12. O tym, jak kręta może być droga ku zemście

Tamtego dnia, kiedy już dotarliśmy na ucztę, Syriusz ani słowem nie wspomniał o tym, co się stało w Sali Pamięci. Ani następnego. W ogóle o tym nie wspominał, a przynajmniej nie dowiedziałam się o tym od nikogo. Za to jakiś czas później dotarły do mnie słuchy, że zerwał z Chevonne, która przez jakiś czas snuła się po korytarzach jak cień (choć czerwone i spuchnięte oczy świadczyły o tym, że zwyczajnie, po ludzku płakała), a później najwyraźniej uznała, że nie warto rozpaczać, lepiej skupić się na czymś innym. Tak się złożyło, że jej wybór padł na walkę z kapitalizmem, bowiem pewnego listopadowego wieczoru podeszła do mnie, kiedy siedziałam w bibliotece, i stwierdziła, że chce ze mną porozmawiać. Nie miałam pojęcia, jaki temat chce poruszyć, bo do tej pory ciężko było nazwać nasze stosunki przyjacielskimi, ale okazało się, że gawędzi nam się całkiem miło. Jej poglądy nieznacznie różniły się od moich, ale w większości zasadniczych spraw się zgadzałyśmy, co było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Jeszcze nikt – NIKT – w tym zamku mnie nie popierał tak jak Chevonne. Oczywiście zaczęłyśmy spędzać ze sobą więcej czasu – zwłaszcza, że obie teraz unikałyśmy Syriusza. Okazało się, że razem tworzymy nie tylko idealny front antykapitalistyczny, ale również – antysyriuszowy. Całe wieczory spędzałyśmy na knuciu intryg przeciwko systemowi i starszemu z Blacków. A ile było przy tym śmiechu!
Jednego dnia na przykład siedziałyśmy w bibliotece – żadna z nas nie miała wstępu do dormitorium drugiej – i dyskutowałyśmy o tym, jak na najbliższym meczu Quidditcha podmienimy Syriuszowi szatę na taką, która po parunastu minutach zacznie świecić się i śpiewać.
– Nie, nie, najpierw musimy rzucić zaklęcie na zmianę koloru. Tego się nie załatwi eliksirem – powiedziałam, stukając paznokciem w pergamin, na którym zapisywałyśmy wszystkie składniki i formuły, które były nam potrzebne do realizacji planu. – Nie ma mowy, żeby eliksir zadziałał dopiero po jakimś czasie.
No dobrze, może jakiś by zadziałał, ale nie znałam żadnego. Zaklęcie – ha, z tym byłoby prościej.
– Przecież tyle eliksirów tak działa! – powiedziała. – Jak choćby ten, który robiliśmy ostatnio… Myślałam, że wasza grupa omawia ze Ślimakiem ten sam program.
Nie mogłam pogodzić się z tym, że z Chevonne mam tylko zielarstwo, a przez całą resztę przedmiotów muszę męczyć się ze Ślizgonami. Choćby z Severusem, którego ktoś ciągle zamykał w szafie. Ktoś! Black!
Pokręciłam głową – zarówno w odpowiedzi na jej propozycję, jak i na samo wspomnienie wybryków Blacka – po czym zajrzałam do jednaj z ksiąg.
– Jasne, omawia, ale nie zdążymy – stwierdziłam. – Ten eliksir wymaga czasu, a my mamy go za mało. Dlatego właśnie zaklęcie jest lepszym rozwiązaniem. Chyba że chcemy czekać do następnego meczu…
Urwałam. Obie wiedziałyśmy, że nie chcemy.
– Jak chcesz – odpowiedziała. – Nie ufam zaklęciom. Są kapryśne. Za to dobrze przygotowany eliksir nie może nie zadziałać.
