11. O (nie)spodziewanych zwrotach akcji na polu towarzyskim i historycznym

Rzuciłam wrogie spojrzenie gdzieś w przeciwległy kąt sali. Siedziałam w skrzydle szpitalnym przy łóżku Regała. Uznałam, że moim obowiązkiem jest upewnić się, że wypije eliksir, który dała mu pielęgniarka. Płyn śmierdział tak okropnie, że sama nie wzięłabym go do ust, ale skoro wykwalifikowany personel medyczny się upierał…
W kącie, na który raz po raz patrzyłam z niechęcią, leżał Syriusz. Obok niego siedzieli Chevonne (która dostała coś na uspokojenie) i James. Nie patrzyli w naszą stronę, skupiali się na tym, żeby powstrzymać Syriusza przed wstaniem z łóżka. Stanowczo odmówił przyjęcia eliksiru i chciał wyjść najszybciej, jak się da – twierdził, że nic mu nie jest, choć jego twarz świadczyła o czymś zgoła przeciwnym.
Zachowywali się jak dzieci. I o ile Regała można było zrozumieć – miał w końcu zaledwie trzynaście lat! – u człowieka tak dojrzałego jak Syriusz było to niezrozumiałe. Jako starszy brat powinien być dla Rega autorytetem! A on co? Upatrzył go sobie na ofiarę. Rozumiem, że naśmiewał się ze mnie – w końcu pochodziłam z niższej klasy społecznej i to był dla niego naturalny porządek rzeczy – ale z Regała? Regał był takim samym bogatym bubkiem jak on!
W końcu jednak Regulus wypił to, co przygotowała dla niego pielęgniarka. Okazało się, że tajemniczy eliksir zawierał w sobie środek usypiający – i to wyjątkowo mocny.
Syriusza też jakoś (siłą) dało się przekonać, by go wypił. Na froncie rodzinnym zapanował spokój.
– Oni tak zawsze? – spytałam Jamesa.
Gdy tylko obydwaj Blackowie zasnęli, wyszliśmy na korytarz. Chevonne została w środku. Uparła się, by czuwać przy poszkodowanym.
– Przez większość czasu nie zwracają na siebie uwagi – odpowiedział. – To dziwne, że tak się na siebie rzucili. Nie zdarzyło im się to wcześniej.
Westchnęłam. Skoro już postanowili zmienić zwyczaje i się pobić, to mogli przynajmniej poczekać, aż zostaną sami. Naprawdę nie uśmiechało mi się rozdzielanie walczących; Jamesowi też średnio, jeśli jego kwaśna mina mogła być jakiś wyznacznikiem. To mi przypomniało, że podobną minę miał w Hogsmeade, kiedy go zobaczyłam. Czyżby rozłam drużyny marzeń? Postanowiłam zapytać.
– James, a właściwie gdzie byli Remus i Peter, kiedy to wszystko się stało?… Jeśli nie masz nic przeciwko temu, że pytam – dodałam szybko, uznawszy, że jeśli czterech muszkieterów naprawdę się pokłóciło, to pewnie nie będzie chciał wdawać się w szczegóły.
Przez chwilę milczał.
– Ja… – zmieszał się. – No bo… Wiesz, Annie, to skomplikowane i… Ale…
Postanowiłam być cierpliwa i poczekać, aż łaskawie to z siebie wydusi.
– Tak naprawdę… Ja… – Bardzo cierpliwa. – My nigdy… Najwyższy czas… Rozumiesz… – Szalenie cierpliwa! – Chyba powinnaś…
– Powinnam co? – Nie aż tak cierpliwa.
– BojasiękochamwLily – odpowiedział na jednym oddechu.
Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie. Czyli nie było żadnej kłótni!
– Bo ty… Och. – Na chwilę zamilkłam, bo dotarły do mnie jego słowa. Naprawdę dotarły.
Kochał się w Lily. O ile wiem, w Hogwarcie jest tylko jedna Lily i tak się złożyło, że dzielę z nią dormitorium. Lily Evans. Ten przemądrzały rudzielec. A skoro kochał się w Lily, to… Och. O rany.
