07. O tym, że nie wszystko proletariusz, co jest uciskane

Od wyjścia z lochów, usilnie rozglądałam się wokół w poszukiwaniu mojego proletariusza. Byłam pewna, że ktoś mu już pomógł i z pewnością niebawem go zobaczę. I, rzecz jasna, od razu poznam, że to on. Miałam w głowie niemal kompletny, doskonały wręcz obraz. Niestety, nigdzie nie było widać nikogo, od kogo biłaby aura prostoty i radości życia mimo parszywości losu. Zaczęłam nawet obawiać się, że stało mu się coś poważniejszego i został odtransportowany gdzieś, gdzie wykwalifikowany personel magomedyków udziela mu pomocy. Za którą pewnie każą mu potem zapłacić, bo w końcu większość magomedyków wywodzi się z arystokracji lub z nią sympatyzuje. A mój biedaczek będzie miał problem z wypłacalnością, jestem tego pewna! Dlatego powinnam go jak najszybciej znaleźć i przyjrzeć się jego sytuacji z bliska.
Kiedy powiedziałam Brendzie, że chciałabym poznać tego Severusa, usłyszałam:
– O nie, ja się do Smarka nie zbliżę.
Nie znalazłam poparcia i u Jamesa. Nic dziwnego. Jego również bawiła ta cała sytuacja z szafą. Jakby naprawdę było się z czego śmiać! Człowiek cierpiał! Trzeba było jak najszybciej go wesprzeć!
Skoro nie mogłam liczyć na niczyją pomoc, postanowiłam sama go znaleźć. W czasie przerwy obiadowej ruszyłam do czegoś, co nazywało się tu skrzydłem szpitalnym – oczywiście uzbrojona we wskazówki zdobyte od przypadkowo mijanych uczniów. Nie byłam pewna, czy uda mi się tam dotrzeć, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę kaprysy hogwarckich schodów. Ale nawet jeśli nie trafię – przynajmniej pozwiedzam.
Zamek był, musiałam to przyznać, dosyć urokliwy.
Nigdy nie byłam specem od architektury, ale jestem pewna, że gdybym trochę poczytała, doceniłabym w pełni piękno zamku. Tu łuk, tam wykusz, gdzieś jakieś przypory, kolumienki i inne takie. Nie miałam pojęcia co, ale było to ładne. Naprawdę. Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie porzucić pomysłu z wizytą w skrzydle szpitalnym (w końcu nikt nie gwarantował, że go tam znajdę) i skupić się po prostu na wędrówce po zamku. Uznałam jednak, że to zły pomysł – mogłam się przecież zgubić.
W tym momencie dotarło do mnie, że to już się stało. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie się znajduję – ba, nie tylko nie wiedziałam, w którym skrzydle jestem, nie miałam nawet pojęcia, na którym piętrze się znajduję i w którą stronę powinnam iść, żeby trafić do Wielkiej Sali. Nic nie wyglądało znajomo i głowę dałabym sobie uciąć, że tędy nie szłam. Obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni. To samo. Znajdowałam się po środku niczego – choć było to bardzo piękne nic, nie ukrywam.
– Zgubiłaś się.
Obróciłam się, żeby spojrzeć na Pana Serio-Nie-Wpadłabym-Na-To. Głos brzmiał dziwnie znajomo, ale w ciągu ostatniej doby usłyszałam tyle nowych głosów, że nie mogłam przyporządkować go do twarzy czy nazwiska. Dlatego musiałam się przekonać własnoocznie.
Szybko tego pożałowałam. Więcej – znów się obróciłam i miałam zamiar ruszyć przed siebie i po prostu iść, nieważne gdzie, byle jak najdalej. Tyle, że nie szłam. Rozsądek mówił mi, że lepiej ugiąć kark i poprosić o pomoc. Poprosiłabym – każdego, ale nie jego.
Za mną stał Regał. I bezczelnie stwierdził, że się zgubiłam. (Fakt, że naprawdę się zgubiłam, nie ma tu absolutnie nic do rzeczy).
– Wcale nie – odparłam, nie patrząc na niego. – Po prostu zwiedzam.
– Jasne – zakpił. – Ale jak uważasz. Uszanuję twoje prawo do samodzielności.
Uszanuję? Prawo? Czy Regał starał się… starał się zachowywać przyzwoicie? Aż nie mogłam w to uwierzyć. Jego zachowanie w szkole nijak korespondowało a. z jego zachowaniem w księgarni, b. z jego tłem społecznym. Nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć. Bo był taki miluśki! A przynajmniej mniej napuszony niż jego braciszek.