Choć ideologicznie spójne, różniłyśmy się z Chevonne naszym podejściem do magii. Ja, jako dziecko mugoli, nie wyobrażałam sobie czarów bez różdżki – no, dobrze, telekineza była magią bezróżdżkową, ale… Chodziło o takie czary-czary. Za to Chevonne, z dziada pradziada czystomagiczna, gdzieś po drodze zdołała pozbyć się swojego kompleksu krwi. Dla niej eliksiry były magią taką samą, jak głupiutkie zaklęcia. A nawet silniejszą, jako że była z nich diabelnie dobra i jako nieliczna z nie-Ślizgonów i nie-bogatych-bądź-słynnych-bubków należała do Klubu Ślimaka.
– Dobrze rzucone zaklęcie podziała tak samo jak porządny eliksir – zapewniłam, jednocześnie zaglądając do innej księgi, żeby sprawdzić formułę. – A co ze śpiewaniem? – zapytałam po chwili. Nie byłam pewna, jak rozwiążemy ten problem, bo wszystkie moje pomysły brzmiały idiotycznie nawet w mojej własnej głowie.
– Ja nie umiem – zaznaczyła.
Westchnęłam. Wiedziałam, wiedziałam.
– Może zastosujmy tę samą metodę, która jest używana przy wyjcach? – zaproponowałam. – No wiesz, zaczynają krzyczeć dopiero, kiedy się je otworzy. Można zaplanować to tak, że zacznie śpiewać, kiedy szata zmieni kolor i zacznie świecić. Na pewno znajdziemy odpowiednie zaklęcie.
– Można, można – powiedziała i uśmiechnęła się radośnie. – Czy to oznacza, że ty zaśpiewasz?
Westchnęłam. Nie, nie ma mowy! Nie miałam zamiaru… Ale dla dobra planu…
Niespodziewanie zostałam uratowana od odpowiedzi.
– Co Annie będzie śpiewała?
– Nic! – odpowiedziałam odrobinę za głośno (w końcu byłyśmy w bibliotece), nawet nie oglądając się za siebie, żeby spojrzeć na pytającego.
Zamiast tego złapałam pergamin z naszymi notatkami i schowałam go do torby. Nie, to w ogóle nie było podejrzane zachowanie. A skądże. Odchrząknęłam i dopiero obejrzałam się za siebie.
Tuż za moimi plecami stała Brenda, a obok niej – Lily i cała reszta wesołej gromadki.
– Wszystkie stoliki są zajęte, możemy się przysiąść? – spytała Evans.
Ku zdziwieniu mojemu i Chevonne – która to z moich opowieści wiedziała, jak irytujące potrafią być moje współlokatorki – czekały na moją odpowiedź. No, prawie wszystkie. Brenda bowiem od razu zajęła krzesło koło mnie.
– Nie wiedziałam, że masz talent! – Była wyraźnie podekscytowana.
Zrobiłam głupią minę – mniej więcej taką, jaką w większości głupich komedii robi bohaterka, która chce odmówić, ale nie wie, jak to zrobić, żeby nie urazić rozmówcy. W tym przypadku jednak nie chodziło o urażenie nikogo. Bardziej martwiło mnie, ile z naszej rozmowy słyszały i czy widziały pergamin, zanim go schowałam. Jeśli były świadome naszego planu… cóż, lepiej było pozostawać z nimi w przyjacielskich stosunkach.
– Jasne, siadajcie – powiedziałam, po czym zwróciłam się do Brendy: – I mam rozliczne talenty, choć Chevonne nieco przecenia moje umiejętności wokalne.
– Annie, koniecznie musisz nam coś zaśpiewać – dorzuciła od siebie Sarah. Och, było mi miło, że próbuje prowadzić ze mną taką uroczą, konwencjonalną rozmowę, ale mogłaby jej nie prowadzić moim kosztem! – Dawno nie słyszałam dobrego, damskiego wokalu.
– Taaa, Lily strasznie fałszuje pod prysznicem – dorzuciła od siebie Melinda.
– Wcale nie! – oburzyła się Lily, co wyszłoby może bardziej przekonująco, gdyby zaraz nie parsknęła śmiechem.
