06. O ciężkim losie klas niższych

Pracownia eliksirów mieściła się w lochu – o czym nikt nie raczył mnie uprzedzić. Mogłam się założyć, że zimą będzie tam przeraźliwie zimno. Powinnam jak najszybciej poprosić rodziców o przysłanie mi kilku grubszych swetrów, jako że nie przewidziałam aż TAK surowego klimatu. Jasne, wiedziałam, że Hogwart to nie tropiki, ale żeby trzymać uczniów w lochach?… Może jeszcze okaże się, że tych, którzy się nie uczą, przykuwa się tu do ścian? I na pewno wszystko pokryte jest śluzem, fuj!
Szliśmy sobie z Jamesem spokojnie, gdy nagle – ni z tego ni z owego – wyrósł przede mną Regał. W mrocznej, podziemnej stylizacji wyglądał jeszcze lepiej niż w świetle słońca w jakiejś zapyziałej księgarni. Prawdziwy samiec! Szkoda tylko, że taki napuszony – ale czy ktoś nienapuszony mógłby wyglądać jak wyjątkowo zakochany w sobie wampir-psychopata?
– No, proszę, znowu zastawiasz mi drogę? – spytał z lekką kpiną w głosie.
James najeżył się, ale milczał.
Rozejrzałam się po korytarzu. Spokojnie mógłby mnie wyminąć. Bez najmniejszego problemu. Najwyraźniej po prostu chciał mi przypomnieć o naszej konfrontacji w księgarni.
– Nie, to ty znowu mi coś bezpodstawnie zarzucasz. To przestrzeń publiczna i mam prawo stać w tym oto miejscu – tu wskazałam na podłogę, po czym dumnie uniosłam brodę. – I nie spodziewałam się, że będziesz chciał ze mną rozmawiać. Czy powinnam czuć się zaszczycona?
James postanowił się wykazać i przypomnieć całemu światu, że aktualnie on sprawuje funkcję alfy w tym stadzie.
– Idziemy, Annie, nie powinnaś zawracać sobie głowy Regulusem – oznajmił tonem stanowczym i frajersko gryfońskim.
Regał to Regulus? No cóż. Uważałam, że Regał brzmiało dumniej, ale… Nie będę się kłócić.
Tylko jakoś młody Black nie chciał przyjąć do wiadomości mojej rezygnacji z działań wojennych.
– Widziałem, jak potraktowałaś mojego brata.
I gdy już miałam warknąć „No i?”, dodał:
– Gratuluję.
To mnie zdziwiło. Czyżby – wbrew temu, co pokazał w księgarni – nie popierał jakże zgubnej postawy propagowanej przez arystokrację? Nie, nie mogłam pozwolić, żeby kilka słów mnie zmyliło. Musiałam być twarda, nieugięta i w żadnym, ale to żadnym wypadku nie spoufalać się z burżuazją.
– Nie ma czego, podobnie potraktowałabym każdego, kto nie popiera idei zrównania klas – odpowiedziałam, zadzierając brodę jeszcze wyżej.
James parsknął śmiechem. Miałam nadzieję, że śmieje się z Regału. Co tam! Byłam przekonana, ze właśnie z niego. Bo niby dlaczego miałaby go bawić moja idea?
– Syriusz jest zbyt głupi, by cokolwiek popierać.
Jamesowi zrzedła mina.
– Uważaj sobie, Reg – ostrzegał, ale chłopak nie zwrócił na niego uwagi. Ciemne oczy Regału wpatrywały się we mnie prowokacyjnie.
Naprawdę chciałam zignorować tę uwagę – ze względu na Jamesa, oczywiście. Może nie popierałam jego decyzji w kwestii wyboru przyjaciół, ale na pewno nie powinnam ich krytykować przy Regale. Nawet jeśli Regał akurat patrzył na mnie Naprawdę Przenikliwie. Jakaś część mojej świadomości ze zdumieniem odnotowała, że chociaż jest tak podobny do Syriusza, to jego oczy są innej barwy. Nie żebym patrzyła mu w oczy z innych powodów niż tylko kultura dyskusji, która nakazuje patrzeć na rozmówcę. Tak, dokładnie.
– James, to co z tymi eliksirami? – zapytałam niewinnie. Nie, wcale nie zmieniałam tematu. Po prostu nie chciałam się spóźnić na pierwszą lekcję.