– Więc czego ode mnie chcesz? – starałam się nie rezygnować z opryskliwego tonu, żeby przypadkiem nie pomyślał, że już wybaczyłam mu tamte książki i bycie burżujem.
– Chcę… – zawahał się. – Chcę powiedzieć, że podtrzymuję to, co powiedziałem rano w lochach. O Syriuszu.
Musiałam na niego spojrzeć. Podejrzewam, że miałam bardzo ale to bardzo głupią minę – wiecie, zaskoczenie. Za to Regał uśmiechał się w najlepsze.
– Nieprzyjaciele moich nieprzyjaciół są moimi przyjaciółmi, tak? – próbował dowcipniej.
Zastanowiłam się – ale nie za długo, żeby nie pomyślał, że jestem głupia. Poza tym nie chodziło o to, że nie rozumiałam, co do mnie mówił. Rozumiałam, naprawdę. Po prostu byłam w szoku. I jak to – nieprzyjaciele? Przecież mówił o swoim arystokratycznym, naburmuszonym, zadufanym w sobie bracie!
– Nieprzyjaciele? – powtórzyłam, mając nadzieję, że rozwinie ten temat. Nie żebym chciała z nim rozmawiać.
Przez chwilę milczał uparcie. Już wtedy, w księgarni, zauważyłam, że co jak co, ale milczenie mu wychodzi. Miał w tym skubany wprawę.
– Syriusz… Syriusz nie jest najlepszym bratem – powiedział. – Nie jest też najlepszym człowiekiem, jak mogłaś się już zorientować.
Odwrócił wzrok. Zrozumiałam, że mówienie sprawia mu ból i zrobiło mi się tak strasznie, strasznie smutno. Bo chociaż Regał niewątpliwie był snobistycznym tworem burżuazji, najwidoczniej też posiadał uczucia.
Popatrzyłam na niego współczująco, jakbym doskonale wiedziała, co to znaczy mieć „nie najlepszego” brata. Nie byłam co prawda pewna, co miał na myśli, kiedy to mówił, ale totalnie mogłam się z tym zgodzić. Zorientowałam się, że Syriusz nie był najlepszym człowiekiem, o tak.
– Przykro mi – powiedziałam cicho, żeby nie wytrącać go z tego dziwnego stanu, w którym się znalazł.
Nie byłam pewna, jak można ten stan opisać, ale wyglądał, jakby na chwilę zostawił maskę burżuja w kieszeni innej szaty i teraz patrzył na mnie zupełnie, ale to zupełnie inny Regał. Oczywiście w jego rysach nadal widać było arystokratyczne pochodzenie, ale…
Ale nic nie mogłam poradzić na to, że przede wszystkim kojarzył mi się z małym, skrzywdzonym kociakiem, którego należy jak najszybciej przytulić.
I choć normalnie taki byłby właśnie mój pierwszy odruch, to teraz musiałam się powstrzymać. Bałam się w ogóle poruszyć, bo wiedziałam, że jeśli drgnie mi choć jeden mięsień, zrobię choć jeden krok – przepadłam. Przytulę tego biednego, już-nie-tak-nadętego burżuja i niech mnie piekło pochłonie! To byłaby zdrada wszelkich moich ideałów i nie mogłam sobie na to pozwolić, nawet jeśli wyglądał tak smętnie i jakoś żałośnie. Jakby to on był zagubiony, a nie ja. Kto wie, może tak właśnie było.
– Bo Syriusz…
Byłam przekonana, że lada chwila powie coś bardzo ważnego. Albo że lada chwila nie wytrzymam i przytulę go z całej siły. Lada chwila było momentem, którego się bałam, ale i którego oczekiwałam – bowiem jeśli coś miało się stać, to tylko lada chwila.
– Nieważne.
Regał ocknął się z transu. Tak, bo to niewątpliwie był trans. Spojrzał na mnie jakimś takim przytomniejszym wzrokiem i całą atmosferę szlag trafił.
– To gdzie chciałaś trafić… – chyba chciał zwrócić się do mnie po imieniu, ale niespecjalnie wiedział jak, pozostawił więc jakąś taką dziurę w swojej wypowiedzi.