Przez chwilę miałam ochotę namówić którąś z nich, żeby zaśpiewała. Oczywiście, byłby to genialny plan, gdyby nie fakt, że lubiły Syriusza i z pewnością by się zorientowały, gdyby nagle ich głos zaczął się dobywać z jego szaty. To mogłoby zaowocować wydaniem nas McGonagall i szlabanem, a tego chciałam uniknąć. Liczyłam, że jeśli będę milczeć, same zmienią temat i żadna z nich nie będzie wymagała ode mnie publicznego śpiewania.
– Nie obrażaj się, Lil, taka prawda – broniła się Melinda. – Annie, zaśpiewasz nam i udowodnisz jej, że się myli?
– Annie będzie śpiewać?
No nie, jeszcze go tu brakowało.
– Nie, James, Annie nie będzie śpiewać – powierdziałam szybko, zrywając się na równe nogi. – Annie nie umie śpiewać, więc nie będzie śpiewać. Annie za to musi iść… na chwilę. I zaraz wróci, tak, wróci.
O niczym tak nie marzyłam, jak o wyciągnięciu stąd Chevonne i zaszyciu się w jakimś kącie. Nie ustaliłyśmy jeszcze ostatecznej wersji planu (prawdę mówiąc – nie ustaliłyśmy jeszcze żadnej jego wersji), a czasu było coraz mniej. Zarzuciłam torbę na ramię i spojrzałam wyczekująco na Chevonne.
Jednak ta spojrzała na mnie bezradnie i, nie mogąc wyzwolić się z presji spoczywających na niej spojrzeń, postanowiła pozostać bierną. Świetnie. Sama więc ruszyłam w kierunku wyjścia.
I stanęłam twarzą w tors Syriusza Blacka.
– Nawet jeśli ładnie poprosimy? – spytał.
– Nawet! – odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że nie powinnam podnosić głosu, bo znajdowałam się w bibliotece. I że nie powinnam podnosić go przy Syriuszu, który mógłby połączyć moją niechęć do swojej osoby z tym, co stanie się na najbliższym meczu. – Nie śpiewam publicznie – dodałam.
Naprawdę, naprawdę chciałam stąd wyjść i iść prosto do lochów. W porządku, ostatnio nie spędzałam za dużo czasu w towarzystwie Regała, ale byłam pewna, że to on jest osobą, której mi trzeba. Może sam nie zaśpiewa, ale niewątpliwie pomoże nam zrealizować plan. A gdzie mam większe szanse wpaść na niego niż w lochach?
– To nie jest miejsce publiczne, Annie. Jesteś wśród przyjaciół! – zapewniła mnie Brenda.
– Właśnie! – dorzuciła Sarah.
– Absolutnie! – I Lily.
– Bre raz w życiu ma rację! – I Melinda.
– Ej! Raz w życiu? Czy ty sugerujesz…? – i znowu Brenda, której przerwał głośny śmiech pozostałych dziewczyn.
Tylko Syriusz milczał, patrząc i patrzył, milcząc. A przy tym zarówno jego milczenie jak i spojrzenie były tak intensywne, że miałam ochotę za tę bezczelność posłać go do diabła.
Przetarłam twarz dłonią, co miało świadczyć o całkowitej desperacji, jaką w tym momencie czułam. Nie było mowy o tym, żebym śpiewała. Nie, w żadnym wypadku.
– To JEST miejsce publiczne – stwierdziłam dobitnie. – To jest biblioteka i w każdej chwili może do niej wejść dowolnie wybrany uczeń czy nauczyciel. Poza tym naprawdę muszę… no wiecie, iść do… yyy… iść.
Nerwowo wskazałam na drzwi, co nie było łatwe, bo drogę do nich nadal blokował mi Syriusz.
– Do Regulusa? – zaproponował.
James parsknął śmiechem.
– Nie, nie do niego – odpowiedziałam z całym spokojem, na jaki mogłam się zdobyć. W myślach powtarzałam sobie, że nie mogę doprowadzić do żadnej sceny, nie mogę zacząć na niego krzyczeć, nie mogę… Aż w końcu przyszedł mi do głowy pomysł genialny w swej prostocie! – Muszę iść do łazienki – stwierdziłam luźnym tonem, po czym dodałam konspiracyjnie: – Kobiece sprawy.