Ponownie się uśmiechnęłam, choć tym razem był to uśmiech nieco wymuszony.
– To miłe – stwierdziłam nieco pustym głosem.
Właściwie czemu mnie to dziwi? Albo w ogóle czemu na to zareagowałam? Przecież sama nic do Jamesa nie czułam (jeśli pominąć przyjacielskie uczucia)… Prawda?
Prawda. Absolutna prawda. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że James był dla mnie chłopakiem idealnym – no, przynajmniej do czasu, gdy nie wydało się, że jest zakochany. Ale nie byłam w stanie poczuć do niego czegoś więcej. Starałam się, serio. Na początku nawet wydawało mi się, że nasze wspólne wieczory mogą do czegoś doprowadzić. Tyle, że początek dawno minął, a ja wciąż nie widziałam w nim nikogo ponad kolegę.
– Myślałem, że w końcu się ze mną umówi – oznajmił. – Od czterech lat próbuję ją do tego namówić na milion różnych sposobów. Ale nie. Ona musiała znów urządzić mi publiczną awanturę, podsumowaną standardowym „Potter, wolałabym umówić się z karaluchem niż z tobą!”.
Poklepałam go przyjacielsko po plecach. W końcu byliśmy przyjaciółmi, prawda? Nie przekraczałam żadnych granic, tak? I nie powinnam się zachowywać, jakby wziął ślub z Lily. To, że się dowiedziałam, że ją kocha, niczego w naszych relacjach nie zmienia. Tak. Byłam tego pewna.
– Nie martw się, na pewno zmieni zdanie. Zobaczy, jakim fajnym facetem jesteś, i będzie żałować, że tyle razy ci odmawiała – powiedziałam z przekonaniem.
– Przepraszam, że cię wystawiłem. Gdyby nie moje głupie nadzieje, nie poszłabyś do Hogsmeade z Regulusem i nic by się nie stało.
– Nie masz za co przepraszać – zapewniłam szybko. – To nie twoja wina, że ich poniosło.
Prawdę mówiąc, kiedy odtwarzałam całą tę scenę słowo po słowie, nie mogłam zrozumieć, czyja to była wina. Oczywiście najchętniej zwaliłabym to na Syriusza, ale jednak to Regał pierwszy rzucił zaklęcie. W samoobronie co prawda, ale… I naprawdę, naprawdę nieważne, że ja też trzymałam różdżkę w ręku, gotowa rzucić jakąś średnio przyjemną klątwę. Całe to popołudnie było jedną wielką porażką, choć miało być naprawdę miło i sympatycznie, ba, miałam się napić herbaty cynamonowej. Przez moją herbatę prawie doszło do bratobójstwa! Powiedziałam to Jamesowi, mając nadzieję, że go to rozśmieszy. Chyba nie wyszło najlepiej, bo nawet mnie nie chciało się już śmiać.
– Herbatę? Pokłócili się o… herbatę? – James wydawał się zaskoczony. – Możesz mi to dokładnie wytłumaczyć?
– To proste, szliśmy z Regiem do takiej okropnej, różowej kawiarni – zaczęłam, uśmiechając się na wspomnienie jego oporów. To, że raz udało mu się wymigać od pójścia tam, nie znaczy, że mu odpuszczę. – A z naprzeciwka nadeszli Syriusz i Chevonne. Zamieniliśmy parę słów, zupełnie o niczym, wiesz, nie chcieliśmy im przeszkadzać… – Wydało mi się, że James nie chciałby wiedzieć, że po prostu nie chcieliśmy patrzeć na promieniującą samozadowoleniem twarz Syriusza. – W każdym razie Syriusz koniecznie chciał kontynuować rozmowę, zaproponował nawet, żebyśmy poszli na herbatę, ale jakoś nie brzmiało to… no wiesz, nie chcieliśmy przeszkadzać – powtórzyłam, świetnie zdając sobie sprawę, jak głupio to brzmi. – I to mu się nie podobało, obraził i mnie, i Regulusa, a potem… no cóż, wiesz, co się stało – zakończyłam nieporadnie.