Regał chyba potraktował to jako obelgę i brak szacunku, bo, o dziwo, przesunął się, byśmy mogli przejść. Czemu obelgę? No cóż. Przesunął się tak, jak przesuwają się małe, obrażone dzieci, którym w dodatku przed sekundą ktoś powiedział, że nigdy więcej nie zobaczą swoich kucyków.
– Tędy. – James złapał mnie pod ramię. POD RAMIĘ. Czy on się zbytnio nie spoufalał?
Biedny Regał, został taki sam.
Nie współczułam mu szczególnie. Taki los powinien spotykać bezduszną arystokrację wypijającą ostatnie soki z biednych ludzi pracy. Powinni stać sami na zimnych korytarzach w lochach ponurych zamczysk. O ile mieli jakieś pod ręką.
Sala, w której miały się odbywać zajęcia, była całkiem duża i nie tak zimna, jak się spodziewałam – pewnie ogień, który musiał wcześniej płonąć pod kociołkami, nieco ogrzał pomieszczenie. Zauważyłam za to, że obecni już ludzie podobierali się w pary i większość z nich zawzięcie omawiała jakieś niezwykle interesujące sprawy – zwykle dotyczące wakacji. Rozejrzałam się nieco bezradnie – byłam pewna, że James będzie współpracował z Syriuszem, a to by znaczyło, że muszę sobie znaleźć kogoś do pary.
Niestety okazało się, że jedyną wolną osobą była Brenda. Melinda siedziała już z Lily, a Sarah – z jakąś dziwną Ślizgonką, z którą łączyło ją zapewne coś więcej niż odznaka P radośnie przyczepiona do szaty. Postanowiłam zaryzykować i zająć miejsce tuż koło niej. Oczywiście, przywitała mnie słowami:
– Ale na pewno nikogo nie zjesz, Annie?
Spojrzałam na nią z politowaniem (które starałam się jednak zamaskować wymuszonym uśmiechem), ale szybko sprostowałam, że nie, nie zjem ani profesora, ani żadnego ze składników eliksiru, ani jej, ani w ogóle nikogo. Możliwe, że mi uwierzyła, starałam się wyglądać bardzo przekonująco, kiedy to mówiłam. Zresztą, nie miała najmniejszych nawet powodów, żeby mi nie wierzyć, w końcu mówiłam prawdę! W co jak w co, ale w uzdrawiającą i oczyszczającą moc prawdy wierzyłam od dawna.
Miałam jednak nadzieję, że profesor wkrótce przyjdzie i będę mogła ustalić, skąd wziął się pseudonim „Ślimak”.
Mijała minuta za minutą, a nauczyciel się nie pojawiał. W Beauxbatons coś takiego byłoby nie do pomyślenia. To brak szacunku dla uczniów! Obiecywałam sobie, że gdy w końcu się pojawi, wytłumaczę mu, że punktualność jest cnotą. Bo choć zwykle czekanie nie przeszkadzało mi…
… teraz nie mogłam go znieść.
– Zostaw mnie, arystokratyczny bubku – powiedziałam, gdy poczułam, że ktoś niby przypadkiem szarpie mnie za kosmyk moich złotych włosów.
Odwróciłam się, a on siedział tuż za mną, taki bezczelny i taki niby to niewinny, choć mogłam się założyć, że jeszcze dwie minuty temu (gdy wybierałam miejsce koło Brendy), siedział z Jamesem na drugim końcu sali.
Teraz – dziwnym trafem – James pozostawał na swoim miejscu, a Black siedział tuż za mną. Sam. Choć byłam święcie przekonana, że musimy siedzieć w parach.
– To nie ja – zapewnił uroczyście.
– Nie widzę tu nikogo innego – odpowiedziałam szybko.
Jeżeli miał zamiar robić ze mnie idiotkę, to srodze się pomylił. Nie ma mowy, doskonale wiedziałam, jak sobie z takimi radzić. Nawet jeśli nie wiedziałam, po co robią to, co robią. A jakaś dziwna cząstka mnie chciałaby wiedzieć. Miałam jednak wystarczająco dużo godności, by nie zerwać się na równe nogi i zacząć na niego krzyczeć, że jego obowiązkiem jest powiedzieć mi, dlaczego mnie prześladuje. A przynajmniej jeszcze nie teraz – i nie po tym, jak raptem parę chwil temu oskarżył mnie o to, że go śledzę! Co za bezczelność! Na samo wspomnienie aż mi się palce zaciskały na różdżce.
