08. O tym, że niektóre kobiety najwidoczniej nie zasługują na równouprawnienie

Dni mijały, a ja w Gryffindorze wciąż czułam się obco. Wprawdzie James robił wszystko, by poprawić mi humor – a Brenda naprawdę zaczęła uważać się za moją najlepszą przyjaciółkę – ale wszelkie ich wysiłki niweczył Syriusz, którego nowym celem życiowym było uprzykrzenie mi pobytu w zamku. Nie było chwili, by nie próbował zabawić się moim kosztem – wyśmiać, podstawić nogę czy obrać mnie za cel głupiego dowcipu. Kłóciliśmy się tak często, że wszystkim szybko zdążyło to spowszednieć – i o ile na początku budziliśmy wielkie emocje, teraz nawet Regał przestał zwracać na nas uwagę.
– Black, jesteś idiotą! Głupim, zawszonym, zakochanym w sobie palantem, który myśli, że nazwisko może zastąpić mu mózg! – krzyczałam nieustannie, z coraz większą wprawą rzucając w niego talerzami i kubkami.
– Odezwała się, obrończyni wdów i sierot! – On również rzucał. Się. Miotał. Się. Złościł. Się. – Weź się zajmij jakimś porzuconym Smarkiem, a nie przyzwoitym ludziom powietrze zatruwasz!
W takich momentach to zwykle ze słów przerzucaliśmy się na zaklęcia. Severus – zwany przez Gryfonów z przyczyn mi… niezupełnie jasnych Smarkiem stał się bowiem tak zwaną sprawą honorową. Choć nie uważałam go za proletariusza idealnego, musiałam bronić go przed Syriuszem – bo tak i już. Dlatego broniłam. Zwykle obrona taka kończyła się straconymi punktami lub przypaloną brwią – ale nikt nie mógł powiedzieć mi, że się nie starałam.
Stosunkowo dużo czasu spędzałam też z Regałem. Stosunkowo – czyli jakąś godzinę tygodniowo, co i tak (jak na poziom rozwinięcia mojego życia towarzyskiego w tej szkole) było szalonym poświęceniem. Jednak wciąż brakowało mi kogoś bliskiego, kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o bzdurach, chłopcach i samoczyszczących się butach.
Aż w końcu nadszedł ostatni weekend września i wszystko się zmieniło.

***

Tego roku była prawdziwa złota jesień – większość drzew w okolicy zamku stała się nagle złota, pomarańczowa i czerwona, co świadczyło niezbicie o tym, że niebawem zrobi się zimno. To znaczy zimniej – bo już teraz było zimno według moich standardów. Nie powstrzymywało to nauczycieli przed wyganianiem nas na zewnątrz (i, co zaczęło do mnie z przerażeniem docierać, będą robić to nadal, kiedy spadnie śnieg) na zielarstwo; a, muszę przyznać, nawet lubiłam ten przedmiot. Można było skupić się na jakiejś czynności i przestać przejmować się wszystkimi wokół, którzy trzymali się w kilkuosobowych grupach (niewątpliwie utworzonych lata temu). Nie przykleiłam się do żadnej grupki. Nie pasowałam, jak mi się wydawało.
Wypracowania z zielarstwa to jednak zupełnie inna para kaloszy – co prawda również wymagały pracy indywidualnej, ale nie były aż tak przyjemne. Był właśnie sobotni wieczór, a wszystkie grupki siedziały w najlepsze w pokojach wspólnych, dormitoriach i różnych zakamarkach w zamku. A ja – tak dla odmiany – siedziałam w praktycznie pustej bibliotece i zawzięcie przeglądałam księgi.
Nagle usłyszałam za sobą straszny huk. Odwróciłam się i doznałam niejakiego deja vu. Na środku biblioteki stała dziewczyna – na oko w moim wieku – której jakiś bardzo przebrzydły arystokrata wytrącił książki z ręki. I wcale ale to wcale nie chciał ich podnieść.
– Black! – krzyknęłam i zerwałam się z miejsca.
W pół sekundy dotarłam do dziewczyny i pana pacana. Byłam naprawdę zła. Nie dość, że przerwali mi pisanie wypracowania, to jeszcze ta idiotka próbowała te książki podnieść!
