13. O tym, że im bardziej chcesz, by ktoś trzymał się od ciebie z dala, tym więcej jest go w twoim życiu

Następnego dnia był chyba jakiś nieoficjalny Dzień Przeprowadzania Poważnych Rozmów. Sama zaplanowałam kilka takowych i, nie ukrywam, nie miałam szczególnej ochoty realizować tego planu. Wiedziałam jednak, że lepiej zacisnąć zęby i coś zrobić, niż później odkładać to w nieskończoność. Dlatego też rano wyszłam z dormitorium najszybciej jak tylko mogłam i ruszyłam do Wielkiej Sali z nadzieją, że wpadnę tam na któregoś z moich przyszłych rozmówców – Jamesa, Chevonne lub Regała.
Niestety, los bywa niesprawiedliwy. Pierwszą osobą, którą spotkałam był oczywiście Syriusz.
Usiadłam przy stole Gryffindoru na tyle daleko, żeby nie musieć z nim rozmawiać, ale na tyle blisko, żeby nie pomyślał, że go unikam (chociaż tak właśnie powinno być). Z zapałem zabrałam się do rozsmarowywania dżemu na toście, co jakiś czas tylko rzucając spojrzenia w kierunku drzwi. Oby ktoś przyszedł szybko!…
– Jak randka? – spytał.
Niby próbował tylko zagadać, ale coś niedobrego było i w jego głosie, i w tym, że tak uparcie wracał do tematu Regulusa.
– Mówiłam ci chyba, że nie byłam na żadnej randce – mruknęłam, wgryzając się w tost.
Nie mogę mu odpowiadać, kiedy jem, tak mówią zasady dobrego wychowania. Powinien je znać, na Merlina!
– To dlaczego się rumienisz?
Nie znał. Doskonale. Trafiłam na upierdliwego, nadętego i źle wychowanego arystokratę.
– Nie rumienię się – odpowiedziałam, kiedy już przełknęłam kawałek tosta. – Po prostu tu jest okropnie gorąco.
Znów wgryzłam się w śniadanie, mentalnie dając sobie po głowie. Za ciepło?! W listopadzie? Gdzie ja mam mózg?
Syriusz bezczelnie przesiadł się na krzesło tuż obok mnie.
– A teraz cieplej, tak?
Na chwilę przestałam gryźć, po czym stopniowo, powoli wróciłam do przerwanej czynności, którą było przeżuwanie. Coś było nie tak. Nie powinien być tak blisko. Nie powinien… O Merlinie, co jest nie tak?
– Owszem – odpowiedziałam. – Powinieneś iść do skrzydła szpitalnego, bije od ciebie takie ciepło, że możesz mieć gorączkę.
Znów miałam ochotę zacząć mentalnie okładać się po głowie. Najwyraźniej zmieniałam się w Świętą Annie, patronkę skrzydła szpitalnego.
Syriusz roześmiał się. Naprawdę się roześmiał. A ja wciąż nie wiedziałam, co się dzieje.
– Naprawdę? – spytał.
Niepewnie pokiwałam głową. Z czego on się śmiał? To chyba nie jakiś kolejny objaw, prawda? Odłożyłam tosta na talerz i w imię wartości wyższych (tym razem niezwiązanych z walką o prawa proletariatu, a przynajmniej nie bezpośrednio) przyłożyłam mu dłoń do czoła.
– Nie, wygląda na to, że nie masz gorączki – stwierdziłam autorytatywnie, zabierając rękę.
To, że uważałam, że należy tępić burżuazję, nie oznacza, że burżuazja może sobie chodzić z gorączką na eliksiry!
O Merlinie, Annie, co ty wyprawiasz, zgromiłam się w myślach.
– Więc dlaczego zrobiło ci się cieplej, gdy usiadłem bliżej, Annie? Pytam w imię nauki.
Bezmyślnie gapiłam się w swój niedojedzony tost. Jakoś nie miałam ochoty go kończyć.
