rozdział 6

Następne dni nie były najszczęśliwszymi w życiu Elliota. Nie chodziło nawet o to, że Abigail uciekała na jego widok, o nie. Z tym mógłby żyć, przecież opracował plan podglądania jej w łazience siódmego roku, taka dzienna dawka Abbie zupełnie mu wystarczała. Nie chodziło też o Leslie, która zdążyła się dowiedzieć o jego chwili słabości i oskarżała go o próbę wykorzystania niewinnego dziewczęcia. O nie. Z Leslie też nauczył się już żyć. Katastrofą Elliotowego życia była jego nowa, eliksirowa partnerka.
Okazało się bowiem, że pewnego pięknego dnia pozbawiono go towarzystwa Marie, Krukonki, która wczesniej mu towarzyszyła. Prawdę mówiąc, mówiła tak niewiele, że jej imię poznał dopiero po kilku tygodniach, a i to tylko dzięki zrządzeniu losu. Teraz najwyraźniej Marie znalazła kogoś, z kim kroiło się dżdżownice lepiej niż z Elliotem i namówiła Rosalie Potter, żeby się z nią zamieniła.
Elliot wcześniej nie miał większego kontaktu z prapraprawnuczką słynnego Harry’ego Pottera i dziękował za to wszystkim znanym sobie siłom wyższym.
Co było główną wadą Rosalie? Była kopią praprapradziadka.
Może nie dokładną kopią, ale miała te same kruczoczarne włosy i zielone oczy (wiele osób twierdziło, że w genach Potterów zaszła jakaś mutacja, która sprawiła, że taka kombinacja wyparła nawet rude włosy Weasley’ów; inni twierdzili, że wszystkie nowonarodzone dzieci poddawane są okropnemu rytuałowi, który sprawia, że ich wygląd się zmienia i pasuje do oczekiwanego przez resztę rodziny). Poza tym była irytująca, przekonana o własnej wyjątkowości, która sprawiała, że nie dotyczyły jej te samy prawa, których musieli przestrzegać inni uczniowie. Była też przekonana, że nauczyciel eliksirów jej nienawidzi.
– Skąd wzięły się u ciebie te idiotyczne loki na głowie? Wpadłeś do kociołka za młodu? – To były pierwsze słowa, jakie do niego wypowiedziała. Później nie było lepiej.
Elliot pamiętał, że popatrzył wtedy na jej wiecznie rozwiane włosy i tylko zmarszczył lekko nos. Jego mama zawsze powtarzała, że jeśli nie ma nic miłego do powiedzenia, to lepiej, żeby nie mówił nic. O ile większość słów wypływających z ust rodzicielki puszczał mimo uszu, o tyle te słowa utkwiły mu w głowie na dobre. Często się do nich stosował, a ilekroć mu się one przypominały, przypominała mu się także matka – jej loki (które po niej odziedziczył), czarujący uśmiech (mimo zajęczej wargi) i zapach pierniczków, który zawsze ją otaczał. W każdym razie większość lekcji eliksirów składała się od tamtej pory ze wspominania matki (i jej mądrych słów) oraz podwójnie ciężkiej pracy, ponieważ Rosalie nie potrafiła zrobić nic dobrze. Elliot zastanawiał się, jak to możliwe, że chodziła na kurs dla zaawansowanych.
– Co to jest? – spytała kiedyś, pokazując mu srebrny nożyk, którego używali od pierwszej klasy.
– Dlaczego siekasz je na takie małe kawałeczki?
– Co to za różnica, gdzie i jak pomieszam?
– Ale to brzydkie!
I tak dalej, i tak dalej.
Elliot czuł, że jeszcze trochę i wyleje całą zawartość kociołka na jej głowę, ale obawiał się, że ten gest mógłby zostać źle odebrany przez wszystkich wokół – ostatecznie nikt nie mógł zbyt otwarcie atakować Potterów, jeśli nie chciał spotkać się z posądzeniami o sprzyjanie śmierciożercom. Od dziesiątków lat nikt nie słyszał o prawdziwych śmierciożercach, ale część ludzi nadal się bała, że nagle się odrodzą i cała ta wojna, o której teraz uczono na historii magii, będzie się toczyła od nowa.
Tak więc tych kilka dni nie było najszczęśliwszymi w życiu Elliota. Podejrzewał – co było odrobinę pocieszające – że Rosalie też nie bawiła się najlepiej. W końcu był tylko, używając jej języka, brzydkim, wyciągniętym swetrem, na który była skazana z braku lepszych możliwości. A przynajmniej tak było do momentu tego feralnego pocałunku.