Spojrzałam na niego z nadzieją, że z mojej nieco nieskładnej opowieści wyciągnie jakieś sensowne wnioski.
James milczał przez chwilę, by potem wyrzucić z siebie krótkie:
– Łał.
Westchnęłam. Mężczyźni i ich elokwencja!
– Wiem, nie przedstawiłam tego zbyt logicznie – zaczęłam – ale może coś z tego rozumiesz? No wiesz, to nie była obelga, przez którą warto trafiać do skrzydła szpitalnego.
Kto jak kto, ale ja wiedziałam co nieco o obelgach.
James wymamrotał do siebie coś, co niewątpliwie zaczynało się od za…, ale uparcie nie chciał tego powtórzyć głośniej.
– Co ty najlepszego wyrabiasz z mężczyznami, Annie – dodał po chwili, uśmiechając się aż nazbyt entuzjastycznie. – Jakie emocje w nich wyzwalasz!
– Ja? – zdziwiłam się. Nie miałam pojęcia, co chciał przez to powiedzieć. – Wiesz co, robi się późno, idźmy lepiej do pokoju wspólnego, na pewno wszyscy już wrócili z Hogsmeade. Syriusz i Reg pewnie będą spali do jutra, więc nie ma sensu czekać.
I nie, to nie była próba odkładania czegoś do jutra – nie byłam jakąś Scarlett O’Harą. Po prostu chciałam pomyśleć nad jego słowami w spokoju. Czyli z dala od niego.
Nigdy wcześniej aż tak nie chciałam się już pozbyć Jamesa.

***

Do końca października unikałam zarówno Regała, jak i Syriusza. Wolałam pogrzebać to, co się stało, gdzieś głęboko w pamięci i do tego nie wracać – głównie dlatego, że cała sprawa wydawała mi się całkiem irracjonalna i po prostu idiotyczna. Do tego coraz więcej myśli poświęcałam temu dziwnemu medalowi, na temat którego nie mogłam znaleźć żadnych informacji.
W końcu nadeszła Noc Duchów, a ja postanowiłam, że tym razem dotknę medalu i wsłucham się ponownie w ten dziwny głos.
Dlatego też, gdy wszyscy zgodnie udali się na ucztę, ja cichutko odłączyłam się od grupy i ruszyłam w kierunku Sali Pamięci, skrycie licząc na to, że pamiętam, jak do niej dojść. Udało mi się tam trafić w miarę szybko, po drodze tylko raz skręcając w zły korytarz, ale szybko naprawiając błąd. W końcu byłam na miejscu i patrzyłam na medal, jakbym liczyła, że od siły mojego wzroku się stopi i wyjawi wszystkie swoje tajemnice. Niestety, niewzruszenie leżał na swoim miejscu i błyszczał, jakby niedawno był polerowany. Nieśmiało wyciągnęłam w jego kierunku rękę.
Zawahałam się. A co, jeśli tym razem wydarzy się coś… gorszego? Poprzednim razem nie byłam tu sama. Jeśli na medal nałożona jest jakaś klątwa, przydaliby się jacyś świadkowie. Z drugiej strony – kto uwierzyłby w moją opowieść o mówiącym przedmiocie? No kto?
Stałam tak przez dłuższą chwilę – i z pewnością wyglądałam idiotycznie, bo wyciągnęłam już prawą rękę. Nie żeby to miało jakieś znaczenie, mogłam wyglądać i najgłupiej na świecie, jeśli tylko dowiem się, o co w tym wszystkim chodzi. Z wahaniem opuściłam rękę i znów zaczęłam wpatrywać się w medal. Nie zmieniał się. Nic się nie działo. Nie dowiem się w inny sposób…
Znów wyciągnęłam rękę i wtedy usłyszałam za sobą jakiś szmer. Przez chwilę poczułam się jak pięciolatka przyłapana z ręką w słoiku z ciasteczkami, ale szybko się opanowałam. Ponownie opuściłam rękę i odwróciłam się za siebie.
