02. O pociągach i zupełnie nowych znajomościach

Dworzec King’s Cross był równie angielski i wulgarny jak Pokątna, a może nawet i bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że był bardziej zatłoczony i pełen mugoli. Oczywiście nie miałam nic przeciwko mugolom – trzeba było ich pouczać i nadać ich życiom odpowiedni kierunek, ale w obecnym stanie (a w większości przypadków był to stan wskazujący na spożycie) nie wyglądali na złaknione moich słów audytorium. Mniejsza część, która sprawiała wrażenie trzeźwych, biegała niespokojnie po peronach, najwyraźniej w poszukiwaniu odpowiedniego pociągu. Nie byli stąd – i rzucało się to w oczy jeszcze bardziej niż to, że ja też nie byłam stąd. Czułabym się trochę jak dziewczynka z zapałkami, gdyby nie to, że była ona biedną ofiarą bezdusznego kapitalizmu, a ja nie – i dlatego nie mogłam się z nią utożsamiać. Miałam też na sobie ubrania, które kosztowały więcej złota, niż dziewczynka z zapałkami kiedykolwiek widziała w jednym miejscu. To, że nie lubię burżuazji, nie znaczy, że nie mogę się ładnie ubierać, prawda?
Przyszłam tu sama, bo mama musiała pójść z moimi siostrami na rozpoczęcie roku szkolnego, tata był w pracy, a mój o pięć lat starszy brat nie wrócił jeszcze z ostatniego biwaku z kolegami. Czułam się trochę zagubiona. Było gorzej niż wtedy, gdy po raz pierwszy jechałam do Beauxbatons. Wtedy byłam po prostu niemagiczną dziewczynką w magicznym tłumie. Teraz byłam Francuzką w Londynie. Super.
Próbowałam wypatrzeć kogoś znajomego, ale po chwili przypomniałam sobie, że nie znam w tym kraju ani pół człowieka. Poza Regałem i jego blond przyjacielem. A ich nie chciałam widzieć.
Westchnęłam ciężko (tak, to była odpowiednia chwila na wzdychanie), ale potem doszłam do wniosku, że nie ma co płakać nad rozlanym sokiem dyniowym, muszę po prostu zacisnąć zęby i znaleźć odpowiednią barierkę. I przez nią przejść. Nic łatwiejszego, naprawdę. Tłumy ludzi robią to codzienn… no, nie codziennie, ale parę razy do roku. Wystarczy, że będę się rozglądać, a na pewno zobaczę kogoś, kto nie tylko zaprowadzi mnie do pociągu, ale też zaprzyjaźni się ze mną i pomoże mi głosić jedyne słuszne hasła.
Wtedy ich zauważyłam.
Mugole nie zwróciliby na to uwagi, ale ja – od czterech lat – nie byłam już mugolem. Całe masy czarodziejskie przechodzące przez… ścianę. No tak. Peron dziewięć trzy czwarte – jako ułamek musiał znajdować się gdzieś pomiędzy. Tylko dlaczego wskazywał dokładnie połowę odległości między peronem dziewiątym i dziesiątym? Czarodzieje nigdy nie byli dobrzy z matmy.
Postanowiłam podejść tam i wtopić się jakoś w ten wielobarwny tłum. Udało mi się nawet po drodze nie staranować nikogo wózkiem z bagażami. Powiem więcej – klatka z sową upadła mi na ziemię tylko raz! Niesamowity wyczyn.
Niezwykle z siebie zadowolona podeszłam do wejścia do wagonu, patrząc na nie ponuro. Nie miałam pojęcia, kto projektował te wagony, ale na pewno nie wziął pod uwagę kufrów i klatek z sowami. Stopnie były idiotycznie wysokie i wąskie; takie, które zdawały się niemal mówić „spadniesz, spadniesz, złamiesz kark”. Uznałam jednak, że jako świadoma siebie i swojej sytuacji społecznej kobieta muszę dać sobie radę i wnieść bagaż. Skoro innym się udawało…!