– Naprawdę?
Nagle spod stołu wyskoczył Peter. Śmiał się jak głupi. No, proszę, panie Black, myślisz, że uwierzę, że to nie byłaś ty? Niedoczekanie!
Kątem oka zauważyłam, że James się nam przygląda. Uśmiechał się. Czy on… Czy go też bawiła ta zabawa moim kosztem? Niemożliwe. Z pewnością maskował w ten sposób swoją złość na nierozważnego przyjaciela.
– W zasadzie, chciałem ci powiedzieć – zaczął po chwili – że ładnie dziś wyglądasz… – Odezwał ode mnie wzrok. – … Bre.
Brenda wyglądała na zachwyconą.
Tym razem palce naprawdę zacisnęły mi się na różdżce i byłabym ją wyszarpnęła z kieszeni, gdyby nie nagły przypływ zdrowego rozsądku.
On się tobą drażni, Annie. Chce cię sprowokować, pomyślałam. Chyba nie dasz mu tej satysfakcji, co?
Nie miałam najmniejszego zamiaru. Ale nich mnie piekło pochłonie, jeśli pozwolę mu irytować mnie jeszcze bardziej! Tyle, że jeśli coś powiem, to będzie jasne, że jego żałosne żarty (bo uznałam, że chciał być zabawny) mnie drażnią. Czyli osiągnie swój cel. Nagle wszystko, co do tej pory wydawało mi się proste i logiczne, stało się skomplikowane i zaczęło przypominać węzeł gordyjski umieszczony w środku labiryntu Minotaura.
Mimowolnie zerknęłam na drzwi, przez które – jak miałam nadzieję – zaraz wejdzie profesor. Przecież Syriusz da mi spokój, kiedy zaczną się zajęcia, prawda?…
– Och, Syriuszku, nie musiałeś. – Brenda udawała, że się rumieni. Podejrzewam, że najbardziej na całym świecie chciała się zarumienić. Tyle, że jedyne, co mogła zrobić, to machać pod stołem różdżką, próbując niewerbalnie rzucić zaklęcie koloryzujące. Już widzę, jak jej się to uda! – Nie miałam czasu się porządnie przygotować. Dziewczyny wyganiały mnie z łazienki…
– Skandal! – powiedział i roześmiał się, a Peter razem z nim. Tyle, że ten śmiech był jakby przyjazny? Zupełnie inny niż ten, gdy śmiał się ze mnie.
– Prawda? Każda z nas powinna mieć łazienkę dla siebie. Byłoby łatwiej.
Peter postanowił się wtrącić.
– Czy mamy w Hogwarcie tyle pomieszczeń? – spytał filozoficznie.
– Zawsze możesz przychodzić do nas – zaproponował jej Syriusz. – Z Jamesem wstajemy przed świtem na poranne treningi, więc w kolejce pozostaje tylko dwóch.
Zanim zorientowałam się, co robię, prychnęłam. I to na tyle głośno, by zwrócić ich uwagę.
– Treningi? A co ty możesz trenować? Nie wiedziałam, że w Hogwarcie są poranne treningi z wkurzania ludzi – powiedziałam, mam nadzieję, dość luźnym tonem.
Chociaż tak naprawdę byłam daleka od rozluźnienia.
Cała ta sytuacja stała się dziwna i miałam nadzieję, naprawdę, naprawdę, naprawdę miałam nadzieję, że Ślimak czy jak mu tam natychmiast tu przyjdzie i zrobi coś, co zajmie tę trójkę na tyle, żeby uniemożliwić im dalszą rozmowę. Nie byłam do końca pewna dlaczego, ale nie podobało mi się to wszystko. Do tego musiałam się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć nic na temat Brendy i jej porannej toalety – mimo wszystko lepiej, żebyśmy nie chciały wydłubać sobie nawzajem oczu, kiedy będziemy pracować nad jednym eliksirem. Faktem jestem jest, że nie widziałam jeszcze nikogo, kto spędzałby w łazience aż TYLE czasu!
– Syriuszek trenuje quidditcha i jest w tym najlepszy – Brenda oznajmiła z dumą, jakby to ona, a nie pieprzony burżuj, była genialnym sportowcem.
Black kiwnął głową.
