10. O ubocznych skutkach przyjmowania płynów herbacianych

Następnego dnia, a tak się złożyło, że był to poniedziałek, tuż po zajęciach udałam się do biblioteki. Wiedziałam, że teraz jest zbyt gwarno, żeby próbować dostać się do Sali Pamięci – nie usłyszałabym tego głosu, był zbyt cichy. Zamiast tego – mogłam spróbować się dowiedzieć czegoś o tym, do kogo medal ten kiedyś należał. Wzięłam z półek kilka opasłych i zakurzonych tomów, po czym usiadłam przy stoliku pod oknem i zaczęłam wertować księgi.
Jednak żadna z tych książek nie chciała powiedzieć mi nic szczególnego na temat Ralpha Dunstana. Nawet Historia Hogwartu ograniczyła się jedynie do krótkiej zmianki – urodził się, był, umarł – choć przecież pozostałych dyrektorów opisywała dość obszernie. Czyżby ten obłożony był jakąś pośmiertną infamią? Cóż, arystokracja czystomagiczna lubiła bawić się w takie pierdoły jak zniesławienie. Ale… Skąd medal? Wyklętym nie przyznaje się takich cacek, prawda? Mógł też być po prostu paskudnie nudny, ale wtedy nie dostałby medalu. Musiał zrobić coś, czym sobie na niego zasłużył. Ale przecież wtedy byłaby o tym jakaś wzmianka!
Zirytowana, zatrzasnęłam księgę i cicho zakasłałam, kiedy w powietrze wzbił się obłok kurzu. Dalsze poszukiwania nie miały sensu. Mogłam tylko liczyć na to, że głos sam mi coś powie. Albo – jeszcze lepiej – mogłam liczyć, że już nigdy go nie usłyszę. Wiedziałam, że nie powinnam słyszeć głosów, które nie wydobywają się z ciała (lub ektoplazmy czy czegoś, jak w przypadku duchów).
Mogłam też liczyć na to, że dostanę się do Działu Ksiąg Zakazanych. Ale, jeśli brać na poważnie to, co mówił mi o nim James, było to pomysłem jeszcze gorszym niż dalsze brnięcie w schizofrenię.
James… Hm, właściwie był jedyną osobą w całym zamku, którą traktowałam jak przyjaciela. Może powinnam powiedzieć mu o tym, co wczoraj słyszałam – lub wydawało mi się, że słyszałam. Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł i z pewnością długo wahałabym się przed podjęciem decyzji, gdyby nie nagły impuls, który kazał mi wyjść z biblioteki.
Impuls ten nazywał się Syriusz Black, który szczerzył się do Chevonne gdzieś między regałami.

***

Przez kilka kolejnych dni nie mogłam się zdobyć na wizytę w Sali Pamięci. Liście na drzewach robiły się coraz piękniejsze, a ja coraz bardziej bałam się, że kiedy ponownie dotknę medalu, okaże się, że to tylko moja wyobraźnia. Albo, co gorsza, schizofrenia. Kiedy już-już miałam tam wejść, zawsze coś mi przeszkadzało: a to kogoś spotykałam, a to przypominało mi się o jakiejś pracy domowej, którą koniecznie musiałam odrobić. Nazwijcie mnie tchórzem, proszę bardzo, ale robiłam wszystko, żeby tylko nie myśleć o tym medalu.
Zbliżał się weekend, a z nim pierwsze wyjście do Hogsmeade. Liczyłam, że mogę pójść tam z Jamesem, ale ten wykręcił się ważnymi sprawami Huncwotów. Wolałam nie używać przy nim argumentu „ale Black…”, bo był jakoś wyczulony na nową miłostkę Syriusza. Ciekawe dlaczego? Przecież odkąd Black zadawał się z Chevonne, rzadziej mi dokuczał!