Po chwili – zbyt krótkiej, moim skromnym zdaniem musiało nastąpić tam jakieś zagięcie czasoprzestrzeni! – usłyszałam dźwięk wskazujący na to, że pociąg za chwilę odjedzie. A ja wciąż byłam na zewnątrz!
To mi dodało nadludzkich wręcz sił i błyskawicznie – choć nie bez stękania i mamrotania wulgaryzmów, od których mojej mamie niewątpliwie włos zjeżyłby się na głowie – wraz z całym dobytkiem znalazłam się w wagonie. Oparłam się o ścianę i, sapiąc ciężko, próbowałam uspokoić serce, które biło jak oszalałe za sprawą zastrzyku adrenaliny. Wsiadłam. Zdążyłam. Teraz już nie pozostaje nic innego, jak tylko siedzieć i czekać, aż pociąg się zatrzyma.
A skoro o siedzeniu mowa… Wyjrzałam przez okno, żeby zobaczyć niknący w oddali peron, a później chwyciłam za kufer i klatkę z sową, z mając nadzieję, że uda mi się znaleźć pusty (albo przynajmniej częściowo pusty) przedział jak najszybciej, bo nie miałam zamiaru ciągnąć tego wszystkiego przez całą długość pociągu.
Niestety. Pokonanie całego pociągu uświadomiło mi, że uczniów Hogwartu jest więcej niż przypisanych im miejsc. Część, tak jak ja, nie znalazła dla siebie wolnego przedziału, stała więc w korytarzu. Już miałam się poddać – rozumiecie, biała flaga! – gdy nagle odkryłam, że w ostatnim przedziale siedzi tylko jeden chłopak.
Zdziwiłam się. Dlaczego ludzie stoją na korytarzu, a on siedzi tu sobie sam? Może jest przeklęty? Albo, nie wiem, trędowaty? Zajrzałam przez okienko. Wyglądał poczciwie, a wytarte jeansy wskazywały na to, że nie był specjalnie zamożny. Postanowiłam zaryzykować.
Otworzyłam drzwi i przywołałam na usta najsympatyczniejszy uśmiech, na jaki mnie było stać. Jestem przekonana, że wyglądałby lepiej, gdyby nie fakt, że rano zaspałam i nie udało mi się odpowiednio ułożyć włosów.
– Cześć – powiedziałam, żeby nawiązać rozmowę, ale zanim mógł się odezwać, dodałam: – Wszędzie jest pełno, więc pomyślałam, że nie będzie ci przeszkadzało, jeśli tu usiądę. Nie będzie, prawda?
– Jasne, że nie.
Odpowiedział mi tak uroczym uśmiechem, że prawie się roztopiłam z zachwytu. Taki chłopak siedział sam? To skandal! Brytyjki nie wiedzą, co dobre.
– Jest nas tylko czterech, zmieścisz się – dodał i pomógł mi załadować bagaże na półkę. Szlag trafił moją emancypację.
– Czterech? – zapytałam, gdy już usiadłam. (Z pewną ulgą stwierdziłam, że siedzenia były całkiem miękkie i wygodne). Nie chciałam wyciągać pochopnych wniosków, ale miałam szczerą nadzieję, że chciał przez to powiedzieć, że zaraz zjawi się tu trzech jego kolegów, a nie, że na trzech wymyślonych przyjaciół. Może i wyglądał tak uroczo, że mogłabym go przytulić i podzielić się z nim czekoladowymi żabami, ale fakt, że nikt poza mną nie wsiadł do tego przedziału, musiał o czymś świadczyć. Miałam szczerą nadzieję, że o tym, że chłopak jest nieakceptowanym społecznie wolnomyślicielem, a nie schizofrenikiem.
– Tak, reszta zaraz przyjdzie – oznajmił radośnie.
A potem ni z tego ni z owego uderzył się dłonią w twarz, co zaowocowało upadkiem jego okularów na podłogę.