– Choć wydaje mi się, że James jest jednak trochę lepszy – dodał, udając skromność. Uwaga, bo mu uwierzę! Z pewnością prywatnie sądzi, że jest najlepszym graczem na świecie! – Chociaż trudno nas porównywać. Gramy na dwóch różnych pozycjach.
– Ale latasz cudownie! – Brenda nie potrafiła się przymknąć, naprawdę. – Prawda, Peter?
Chłopakowi z podniecenia aż świeciły się oczy.
– Tak, tak! – przytaknął. – Nikt nie lata tak jak Łapa!
Świetnie, a więc Black miał fanclub. Miałam ochotę ponownie prychnąć, ale tym razem się powstrzymałam.
– Też kiedyś grałam – rzuciłam od niechcenia. – Ale uznałam, że są ważniejsze rzeczy od idiotycznej zabawy piłkami.
Spojrzałam na nich tak, jakbym chciała podkreślić, jak bardzo taka zabawa piłkami jest bezużyteczna i absolutnie zbędna, bo nie prowadzi do niczego, ale to niczego dobrego. Czy poprawia los uciskanych? Nie. Czy pokazuje, że arystokracja niezasłużenie zajmuje tak wysoką pozycję społeczną i należy z tym skończyć? Nie. Czy zawodnicy mają równe szanse? Nie! Wszystko zależy od modelu miotły, na jakiej latają, czyli znów arystokracja ma fory! Jak mogłabym uczestniczyć w czymś takim?
Ale najwyraźniej Syriuszowi to nie przeszkadzało. Tak samo jak nie przeszkadzało Brendzie i Peterowi. A także… O zgrozo. Czy oni przed chwilą powiedzieli, że James też się w to bawi?
Nie zdążyłam rzucić już ani pół kąśliwej uwagi, bo nagle Black i Peter zerwali się z miejsc i ruszyli tam, skąd przyszli. Początkowo nie wiedziałam, co się dzieje. Tak szybko zrezygnowali z tej słodkiej rozmowy? Ale wtedy zauważyłam… kogoś, kto niewątpliwie wyglądał na Ślimaka.
Im dłużej patrzyłam na starszego czarodzieja, tym większy sceptycyzm musiał malować się na mojej twarzy. Mogłam wyobrazić go sobie w kanapie, objadającego się czekoladkami. Mogłam wyobrazić go sobie na jakimś przyjęciu. Na Merlina, mogłam go sobie wyobrazić nawet z czułkami i skorupą na plecach, ale nie – powtarzam: nie – nad parującym kociołkiem. Nie wyłam w stanie wymyślić, co mogłoby do niego pasować mniej niż metodyczne, uważne siekanie glist, korzeni, nasion i organów wewnętrznych małych ssaków. To musiała być jakaś pomyłka…! Ale z reakcji pozostałych uczniów wywnioskowałam, że o żadnej pomyłce nie może być mowy.
Zatem oto stał przede mną (i przed całą resztą grupy) Ślimak, którego miałam rzekomo zjeść. Na samą myśl poczułam wzbierające mdłości. Z pewnością nie byłby smaczny.
– Wybaczcie spóźnienie, moi drodzy, zatrzymały mnie sprawy mojego domu – wyjaśnił pobieżnie i ruszył w kierunku swojego biurka. Choć, prawdę mówiąc, lepszym określeniem byłoby „potoczył się”.
Ślizgonka, która siedziała z Sarah, podniosła rękę. Ruch ten idealnie oddawał jej naturę służbistki, którą zaobserwowałam już wcześniej.
– Tak, Minne? – Ślimak spytał łagodnie.
– Czy ktoś znowu zamknął Severusa w szafie, panie profesorze? – spytała zimnym, formalnym tonem. – Nie widzę go tutaj.
Ślimak westchnął. Byłam oburzona. Przemoc? Tutaj? To niedopuszczalne! Czy w tej szkole nie pozostało ani pół osoby moralnie nienagannej? Przecież…
Usłyszałam ciszy, mniej cichy i najmniej cichy rechot Syriusza.