A było to tak.
W piątek rano znowu zaspała na eliksiry i Elliot znowu musiał pracować sam. Tym razem jednak miarka się przebrała. Puściły mu nerwy. Jednak Elliot nie był do końca facetem – brakowało mu tego i owego dyndającego, żeby ruszyć się i powiedzieć Potterównie, co o tym sądzi. Co więc uczynił? Poskarżył się. Komu? Tej, której skarżą się wszyscy. Leslie.
Leslie wysłuchała go z uwagą (na chwilę nawet przestała jeść marchewki i Elliotowi dziwnie się mówiło bez towarzyszącego temu chrupania), a w kluczowych momentach kiwała głową. Elliot powiedział znacznie więcej niż powinien – wylał całe wiadro żalów i smutków związanych z tą sytuacją, a Leslie wysłuchała wszystkiego i wchłonęła te żale jak gąbka. W każdym razie, kiedy zabrakło mu już powodów do narzekań, zamilkł i czekał, jaką radę od niej usłyszy.
– Ja z nią porozmawiam – oświadczyła.
W sercu Elliota pojawiła się nadzieja. Niepotrzebna. Zapomniał on bowiem o tym, że Leslie wciąż była na niego zła za tę hecę z randką i planowała za pomocą Rosalie się na nim za to odegrać.
Podziękował jej wtedy serdecznie i poczuł, że większość jego zmartwień zniknęła. Wkrótce jednak zorientował się, że popełnił błąd i że nie powinien był mówić Leslie o czymkolwiek. Nie minęły nawet dwa dni, a jego życie po raz kolejny stało się piekłem.
– Słyszałem, że wykorzystałeś jakąś małolatę, no proszę, Edward, taki niepozorny, a jednak zboczeniec – Rosalie wypaliła znad kociołka.
Elliot otworzył usta, a potem szybko je zamknął. Nie był pewny, o co jej chodziło, ale powiedział pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy:
– Ale ja nazywam się Elliot.
W końcu każdą sprawę należy wyjaśniać od rzeczy najważniejszych. Albo najprostszych.
– A więc to, co powiedziało mi to kolorowe stworzenie, było prawdą!
– Co? – zdziwił się Elliot. Nie miał pojęcia, o czym Rosalie mówiła, ale miał ochotę wczołgać się do kociołka. – O czym ty mówisz?
– Wykorzystałeś tę, no, jak jej tam, Amelię?
– Nikogo nie wykorzystałem! – oburzył się, po czym przerwał krojenie jakiejś glutowatej roślinki i spojrzał na Potterównę. – Nikogo! – powtórzył z ledwo dosłyszalnym smutkiem w głosie.
– A mnie byś nie wykorzystał?
– Nie! – odparł z przerażeniem. Rosalie mogła być ładna, ale była tak irytująca, że cały jej urok gdzieś znikał, gdy tylko otworzyła usta.
Zapadła krępująca cisza.
Elliot wrócił do krojenia roślinki, ale czuł na sobie palące spojrzenie Potterówny i kilku osób pracujących przy kociołkach znajdujących się najbliżej nich. Zastanawiał się, czy Abbie słyszała całą tę rozmowę.
– Ale jesteś pewien? – Rosalie nie wytrzymała. – Bo, wiesz, taka druga okazja ci się już z tymi włosami nie trafi.
Nóż Elliota się obsunął i zatopił w palcu Puchona. Przez chwilę było mu przykro z powodu tego, co powiedziała o jego włosach, ale potem ból z palca uniemożliwił mu przejmowanie się takimi głupotami.
– Jestem absolutnie pewien – odpowiedział, patrząc z przerażeniem na krwawiący palec. – Potrzebuję pomocy medycznej – dodał pobladły jak ściana.
– Daj, ja cię uleczę.
A potem, zanim Elliot zdążył zareagować, ujęła jego dłoń w swoje dłonie i jej obślizgły język dotknął jego rany.
Elliot naprawdę, naprawdę nie chciał zwracać uwagi innych uczniów na tę scenę, ale nie wytrzymał i z krzykiem wydarł swoją dłoń z jej rąk. Poczuł się okropnie, a do tego nadal krwawił – krew spływała cienką strużką po palcu i wyglądała tak okropnie, że zaczęło mu się kręcić w głowie. Na wszelki wypadek krzyknął jeszcze raz, bo poczuł, że wkrótce umrze, więc opinia innych nie powinna być dla niego tak ważna.