– Ale ze mnie sierota – powiedział, podnosząc je i z powrotem umiejscawiając na swoim nosie. – Nie przedstawiłem się. James – Ponownie się uśmiechnął. Był taki lukrowy!
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Ha, może jednak nie wszyscy w Hogwarcie będą tacy jak Regał i jego kumpel!
– Annie – odparłam równie radośnie.
Gdyby ton głosu można było porównać do krajobrazu, to niezaprzeczalnie mielibyśmy tu do czynienia ze słodką scenerią szmaragdowozielonej trawy, błękitnego nieba z białymi, puchatymi barankami chmur i ciepłego słoneczka świecącego w oczy. Kompletna idylla, taka żywcem wyjęta z romantycznych książek lub hippisowskich filmów.
Zanim jednak miałam okazję powiedzieć coś jeszcze, drzwi się otworzyły.
O ile James był przystojny – a nawet szaleńczo przystojny, z tymi swoimi czarnymi kudłami i orzechowymi oczami – o tyle ten, który właśnie wszedł, nie wyglądał nawet przeciętnie. Był niski i pulchniutki, a w dodatku w jego twarzy było coś niewytłumaczalnie… gryzoniowatego. Przeszedł mną dreszcz obrzydzenia.
– Czołem, Rogaty – powiedział i wtaszczył siebie wraz z kufrem do pomieszczenia. Starałam się do niego uśmiechnąć, ale nie było łatwo. Nie dość, że zepsuł mi moją idyllę, to w dodatku śmiał być nieestetyczny. – Lunio poszedł do przedziału prefektów, a Łapa kazał mi przekazać, że jesteś mu potrzebny. Misja: Smark, rozumiesz.
Dopiero teraz zauważyłam, że na korytarzu czekają na niego jeszcze dwa kufry.
Byłam ciekawa, jakim cudem je tu przyciągnął. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że pewnie pomógł sobie czarami.
A on dopiero po chwili mnie zauważył.
– O, dziewczyna – zauważył niezwykle inteligentnie.
Przywołałam na usta coś, co miało być namiastką uśmiechu, jaki posłałam Jamesowi, gdy się przedstawiałam.
– Tak. Dziewczyna – potwierdziłam. – Annie.
Tym tonem głosu zniszczyłam poprzednią wyobrażoną scenerię – trochę tak, jakby niebo zasnuły chmury, spadł ulewny deszcz, który zamienił łąkę w bagnisko. Zdecydowanie mało zachęcająca wizja. W żadnym wypadku nie oznaczało to, że mam zamiar być niemiła! To, że mówiłam nieco chłodniejszym tonem, nie świadczyło o tym, że będę wstrętną wiedźmą. Zwłaszcza, że zaintrygowało mnie, czemu zwrócił się on do Jamesa per Rogaty. Czyżby James miał na koncie jakiś nieudany związek? I naprawdę, naprawdę nie chciałam myśleć, jaka misja może mieć kryptonim „smark”. Sama idea jakichkolwiek misji wydawała mi się zabawna. Bawią się w tajnych agentów? Nie są na to trochę za duzi?
– Powiedz mu, żeby lepiej tu przyszedł – James nie wydawał się zadowolony z faktu, że jego kolega wyjawia przy mnie tak tajne informacje jak kryptonim ich misji operacyjnej. – Nawet Ślizgoni zasługują pierwszego dnia szkoły na drobną taryfę ulgową.
Znowu zostaliśmy sami. Przyniosło mi to ulgę. Mogłam śmiało przyglądać się mojemu słodkiemu towarzyszowi… Ale że czasu było mało, trzeba było spożytkować go na wymianę istotnych informacji.
– To był Peter – powiedział, zanim zdążyłam spytać. – Razem z Syriuszem i Remusem, którzy zapewne niedługo się tu pojawią stanowimy męską część piątego roku Gryffindoru.
Śmiesznie przechylił głowę, jak małe stworzonko, które się czemuś przygląda. Mówiłam, że jest uroczy?