Nie zobaczyłam nikogo.
Pewna, że to tylko moja wybujała wyobraźnia, która chce mnie odciągnąć od medalu, szybko – zanim bym się rozmyśliła! – wyciągnęłam rękę i dotknęłam go. Kiedy już poczułam chłodny metal pod palcami, mój puls się uspokoił. Delikatnie podniosłam przedmiot, który sprawiał mi tyle problemów, z zamiarem dokładniejszego przyjrzenia mu się.
I wtedy znowu usłyszałam ten głos! Był wyraźniejszy niż ostatnio, zdecydowanie wyraźniejszy – ale wciąż nie byłam w stanie zrozumieć tego, co do mnie mówił. A mama mówiła – ucz się języków, Annie – tylko głupia Annie nie chciała jej słuchać.
Poczułam okropną, ale to okropną frustrację. Tyle czasu się tym gryzłam, nie byłam pewna, czy to działo się naprawdę, a teraz, kiedy okazało się, że tak… Teraz nie byłam w stanie zrozumieć tego, co mówi do mnie głos z medalu. Poczułam piekące łzy pod powiekami, ale nie miałam zamiaru się rozpłakać. Po prostu słuchałam dalej – z nadzieją, że usłyszę coś, co pozwoli mi zidentyfikować, jaki to język.
Na próżno. Minuty mijały, głos stawał się coraz wyraźniejszy i głośniejszy, a ja wciąż nie wiedziałam! Wciąż! To czekanie stawało się nie do zniesienia! W przypływie złości chciałam rzucić medalem o ścianę – ale… nie mogłam. Miałam wrażenie, że jest przyklejony do mojej ręki, że nie mogę nic z nim zrobić, póki głos nie skończy mówić. Nie wiedziałam, czy to wpływ magii, czy po prostu babska ciekawość. Ale po prostu dalej tam stałam, trzymając medal dość blisko ucha i walcząc z frustracją.
Nagle ujrzałam jakieś niebieskie, oślepiające światełko. Nie miałam pojęcia, czym może być, jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego. Wpatrywałam się w nie z nieskrywanym zdumieniem i ciekawością.
Światełko starannie owinęło się wokół mojej ręki – jeżeli w kategorii owinięcia się możemy ujmować byt nieposiadający ciała – i rozbłysnęło światłem jeszcze silniejszym. Zmuszona była zamknąć oczy. Gdy je otworzyłam, światełka już nie było – a medal leżał na podłodze.
Głos, rzecz jasna, zamilkł, co wydawało mi się dziwne i nienaturalne. Już-już miałam się schylić i podnieść medal, kiedy usłyszałam dochodzący zza moich pleców głos, który nakazał mi się zatrzymać. Nie był to ten sam głos, który słyszałam przed chwilą. Brzmiał zupełnie jak…
– Syriusz? – zapytałam ze zdziwieniem, kiedy obejrzałam się przez ramię.
Był chyba ostatnią osobą, której się tu spodziewałam. I ostatnią, którą chciałam tu zobaczyć.
– Przeszedłem tu za tobą, przyznaję, z zamiarem zamknięcia cię w schowku na miotły razem z Irytkiem – zaczął – ale gdy zobaczyłem, że wchodzisz do Sali Pamięci… Oszalałaś?! – krzyknął nagle. – Dotykać czegoś takiego?!
Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Gdzieś zniknęła maska chłodnego, wyniosłego arystokraty, którą przywdziewał na co dzień. Teraz wyglądał jak ktoś, kto się martwi. Komu zależy. Ale, do diabła, to był Syriusz Black! I w dodatku… W dodatku… W dodatku…
Kto mu pozwolił wtrącać się w moje sprawy?!
