. O tym, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s