14. O tym, że nieszczęścia chodzą nie parami, ale batalionami

W czasie obiadu byłam tak zdołowana, że nie miałam siły nic jeść. Owszem, na moim talerzu znajdowała się całkiem przyzwoita porcja jedzenia, ale nie ruszyłam ani kęsa. Patrzyłam w nie i patrzyłam, jakby od tego moje życie miało się nagle naprawić.
Chyba naprawdę dopadły mnie jakieś zaburzenia odżywiania. Do tego dochodziły rosnące zaburzenia mowy i oddechu. Byłam gotowa umrzeć teraz zaraz przy tym stole, byle nie musieć konfrontować się z tymi wszystkimi ludźmi.
Niestety, ludzie nie zamierzali zrobić nic, co ułatwiłoby mi ów zgon. Ani nic, co ułatwiłoby mi rozmowę. Po prostu siedzieli i co jakiś czas rzucali mi badawcze spojrzenia.
– O Merlinieeee – wymamrotałam, kładąc głowę na stole (ale skutecznie unikając włożenia jej do talerza).
Nie spodziewałam się na to żadnej konkretnej odpowiedzi, ale było mi lepiej, kiedy to powiedziałam.
Na szczęście obiad minął, tak jak i minęły pozostałe lekcje. Niesamowitym zrządzeniem losu całe popołudnie udawało mi się unikać Syriusza. Przez to unikałam też Jamesa, co podobało mi się trochę mniej.
Nie unikałam natomiast Chevonne, która dopadła mnie, gdy tylko wyszłam z sali, w której mieliśmy historię magii.
– I co? – zapytała tak po prostu. Była do tego dziwnie radosna, przez co miałam ochotę ją udusić ze szczególnym okrucieństwem.
– Z czym? – odparłam tak udręczonym tonem, że nawet głuchy ślepiec by się zorientował, że lepiej teraz ze mną nie rozmawiać.
– Z naszym planem, sieroto! – powiedziała tonem wcale nie konspiracyjnym. A raczej: wyćwierkała.
– Nic – odpowiedziałam z całą żałością, jaką dało się zmieścić w trzyliterowym słowie.
Naprawdę, ale to naprawdę nie miałam teraz na to odpowiedniego nastroju. Chciałam zwinąć się w kulkę i zniknąć.
– Jak to: nic? Mecz już w niedzielę!
Spojrzałam na nią z nieukrywanym gniewem i jestem pewna, że gdyby wzrok mógł zabijać, to padłaby trupem.
– Wiem o tym – mruknęłam. – Ale nie zdążymy. Nie damy rady, po prostu.
Chevonne spojrzała na mnie krzywo.
– Przyznaj się.
Tym razem rzuciłam jej spojrzenie pełne tak bezdennego zdumienia, że bez większych problemów mogłaby się w nim utopić.
– Do czego?
– Widziałam was dzisiaj rano!
Musiałam się na chwilę zamyślić – ranek wydawał mi się odległy o całe wieki.
– Tak, jedliśmy śniadanie. Co w tym dziwnego? – zapytałam, kompletnie zbita z tropu. W porządku, może siedział trochę za blisko, ale to przecież nie moja wina. I to nie ma nic wspólnego z omawianym tematem!
– Dwa małe, gruchające gołąbeczki! – krzyknęła. Tak, była oburzona. I tak, nie rozumiałam dlaczego. – A teraz nagle co? Wycofujesz się? Już cię zdążył… omotać?
– O czym ty mówisz?! – krzyknęłam. W porządku, w takich chwilach trzeba odstawić chandrę na bok. Zupełnie nie rozumiałam, co mi zarzuca, a to prawie tak okropne, jak wizja korepetycji z Syriuszem. – Nikt mnie nie omotał! Po prostu mamy za mało czasu, żeby cokolwiek zrobić! O czym byś wiedziała, gdybyś wczoraj wyszła razem ze mną z biblioteki!
Chevonne tupnęła, odwróciła się na pięcie, mruknęła jakieś „jasne” i zniknęła mi z oczu.