Powinien mnie natychmiast przepuścić. To była najlepsza wymówka, jaką miałam w swoim repertuarze i do tej pory mnie nie zawiodła. Spojrzałam na niego wyczekująco.
– Czyli do Regulusa.
To mnie zbiło z tropu. Pierwszy raz moja wymówka nie zadziałała! Sam się prosił o to, co go czekało w czasie najbliższego meczu!
– Po prostu mnie przepuść – warknęłam. Naprawdę, naprawdę mnie to irytowało.
– Daj spokój, Łapo, miłości nie pokonasz – rzucił James.
Syriusz wzruszył ramionami, jednak pod jego pozorną obojętnością kryła się… Tak, zdecydowanie złość. Najwidoczniej wciąż nie wybaczyli sobie incydentu z Hogsmeade. A szkoda. Przecież byli braćmi! Powinni się wspierać!
Teraz jednak nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Nie stawiał oporu, kiedy go wyminęłam i wyszłam z biblioteki. Powoli wypuściłam z płuc całe powietrze. O rany, to było coś. Powinnam zastanowić się nad przyczynami, dla których James powiedział to, co powiedział, ale uznałam, że to może poczekać. Po prostu później rzeczowo mu wyjaśnię, że ma nie opowiadać takich bzdur, albo następnego dnia obudzi się z widelcem zamiast nosa.
Oparłam się plecami o zimną ścianę i powoli uspokoiłam puls – cała ta sytuacja sprawiła, że się zdenerwowałam. Teraz tylko się uspokoić i iść do lochów, tak. Albo najpierw do łazienki, na wypadek, gdyby któreś z nich mnie śledziło (pomysł całkiem irracjonalny, ale lepiej dmuchać na zimne, prawda?).
Łazienki w Hogwarcie były całkiem urocze, choć ta koło biblioteki trochę mniej. Dlaczego? Cóż. Całymi dniami przesiadywały tam małe, płaczące Krukonki, które dostały tego dnia pierwszego Trolla w swoich życiu. I, zapewne, ostatniego, bo kiedy tylko ich nadambitni rodzice-tyrani dowiedzą się o tej ocenie, ostro się za nie zabiorą.
Starałam się zignorować wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu. Powoli podeszłam do umywalki, spryskałam twarz zimną wodą i przejrzałam się w lustrze. Nie wyglądałam najlepiej – angielska pogoda źle wpływała na moją cerę, a z włosów (jak podejrzewałam od samego początku) zrobiła wronie gniazdo. Całkiem ładne wronie gniazdo, jeśli pamiętałam o starannym rozczesywaniu ich kilka razy dziennie, ale wciąż wronie gniazdo.
Westchnęłam jeszcze raz i wyszłam. Uspokoiłam się, oczyściłam głowę ze zbędnych myśli, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko iść do lochów.

***

Kiedy szłam do lochów, cały czas oglądałam się przez ramię. Nie zależało mi na opinii kogokolwiek z towarzystwa, które zostawiłam w bibliotece (no dobrze, James nadal był moim przyjacielem, ale tym komentarzem popadł w niełaskę), ale nie chciałam też im udowadniać, że mają rację. Nawet jeśli mieli. Dlatego właśnie praktycznie skradałam się, zamiast iść tam dumnym krokiem i spokojnie poczekać na Regała albo innego Ślizgona, którego mogłabym poprosić, żeby wywołał go z pokoju wspólnego.
Będąc osobą mugolskiego pochodzenia (o czym Regał jeszcze nie wiedział – nie, żeby to miało zmienić naszą relację, skądże, po prostu nie była to jego sprawa!), nie powinnam się tam pokazywać. W szczególności nie taka zwinięta w sobie i upokorzona.
Jednakże sprawa, którą musiałam z nim omówić, była naprawdę pilna. Zrozumiałam, że Chevonne i ja nie jesteśmy w stanie zrealizować tego jakże genialnego planu same; będziemy potrzebować pomocy kogoś, kto tak samo jak my chce zrobić Syriuszowi złośliwy kawał – w kto nadawałby się do tego lepiej niż Regał? W tym momencie przyszła mi do głowy jeszcze jedna osoba – Chevonne wspomniała, że możemy użyć eliksiru… Wobec tego czemu nie porozmawiać z Severusem? Prawdopodobnie pomoże nam równie chętnie co Regał.