– Tak, słoneczko? – Syriusz spytał najniewinniej na świecie.
– Pomógłbyś jej! Pomógł, rozumiesz? POMÓGŁ.
– To ona na mnie wpadła – oznajmił.
Czy to było u nich rodzinne, do diabła? Założę się, że wpadła na niego tak, jak ja wpadłam na Regał. Czyli nie wykonując przy tym ani pół ruchu.
Prychnęłam.
– Ale jesteś mężczyzną i powinieneś przynajmniej udawać, że szanujesz kobiety – warknęłam, po czym spojrzałam na dziewczynę, jakbym samym spojrzeniem miała powstrzymać ją przed zbieraniem książek.
Oczywiście nie powstrzymałam – zbierała je dalej, najwyraźniej ignorując i mnie, i Blacka, który nie wykazywał ani odrobiny skruchy. Merlinie, nie mam pojęcia, kim była jego i Regała matka, ale nikt nie powinien się na niej wzorować – najwyraźniej miała problem z wpajaniem dzieciom podstawowych zasad savoir vivre’u.
– Szanuję KOBIETY, Annie – zauważył. – Jednak na bycie kobietą trzeba sobie zasłużyć.
Byłam oburzona! Mnie mógł tak sobie obrażać, ale jakąś zupełnie przypadkową, niewinną dziewczynkę… Skandal! Granda! Tak nie wolno!
– Poradzę sobie – usłyszałam zapewnienie odpodłogowe. – Radzę sobie.
Syriusz uśmiechał się triumfalnie.
– Nie, nie radzisz sobie – ofuknęłam ją. – A ty, panie arystokrato, uważaj na słowa, bo właśnie sprawiłeś jej przykrość! – zwróciłam się do Syriusza, wyciągając w jego kierunku palec wskazujący, co zdarzało mi się nader często, choć starałam się nad tym odruchem zapanować. – Mogę się założyć, że ona jest o wiele lepszym człowiekiem niż ty, a to, co właśnie powiedziałeś, jest skrajnie bezczelne!
Byłam naprawdę zdumiona, że dziewczyna nie wyciągnęła jeszcze różdżki i nie rzuciła w niego furnunculusem albo czymś równie mało przyjemnym. Ale nie. Dziewczyna nadal znajdowała się gdzieś w okolicy podłogi, co sprawiało, że miałam ochotę przemówić jej do rozumu. Pozwala sobą pomiatać – i to burżujstwu! Krwiopijcom! Przez takich jak ona właśnie nie możemy zerwać więżących nas okowów!
Wtedy to się stało.
Obiecywałam sobie, że będę kontrolować swoje umiejętności. Wzbudzały zbyt wielką sensację. Ale czasem po prostu nie dało się nie zareagować. I nie dało się siłą woli nie podnieść tych trzech ciężkich tomisk. I nie dało się nie uderzyć nimi w Syriuszka trochę poniżej pasa.
Wcale nie żałowałam. Nawet, gdy (po krótkim okresie zwijania się z bólu) Syriusz wyciągnął różdżkę. I gdy biedna dziewczynka wydała okrzyk zdziwienia, który sugerował, że za chwilę pół Hogwartu dowie się o tym, co tu się wydarzyło.
Też wyciągnęłam różdżkę, żeby móc się bronić, gdyby jednak ten cholerny arystokrata postanowił napaść na kobietę. Ale póki co nie postanowił. Patrzył na mnie, jakby chciał mnie zamordować, ale nie zrobił nic więcej. Z satysfakcją pomyślałam, że jednak musiałam uderzyć go mocniej niż pierwotnie planowałam, skoro nie może wydobyć z siebie głosu, ale okazało się, że nie chodziło o to. Bardziej o zaskoczenie i ogólną wściekłość. I, tak!, o upokorzenie, które niewątpliwie również odczuwał. Dlatego właśnie z jego różdżki sypały się iskry, ale nie robił nic więcej. Jeszcze, przypomniałam sobie.
– Nie! – krzyknęła dziewczyna.
