04. O tym, jak w końcu poznaję płeć piękną Hogwartu

Jak zostałam poinformowana szeptem, znajdowałam się w Wielkiej Sali. Jak sama nazwa wskazuje, było to ogromne pomieszczenie, w którym postawiono cztery stoły (tu uczynny szept wyjaśnił, że przy każdym z nich zasiadają uczniowie innego z domów), a także piąty, prostopadły względem nich, stół kadry pedagogicznej. Od razu zapytałam o to, czy pracownicy administracyjni także mogą przy nim zasiadać, ale mnie uciszono. Nie miałam zamiaru odpuszczać, po prostu uznałam, że z równym powodzeniem mogę zapytać o to później, jako że właśnie wchodziliśmy do środka i poczułam lekkie zdenerwowanie. Wszyscy poza mną wiedzieli, co mają robić i gdzie się udać.
James proponował, żebym tymczasowo usiadła z nimi przy stole Gryfonów, ale wolałam tego nie robić. Łamanie przepisów to brak szacunku. Co innego bunt przeciwko wyzyskowi klas niższych przez klasy wyższe, a co innego brak szacunku dla człowieka, który (co jest niewykluczone) pochodzi z tych klas niższych.
Dlatego też stałam na środku Wielkiej Sali i jak ostatnia idiotka obracałam się wokół własnej osi, szukając ratunku.
W końcu ratunek nadszedł. Zjawiła się przede mną wysoka (czy ja już coś wspominałam o jedzeniu faszerowanym hormonem wzrostu?) czarownica w okularach z prostokątnymi szkłami. Wyglądała strasznie poważnie, zwłaszcza, że miała usta zaciśnięte w linię prostą. Taka mina nie mogła wróżyć niczego dobrego. Postanowiłam jednak nie zrażać się do niej i przedstawiłam się grzecznie, dygając lekko (co z pewnością wyszłoby lepiej, gdyby nie presja, jaką wywoływała ponad setka wlepionych we mnie oczu).
– Ustaw się z pierwszorocznymi – powiedziała i wskazała mi rządek przemoczonych, wystraszonych wypłoszów w za dużych szatach.
Cóż za upokorzenie! Miałam udawać jedenastolatkę? I to publicznie? Postanowiłam tymczasowo zastosować się do zaleceń kobiety (która, notabene, przedstawiła mi się gdzieś po drodze jako profesor McGonagall, nauczycielka transmutacji i opiekunka Gryfonów), a swoje urazy zachować na później. Zemsta najlepiej smakuje na zimno.
Bardzo niechętnie stanęłam we wskazanym mi miejscu i czułam na sobie spojrzenia większości zgromadzonych w Wielkiej Sali. Słyszałam nawet szepty tych siedzących bliżej – wszyscy byli zainteresowani, kim właściwie jestem, co tu robię i dlaczego mam tak koszmarną fryzurę. Świetnie. Anglicy naprawdę potrafią podnieść dziewczynie samoocenę. Niechętnie przeniosłam wzrok na stołek, na którym leżała stara tiara. Nie taka zwykła tiara – dowiedziałam się, że należała kiedyś do Gryffindora, a teraz zajmowała się przydzielaniem uczniów do domów. Nie było to do końca zgodne z moimi przekonaniami – ostatecznie to forma segregacji i wtłaczania w tryby społeczeństwa – ale nie byłam w odpowiedniej pozycji, żeby próbować obalić ten zwyczaj.
W szczególności, że chwilę później rozpoczął się proces przydzielania do domów. Wyglądał on następująco. Kolejni osobnicy siadali na stołeczku i zakładali tiarę na głowę. Ta, po szybkim skanie ich umysłów (ciekawe, czy sprawdzała przy tym zeznania podatkowe rodziców) oznajmiała całemu światu, gdzie spędzą następne siedem lat swojego życia.
Nie spieszyło mi się do usłyszenia wyroku, więc zaczęłam rozglądać się bezmyślnie po sali, starając się wyobrazić sobie, jak już jutro będę zasiadała przy jednym z tych stołów, rozmawiała z tymi ludźmi i…
– Wesdjiasmiermio, Ann! – wyczytano. To wyrwało mnie z zamyślenia.