Zerknęłam w kierunku Syriusza. Tak, zdecydowanie się śmiał. Głośno. Tak głośno, że mogłam założyć się o cokolwiek, że – kimkolwiek był Severus – ta przykrość spotkała go właśnie z winy Blacka. Podłe, absolutnie podłe! W głowie ułożyłam sobie obraz biednego, prześladowanego przedstawiciela klasy pracującej, mugolaka do tego, najpewniej wychudzonego, niedożywionego, chodzącego w połatanych dżinsach wiązanych w pasie sznurkiem. Nie wiem, skąd przyszedł mi do głowy sznurek, ale prawdziwy proletariusz zawsze miał coś wspólnego ze sznurkiem. Od razu poczułam przypływ cieplejszych uczuć w kierunku Severusa, którego jeszcze nie widziałam na oczy, ale już wyobrażałam sobie spaloną na słońcu skórę (to przez pracę w polu!), duże, szorstkie dłonie i jasne oczy, patrzące na świat z prostotą! Tak, to na pewno ktoś, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić!
– Panie Black, co pana tak śmieszy? – Ślimak wyglądał na niezadowolonego.
Za to Syriusz wstał. I o mało się z tego śmiechu nie przewrócił.
– Nic takiego, panie profesorze – zaczął, a zaraz potem… roześmiał się jeszcze bardziej! Tego było za wiele. Miałam ochotę cisnąć w niego zgniłym pomidorem. – Po prostu przypomniało mi się, jak ostatnio… Jak ostatnio…
Teraz i Peter zaczął się śmiać. Zauważyłam też, że mało brakuje, by dołączył do nich James. Ale – przecież był zbyt wrażliwym, żeby zrobić coś takiego! Prawda?
– Jak ostatnio… – Syriusz dusił się ze śmiechu.
– Masz na myśli ostatni dzień zeszłego roku szkolnego, gdy wraz z profesorem Flitwickiem przez pięć godzin nie mogliśmy wyciągnąć go z szafy na składniki, bo ktoś nieudanie przetransmutował mu kawałek ramienia w półkę? – Ślimak zachowywał pełnię spokoju.
Ramię? W półkę? Jak to – nieudanie?!
Syriusz roześmiał się tak, że z trudem wydusił z siebie krótkie:
– Tak.,
a potem opadł na krzesło i o mało co nie wylądował ostatecznie na podłodze.
Wszystko wskazywało na to, że Ślimaka w końcu opuści ten spokój. Spojrzał na Syriusza jakoś tak dziwnie. Wyraz jego twarzy powoli się zmieniał. Od pogodnej obojętności, ku…
– Tym razem nie wystawała mu z ramienia taka śmieszna, drewniana niby-łapka – powiedział, a potem sam się roześmiał.
Aż mnie zmroziło. Barbarzyńcy! Nieczuli barbarzyńcy! Wyobraziłam sobie mojego uciskanego proletariusza z przetransmutowanym ramieniem i aż mnie przebiegł chłód po kręgosłupie.
– To nieludzkie! – syknęłam w kierunku Blacka, jednocześnie mając nadzieję, że Ślimak (jak właściwie ten facet się nazywał?) mnie nie usłyszy. A nawet gdyby – co mi tam! Mam prawo krytykować wątpliwą moralność kolegów z roku, prawda?
Syriusz na chwilę przestał się śmiać, po czym zrobił minę pod tytułem „A powinno mnie to obchodzić, bo…?” i znów wybuchnął śmiechem. Zauważyłam też, że większość osób w sali również się uśmiecha – jedni szeroko, inni pod nosem, ale – tak! – śmiali się z nieszczęśliwego Severusa. Biedny chłopak, nie miałam pojęcia, że tak szybko spotkam się (no dobrze, technicznie rzecz biorąc jeszcze go nie spotkałam…) z prawdziwą ofiarą prześladowań, której będę mogła pomóc. Będę go bronić i oświecę go, że jego los nie zawsze musi tak wyglądać. Na pewno będzie mi wdzięczny, kiedy już mu to wszystko powiem. No i kiedy go spotkam.
– Więc znowu, tak? – spytała Ślizgonka. I choć początkowo wzbudziła moją niechęć poprzez zbytnie afiszowanie się miłością do władzy, teraz zaskarbiła sobie odrobinkę mojej sympatii. Bo mimo że należała do klasy wyższej, potrafiła pochylić się nad sprawą uciskanego proletariusza, jakim był niewątpliwie Severus!
Ślimak odrobinę się uspokoił.
– Znowu – odpowiedział. – Takie widocznie jego fatum.
Ja was dam fatum!

Advertisements
06. O ciężkim losie klas niższych

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s