15. O tym, że nie każdemu uczniowi dane jest przerosnąć mistrza

W czasie przerwy obiadowej nie chciałam iść do Wielkiej Sali – w końcu mogłabym tam wpaść na Syriusza, a nie chciałam z nim rozmawiać, póki sobie nie poukładam wszystkiego w głowie. Kiedy więc wszyscy z radością pałaszowali obiad, jak poszłam do sowiarni z nadzieją, że uda mi się tam spokojnie pomyśleć. O wszystkim, co stało się od końca sierpnia. O tym, jak bardzo Hogwart różni się od Beauxbatons. O tym, jak różnią się ludzie. O Syriuszu? Tak, zdecydowanie to właśnie on zajmował największą część moich myśli. Stwierdzenie, że jest zadufanym w sobie bubkiem zajęło mi ledwie kilka sekund i nigdy nie przyszło mi do głowy, że to może być tylko fasada. Czy słowa Jamesa zmieniły coś w tym, jak postrzegałam Blacka? Czy powinny?…
Och, przecież Syriusz wielokrotnie dawał mi odczuć, jakim strasznym bubkiem jest! Nie chodziło tylko o to, że byłam uprzedzona. On po prostu… po prostu nie umiał się zachować. Nie musiałam wiele się zastanawiać, by wyliczyć sytuacje, w których czymś zawinił. Jak choćby biedna Chevonne. Albo to pastwienie się nade mną przy śniadaniu.
I do tego ta okropna arystokratyczna poza! Gdyby usawić w jednym szerego dziesięciu zwykłych hogwartczyków i Syriusza, każdy, ale to każdy wskazałby, że to on jest arystokratą. Nawet zanim by się odezwał. To po prostu było widać. Kwintesencja burżujstwa, wszystkiego, z czym przysięgałam walczyć!
Chociaż… James mówił, że nie jest taki. Że jego rodzina chce go wydziedziczyć, że nie mają najlepszych relacji. Więc może to jednak tylko poza? Udaje, że jest taki, żeby było łatwiej? Albo jest taki, jaki inni sądzą, że jest? Ale wtedy dlaczego swoim zachowaniem tylko potwierdzałby moje zarzuty? Czy James mógł mnie okłamać?
Nie, przecież Potter był moim przyjacielem. Ale, z drugiej strony, był też przyjacielem Syriusza. Może to wcale nie była prawda. Może Syriuszowi nie zależało. Może to tylko James próbował nas pogodzić, żebyśmy wreszcie mogli wychodzić wszędzie razem. W imię wygody naopowiadał mi takich bajeczek i…
Sama sobie nie wierzyłam.
Wystarczyło spojrzeć na Regała. Tak, on był synalkiem swoich rodziców. Zaczynałam rozumieć ich wzajemną niechęć. Syriusz – wydziedziczony. Reg – prawowity. Wszystko układało się w spójną całość.
Ale w takim razie dlaczego robił to wszystko, co robił? Jeśli faktycznie był inny? Przecież nie znosi mnie tak samo, jak ja jego nie znoszę… znosiłam… znoszę. Na Merlina, sama nie byłam pewna tego, co czuję. Wiedziałam, co powinnam czuć, ale nie pokrywało się to z tym, co czułam w rzeczywistości.
Może z nim było tak samo? Też wiedział, co powinien czuć i jak powinien się zachowywać, ale mu nie wychodziło? Albo wychodziło za dobrze? Może był biednym, zagubionym dzieciakiem, który…
Stop, Annie, przeginasz, upomniałam się.
Mogłam go usprawiedliwiać, mogłam go rozumieć, ale, na litość, są pewne granice. Nie ma mowy, żebym zrobiła z niego męczennika. Zwłaszcza, że nie byłam jeszcze pewna… Właściwie niczego. Słowa Jamesa pomogły mi rozwikłać pewne kwestie, ale inne zawikłały jeszcze bardziej.
Najbardziej przerażało mnie to, że Syriuszowi zależy. Na czym? Na mnie? Na mojej opinii? Na… Co go do diabła obchodzi taka mała Annie? Błagam. Tacy ważni panowie mają na głowie sprawy ważniejsze od małych rewolucjonistek.