Niechętnie (ale bez ociągania się – byłam ostatnią osobą czekającą na przydział, a wszyscy na sali wyglądali na straszliwie wygłodzonych, wolałam nie ryzykować zamieszek) podeszłam do stołka, który był strasznie niski – w końcu dostosowano go do wzrostu jedenastolatków. Usiadłam i założono mi na głowę Tiarę Przydziału. Miałam nieodparte wrażenie, że to wszystko jest jakimś surrealistycznym snem – wszystko, od przeprowadzki ojca, a gadający kapelusz jest jasnym dowodem, że powinnam się obudzić.
– Hm, Annie, nareszcie do nas dotarłaś! – usłyszałam głosik w mojej głowie. Głosik był wyjątkowo piskliwy, choć przecież wygląd tiary zupełnie do niego nie pasował. – Brakowało mi ciebie cztery lata temu. Taki talent! Mielibyśmy go oddać Francuzom?
– O czym, do diabła, pani do mnie mówi? – spytałam, choć nie byłam pewna, czy do tiary wolno zwracać się per pani. Co, jeśli była androgeniczna? Taki brak szacunku.
Ale, nie oszukujmy się, szacunek nie należy się PRZEDMIOTOWI, który segreguje ludzi wedle rasy. Co, może Francuzi są gorsi? To, że jedzą żaby, nie znaczy jeszcze…
– Niewyparzony język, wrodzona bezczelność, bunt przeciwko systemowi i wrażliwość na krzywdę innych. Wybornie! – Tiara zignorowała jej oburzenie. Co za perfidny kawał materiału. Naprawdę, ktoś, kto ją zaczarował, musiał być nienormalny. – W dodatku ta miłość do czerwieni. Niech więc będzie.
Chciałam już spytać “Będzie co?”, gdy tiara ryknęła na całą salę:
– GRYFFINDOR!
Zanim się obejrzałam, zdjęto mi tiarę (a nawet nie zdążyłam się pożegnać!) i popchnięto w kierunku stołu, przy którym siedzieli już moi nowi koledzy. James machał do mnie i nie mogłam oprzeć się pokusie odmachania mu. Z niewyjaśnionych przyczyn miałam ochotę uśmiechnąć się do nich wszystkich (poza Nadąsanym Arystokratą, ma się rozumieć). Ale miałam jeszcze większą ochotę na zjedzenie kawałka placka z dyni.
Co też uczyniłam, gdy tylko opadłam na swoje krzesło.

***

Strasznie bałam się poznania swoich współlokatorek. Cały wieczór towarzyszył mi James – ale w końcu nastąpił moment, w którym musiałam zostać sama. Co miałam zrobić? Tak po prostu otworzyć te koszmarne drzwi i powiedzieć „cześć”? To… frajerskie.
Wiedziałam jednak, że jest już późno, a mój kufer znajduje się w dormitorium, więc powinnam do niego dołączyć, jako że nie miałam żadnego innego miejsca, w które mogłabym się udać. Ba, nie znałam nawet drogi do poszczególnych sal, że o łazienkach nawet nie wspomnę. Nie byłam nawet pewna, czy rano byłabym w stanie trafić samodzielnie do Wielkiej Sali, bo większą część drogi do wieży Gryffidoru spędziłam na rozmowie z Jamesem, a nie na zapamiętywaniu topografii zamku.
Westchnęłam, po czym zrobiłam głęboki wdech, przywołałam na usta szeroki uśmiech i weszłam do środka.
– Um, cześć – powiedziałam, zdając sobie sprawę, jak koszmarnie frajersko brzmię. No trudno. Niech mnie mają za frajerkę.
Początkowo nikt mi nie odpowiedział. W pokoju znajdowały się cztery dziewczyny i wszystkie cztery milczały. Co za babska solidarność!
Miałam ochotę zabrać kufer i wyjść. Albo wcale nie zabierać kufra, rzucić się na łóżko i krzyknąć “przepraszam, że żyję, ale zaraz pójdę spać, więc będziecie mogły dalej mnie nienawidzić”. Potem jednak uznałam, że obydwie reakcje są bez sensu. Popatrzyłam na moje nowe współlokatorki. Na łóżku po lewej siedziała chuda, rudowłosa dziewczyna o niesamowicie zielonych oczach. Na kolanach trzymała paczkę mugolskich cukierków, którymi się dzieliła z drugą, równie chudą, ale zupełnie do niej niepodobną dziewczyną. Miała krótkie włosy koloru, który ludzie zwykli określać jako brązowy tylko z czystej uprzejmości – i z konieczności określenia ich jakimś kolorem. Spuściła ukryte za okularami oczy (chyba niebieskie, ale nie byłam pewna) i z lubością wpatrywała się w cukierki. Na drugim łóżku leżała blondynka – przeglądała jakąś mugolską gazetę i żuła gumę, co i raz strzelając balonami. Wzdrygnęłam się. Czułam, że nie zapałam do niej sympatią. Ostatnią osobą w pokoiku była niska brunetka, której twarz wyglądała, jakby dziewczyna przeszła wyjątkowo ostrą ospę wietrzną, ale nikt nie powiedział jej, że nie powinna się drapać. Albo może powiedział, ale nie zrozumiała – nie wyglądała na najbystrzejszą.