– Wybacz to, co powiem, ale nigdy cię nie widziałem, a nie wyglądasz na pierwszoroczną… – powiedział niepewnie.
Pokiwałam głową, żeby podkreślić, że rozumiem, co do mnie mówił. Prawdę mówiąc jego wcześniejsze słowa nie były tak uspokajające (taryfa ulgowa?… Czy ja przypadkiem nie wdepnęłam w jakieś wojny gangów?), ale nie chciałam o nich teraz za dużo myśleć.
– Nie jestem pierwszoroczna – powiedziałam. – Wcześniej chodziłam do Beauxbatons, ale mój ojciec zmienił pracę, więc musieliśmy całą rodziną przenieść się do Anglii. Będę na piątym roku – wyjaśniłam.
Jednocześnie starałam sobie przypomnieć, co w jego słowach brzmiało na tyle znajomo, żeby wywołać moje zastanowienie. Słyszałam wcześniej coś więcej na temat Gryffindoru? Bo przecież nie mogło chodzić o imiona jego kolegów. Nic z tego, nie miałam pojęcia, co zabrzmiało znajomo. Zamiast myśleć nad tym dalej, uśmiechnęłam się promiennie.
– Świetnie! – Wyraźnie się ucieszył, a mnie od razu zrobiło się jakoś ciepło na sercu. Jego entuzjazm był zaraźliwy. – Może będziesz Gryfonką? Bylibyśmy w jednym domu!
Już chciałam powiedzieć, że przecież nawet nie wiem co to znaczy być Gryfonką, ale…
– Zresztą, zanudzam cię, a ty pewnie nawet nie wiesz, co to w Hogwarcie znaczy “być w jednym domu”.
Czytał mi w myślach!
Gorliwie pokiwałam głową i poprosiłam, żeby opowiedział mi coś więcej o Hogwarcie. Nie byłam całkowitą ignorantką, przekartkowałam “Historię Hogwartu”, gdy dowiedziałam się o konieczności zmiany szkoły, ale zawsze przyjemniej było posłuchać sprawdzonych informacji, zwłaszcza przedstawianych takim ciepłym głosem. Bo nie muszę chyba dodawać, że James szybko podchwycił temat i już po kilku chwilach wiedziałam niemal wszystko o nauczycielach, kolegach i koleżankach, których spotkam, jak tylko wysiądę z tego przytulnego przedziału (co – miałam nadzieję – nie stanie się za szybko; myślę, że za jakieś dziesięć lat byłabym gotowa wyjść na zewnątrz).
Postanowiłam zostać Gryfonką. Nie tylko dlatego, że James nim był, ale ta idea do mnie przemawiała. Walka z niesprawiedliwością społeczną – czyli ze Ślizgonami (Regał i jego koleżka z pewnością byli Ślizgonami!) – była czymś, czemu mogłam poświęcić się przez te trzy lata w nowej szkole. Miałabym jakiś wyższy cel!
I przystojnego kolegę, oczywiście.
W jego opowiadaniach strasznie zaintrygowała mnie jedna postać.
– Dlaczego w kółko mówisz o Syriuszu? To twój chłopak? – spytałam zaniepokojona.
James parsknął śmiechem i – daję słowo! – miałam wrażenie, że ktoś rzucił na niego zaklęcie rozweselające. Nie miałam pojęcia, co mogło go tak rozbawić, ale poczułam pewną ulgę; najwyraźniej to znaczyło nie.
– Nie wierz podłym plotkom – powiedział, nadal zwijając się ze śmiechu. – To tylko wymysły Ślizgonów, zapewniam, że obaj wolimy towarzystwo ładnych dziewczyn. Syriusz to po prostu mój kumpel, a że zna nas cały Hogwart… No wiesz, każdy słyszał o wyczynach Pottera i Blacka! – stwierdził z niekłamaną dumą i wyszczerzył się w moim kierunku.
– Blacka? – powtórzyłam głucho.
I już-już James miał zacząć formułować zdanie: “Annie? Co ci się stało?”, gdy drzwi otworzyły się.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s