– J-ja? – wyjąkałam, w jakiś sposób zdziwiona tą nagłą zmianą tematu. I zdziwiona samą sobą: czy ja naprawdę sądziłam, że mogłabym go przytulić? Że JA mogłabym przytulić JEGO? O Merlinie. – Do skrzydła szpitalnego – dodałam szybko, żeby ukryć mieszane uczucia, jakie kłębiły się we mnie.
I naprawdę miałam nadzieję, że nie zapyta po co. Prawdopodobnie znał mojego proletariusza, a – nie wiedzieć czemu – nie chciałam, żeby wiedział, że taki właśnie był cel mojej wędrówki. Niech myśli, że potrzebuję czegoś na ból głowy. Niech myśli cokolwiek. Od kiedy w ogóle mnie obchodzi, co myśli jakiś cholerny arystokrata?
– Po co?
Wiedziałam. Wiedziałam, że to zrobi, po prostu nie można ufać arystokratom!
– Po eliksir na ból głowy – skłamałam gładko.
A masz! Nie dowiesz się nic więcej!
Regał zastanowił się przez chwilę.
– Po co masz iść z tym aż do skrzydła szpitalnego? – zapytał, z jego punktu widzenia, retorycznie, ale ja nie rozumiałam, o co mu chodzi. A gdzie miałam iść, przepraszam bardzo? Do biblioteki? Posłałam mu pytające spojrzenie. – Przedstawię cię Severusowi.
– Severusowi? – jęknęłam.
Tym razem to oczy Regała pytały: „Skąd ty do diabła znasz Severusa?”. Ale byłam dzielna i przetrzymałam.
– Tak, Severusowi – powiedział. – Nikt nie warzy takich eliksirów, jak nasz Książę.
– K-książę? – powtórzyłam.
Obraz mojego uciskanego proletariusza runął w gruzy szybciej niż domek z klocków. Książę! Pewnie najbardziej nadęty z nadętych arystokratów! I ja mu współczułam! I ja chciałam mu pomóc walczyć o swoje!
Byłam pewna, że na mojej twarzy odmalowało się rozczarowanie, ale nawet nie dbałam o to, by je zamaskować. Nie było sensu. Skoro nie miałam już nikogo, komu mogłabym pomagać…! Chociaż – a co, jeśli to złośliwy pseudonim? Co prawda Regał nie wyglądał, jakby właśnie kpił, ale kto wie. Na wszelki wypadek postanowiłam poznać tego Severusa.
Regał chyba zdał sobie sprawę z tego, że chlapnął. I to beznadziejnie chlapnął.
– Od panieńskiego matki. Ellen Książę. Po prostu.
Wzruszył ramionami, jakby chcąc zaprezentować, że nie odpowiada za kwestię nazewnictwa. Nie wiedziałam, czy powinnam mu wybaczyć. W końcu… Niby tylko nazwisko, ale jakie! Zbyt wiele było w nim utajonego snobizmu.
Też wzruszyłam ramionami. Z tego wszystkiego naprawdę zaczęła mnie boleć głowa, więc do pobudek szlachetnych i niewinnych dołączyły egoistyczne. W końcu taki eliksir by mi nie zaszkodził, prawda? Mama co prawda zwykła powtarzać timeo Danaos et dona ferentes – a Ślizgonów, w większości burżujów, spokojnie można porównać do wrogich Greków – ale z nieznanych przyczyn i wbrew logice podążyłam za Regałem.

***

I tak oto znów trafiłam do lochów.
– Dlaczego tutaj? – spytałam, co, sama przyznaję, nie było najmądrzejszą zagrywką.
Regał spojrzał na mnie, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Ja mu dam! Nie będzie się ze mnie nabijał jakiś młokos! To, że nie posiadam jeszcze kompletu informacji na temat zamku…
– Tutaj mieszczą się dormitoria Slytherinu – wyjaśnił rzeczowo.
– Aha – powiedziałam nader inteligentnie.
Nie ukrywam, że zakładałam, że skoro zamek ma cztery wieże, a w jednej z nich znajdują się dormitoria Gryfonów… Ale nie, to by było zbyt logiczne. Jak przekonywałam się coraz dobitniej – logiczne myślenie nie było mocną stroną budowniczych zamku.