Miałam ochotę krzyknąć, że jeśli ma jakiś problem, to powinna mi to powiedzieć prosto w twarz, ale nie miało to sensu – zniknęła już za zakrętem. Nie miałam pojęcia, co powinnam teraz zrobić, bo planowałam siedzieć z nią w bibliotece do wieczora. (Powrót do dormitorium oznaczałby spotkanie z Jamesem i Syriuszem, a na to nie byłam gotowa – i nie miałam pojęcia, czy kiedykolwiek będę).
Westchnęłam i usiadłam pod ścianą. Było mi wszystko jedno. Mogłam siedzieć o tutaj – do samiuśkiego wieczora. Do rana. Do jutra. Bez znaczenia.
Czy ona mi sugerowała, że ja coś do Blacka…? Przecież to absurd! Nigdy w życiu! To by był MEZALIANS! A kto jak kto, ale niższe klasy powinny pilnować swoich drzew genealogicznych!
Prychnęłabym, gdyby nie to, że wymagało to za dużo energii. Cóż, można to chyba było uznać za drugą z Poważnych Rozmów – może nie przebiegła tak, jak planowałam, ale przynajmniej wyjaśniło się, na czym stoimy. Czyli na niczym konkretnym. Mogłam teraz sama doprowadzić nasz plan do końca (co wydawało mi się idiotyczne, musiałabym wszystko przygotować sama, a na dokładkę miałabym na to tylko kilka dni), żeby udowodnić Chevonne, że jej podejrzenie jest kompletnie pozbawione sensu. Mogłam też zostawić wszystko tak, jak jest teraz i nie realizować planu, ale wtedy Chevonne żyłaby w przeświadczeniu, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście gdybym to zrobiła, mogłaby uznać, że to wcale nie zaprzecza jej domysłom, a po prostu chcę jej udowodnić, że zaprzecza. Albo coś jeszcze innego.
Myślenie mnie przerastało.
Postanowiłam po prostu siedzieć i patrzeć przed siebie. Może w tym czasie świat ruszy naprzód i coś się zmieni.
Niestety.
Siedziałam w tym samym miejscu już od kilku godzin i niewątpliwie siedziałabym tak dalej, gdyby nie coraz głośniejsze protesty mojego żołądka. Rano zjadłam tylko kilka kęsów tosta, a później całe to zamieszanie sprawiło, że nie miałam najmniejszej ochoty nawet patrzeć na jedzenie. Co prawda przez ten czas niewiele się zmieniło, ale mój organizm całkiem stanowczo stwierdzał, że nawet chandra nie zwalnia mnie z obowiązku dostarczania mu podstawowych składników odżywczych.
Dlatego też postanowiłam być dzielna i stawić czoła rzeczywistości. Jak umierać – to tylko z pełny żołądkiem!
Wstałam – choć nie było to łatwe, cała zdrętwiałam! – i ruszyłam w kierunku Wielkiej Sali. Nie miałam pojęcia, czy kolacja już była (choć podejrzewałam, że tak), ale nie miałam żadnych lepszych pomysłów.

***

Miałam szczery zamiar unikać Syriusza najdłużej, jak tylko było to możliwe, ale okazało się, że mój zamiar nie miał za dużych szans na powodzenie. Następnego dnia zjawiłam się na śniadaniu jako jedna z pierwszych (to wszystko przez to, że poprzedniego dnia nie udało mi się zdążyć na kolację!) i z apetytem zabrałam się do pałaszowania wszystkiego w zasięgu ręki. Oczywiście miałam zamiar zniknąć z Wielkiej Sali, kiedy tylko skończę, a następnie skupić się na przetrwaniu dnia bez wpadania na Syriusza.
Ale, oczywiście, znów miałam pecha. Zaczynałam się już zastanawiać, czy on przypadkiem tam na mnie nie czeka. To by było bardzo w jego stylu. Zaczaić się w kąciku i cierpliwie obserwować ofiarę, która sama zaplącze się w pułapkę. Cholerny, arystokratyczny pająk.