Oparłam głowę o chłodną ścianę, jakbym chciała przelać w nią nadmiar myśli. Potrzebowałam czegoś stałego, jakiegoś punktu zaczepienia. Czegoś, co nie może zostać tak łatwo podważone, czegoś, czego byłam pewna. I potrzebowałam tego naprawdę szybko, bo czasu dzielącego mnie od korepetycji było coraz mniej, a ja nadal nie wiedziałam, jak się zachować. Udawać, że o niczym nie wiem? Porozmawiać z nim? James mówił, że po prostu mam w niego niczym nie rzucać. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Zawsze to jakieś rozwiązanie, ale nie to, którego potrzebowałam.
Przede wszystkim nie wiedziałam, czy powinnam z Syriuszem… poważnie porozmawiać. Ostatnio odkryłam, ze nie byłam zbyt dobra w poważnych rozmowach. Może lepiej byłoby zachowywać się czysto profesjonalnie? Parę zaklęć, trochę nerwów i z głowy?
Ale z drugiej strony – wiedziałam, że jeśli będziemy przebywać w jednym pomieszczeniu sami dłużej niż pięć minut, to któreś z nas powie coś, co spowoduje, że znów zaczniemy się sprzeczać. Nie powiem, nawet lubiłam te nasze drobne utarczki (te mniej drobne mniej, nie znosiłam odwiedzać skrzydła szpitalnego i tłumaczyć, co się stało z moją twarzą), ale jakoś nie miałam na nie teraz ochoty.
Co ten James sobie wyobrażał? Że może zrzucić na mnie bombę wodorową, a potem kazać zachowywać się, jakby nic się nie stało?!
Mężczyźni!

***

Wieczorem siedziałam w pokoju wspólnym jak na szpilkach. Miałam nadzieję, że Syriusz jednak się nie zjawi – może coś mu wypadnie, może zapomni, może cały ten pomysł z korepetycjami był jednym, wielkim i nieśmiesznym żartem? W każdym razie nie miałam lepszego wyjścia jak tylko czekać.
Niestety. Punktualnie za piętnaście dziesiąta, gdy większość grzecznych Gryfonów udała się spać, zjawił się Syriusz. Ku mojemu zdziwieniu wyglądał na całkiem radosnego. A przynajmniej uśmiechał się, ukazując tym samym te swoje piekielnie amanckie zęby.
– Jednak przyszłaś – zauważył niezwykle inteligentnie. – Bałem się, że w akcie buntu się nie zjawisz.
Usiadł tuż koło mnie. Zbyt tuż, jeżeli mieliśmy się uczyć. A mieliśmy się uczyć.
– McGonagall chyba by mnie zjadła – stwierdziłam, starając się nieznacznie odsunąć.
W końcu transmutacja wymagała skupienia, a jak ja się miałam skupić w takich warunkach? Powinien usiąść po drugiej stronie stołu. Albo w drugim kącie pokoju wspólnego. W końcu będziemy tylko transmutować widelce, to nie wymaga aż tak bliskiego kontaktu!
– Boisz się jej? – zapytał.
Spojrzałam na niego i zaraz tego pożałowałam. Okej, nie tylko powinien siedzieć w drugim końcu pokoju, ale powinien mieć na sobie kominiarkę. I ciemne okulary. Tak na wszelki wypadek.
– Jak każdy – odpowiedziałam, starając się, żeby zabrzmiało to naturalnie. – Wolałabym nie odbywać z nią za dużo rozmów w cztery oczy.
Podobnie jak wolałabym nie odbywać innych rozmów w cztery oczy. Nagle stałam się bardzo świadoma, że właśnie takową rozmowę odbywam.
– Obronię cię.
Te słowa… Poczułam się strasznie dziwnie. Strasznie. Z jednej strony – bezpiecznie, pewnie i absolutnie cudownie. Z drugiej – jak one nie pasowały do Syriusza! Przecież… Przecież… O mamo, to był Black. A ja złapałam się na tym, że znowu siedzę bliżej i moje odsuwanie się sprzed minuty nic nie dało.
– To znaczy, my cię obronimy. Ja i James – poprawił się niemal automatycznie. Niemal. Te trzy sekundy ciszy zdążyły przewrócić mi w głowie.