A fakt, że znów znalazłam się w lochach i ponownie poczułam bijący od ścian chłód, nie poprawił mojego samopoczucia. Nadal nie rozumiałam, dlaczego pozwala się uczniom włóczyć po lochach. Więcej – czemu mają tu dormitoria? W tym zimnie i… Chwila. Przecież to Ślizgoni. Sami młodzi arystokraci. I zesłano ich do lochów. To nie miało ani trochę sensu. Czy to polityka zimnego chowu? A może po prostu liczyli na prywatność? Albo… O nie. Co jeśli są oni więźniami politycznymi? Czy wypada mi walczyć z osobami i tak pozbawionymi swobód obywatelskich?
Jednak zanim dane mi było zobaczyć dormitorium Slytherinu (którego byłam bardzo ciekawa – w mojej głowie miałam bowiem obrazy pełne kajdan i sal tortur), Regał zakrzyknął:
– Ej, Severusie!
I tak oto po raz pierwszy zobaczyłam Severusa Snape’a (po mamusi: Księcia), największego wroga Jamesa i Syriusza.
Spojrzałam w jego kierunku, czekając z utęsknieniem na widok lnianych włosów, czystych, błękitnych ocząt, szczerego uśmiechu i – choć wiedziałam, że to akurat irracjonalne – bańki z mlekiem w jego ręku. Albo lepiej – krowy na łańcuchu. Choć byłam pewna, że trzymanie zwierząt gospodarskich było w Hogwarcie zakazane.
O rany.
Mój uciskany proletariusz w niczym nie przypominał stereotypowego proletariusza! Był raczej niski, miał ziemistą cerę, tłuste, czarne włosy, haczykowaty nos i nieprzeniknione, chłodne oczy. Po plecach przebiegł mi dreszcz, a przez głowę przeszła mi myśl, że gdyby postawić przy nim krowę, to najpewniej zamarzłaby od bijącego od niego chłodu (i nie była to wina lochów!).
Jestem pewna, że gapiłam się na niego jak idiotka. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zamknęłam usta i lekko odchrząknęłam, starając się zatrzeć ewentualne złe wrażenie.
– Tak? – spytał, a jego głos był bardzo nieprzyjemny. I bardzo naburmuszony.
Regał spojrzał na mnie wyczekująco – chyba zakładał, że powinnam się teraz przedstawić.
Przywołałam na usta uśmiech i postanowiłam nie zakładać od razu, że nie zasługuje na moją pomoc. To, że nie wyglądał jak uciskany proletariusz, nie oznaczało, że nie mógł nim być!
– Annie – powiedziałam i wyciągnęłam w jego kierunku rękę.
– Severus – odpowiedział, ale nie odwzajemnił mojego uścisku dłoni. Prostak! – Czemu mi ją przyprowadziłeś? Nie jest dla ciebie za ładna?
Regał zmroził, dosłownie zmroził, go spojrzeniem!
– Annie jest w tej szkole zaledwie godzinę, a już zdążyła doprowadzić mojego brata do ataku szału – wytłumaczył.
Jakby to miało cokolwiek wspólnego z moim bólem głowy, doprawdy!
Severus tylko uśmiechnął się pod nosem.
– Ciężko to nazwać zasługą – powiedziałam szybko, tak na wszelki wypadek. – Po prostu jest irytujący. I przez to boli mnie głowa – dodałam.
Wolałam nie wspominać nic o tym, że Regał obiecał mi jakieś remedium. Miałam tylko nadzieję, że nie miał na myśli grzybków halucynogennych; obawiam się, że regulamin ich zakazuje, a nie chciałabym mieć problemów już pierwszego dnia. Spojrzałam niepewnie za Severusa, ciekawa jego reakcji.
– Jasne – odpowiedział.
A potem rozpoczął poszukiwania. Tak, poszukiwania. Bo inaczej nie można nazwać procesu wyrzucania zawartości swoich kieszeni na podłogę.
Jestem przekonana, że gdyby ktoś podjął się namalowania chaosu, z którego – jak nauczała pewna święta księga (właściwie: niemal wszystkie święte księgi zawierały podobny motyw; przynajmniej o ile mi wiadomo) – wyłonił się świat, z pewnością mógłby czerpać natchnienie z Severusowych kieszeni. Nie tylko były tam różne dziwne substancje, kawałki papieru i coś, co wyglądało jak koty z kurzu (ale nie mogło nimi być, było za ciężkie i nie turlało się po podłodze), lecz także masa innych rzeczy, które – przynajmniej na zdrowy rozum – absolutnie nie powinny się tam mieścić. Zauważyłam nawet kawałek sznurka – aha, jednak ma coś wspólnego z proletariatem!