Brenda i dziewczyny z dormitorium szły razem na piwo kremowe. Jestem gorącą przeciwniczką alkoholu. Uważam, że został on wprowadzony, by rozpić i ogłuszyć tym samym klasy niższe. Tak! Alkohol to broń arystokracji w walce z ludem pracującym! Bo czy pijany lud wywoła rewolucję? Oczywiście, że nie! Dlatego też, z przyczyn światopoglądowych, nie chciałam z nimi iść. Nawet gdyby mnie zaprosiły.
Ostatnią deską ratunku okazał się Regał, który, jak się okazało, też nigdy nie był w Hogsmeade. Przy okazji wydało się, że był dopiero w trzeciej klasie. Co za wstyd! Wycieczka z trzynastolatkiem! Ale – czy miałam lepsze wyjście? Chyba nie.
W sobotę czekałam na niego przy bramie. Wszyscy się tam zbierali, by poczekać na tych, z którymi się umówili, więc byłam przekonana, że nie będziemy się rzucać w oczy. Jako że tego dnia wiał dość przenikliwy wiatr, obwiązałam się cienkim szalikiem koloru czerwonego, na którym wyhaftowałam ambitne hasło „kapitalizm = kanibalizm”. Miałam nadzieję, że Regał się tym nie speszy. A nawet jeśli… Przynajmniej było mi ciepło.
Na mój widok uśmiechnął się. Ze zdziwieniem obserwowałam zmiany, jakie zaszły w Regale przez ten miesiąc. Po pierwsze – był dla mnie już absolutnie miły. Choć oczywiście nie witał mnie wylewnymi słowami i słodkimi uściskami, nie obrażał mnie i nie trzymał na dystans – traktował jak koleżankę, a nie człowieka z niższej sfery. Po drugie – zrobił się strasznie pogodny i skory do uśmiechów. Po trzecie – wykazywał cechy prawdziwego gentlemana. Jak choćby teraz, gdy przepuścił mnie w bramie.
– Cześć, Annie – powiedział, gdy znaleźliśmy się już po drugiej stronie. Od czasu, gdy odkrył jak mam na imię, w kółko tylko powtarzał Annie i Annie. Cóż. Lepsze to niż Syriusz i jego słoneczka. – Ładny szalik.
– Dziękuję – odparłam i, z nieznanych mi przyczyn, poczułam, że nagle świat stał się jakiś cieplejszy.
Powoli szliśmy do Hogsmeade, rozmawiając trochę o nauczycielach, trochę o tym, czego się spodziewaliśmy po wiosce zamieszkałej tylko przez czarodziei (jakoś unikaliśmy tematu różnic społecznych, choć było kilka okazji, by na niego zejść). Wyglądało na to, że wytworzyła się między nami specyficzna więź, której nie można było jeszcze nazwać przyjaźnią, ale nie wykluczałam, że kiedyś stanie się to możliwe. Nawet jeśli był arystokratą – w końcu to nie jego wina, prawda? Nie traciłam nadziei, że kiedyś nadejdzie ten dzień, w którym Regał dojrzeje do poważnej rozmowy społeczeństwie i w końcu poprze moje stanowisko. Póki co nie naciskałam. Łatwiej było rozmawiać o ilości pracy domowej, którą zadawała McGonagall czy sprzeczać się o to, czy najpierw pójdziemy do Miodowego Królestwa, czy na herbatę z cynamonem.
Reprezentowałam front proherbaciany. Owszem, może i tacy burżuje jak Proust pisali o niej ciężkie tomiska – oczywiście, Regał nie wiedział, kim był Proust, bo byli burżujami innej kategorii, ale ja, jako ich przeciwniczka, musiałam się orientować! – ale i tak stanowiła dość przyjemny element mojego życia. Ale Regulus protestował. Twierdził, że według jego najlepszych informacji – które pochodziły od Severusa, a od kogo innego – jedyne miejsce, gdzie sprzedawano herbatę było zbyt różowe i zbyt słodkie, by mógł tam wytrzymać nawet pięć minut.