– Annie! – Cholerny, arystokratyczny pająk z uśmiechem na pyszczku. – Słyszałem, że nie radzisz sobie z widelcami.
Zamarłam, po czym szybko oceniłam szanse ucieczki. Niewielkie. Trzeba się z tym zmierzyć.
– Panuję nad sytuacją – stwierdziłam spokojnie, zastanawiając się, ile jeszcze razy będę musiała powtórzyć to kłamstwo, żeby stało się prawdą.
Oczywiście, że sobie z nimi nie radziłam. Nie miałam pojęcia, dlaczego moje zaklęcie nie działa, choć przecież odpowiednio zginałam nadgarstkiem i wypowiadałam odpowiednie słowa. Nigdy nie miałam większych problemów z zaklęciami. A transmutacja…! Szkoda słów. Nie znaczyło to jednak, że oczekiwałam pomocy.
I to od kogo! Błagam. Czy nie mogłaby mi pomóc Sarah? Ona była naprawdę zdolna. Albo Lily. Z nią wprawdzie pewnie bym się pozabijała, ale… I James! Jak mogłam zapomnieć o Jamesie? Przecież był transmutacyjnym geniuszem. Z pewnością genialniejszym od jakiegoś nadętego bubka.
– Jasne – odpowiedział. – Więc z tym też sobie poradzisz?
Nagle, ni z tego ni z owego!, kubek z moją poranną dawką herbaty zamienił się w widelec. Nie muszę chyba dodawać, jak wielkie szkody wywołało to na stole. Perfidny, paskudny, okropny…
– Sadysta – mruknęłam, kiedy już wyciągnęłam różdżkę i spojrzałam na widelec, mając nadzieję, że pod naporem mojego spojrzenia znów stanie się kubkiem. – Jesteś podłym sadystą, mówił co to ktoś?
Widelec tymczasem nic sobie z mojego spojrzenia nie robił i dalej szczerzył ząbki. Czyżbym musiała się skompromitować?…
Nie odpowiedział. Czekał.
Nabrałam w płuca absurdalnie dużo powietrza. Czułam, że tlen jest mi potrzebny. Bardzo.
Skierowałam różdżkę w stronę widelca, skupiłam się naprawdę mocno, po czym zrobiłam wszystko tak, jak kazała McGonagall. Na wszelki wypadek od razu zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, na stole znajdowało się coś, co nawet ktoś o najlepszych intencjach nie mógłby wziąć za kubek.
– To dzisiejszy wieczór spędzamy razem, co? – spytał z niejaką satysfakcją w głosie.
– To był wypadek przy pracy – oświadczyłam, ale mój głos zabrzmiał tak smętnie, że sama nie uwierzyłabym w to kłamstwo.
Westchnęłam i spojrzałam na niego z niechęcią.
– Dlaczego chcesz dawać mi korepetycje? – zapytałam. – Chcesz odczuć wyższość intelektualną? Udowodnić mi, że jestem głupia? Bo zapewniam się, transmutacja jest jedynym przedmiotem, z jakim zdarza mi się mieć problemy!
– Chcę ci pomóc.
– Jasssne – syknęłam, ze złością zrzucając kubek ze stołu. – Jeszcze nie wiem, co knujesz, ale się dowiem – stwierdziłam, wściekle wgryzając się w tost.
Nie czułam się aż tak upokorzona, jak sądziłam, że się poczuję, ale to nie znaczyło, że czułam się dobrze. Ani trochę nie czułam się dobrze.
– To znaczy, że się zgadzasz? Świetnie – powiedział i, łaskawca!, przywrócił mój kubek do poprzedniego stanu.
Ale herbaty to już mi z powrotem nie nalał.

***

– Ej, Annie, słyszałem, że umówiłaś się z Łapą – James zaczepił mnie, gdy wracaliśmy z eliksirów. – Dla mnie bomba.
– C-co? – Wydawało mi się, że się przesłyszałam. – Co ty opowiadasz? I gdzie to słyszałeś? Z nikim się nie umawiałam!