Chrząknęłam, żeby dać im do zrozumienia, że oczekuję jakiejś reakcji – wszystkie bowiem zastygły w miejscu i po prostu na mnie patrzyły.
– No dobra, ja zacznę – odezwała się blondynka. Chciałam jej powiedzieć, że nie wypada mówić do nowo poznanej osoby leżąc i żując gumę, ale się powstrzymałam. Jeszcze kłótni mi dziś brakowało! – Jestem Brenda. I nie słuchaj tego, co ci o mnie powiedzą. Evans zazdrości mi, bo ja całowałam się z Potterem, a ona nie.
– Annie. Miło mi cię poznać – powiedziałam sucho.
Nie było mi specjalnie miło, ale uznałam, że stwierdzenie „wolałabym, żeby nasze stosunki pozostały możliwie neutralne i żebyśmy nie zbliżały się do siebie bardziej niż to konieczne” nie zabrzmiałoby dobrze. Poza tym, nie powinnam oceniać ludzi po wyglądzie. Może miała bardzo bogate wnętrze.
Kiedy jednak zauważyłam, jaką gazetę przegląda – a nie był to tytuł, który zaaprobowałaby moja wewnętrzna dama – zwątpiłam w swój optymizm.
Spojrzałam na resztę dziewczyn, uśmiechając się przyjaźnie. Niechże się któraś przedstawi, niechże się któraś przedstawi, niechże…
– Bre, wcale nie zależy mi na tym, żeby całować tego rozczochrańca! Wolałabym umrzeć, niż pozwolić mu się dotknąć! – zakrzyknęło rudowłose stworzenie. – I nie mów do mnie po nazwisku, bo jak cię zaraz…
Przemoc była w Gryffindorze na porządku dziennym. Dlatego też Brenda po chwili oberwała poduszką.
Spojrzałam na rudowłosą. Uznałam, że skoro mam nie zwracać się do niej po nazwisku, jeśli nie chcę oberwać poduszką (a niespecjalnie chciałam), to powinnam się dowiedzieć, jak ma na imię. O co też zapytałam.
– Lily Evans – odparła, uśmiechając się nieznacznie i częstując mnie cukierkami.
– Sarah – drugi zwierz cukierkowy dołączył do frakcji przedstawiających się. Została jeszcze jedna.
Spojrzałam na ofiarę ospy i uśmiechnęłam się do niej. Nie zareagowała. Podeszłam i wyciągnęłam rękę.
– Annie – powiedziałam wyraźnie, na wypadek, gdyby dziewczę nie przetwarzało danych tak szybko jak pozostałe.
– M-melinda – mruknęła cicho i przelotnie uścisnęła mi rękę, po czym zanurkowała w swoim kufrze.
„Świetnie” – pomyślałam. Jeśli miałam spędzić z tymi sierotami najbliższe trzy lata… Och, jakże różniły się od moich koleżanek z Fracji! Tamte były takie przebojowe, takie doskonałe! A tu? Jakieś zakały rodu ludzkiego. Nawet nie pomagało im to, że prawdopodobnie przynajmniej jedna z nich była pochodzenia niemagicznego (cukierki) i mogła identyfikować się z proletariatem. Beznadziejny przypadek.
Usiadłam na swoim łóżku i próbowałam robić dobrą minę do złej gry.
– Chodziłaś z Jamesem? – spytałam Brendy. Uznałam bowiem, że to wystarczająco neutralny temat. Poza tym, byłam ciekawa, czy dalej ze sobą są. Podejrzewałam, że nie. Gdyby byli, James nie spędziłby ze mną całego wieczoru.
– Tak, ale to przeszłość. James jest teraz A-B-S-O-L-U-T-N-I-E wolny i cały twój.
Spojrzałam na nią jak na kretynkę, bo, nie oszukujmy się, prawdopodobnie była kretynką.
– Nie udawaj, że nie rozumiesz! – Brenda uśmiechnęła się złośliwie. – Spędziłaś dziś ze słodkim panem Potterem cały wieczór, a Evans prawie szlag trafił!