– Rose, doprawdy, potrzebne nam te sceny? – ze stolika obok odezwał się Sigfried. Na jego twarzy malowało się zniesmaczenie. – Przecież…
– Milcz, jak do mnie mówisz!
Elliot tymczasem napotkał zatroskane spojrzenie Abbie i krzyknął jeszcze raz, ale ciszej, bo czuł, że się wykrwawia na śmierć i chciał zachować resztki energii na jakieś mądre ostatnie słowa. Przez chwilę zastanawiał się też, co właśnie robi nauczyciel.
Jak to co? spytacie. Nienawidzi Rosalie, morduje dyrektorów, a w wolnym czasie podkochuje się w ułudach swojego dzieciństwa. (Hogwart był bowiem szkołą z tradycjami i nie zatrudniał byle kogo na tak odpowiedzialne stanowisko).
– Jeszcze głupsza niż była – Siggy wymruczał pół do siebie, pół do całego pomieszczenia, był to bowiem mruk sceniczny.
Elliot spojrzał na krwawą plamę, jaka teraz znajdowała się na mankiecie jego koszuli, i zastanowił się, czy tak właśnie ginęły wspaniałe umysłu, które mogły zmienić świat: dźgnięte nożem przez nieświadome niczego istoty i zapomniane. Zastanawiał się też, czemu Abbie nie chce mu pomóc; w porządku, ostatnio nie spędzali ze sobą najwięcej czasu, ale powinna mu wybaczyć to niefortunne pytanie, skoro znajdował się o krok od śmierci. Myślał też o przyszłości nauczyciela; powinni go zwolnić, jeśli na jego lekcji umrze uczeń, prawda? W końcu wymyślił też odpowiednie ostatnie słowa, ale kiedy chciał je wypowiedzieć, zauważył, że krew przestała lecieć. Umknął śmierci! Z radości aż usiadł i zaczął uśmiechać się sam do siebie.
– Nie jestem głupia! – Rosalie krzyknęła i, na Merlina, zrobiła kaczy dzióbek. Tego było za wiele. Siggy parsknął śmiechem.
Elliot usłyszał to parsknięcie i jeszcze kilka innych, towarzyszących mu parsknięć. Zaczął się zastanawiać, czy ktoś śmieje się z niego, ale szybko zrezygnował z tej myśli. Niemożliwe. Dla pewności jednak rozejrzał się po sali, po czym utkwił wzrok w Sigfriedzie, ciekaw, co jeszcze Ślizgon powie Rosalie.
Ale Sigfried milczał. Widocznie uznał, że dyskusja sięgnęła intelektualnego dna i nie była warta jego zachodu.
Milczała też reszta uczniów. Milczenie było z każdą chwilą coraz głośniejsze, coraz trudniejsze do przełamania. Elliot tak się na nim skupił, że nawet zapomniał o swoim palcu.
I do czego ono doprowadziło? No do czego? Do feralnego pocałunku.
Nie żeby to była reguła, nie każde milczenie prowadziło do czegoś takiego, ale zdarzało się to na tyle często, by ludzie zaczęli obawiać się milczenia. A przynajmniej milczenia w nieodpowiednim towarzystwie.
Wszystko – nieświadoma i jak zwykle niewinna – zapoczątkowała Abigail.
– Myślę, że coś chce nam tu wybuchnąć – powiedziała cichutko, ciągnąć Sigfrieda za rękaw. Sama idea dotykania Sigfriedowego rękawa doprowadzała ją do ekstazy. Musiała to zrobić, no musiała. Chodziło przecież o ratowanie życia innych, nie tylko o to, żeby sprawdzić, czy jego rękaw jest tak miękki, na jaki wyglądał.
W każdym razie wszyscy zwrócili uwagę na Abbie, a kiedy wskazała ona kociołek, który miał zaraz wybuchnąć, przenieśli wzrok na Elliota, jakby to była jego wina. Nikt się jednak nie ruszył.
– Czy ty nie jesteś Amelią? – spytała Rosalie.
– Nie, jestem Abbie – odpowiedziała Abbie.
I przestała zwracać uwagę na Gryfonkę, a zamiast tego zaczęła mieszać zawartość kociołka. Sigfried coś kroił w pośpiechu, najwyraźniej świadomy, jak niewiele brakowało do eksplozji.
Elliot tymczasem zerknął na swój własny kociołek i zwiesił nos na kwintę. Nie istniała żadna szansa, żeby mizerna i przypalona zawartość stała się eliksirem. Z równym powodzeniem mógł już wyjść z sali.
– Amelią, którą Elliot wykorzystał?