– Oczywiście – potwierdziłam, jakbym w ogóle, ale to w ogóle nie zauważyła tych trzech sekund i jakby nic się w tym czasie nie zmieniło.
Bo się nie zmieniło. Ani trochę. A skądże. Wcale. Wszystko było tak samo i… Merlinie, to się nie uda. Nieważne, jak dobrze idzie, zaraz się pokłócimy. Za chwilę. A ja powiem coś, czego nie powinnam, Syriusz się dowie, że James mi powiedział i… I co właściwie?
To wszystko było zbyt skomplikowane.
– To co, zabieramy się za te widelce? – zapytałam, starając się nie poruszać. Skoro odsuwanie się nic nie dało, to chociaż nie będę się ruszać. Wcale. Może powinnam też zacząć wstrzymywać powietrze?
Zrobiłam głębszy wdech, żeby sprawdzić, czy powinnam.
Jeśli chciałam się skupić – zdecydowanie.
Dlaczego on tak pachniał? No dlaczego?!
– Jasne – odpowiedział. – Skoczę tylko po jakieś kubki. Mam nadzieję, że Rogaty łaskawie je w końcu pozmywał.
I zniknął. Tak po prostu! Tak bez uprzedzenia!
Uznałam, że to świetny moment, żeby się uspokoić. Kilka głębszych oddechów i… O, właśnie, małe przemeblowanie. Powinnam usiąść na innym krześle. Po drugiej stronie stołu. Tak w imię nauki!
Kiedy już zmieniłam siedzisko, uznałam, że stolik nie stoi pod najlepszym kątem i powinnam go przestawić. Zdecydowanie powinnam. Też w imię nauki. Miałam tylko nadzieję, że uda mi się to zrobić szybko, zanim Syriusz wróci. Może nie zauważy tej niewielkiej zmiany wystroju? Może uwierzy, jeśli powiem, że to nie ja? Może po prostu nie rozumiem, po co to robię i mam wrażenie, że się wygłupiam?
– Co robisz?
Wrócił szybciej, niż powinien. I w dodatku, złośliwy, zamiast spokojnie usiąść na kanapie i przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego, stał nade mną jak idiota dzierżąc w dłoni jakieś prawdziwe miriady kubków.
– Ja, um… No wiesz, lepszy przepływ naturalnej energii – wymamrotałam. Pamiętam, że czytałam o czymś takim w jakimś mugolskim czasopiśmie, które wpadło mi w ręce w wakacje. – Trzeba pracować twarzą do wschodu i prostopadle do północy czy coś takiego. To poprawia skupienie – dodałam. Zdobyłam się na ton, który prawie świadczył o tym, że w to wierzyłam. Prawie.
– Myślę, że jakakolwiek forma pracy by ci nie zaszkodziła – odpowiedział i jednak usiadł na tej kanapie.
Kubki wylądowały na stoliku.
– Najpierw ty.
Wyciągnęłam różdżkę i popatrzyłam na kubki, jakby właśnie wymordowały mi całą rodzinę. W tym momencie na całym świecie nie było niczego, czego bym nienawidziła bardziej, ale jednak wolałam patrzeć na nie niż na Syriusza – a gdybym tylko podniosła wzrok, niechybnie spocząłby właśnie na nim.
Zrobiłam wdech – teraz, kiedy dzielił nas stolik, wydawało się to dość bezpieczne – i wypowiedziałam odpowiednią formułę, żeby zamienić kubek w widelec. Nic z tego. Owszem, kształt się trochę zmienił, ale mój widelec był w połowie fajansowy i przy jednym z ząbków starczało dorodne uszko.
Westchnęłam ciężko.
– Nigdy się tego nie nauczę – mruknęłam.
Feralny kubek znów był kubkiem w stu procentach swojej kubkowości.
– Pokażę ci, jak to zrobić.
I wtedy wydarzyła się prawdziwa tragedia. Syriusz Black złapał mnie za rękę. W celach dydaktycznych. Ale mój cholerny organizm nie rozumiał jego czystych intencji. Mój organizm…
– Musisz wykonać ręką coś takiego – powiedział i zaprezentował, a ja czułam, czułam!, że jeszcze parę sekund i oszaleję. – I wypowiedzieć zaklęcie. Nic prostszego. Sama zobacz.