– Czegoś takiego? – powtórzyłam, wskazując na leżący na podłodze medal. – A niby co w nim takiego strasznego?! Dotykałam go już, kiedy go czyściłam, i nic mi się nie stało! Nie wmówisz mi chyba, że zaraz wyjdzie z niego bazyliszek i mnie zabije? – zakpiłam.
Co on sobie wyobrażał! Że będzie mną kierował jak jakimś skrzatem, który mu usługiwał?
Zerknęłam tęsknie na medal. Tak ładnie się błyszczał… Przecież nie może tam tak leżeć. Powinnam go podnieść i przynajmniej odłożyć na miejsce. Nie, najpierw wysłuchać głosu, potem odłożyć na miejsce… albo może schować do kieszeni? Na wypadek, gdybym znów chciała go posłuchać? Może ktoś by mi pomógł odgadnąć, jaki to język i wtedy…
Mój potok myśli urwał się, kiedy zauważyłam, że Syriusz coś mówi. Nie usłyszałam co, ale byłam pewna, że coś powiedział.
Mogłam skupić się tylko na medalu. Tak, podnieść go. Zabrać ze sobą. Nie powinien tu zostawać. Taki ważny przedmiot! Taki zapomniany! Ciekawe, ile lat nikt go już nie odwiedzał. Przecież… Przecież taki głos lubi sobie pomówić, prawda?
Jednym zdecydowanym ruchem sięgnęłam po medal leżący na podłodze, gdy wtem poczułam, że czyjeś (zdecydowanie męskie i zdecydowanie silne) ręce łapią mnie za ramiona i uniemożliwiają ruch, by po chwili… jedna z tych rąk mogła uderzyć mnie w twarz!
To mnie otrzeźwiło skuteczniej niż kubeł zimnej wody.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – krzyknęłam, szarpiąc się dziko.
Na chwilę zapomniałam o medalu, który dalej leżał na podłodze i błyszczał zachęcająco. Cała moja uwaga jednak skupiła się na Syriuszu, który patrzył na mnie z kpiącym uśmiechem. Miałam ochotę rzucić na niego najgorszą klątwę, jaką znałam.
– Próbuję ci pomóc – powiedział spokojnie, ale ten uśmiech, ten uśmiech!
– To nie była pomoc, to było… odzieranie mnie z godności! – krzyknęłam. – I naruszenie przestrzeni osobistej! Nie mam pojęcia, co sprawiło, że uznałeś, że mi to pomoże, ale…!
Urwałam, bo moją uwagę znów przykuł medal. Nadal miałam ochotę się po niego schylić, ale teraz coś mnie powstrzymało. Znów spojrzałam na Syriusza.
– Już rozumiesz? – spytał. – Następnym razem nie radzę krzyczeć na kogoś, kto próbuje wyrwać cię spod działania uroku. Brutalne metody są najskuteczniejsze.
– U-uroku? – mruknęłam. Naprawdę nic nie rozumiałam. – Przecież już dotykałam tego medalu i nic się nie stało. Nic a nic. Po prostu… Pewnie weźmiesz mnie za wariatkę, ale on mówi. To znaczy nie medal, w nim jest jakiś głos i… W każdym razie nie jestem w stanie zrozumieć, co do mnie mówi. Merlinie, wiem, jak to wszystko brzmi, ale to prawda!
Zrobiłam minę wyrażającą skrajną bezradność i wbiłam wzrok w podłogę. Urok, no naprawdę! Ale przecież wcześniej… No i ten głos… No dobra, to były typowe oznaki uroku, a ja byłam za głupia, żeby się zorientować. Może po prostu obrona przed czarną magią nie była moją najmocniejszą stroną?
– Co mówi? – spytał, przyznaję, dość rzeczowo.
Zarumieniłam się. Nienawidziłam chwil, w których musiałam przyznawać, że czegoś nie wiem. Nie twierdzę, że posiadłam całą wiedzę, jaką dało się posiąść i jestem nieomylna, ale to nie znaczy, że przyznawanie się do niewiedzy przychodzi mi łatwo.