Obydwoje spojrzeliśmy na nią zdziwieni i spytaliśmy niemal równocześnie:
– Jak to: nie?
Co zaowocowało odwróceniem wzroku od dziewczyny i ponownym spojrzeniu na siebie nawzajem.
– Nie powtarzaj po mnie! – krzyknęłam. O tak, z mojej różdżki też sypały się iskry. I to nawet dość tłumnie.
– Ja? Po tobie? Chciałabyś! – odkrzyknął.
– Też mi pomysł – warknęłam.
Jakoś przestałam zwracać uwagę na to, gdzie się znajdujemy (choć niewątpliwie jakaś część mojego umysłu była zdziwiona, że dywan nie zajął się jeszcze ogniem od tych iskier i ogólnego napięcia – może rzucono na niego jakieś zaklęcie?). Przeszło mi jednak przez myśl, że może dziewczyna jest pacyfistką i stąd bierze się jej niechęć do jakichkolwiek konfliktów.
Jednak ja gardziłam pacyfizmem. Uważałam, że najwyższą wartością w życiu człowieka jest ruch i ogólna możliwość działania. Pacyfizm był zbyt bierny. I zbyt idealistyczny. W dodatku zupełnie nie zakładał on unicestwienia klas wyższych – ba, wręcz zabraniał działań zbrojnych względem nich!
– To TY powtarzasz po mnie – zarzucił mi.
Tego było za wiele.
– Większość twoich wypowiedzi jest obrazą dla mojej inteligencji, nie powtarzałabym ich – odparowałam, unosząc różdżkę i celując w niego. Iskry dalej się sypały, ale nie miałam zamiaru zaatakować pierwsza. O ile nie sprowokuje mnie jeszcze bardziej.
Chciałam zerknąć na dziewczynę, bo nie miałam okazji jeszcze jej się dobrze przyjrzeć, ale teraz całą uwagę musiałam skupić na Syriuszu – przynajmniej powinnam, jeśli nie chciałam zyskać uroczej kurzajki na nosie lub muchomora na uchu.
– Przed chwilą powtórzyłaś!
Syriusz najwyraźniej uznawał, że posiadł niezwykle cenny i niepodważalny dowód empiryczny; trzymał się więc go kurczowo i nie zamierzał odpuścić. Przynajmniej nie w tym stuleciu.
– Przestańcie! – dziewczyna powtórzyła swój apel.
– Zamknij się! – wykrzyknęliśmy jednocześnie, by potem chórem dodać: – Znowu to zrobiłeś! – występujące również w wersji: – Znowu to zrobiłaś!
Tego było za wiele. Nie wytrzymałam i rzuciłam w niego prostym zaklęciem. Za prostym – odbił je bez problemu. A potem bezskutecznie spróbował zamienić moje palce w rząd marchewek.
Już-już miałam mu się zrewanżować jakimś paskudniejszym zaklęciem, kiedy zjawiła się przy nas bibliotekarka. Nie trzeba było być geniuszem, by odgadnąć, jak bardzo była wściekła – wyglądała, jakby miała ochotę zamordować ją własnymi rękoma i nie zrobiła tego tylko dlatego, że mogłyby na tym ucierpieć jej cenne książki. No i przepisy zabraniały pozbawiania uczniów życia – tak przynajmniej sądziłam.
– Wynosić się! – krzyknęła. – Już was tu nie ma! Bójki w bibliotece! Szlaban! Wszyscy macie szlaban z panem Filchem!
Dziewczyna jęknęła i mruknęła:
– Dzięki.
To sprawiło, że trochę się otrzeźwiłam. I choć Black od razu wyszedł – nie szczędząc przy tym obraźliwych komentarzy pod moim adresem – ja postanowiłam zostać i wybronić biedną ofiarę naszej sprzeczki. Bezskutecznie. Bibliotekarka była nieugięta. Wszyscy to wszyscy.
Miałam obwieścić ten wyrok biednej dziewczynie, ale gdy wróciłam na miejsce dramatycznych wydarzeń, już jej nie było.

Advertisements
08. O tym, że niektóre kobiety najwidoczniej nie zasługują na równouprawnienie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s