Zapewniałam go, że róż nie gryzie, i obiecywałam, że nie będziemy siedzieć tam ani chwili dłużej niż to konieczne, by w spokoju wypić szklankę pysznej herbaty, ale nadal nie wykazywał żadnego entuzjazmu. Nie wiedziałam, jak go przekonać: zgodzić się, żebyśmy najpierw poszli do Miodowego Królestwa, tak jak chciał, a potem na herbatę (mógł mnie oszukać i po wyjściu ze sklepu uciec ze swoimi czekoladami, ale z pewnością takie zakupy wprawiłyby go w lepszy nastrój) czy może lepiej zaproponować mu pożyczenie szalika (gdyby się nim okręcił, na pewno nikt by go nie poznał – a przecież o wizerunek tu chodziło, prawda?). Byłam jednak pewna, że muszę wypić tę herbatę!
– Nie, Annie – powtarzał uparcie, całkowicie odporny na mój kobiecy urok. Wiadomo. Dzieciak.
– Ale będzie fajnie, zapewniam – powtarzałam równie uparcie. – Możemy do tego zamówić też szarlotkę. Jestem pewna, że lubisz szarlotkę, każdy ją lubi!
Popatrzyłam na niego błagalnie. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz piłam dobrą herbatę z cynamonem. Nie było mowy o tym, żebym wróciła do Hogwartu nie zmieniwszy tego stanu rzeczy.
I już-już Regał miał się złamać – widziałam to w jego oczach! – gdy nagle twarz skrzywiła mu się w jakimś koszmarnym grymasie. Z ust wyrwał mu się cichy jęk:
– Znowu on.
Odwróciłam głowę, żeby zobaczyć, o kim mówi. I zobaczyłam. W naszą stronę szedł Syriusz z uwieszoną na ramieniu Chevonne. Dziewczyna najwyraźniej świetnie się bawiła, bo śmiała się od ucha do ucha. Syriusz patrzył na nas z nieskrywaną niechęcią, co zdecydowanie uniemożliwiało mi odgadnięcie, w jakim nastroju znajdował się wcześniej. Nie żeby mnie to obchodziło.
– Zawsze możemy uciec do jakiegoś sklepu – wymamrotałam, chociaż wiedziałam, że to nie ma sensu.
Widzieliśmy go, on widział nas. Współwidzieliśmy się wszyscy i teraz nie ma innego wyjścia, musi nastąpić konfrontacja.
– Reg! – Syriusz odezwał się pierwszy. – Czy ona nie jest dla ciebie za ładna?
Gdzieś już słyszałam to zdanie. Naprawdę. Wszyscy chłopcy w Hogwarcie strasznie się powtarzali. Brytole i ich ograniczone procesy myślowe!
– Annie? – Chevonne jako jedyna nie wydawała się rozzłoszczona tym spotkaniem. – Annie i…?
– To mój brat, Regulus – wyjaśnił starszy z Blacków.
– Odczep się – dorzucił młodszy.
– Cześć, Chevonne – mruknęłam, po czym dodałam, po lekkiej pauzie, która miała wyrażać niechęć: – Syriuszu. Cudownie was widzieć tego pięknego dnia, ale nie chcemy zajmować wam czasu, więc po prostu pójdziemy dalej. Prawda?
Spojrzałam na Regała wyczekująco – wystarczyło, żeby potwierdził i wszystko skończyłoby się w miarę bezproblemowo. Oczyma wyobrazi już widziałam siebie w tej okropnej, różowej kawiarni, dzierżącą wielki, parujący kubek cynamonowej rozkoszy.
– Prawda – odpowiedział, ale Syriusz nie dał nam odejść:
– Już? Nie chcecie wybrać się z nami, no nie wiem, na herbatę z cynamonem?
Zacisnęłam zęby. On to robi specjalnie? Czyta w moich myślach, żeby potem storpedować najlepsze plany?