– Niemampojęcia – mruknęłam, patrząc na ścianę, gdzieś nad jego prawym ramieniem.
– Słucham?
Zrobiłam głęboki wdech, jakby to mnie miało uspokoić. Tak, uspokoić, jasne. A bazyliszki wyją do księżyca. Nie miałam jednak wyjścia – pomógł mi, więc byłam mu winna jakieś wyjaśnienia.
– Nie mam pojęcia – powtórzyłam przez zaciśnięte zęby, jednocześnie powstrzymując rumieniec, który chciał rozlać mi się na całą twarz. – Nie rozumiałam tego, co mówił. Nie znam… no wiesz, nie znam za wielu języków.
Tak, teraz był ten moment, w którym powinien się zacząć śmiać. Byłam pewna, że stwierdzi, że takie medale zawsze mówią po arabsku czy po łacinie… Nagle dotarło do mnie, że to mogła być łacina. Czemu nie. Kiedyś słyszałam coś w tym języku. Tym bardziej powinnam się wstydzić. Cholerny arystokrata, na pewno czytał Juliusza Cezara w oryginale!
Może powinnam go poprosić o pomoc? Ale… Nie mogłam! To by było wbrew zasadom! Klasa wyższa i niższa nie powinny współdziałać nawet w sytuacjach kryzysowych!
– Łacina? – zasugerował.
Błyskawicznie odwróciłam głowę, jakby zainteresowało mnie coś, co znajdowało się na ścianie obok. Albo na podłodze, bo mój wzrok szybko powędrował w dół, by w końcu zatrzymać się na moim obuwiu. Cholerny, cholerny arystokrata. Jestem pewna, że czerpie z tej rozmowy mnóstwo złośliwej satysfakcji, a ja właśnie miałam udowodnić swoją niższość intelektualną. Oczyma wyobraźni już widziałam, jak pokłada się ze śmiechu i opowiada wszystkim o mojej niewiedzy. Tacy jak on zawsze uznają coś takiego za zabawne.
– Nie wiem – mruknęłam cicho, ale wyraźnie. Znów zerknęłam na medal. – Może.
W końcu jednak przeniosłam wzrok na niego i, zanim zdołałam się powstrzymać, syknęłam:
– No dalej, śmiej się. Przecież wiem, że cię to bawi.
Ale Syriusz się nie śmiał. Ani odrobinę.
Wzruszyłam ramionami. Świetnie, a więc czekał na lepszy moment. Pewnie wróci do tematu w pokoju wspólnym lub w Wielkiej Sali.
Uznałam, że nie ma sensu dalej tu stać, powinnam po prostu jak najszybciej odłożyć ten medal na miejsce i się stąd oddalić. Po raz kolejny schyliłam się po błyszczący, metalowy krążek.
– Nie dotykaj tego – powiedział. Zażądał.
I znów mnie ubezwłasnowolnił.
Już-już miałam mu powiedzieć, że to JEMU nie wolno MNIE dotykać, ale jedno spojrzenie w te jego cholerne, arystokratyczne oczy jakoś odebrało mi na to ochotę. Powinnam się szarpać! Krzyczeć! Gryźć! Ale cóż mogłam poradzić na to, że byłam przy nim tylko słabą, bezwolną dziewczynką?
Zamiast tego po prostu skapitulowałam i pokiwałam głową. Nagle było mi wszystko jedno – nie zależało mi na tym medalu, nie zależało mi na tym, czy ktoś dowie się, że nie znam łaciny… Na niczym mi nie zależało. Chyba. Tak jakby. O Merlinie, gdybym jednak się nad tym zastanowiła… Ale nie, wolałam się nie zastanawiać nad niczym. Mogłabym poruszyć jakiś niebezpieczny temat.
– Idziemy na ucztę.
I tylko tyle miał mi do powiedzenia? Żadnej rady? Żadnego wsparcia? Co on sobie wyobrażał? Że ja mu pozwolę kierować moim życiem?!
Cóż, chyba pozwoliłam.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s