– Nauka nie badała jeszcze tego przypadku – stwierdziłam, starając się, żeby zabrzmiało jak najbardziej neutralnie.
Powinnam się opanować. Zaraz, teraz, natychmiast. Najlepiej w ogóle wstać i wyjść. Nie wiedziałam jeszcze dlaczego, ale powinnam.
Nie, stop, wiedziałam. Black siedział zdecydowanie za blisko. O jakieś dziesięć lat świetlnych albo przynajmniej dziesięć centymetrów.
– Miałbym swoją hipotezę. Czyżbyś…
Ale nie zdążył niczego powiedzieć, gdyż nagle i zupełnie niespodziewanie zjawiła się Bre. Bre, która postanowiła władować się między nas, wpychając Syriusza z powrotem na jego miejsce.
– Cześć! – krzyknęła i entuzjastycznie zabrała się za robienie kanapki z dżemem.
Wypuściłam z płuc powietrze, choć nie byłam świadoma, że je wstrzymywałam, po czym uśmiechnęłam się do niej:
– Cześć, Bre. Piękny dzień, prawda?
W jakiś dziwny sposób zwiększenie odległości wpłynęło na cały świat. Byłam zła na samą siebie, dlaczego zareagowałam tak idiotycznie, tak… tak… Brakowało mi słów, by wyrazić, jak głupie było moje zachowanie.
– Okropny – odpowiedziała. – Mamy dzisiaj test z transmutacji, zapomniałaś? A ja wciąż nie umiem zamieniać tych przeklętych kubków w widelce i z powrotem!
– Mówiłem, że ci pomogę – odezwał się Black.
– Wiem, Syriuszku, ale ostatnio byliście z Jamesem taaaacy zajęci, że nie śmiałam wam przeszkadzać. Zresztą, możesz pomóc mi przy drugim terminie, prawda?
Kiwnął głową.
„Syriuszku”? „Syriuszku”?! Czy ona się nie słyszała? To brzmiało jeszcze gorzej niż moje poprzednie słowa! Merlinie, ta dziewczyna była naprawdę koszmarna.
– Słyszałam, jak McGonagall mówiła, że bardzo liczy, że wszyscy poradzą sobie w pierwszym terminie – wtrąciłam, akcentując słowo „bardzo”. A niech się martwi.
– Ale.. Ale.. – Brendzie łzy stanęły w oczach. Nie liczyłam na aż taki efekt. W końcu… Była człowiekiem, prawda? A ja nie mogłam karać jej za jej stosunek do Blacka.
Albo raczej za to, jak Black za wszelką cenę chciał jej pomóc.
– Możemy upozorować małe przeziębienie, chcesz? Jedno przedpołudnie i będziesz zdrowa, a test ominiesz.
– Syriuszku! – krzyknęła i, dosłownie, rzuciła mu się na szyję. A że krzesła w Hogwarcie nie są zbyt stabilne, z hukiem wylądowali na podłodze.
Przełknęłam głośno ślinę, jakby to miało mnie uspokoić. (Chwila, byłam zdenerwowana? Kiedy, co, jak, gdzie?). Złapałam niedojedzony tost, na który i tak już mi przeszła ochota, i mruknęłam coś o konieczności złapania Chevonne i zapytania, czy ona już miała ten test. A potem wyszłam – trochę za szybko – z Wielkiej Sali.
Świetnie. Nadal trzy Poważne Rozmowy przede mną, a już mam jadłowstręt. Jak tak dalej pójdzie, wpadnę w jakąś anoreksję.

***

Jednak test z transmutacji nadszedł, a moje Poważne Rozmowy – jakoś nie. Brendzie udało wywinąć się z pisania go z powodu lekko nadwyrężonego nadgarstka – tak, to od tego spadania z krzesła – i ogólnej niemożności. Test był dosyć banalny. Sama teoria, nie było się czego bać, trochę gorzej z praktyką, która…
– Annie! Czemu twój widelec ma uszko?