– Nie chcemy przeszkadzać – powiedziałam z całą uprzejmością, na jaką mogłam się zdobyć.
– Nie przeszkadzacie, prawda, Chevonne? – spytał.
Dziewczynie mina zrzedła, ale widocznie uznała, że jeśli odmówi, zaraz straci ramię, na którym może swobodnie się wieszać. Kiwnęła więc głową. Za to Regał… Regał wyglądał na nieźle zdenerwowanego.
– Nie pomyślałeś, że TY możesz nam przeszkadzać… bracie? – spytał, a jego głos pełen był zupełnie nietajonej nienawiści.
Syriusz roześmiał się.
– W czym? – spytał.
– W rozmowie? – odpowiedziałam.
Nie miałam pojęcia, w czym Syriusz i Chevonne mogli nam przeszkadzać, jeśli pominąć fakt, że denerwowała nas sama ich obecność. Coś mi jednak mówiło, że nie powinnam powtarzać tego na głos. Dlatego właśnie potrzebna była odpowiedź zastępcza, która pozwoli całej naszej czwórce zakończyć tę rozmowę mniej więcej z klasą. A przynajmniej bez wyciągania różdżek. (No dobrze, wątpiłam w to, czy Syriusz jest w stanie cokolwiek zakończyć z klasą, skoro nawet z kończeniem posiłków miał problemy, ale chciałam wierzyć w to, że reszta popołudnia minie w spokoju. Mogłam nawet zrezygnować – chwilowo! – z herbaty).
– O czym?
– O kapitalistach – zwerbalizowałam szybko pierwszą myśl, jaka przyszła ni do głowy, ale Regał w tej samej chwili powiedział:
– O eliksirach.
Przywołałam na usta nieco krzywy uśmiech i, żeby jakoś z tego wybrnąć, wytłumaczyłam:
– O wpływie kapitalistów na przemysł eliksirowy.
To brzmiało idiotycznie nawet wtedy, kiedy to wypowiadałam i byłam przekonana, że Syriusz musiałby być skończonym idiotą, żeby w to uwierzyć.
Nie uwierzył. Chevonne uwierzyła.
– Jesteś aktywistką? – spytała. – Mój tato zawsze powtarzał…
– Ona kłamie, kochanie – Syriusz powiedział słodko. Naprawdę słodko. Tak słodko, że gdyby mnie nie obraził, chyba bym się rozpuściła. Bo przecież… Odniosłam irracjonalne wrażenie, że to „kochanie” wcale nie było przeznaczone dla Chevonne. W końcu patrzył prosto na mnie. – Ukrywa fakt, ze wybrała się na randkę z tą podróbą człowieka, skończonym maminsynkiem i fajtłapą, moim bratem.
Wrażenie przeszło tak szybko, jak przyszło. Teraz poczułam się, jakby nas oboje spoliczkował. Obraził Regała i zasugerował, że ja… Cholerny nadęty arystokrata!
– To nie jest randka – powiedziałam szybko. – A nawet gdyby była, to nic ci do tego! I nie masz prawa obrażać Regulusa, jest o wiele lepszym człowiekiem niż ty!
I to by było na tyle, jeśli chodzi o pokojowe rozejście się, bo zacisnęłam palce na różdżce. Byłam przekonana, że zaraz mi się przyda.
Jednocześnie miałam i nie miałam racji. Bo oto Regał rzucił się w mojej obronie i zanim Syriusz zdążył zareagować, strzelił w niego prostym (ale i tak dość nietypowym jak na trzynastolatka) zaklęciem powodującym wysypkę.