Miałam wrażenie, że wyrzuciłam z siebie ten potok słów tak szybko, że James z pewnością nic z niego nie zrozumiał. Tylko jedna osoba mogła mu naopowiadać takich bzdur i tą osobą był pewien arystokrata, którego powinnam zdekapitować za to, że tak mnie denerwuje.
– Jasne – odpowiedział.
Miałam ochotę urwać mu tę rękę, którą przyjacielsko poklepał mnie po plecach. Naprawdę. I nawet nie pomagało mi myślenie „przecież to James, lubisz go!”.
– Cieszę się, że zmądrzałaś i zostawiłaś młodszego Blacka dla starszej wersji. Syriusz zabije mnie, kiedy się dowie, że ci to powiedziałem, ale… Zdradzić ci pewien sekret?
Cały mój umysł krzyczał, że muszę mu natychmiast wyjaśnić, jak strasznie się myli i fakt, że posądza mnie o związek z którymkolwiek z Blacków jest wysoce krzywdzący. Chciałam też dodać, że nie powinien się interesować moim życiem uczuciowym, zwłaszcza że żadnego nie prowadzę. A już na pewno nie powinien słuchać tego, co Syriusz mówi na mój temat!
– Jaki sekret? – zapytałam zamiast tego i natychmiast miałam ochotę zdzielić się po głowie. To miał być wybuch złości, który wszystko wyjaśni i spowoduje, że James zobaczy całą sytuacją tak, jak wygląda ona dla każdego normalnego człowieka (czyli: ujrzy ją z mojej perspektywy).
– Wiesz, Łapie strasznie zależy na tym, byś w końcu zrozumiała, że nie jest jednym z tych arystokratycznych bubków. Jego rodzina… – James przerwał, niepewny, czy powinien mówić dalej. – Jego rodzina jest o krok od wydziedziczenia go. Nie jest najukochańszym syneczkiem mamusi. Sam fakt, że jest Gryfonem, no i w dodatku przyjaźni się z osobami nieczystej krwi, rozumiesz.
Przełknęłam głośno ślinę. Spodziewałam się wszystkiego (od „Annie, wiesz, Syriusz tak naprawdę ma macki zamiast stóp” przez „Annie, Lily zgodziłam się za mnie wyjść, wpadniesz na ceremonię?” aż do „Annie, Syriusz jest hipogryfem”), ale nie czegoś takiego! Przecież on całym sobą pokazuje, jak bardzo jest arystokratyczny! Praktycznie ocieka błękitną krwią i wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że w jego rodzinie nie było ani jednego charłaka – a jeśli się zdarzył, to nie żył zbyt długo.
– Ja… Nie wiedziałam – powiedziałam.
Idiotka! To jasne, że nie wiedziałaś. To był SEKRET. Wiesz, czym jest sekret, Annie? Czymś, o czym się nie wie. Takie jest założenie.
– I nie powinnaś wiedzieć. Łapa upiera się, że… Że to nie twoja sprawa. Ale ja widzę, jak mu zależy, Annie, i nie mogę znieść tego, jak niesprawiedliwie go traktujesz. Jeśli to jest jedyny powód twojej niechęci do Łapy… Wiesz, sądzę, że powinnaś to przynajmniej przemyśleć.
Spojrzałam na niego, jakbym nie była pewna, czy nie zmyśla. To wszystko wydawało mi się takie… dziwne. Pozbawione sensu. Zupełnie nierealistyczne. Pokręciłam lekko głową, jakbym chciała w ten sposób pozbyć się natłoku myśli.
– Pomyślę o tym, James – powiedziałam szczerze. – Naprawdę pomyślę. Póki co nie wiem… nie wiem, co powiedzieć.
Tak, pomyślę o tym, czy mnie nabierasz, a jeśli tak to dlaczego, przeszło mi przez głowę.
– Postaraj się po prostu niczym dziś w niego nie rzucić, okay? – poprosił.
A potem, najzwyczajniej w świecie, pocałował mnie w policzek i żwawym krokiem ruszył w kierunku Evans, zostawiając mnie samą z moimi głupimi myślami.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s