Jeszcze raz machnął moją ręką, starannie (i z odpowiednio rozłożonymi akcentami) wypowiadając formułkę. I stało się. Kubek przemienił się w widelec.
– To niemożliwe! – krzyknęłam, na chwilę zapominając (no, częściowo zapominając) o tym, że nadal trzymał mnie za rękę. Byłam zarumieniona, ale można to było zwalić na skupienie i cały intelektualny wysiłek, z jakim wiązały się próby transmutowania czegokolwiek. – Przecież za każdym razem tak robię! O, tak…!
I machnęłam ręką, żeby zademonstrować jak. Tą ręką, do której uczepiona była jego ręka. Czyli machnęłam obiema. I nagle poczułam się hiperświadoma tego machnięcia. Czy powinno się tak machać cudzą ręką? W celach dydaktycznych, rzecz jasna?
– Źle! – powiedział i momentalnie unieruchomił obie nasze ręce. – Zbyt gwałtownie. To delikatne rejony magii nie sklep rzeźniczy, Annie.
Zacisnęłam zęby, żeby nie rzucić jakiegoś zjadliwego komentarza. W końcu poświęcał mi swój czas, choć wcale nie musiał. Mogę zrobić przynajmniej tyle, że nie będę go z tego powodu obrażać… Przynajmniej nie w ciągu pierwszego kwadransa korepetycji.
– W porządku, rozumiem – mruknęłam, celując różdżką w drugi kubek.
Formułka, formułka, cholera, muszę się na niej skupić, pomyślałam, starając się zignorować fakt, że nasze ręce w najlepsze udawały bliźnięta syjamskie.
Ale jak na złość – nic nie chciało mi wyjść.
– Zaraz się uda – zapewniłam. – Już wiem, co robię źle!
Spróbowałam jeszcze raz. I jeszcze.
Jakiś kwadrans później na stole było mnóstwo źle przetransmutowanych widelcokubków. Niektóre z nich nawet bez uszek, ale żaden nie był idealnym widelcem. Gdzieś w międzyczasie Syriusz przestał mnie trzymać za rękę i usiadł z powrotem na kanapie. To jeszcze pogorszyło rezultaty moich wysiłków.
W końcu opuściłam różdżkę i oparłam czoło na stole – ostrożnie, żeby nie nadziać się na żaden z widelcokubków.
– To nie ma sensu – westchnęłam.
Nie, nie miałam zamiaru się poddawać. Po prostu stwierdzałam fakt: To. Nie. Miało. Sensu. Żadnego, absolutnie żadnego.
– Wystarczy, że się uspokoisz. Ręce ci się koszmarnie trzęsą. Jak masz rzucić zaklęcie, będąc tak psychicznie niestabilną?
Znów musiałam się ugryźć w język, żeby czegoś nie powiedzieć. Poświęcał mi swój wolny czas, chociaż nie musiał. Nie mogę być niewdzięczna. Nie mogę być… Nie, to nie było zbyt przekonujące, ale póki co musiało wystarczyć.
– Staram się – jęknęłam, nadal z czołem na stole. – Ale to się nie uda.
– Dlaczego?
Chciałam odpowiedzieć, że dlatego, że jestem za głupia, ale na samą myśl, że miałabym coś takiego powiedzieć przy Syriuszu, zapłonęła we mnie nowa determinacja. Nie ma mowy, teraz się uda! Albo może nie teraz, ale kiedyś na pewno!
– Nieważne, spróbuję jeszcze raz – odpowiedziałam, podnosząc się i znów celując różdżką w kubek.
Ruch ręką, formułka i zrobione. To nic trudnego, powtarzałam sobie, co było zdecydowanie lepszą mantrą niż „Nie mogę być niewdzięczna”.
I nic.
– Chodź tu – powiedział.
Zmroziło mnie na chwilę. Jak to – chodź tu? Zmniejszyć dzielącą nas odległość? Ale… dlaczego?
Uznałam, że dla dobra nauki powinnam się poświęcić (nie żebym miała wiele przeciwko). Podeszłam.
A Syriusz posadził mnie koło siebie. Przez sekundę odniosłam irracjonalne wrażenie, że wyląduję na jego kolanach, ale nie. Niestety. Znaczy… na szczęście!