– Nieprawda! – zaprotestowała Lily. Oho. klasyczny przykład wyparcia.
– Ale spędziliśmy ten wieczór absolutnie niezobowiązująco – powiedziałam chłodno, kierując swoje słowa ni to do Brendy, ni to do Lily. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to, jakbym się tłumaczyła (bo nie czułam potrzeby się tłumaczyć). – Jestem tu nowa i nie mam zamiaru wplątywać się w żadne romanse – dodałam, żeby wszystko było jasne.
Przez chwilę miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie stwierdzą, że kłamię, a ja nie miałabym nawet żadnych argumentów, żeby je przekonać, że tak nie jest.
– Wolę się skupić na walce z burżuazją – dodałam po chwili ciszy. Miałam nadzieję, że zmiana tematu poskutkuje, a ten wydał mi się wystarczająco kontrowersyjny, żeby oderwać ich umysły od mojego rzekomego związku z Jamesem.
– Z burżuazją? A co to jest burżuazja? – spytała, oczywiście, Brenda. Czy ja nie wspominałam już przypadkiem, że jest kretynką?
– No wiesz, z arystokracją. Z klasą rządzącą. Z tymi wszystkimi, którzy dyrygują nami, narzucają nam styl życia, zasady, gnębią nas i uciskają, a cała nasza krwawica idzie na budowę ich pałaców, grobowców, domków letniskowych i basenów – wyjaśniłam, starając się przedstawić to jak najprzystępniej. Żeby wszyscy zrozumieli. Nie żebym specjalnie liczyła na pozyskanie ich dla idei.
Brenda powiedziała tylko:
– A.,
by potem zaprezentować światu minę absolutnego i niekończącego się niezrozumienia. No tak. Czego miałam się po niej spodziewać? Ludzie żujący gumę niespecjalnie nadają się do myślenia.
– Czyli nie lubimy Ślizgonów, tak? – spytała Melinda. Ta wykazywała się tylko odrobinę większym rozsądkiem.
Spojrzałam na nią, jakby była całą nadzieją ludu pracującego – a przynajmniej całą nadzieją dostępną w tym pokoju.
– Tak, jeśli Ślizgoni są wstrętnymi arystokratami i napychają swoje burżuazyjne brzuchy lichymi dochodami ludzi pracy, które wydzierają im siłą…! To znaczy tak. Nie lubimy Ślizgonów – potwierdziłam, uznając, że nie ma sensu wprowadzać jej tak od razu we wszystkie tajniki i meandry jedynej słusznej idei.
Evans wzruszyła ramionami.
– Nic nowego. Od zawsze ich nie lubimy – powiedziała. – Nie masz niczego bardziej odkrywczego?
I gdy już-już miałam przekonywać ją, że moja idea to coś więcej niż bezmyślna nienawiść międzydomowa, Brenda ponownie odezwała się. Widocznie jej procesy myślowe dobiegły końca. Ale jakiego końca.
– Stop! – krzyknęła rozpaczliwie. – Czy Syriusz nie jest przypadkiem takim samym arystokratą? Nie będę protestowała przeciwko niemu. Nie można potępiać metra osiemdziesiąt pięć czystego seksu!
Spojrzałam na nią, nie do końca pewna, czy powinnam wybuchnąć śmiechem, czy głęboko przemyśleć swoje zasady (nie, nie, wcale tego nie pomyślałam!). Zdecydowałam się na lekki uśmiech.
– Nie możemy pozwolić, żeby wróg osłabił naszą czujność swoją aparycją – powiedziałam tonem absolutnej pewności. – Oni mogą być przystojni, ale to my mamy rację – dodałam, parafrazując jakąś złotą myśl, choć w tym momencie nie byłam pewna czyją.
– To głupie – powiedziała Brenda. – Idę się umyć.
Niespecjalnie mnie to zdziwiło – nie spodziewałam się, że zrozumie tak delikatne sprawy. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie zbyt długo okupowała łazienki – wstyd przyznać, ale niemożność znalezienia toalet po drodze do i z Wielkiej Sali spowodowała, że mój pęcherz nie był w najlepszym stanie. Miałam nadzieję, że Brenda nie stanie się moim wrogiem z powodu braku poszanowania dla moich przekonań i mojego pęcherza.
W szczególności, że tego wieczoru nie odezwała się do mnie już żadna dziewczyna.

Advertisements
04. O tym, jak w końcu poznaję płeć piękną Hogwartu

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s