Zarumieniłam się jak piwonia. To bardzo, ale to bardzo dobre pytanie. Czemu, do cholery, ten cholerny widelec miał to cholerne uszko?!
– Nie mam pojęcia… pani profesor – jęknęłam, patrząc na swoje wątpliwe dokonanie z poczuciem klęski.
Skończy się Nędznym. W najlepszym wypadku.
– Porozmawiamy o tym po lekcji.
Świetnie. Szlaban. Poważna rozmowa numer cztery (albo raczej numer jeden). Telefon do rodziców. Stop. W Hogwarcie nie ma telefonów. Dobre i tyle.
Zajęcia minęły za szybko i zanim się obejrzałam, stałam już przy katedrze, patrząc McGonagall w oczy. Starałam się, żeby moje spojrzenie wyrażało cały smutek i skruchę, jakie mogłam przywołać, a także solenną obietnicę poprawy. Byle tylko nie szlaban, byle tylko nie szlaban! (Na samą myśl o kolejnej wizycie w Sali Pamięci przechodziły mnie dreszcze).
– Annie… – pani profesor zaczęła złowieszczo. – Annie, martwię się o ciebie.
Chciałam odpowiedzieć, że ja też, ale byłoby to zbyt bezczelne. Zamiast tego pokiwałam głową.
– Mam pewne braki, pani profesor – wymamrotałam – ale je systematycznie nadrabiam…
– Systematycznie? Twoje oceny z tygodnia na tydzień są coraz gorsze.
To było mocne nadużycie. Moje oceny z Transmutacji wcale nie były gorsze niż te w poprzedniej szkole. Może nawet trochę lepsze! Tak odrobinkę-odrobinkę.
– To nie Beauxbatons, Annie. My tu naprawdę poważnie traktujemy ten przedmiot. Profesor Dumbledore uważa, że Transmutacja jest jednym z fundamentalnych działów, jakimi może zajmować się magia.
Westchnęłam najciszej, jak tylko mogłam.
– Poprawię się, pani profesor, naprawdę. Miałam problemy z aklimatyzacją, ale teraz planuję solidnie wziąć się do pracy – zapewniłam błagalnym tonem. Nie wyszedł najlepiej, nie przywykłam błagać. Ale to była naprawdę ważna sprawa!
– Nie, Annie. Najwyższy czas, byś pozwoliła sobie pomóc.
Już chciałam powiedzieć, że szlaban na pewno mi nie pomoże i błagać o zmiłowanie, ale uznałam, że to byłaby przesada. Mam swoją godność.
– W jaki sposób, pani profesor?… – zapytałam niepewnie.
– Pan Black zgodził się udzielić ci korepetycji.
W tym momencie byłam gotowa nie tylko błagać, ale i paść na kolana. O nie. O nie. Tylko nie to. Tylko nie on! Samą myśl o korepetycjach jeszcze mogłabym znieść, ale Syriusz?! Wykorzysta to przeciwko mnie, byłam tego pewna! Tak samo jak…
Potok myśli mi się urwał. Chciałam dodać „tak samo, jak wykorzystał zdarzenie w Sali Pamięci”, ale przecież go NIE wykorzystał w żaden, ale to żaden sposób. To było podejrzane. Na pewno szykował coś niedobrego.
– Czy to naprawdę konieczne, pani profesor? Panuję nad sytuacją – zapewniłam z zapałem.
– Podważasz mój autorytet? – spytała, a ja zrozumiałam, że znaczyło to: ‘nie masz wyjścia, Annie, pożegnaj się z życiem’.
– Nie śmiałabym, pani profesor – zapewniłam jeszcze żarliwiej. – To ja… dziękuję za pomoc… pani profesor – wybąkałam.
Miałam nadzieję, że to wystarczy i pozwoli mi odejść. Musiałam zebrać się w sobie, a potem odbyć piątą Poważną Rozmowę. Może uda mi się przekonać Syriusza, że nie musi mi udzielać tych korepetycji? Że podciągnę się sama?
Sama nie wierzyłam, że uda mi się z tego wywinąć.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s