– Spróbujemy krok po kroczku. Daj rękę.
Zawahałam się. Rękę? Tak od razu? Szybko jednak się uspokoiłam. Spokojnie, to dla dobra nauki, to nic takiego. Wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
– Naprawdę nie wiem, co robię nie tak – mruknęłam na poły przepraszająco. – Staram się delikatniej ruszać nadgarstkiem, ale…
Spójrzmy prawdzie w oczy: byłam beznadzieja w transmutowaniu czegoś tak upiornie niepotrzebnego jak widelce i kubki.
Staram się było bardzo dobrym określeniem. Naprawdę się starałam. Ale on wcale mi nie pomagał. Znów był za blisko, znów mnie dotykał, znów pachniał i znów patrzył mi prosto w oczy.
– Skup się, Annie. Będziemy ćwiczyć kawałkami. Najpierw ruch ręką.
Wykonał go moją biedną rączką tak szybko, że nawet nie zdążyłam dokładnie się przyjrzeć. Chociaż, przyznaję, zobaczyłabym więcej, gdybym nie zwlekała z oderwaniem się od jego oczu do ostatniego momentu.
– I w zwolnionym tempie. Najpierw musisz zrobić tak… – Zaprezentował. – Potem trochę w lewo, do góry, mały obrocik, taka śmieszna pętelka i…
Minęło parę sekund, zanim się zorientowałam, że powinnam powiedzieć formułkę. To nie moja wina, zdekoncentrował mnie! Postanowiłam zrobić wszystko, żeby zachować twarz.
– Okej, rozumiem – powiedziałam, starając się zamaskować lekkie zawstydzenie. Nie mogę pozwalać, żeby miał na mnie taki wpływ!
Wykonałam wszystko jeszcze raz tak, jak mi pokazał, i wypowiedziałam formułkę. Kubek zamienił się w widelec – nadal nie był to idealny okaz prosto ze sreber rodowych (a pfe!), ale przynajmniej nie miał uszka i dałoby się nim jeść. Wyszczerzyłam się z dumą i, zanim zdążyłam sobie przypomnieć, że nie powinnam tego robić, spojrzałam na niego w oczekiwaniu na pochwałę.
– Widzisz? To nie było aż takie trudne – powiedział. Taa, to była pochwała. Tak jakby. – Jeszcze raz.
Nie wiem, czego się spodziewałam, ale ta pochwała niespecjalnie mnie zmotywowała. Jasne, próbowałam dalej, ale co jakiś czas nadal zdarzały się widelce z uszkami. Miałam jednak poczucie, że jest lepiej, i byłam pewna, że McGonagall postawiłaby mi Z, gdyby zobaczyła niektóre z tych lepszych widelców. Nadal jednak nie były to dzieła sztuki – nawet użytkowej.
– Na dziś wystarczy – oznajmił w końcu.
Wypuściłam powietrze i z ulgą odłożyłam różdżkę. Od tych wszystkich obrotów bolał mnie już nadgarstek, ale mimo wszystko czułam pewną dumą – jasne, nie byłam w tym świetna, ale szło mi coraz lepiej.
– Dzięki – wymamrotałam.
Wiedziałam, że udało mi się to tylko dzięki jego pomocy, ale jakoś nie umiałam zdobyć się na nic więcej.
– Nie ma za co – powiedział.
A potem to zrobił.
Ten bezczelny, ten… ten… ten…
Pocałował mnie w czółko!
– Jutro powtórka z rozrywki.
I uciekł!
W pierwszej chwili zamarłam. Nie byłam pewna, czy to, co się stało, stało się naprawdę. Co on sobie wyobrażał? Że jestem jedną z tych dziewczyn, które za nim łażą i liczą, że zabierze je do Hogsmeade? Albo że tak po prostu może sobie ze mną robić, co mu się żywnie podoba, tylko dlatego, że mam wobec niego dług wdzięczności? O nie, nic z tych rzeczy! Już ja mu jutro powiem to i owo!…
Tylko czemu nagle zrobiło mi się tak przyjemnie ciepło i gdzieś w głębi serca wcale, ale to wcale nie chciałam się na niego złościć?

Advertisements
15. O tym, że nie każdemu uczniowi dane jest przerosnąć mistrza

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s