Chevonne krzyknęła, jakby to był co najmniej Cruciatus; próbowałam ją nakłonić, żeby przestała wydawać tak wysokie dźwięki, ale nie była chętna do współpracy, więc uciszyłam ją krótkim Silentio. Nie marzyłam o niczym innym, jak tylko o spokoju. Pal licho herbatę, do cholery z Miodowym Królestwem. Miałam ochotę po prostu szarpnąć Regała za kołnierz i zaprowadzić jak najdalej stąd. Niestety, wydawało się to niemożliwe, bo w czasie, kiedy zajmowałam się Chevonne, Syriusz najwyraźniej odzyskał rezon i sprawił, że ucho brata zmieniło się w dorodną pieczarkę. Regał oczywiście nie miał zamiaru puścić mu tego płazem, więc bójka rozgorzała na dobre.
Rzucali w siebie zaklęciami jak małe dzieci. Zrobiło się bardzo kolorowo. I tłoczno, bo naokoło zebrała się niemała grupa gapiów. Kątem oka zauważyłam Jamesa; machnęłam w jego kierunku ręką, prosząc o wsparcie. Z pewnością dałoby to jakiś skutek, gdyby nie wybuchnął śmiechem. Opanował się dopiero, kiedy zgromiłam go spojrzeniem. Wyciągnął różdżkę i pomógł mi rozdzielić walczących Blacków. Obaj próbowali się wyrwać, choć wyglądali, jakby wpadli pod kosiarkę. Albo śmieciarkę, jeśli wziąć pod uwagę rozsiane tu i ówdzie grzyby i inne skutki niewinnych z pozoru zaklęć.
– Reg, idziemy do skrzydła – zarządziłam tonem na tyle władczym, na ile to było możliwe.
Parę kroków dalej James jednocześnie próbował utrzymać Syriusza i pocieszyć płacząco-histeryzującą Chevonne.
– Zabiję go kiedyś – warknął, zupełnie nie przejmując się tym, co powiedziałam.
– Reg! Szpital!
Zupełnie mnie nie słuchał. Zanim zdążyłam zareagować, posłał w kierunku Syriusza kolejne zaklęcie. Nie trafił; ale i tak udało mu się zdenerwować brata, który w przypływie złości wydarł się Jamesowi i skoczył w naszym kierunku.
W ułamku sekundy Blackowie wylądowali na ziemi, szamocząc się zawzięcie. Najwyraźniej zapomnieli o takim wynalazku cywilizacyjnym, jaki były różdżki, bo bili się jak dwaj mugole – jak dwóch pijanych (trzeźwi mieli lepsze rzeczy do roboty) proletariuszy. Było w tym coś przyciągającego, jakiś pierwotny urok, ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby się pozabijali tylko dlatego, że uważałam, że taka bójka oczyści atmosferę.
– Przestańcie! – krzyknęłam, a potem dodałam: – James, zrób coś!
Ponownie musieliśmy odciągać ich od siebie. Chevonne wcale nie pomagała – wręcz przeciwnie, ryczała coraz bardziej. Zastanawiałam się, gdzie był Remus z Peterem; w końcu James upierał się, ze będzie w Hogsmeade z Huncwotami. Czyżby go wystawili? Nie było czasu na weryfikację tej hipotezy. Ważniejsze było, żeby odstawić obu Blacków do skrzydła szpitalnego. Wyglądali koszmarnie – tak koszmarnie, że od razu można było odgadnąć, że tarzali się po brudnym chodniku i okładali pięściami.
Szarpnęłam Regała za kołnierz – tak, jak miałam zamiar zrobić to kilka minut temu, zanim rozpętało się piekło – i pociągnęłam w kierunku zamku. Nie opierał się za bardzo, bo widział, że Syriusz znajduje się w nie lepszym stanie i też jest gdzieś ciągnięty. Miałam tylko nadzieję, że James zabierze go gdzieś indziej (jakkolwiek nielogiczna ta nadzieja była – gdzie można zabrać ofiarę bójki, jeśli nie do skrzydła szpitalnego?), bo gdyby ruszyli za nami – niechybnie doszłoby do powtórki z rozrywki.

Advertisements
10. O ubocznych skutkach przyjmowania płynów herbacianych

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s