Zadowolona z siebie zatrzymałam się przy zakręcie prowadzącym do korytarza, a którym znajdowało się wejście do pokoju wspólnego Ślizgonów. Wystarczy poczekać.
I poczekać.
I poczekać jeszcze trochę. Jak na złość, nikogo nie było.
Zaczęłam nawet zastanawiać się, czy nie pomyliłam korytarzy, przecież to niemożliwe, żeby nikt nie wracał do pokoju wspólnego ani z niego nie wychodził!
Ale jednak. Korytarz wydawał się właściwym. Odpowiednie stężenie mroku w powietrzu.
Westchnęłam ciężko. Nie mogło być jeszcze tak późno, żeby wszyscy spali, prawda? Nie minęło tak dużo czasu, odkąd wyszłam z biblioteki.
Zaczęłam rozważać pukanie we wszystkie ściany po kolei – w nadziei, że może Ślizgoni coś usłyszą. Chociaż nie, to brzmiało głupio nawet w mojej głowie. Wobec tego może lepiej usiąść i poczytać jakąś książkę? Na pewno jakąś miałam w torbie. Albo po prostu wrócić do dormitorium?
Nagle usłyszałam szybkie kroki.
Z nadzieją spojrzałam w stroną, z której dochodził dźwięk. Oto i nadchodzi mój wybawca!
Niestety, Severus nie był w zbyt dobrym humorze. Ktoś musiał znowu go uszkodzić, bo wyglądał fatalnie. Chociaż, stop, fatalnie to mało powiedziane. Wyglądał gorzej niż coś, co przypadkowy kot mógłby przywlec ze śmietnika na tyłach chińskiej restauracji (i nie żebym miała coś przeciwko chińskim restauracjom, to tylko utarty zwrot językowy). Zdecydowałam jednak, że do niego podejdę.
– Byłeś z tym w skrzydle szpitalnym? – zapytałam, wskazując jego zakrwawioną rękę. Tak, wiem, powinnam się najpierw przywitać. No trudno.
– Dam sobie radę sam – warknął i schował rękę pod szatę. – Nie potrzebuję niczyjej pomocy.
– Ale to nie wygląda najlepiej… – zaczęłam, po czym uznałam, że może faktycznie da sobie radę sam. Jakkolwiek to zabrzmi: miał już pewne doświadczenie, jak zdążyłam się zorientować, Syriusz uważał dzień za stracony, jeśli nie rzucił w Severusa chociaż jedną klątwą. Zamiast więc namawiać go, żeby zrobił coś rozsądnego, wypaliłam: – Chcesz nam pomóc odegrać się na Syriuszu?
Byłam pewna, że z miejsca się zgodzi. Każdy na jego miejscu by się zgodził!
– Nie.
– C-co? Jak to?! – zawołałam. – Mamy absolutnie genialny plan i byłam pewna, że…
Spojrzałam na niego niepewnie. Przecież nie mógł odmówić ze strachu przed zemstą czy szlabanem, prawda? To byłoby głupie… Zwłaszcza w przypadku kogoś, kto nie chciał iść do skrzydła szpitalnego, nawet kiedy jego własna krew kapała na podłogę.
– Nie będę się bawił w ich idiotyczne gierki. To nie mój poziom. – Dosłownie zmroził mnie wzrokiem. – A teraz przepraszam, Annie, pilnie potrzebuję mojego kufra.
– Och. Jasne, jasne – mruknęłam, schodząc mu z drogi. – Ale wiesz, gdybyś zmienił zdanie… – zaczęłam, choć wydawało się to zbędne, bo po prostu ruszył w kierunku ściany, za którą było wejście do pokoju wspólnego Ślizgonów. (Nie patrzyłam, która to, wcale!… No dobrze, nie za bardzo).

Advertisements
12. O tym, jak kręta może być droga ku zemście

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s