W pewnym momencie zauważyłam też buteleczkę, która, jak to się okazało, była specyfikiem przeznaczonym dla mnie.
– Proszę – Severus podniósł ją z posadzki i podał mi delikatnie, uważając, by za żadne skarby świata mnie przy tym nie dotknąć.
Zastanawiałam się, dlaczego zachowuje się tak dziwnie. Czyżby bał się, ze go ugryzę? Przecież byłam teraz pozytywnie nastawiona! Sam fakt, że nie zabiłam jeszcze buca Regała świadczył na moją korzyść! No proszę. Przecież się starałam, tak strasznie się starałam!
– Trafi do siebie? – spytał Regulusa. – Mam ci coś do pokazania, wolałbym z tym nie czekać.
Naburmuszyłam się nieco. Jak mógł mówić o mnie tak, jakby mnie tu wcale nie było?
– Ona stoi tuż obok – powiedziałam. – I ona ma na imię Annie. Co więcej, Annie jest tutaj jeden dzień, więc nie jest pewna, czy trafi gdziekolwiek, nawet do damskiej toalety, ale jeśli tacy gentlemani jak wy wskażą jej drogę, to z pewnością dołoży wszelkich starań, żeby zejść wam z oczu – fuknęłam. Po czym mój wzrok padł na buteleczkę, której zawartość powinnam jak najszybciej wypić. – I dziękuję – dodałam ciszej, wiedząc, że powinnam zająć się tą buteleczką albo natychmiast sobie stąd iść.
Tyle, że jakoś do moich mięśni te informacje nie docierały, więc stałam dalej jak słup soli.
– Odprowadzę ją – zadeklarował Regał – a potem pokażesz mi to, co masz do pokazania. I tak musisz najpierw znaleźć Barty’ego.
Severus kiwnął głową, jednym ruchem różdżki zgarnął rzeczy z podłogi i tyle go widziałam. Cóż. Nie wyglądał na zadowolonego. Ale, z drugiej strony, ja też zadowolona nie byłam. Mój proletariusz okazał się jeszcze mniej proletariacki niż Regał. I mojego zdania o nim nie zmieniał nawet fakt, że nie kazał mi tej buteleczki podnosić z podłogi (jak Regał zapewne by uczynił).

***

Miałam nieodparte wrażenie, że w pokoju wspólnym Gryffindoru było gwarniej niż w ulu. Uczniowie zajmowali niemal każdą powierzchnię płaską, a do tego wszyscy mówili jednocześnie. Obojętne, czy grali przy tym w szachy, jedli coś, pisali prace domowe (choć takich było zdecydowanie najmniej) – wszyscy, ale to wszyscy wydawali z siebie strasznie głośne dźwięki. Co, rzecz jasna, tylko potęgowało mój ból głowy i sprawiało, że mocniej zaciskałam palce na buteleczce (spoczywającej teraz w kieszeni). Uznałam, że wypiję jej zawartość dopiero w dormitorium, bo coś mi mówiło, że w Hogwarcie nie patrzy się najlepiej na uczniów pijących eliksiry niewiadomego pochodzenia – i to pijących je na środku korytarza!
Dlatego też (z całych sił błagając Los, żeby nie zsyłał mi pod nos nikogo znajomego) ruszyłam w kierunku schodów do mojego dormitorium.
Los czasem bywał miły.
Na szczęście dormitorium również było puste. Odetchnęłam z ulgą. A potem dokładnie zamknęłam za sobą drzwi, w pogardzie mając ewentualne próby dostania się do środka moich współlokatorek. Nadchodziła chwila prawdy; potrzebowałam samotności.
Zaufać czy nie zaufać? Wypić czy nie wypić? Za ciebie mój luby, spełniam ten kielich zbawienia lub zguby? Nie, nie, zdecydowanie nie czułam się jak Julia. Nie byłam w nastroju do ryzykowania. Chociaż…
Ból głowy był naprawdę dokuczliwy. Odkręciłam buteleczkę, żeby powąchać płyn. Pachniał całkiem niewinnie. Tak, jak powinien.
Raz kozie śmierć, pomyślałam, po czym upiłam łyk. Niewielki, żeby coś zostało na czarną godzinę, ale wystarczający, żeby uśmierzyć ból. Po czym rzuciłam się na łóżko, żeby poczekać, aż zacznie działać. Nawet nie zauważyłam, kiedy usnęłam.

Advertisements
07. O tym, że nie wszystko proletariusz, co jest uciskane

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s