Odpowiedziało jej tylko charakterystyczne bulgotanie kociołka. Abbie była zbyt zajęta, żeby nawet przetworzyć to, co mówiła Rosalie.
– Nikogo nie wykorzystałem – powtórzył po raz kolejny Elliot, przewracając oczami.
– A więc jednak. Wszystko mi powiedziano. Ach, nieszczęsna istotko!
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, ramiona Rosalie oplotły niczego nieświadomą Abigail. Sigfried znowu się skrzywił; i choć niektórzy molgiby chcieć podejrzewać go o zazdrość, chodziło jedynie o to, że Rose nagle znalazła się bardzo blisko niego.
– Zostaw mnie! – krzyknęła Abbie. – Eliksir! Muszę mieszać eliksir!
Przez chwilę rozważała nawet, czy nie uderzyć Rosalie mieszadłem, ale uznała, że to mobłoby wywołać nieprzewidziane i nieprzyjemne skutki. Dlatego też ograniczyła się do prób wyrwania się z jej uścisku.
Ale wtedy Rosalie ją pocałowała.
Abbie była absolutnie przerażona, kiedy usta Rosalie dotknęły jej czoła. Przerażona do tego stopnia, że mieszadło wypadło z jej ręki, co z kolei wywołało gniewny pomruk Sigfrieda (choć kiedy Abbie później o tym myślała, była prawie przekonana, że Ślizgon był zły, że nie był na miejscu Rosalie; na pewno!). Eliksir również zabulgotał złowrogo.
Wydarzyło się najgorsze. Eliksir wybuchł.
A wyniki były następujące: Sigfried wylądował na Rosalie, Rosalie wylądowała na Abigail, a Abigail wylądowała na Elliocie. Wtedy też Elliot po raz pierwszy w życiu oddychał zapachem włosów Abbie i po raz pierwszy mógł ją bezkarnie objąć w sposób jak nazbyt nieprzyzwoity.
I wtedy Elliot poczuł bezkresną wdzięczność wobec Rosalie Potter, która doprowadziła do ich nieśmiertelnej przyjaźni.

***

Leslie słuchała o tym wszystkim z niedowierzaniem. Kiedy wymyśliła cały ten plan, nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Nie była pewna, czego właściwie się spodziewała, ale na pewno nie tego! Tymczasem Elliot wyglądał na całkiem zadowolonego. Owszem, upierał się, żeby nosić wielki opatrunek na palcu, co sprawiało, że wyglądał śmiesznie (na całe szczęście zrezygnował z temblaka), ale co chwila uśmiechał się szeroko – trochę tak, jakby oszalał i jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.
– Naprawdę postanowiłeś się zaprzyjaźnić z Rosalie Potter? – spytała po raz setny, a Elliot po raz setny kiwnął głową.
– Na początku nie miałem o niej najlepszego zdania – dodał, kiedy Leslie posłała mu najbardziej pytające spojrzenie, na jakie mogła się zdobyć. – Ale wiesz, ludzie się zmieniają. Jest… bywa naprawdę miła.
– Moje czoło… – Abigail nie mogła wyjść z szoku.
– Jest też bardzo otwarta – dodał Elliot. – Tak okazuje, że kogoś lubi.
– L-l-lubi?
Elliot z uśmiechem pokiwał głową. W końcu to było najsensowniejsze wytłumaczenie.
– Ale… czemu wszyscy mnie nagle lubią?
Na to Elliot nie miał odpowiedzi. Nie czuł się gotowy opowiadać jej o swojej fascynacji jej osobą. Nie do końca rozumiał też, czemu Rosalie zapałała taką sympatią właśnie do niej.
– Bo jesteś słodziutka – zawyrokowała Leslie. – Kuci-kuci pysiaczek-misiaczek.
Abbie przez chwilę wyglądała, jakby to przeraziło ją jeszcze bardziej.
– Absolutnie – potwierdził Elliot. I się uśmiechnął jeszcze szerzej.
Chciała zapaść się pod ziemię.
– Nie martw się, na pewno ją polubisz, kiedy poznacie się bliżej – stwierdził Elliot.
– BLIŻEJ?
– No tak. Wiesz, teraz na pewno będziemy spędzać więcej czasu we czwórkę, prawda, Leslie? – Elliot posłał jej pytające spojrzenie. – Rosalie mówiła, że się znacie. Wspominała nawet coś o twoich włosach.
Abigail czuła, że koniec świata nadchodzi i, o dziwo, wcale nie pod postacią Luise.

Advertisements
rozdział 6

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s