rozdział 5

Nie można powiedzieć, by Sigfried był całkiem nieświadomy. A skąd. Był świadomy, że swędzi go lewa łydka. Był świadomy, że zawartość jego talerza z każdą chwilą stygła jeszcze bardziej. Był też świadomy, że Bernie nie pozwoli mu zjeść ani kęsa, póki nie skończy opowiadać o tym, o czym akurat opowiadał. Sigfried nie wiedział o czym. Był zbyt zajęty rozglądaniem się po Wielkiej Sali i rzucaniem morderczych spojrzeń wszystkim, którzy przyglądali mu się o pięć sekund za długo – a tych, nie wiedzieć czemu, nie brakowało.
Bo to, że ponoć zaliczył jakąś tam dziewczynkę niespecjalnie go interesowało. Aktualnie całą jego uwagę absorbowała ta kretynka uwieszona na jego ramieniu. Kretynka, której nie było prawa tam być. Kilka razy próbował dać jej do zrozumienia – najpierw uprzejmie i dość łagodnie, potem nieuprzejmie i stanowczo – że nie była mile widziana, ale najwyraźniej jej to nie przeszkadzało. Odkąd tylko zaczęły krążyć te plotki, Luise najwyraźniej uznała, że musi zacząć znaczyć swoje terytorium – najczęściej oznaczało to molestowanie jego ramienia.
I po co zapraszał ją na to urodzinowe wyjście? Po co? Jego wczorajszy – genialny, jasne, kurwa jego mać – plan okazał się największym idiotyzmem roku i teraz musiał ponosić jego konsekwencje.
Nagle zauważył, że Bernie przestał trajkotać i najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi. Nie miał pojęcia jakiej i nie sądził, by Luise, która jedną ręką trzymała kurczowo jego ramię, a drugą – w której miała widelec – rozgarniała po talerzu jedzenie, jakby sprawdzała, czy żaden skrzat nie ukrył w jej sałatce nic, co od czego mogłaby przytyć. Sigfried nadal był zdziwiony, że dziewczyna uznaje sałatki za normalne jedzenie, ale nie zapytał jej o to. Nie chciał zaczynać z nią żadnych rozmów. Zamiast tego spojrzał na Berniego i spróbował domyślić się, jakiej odpowiedzi oczekiwał jego przyjaciel.
Jednak jego brwi nie były zbyt wymowne.
– E? – spytał więc elokwentnie, narażając się na kolejną kpinę.
– Przestań się gapić w jej biust i zacznij mnie słuchać, durniu.
Sigfried prychnął. Nie gapił się w niczyj biust – przynajmniej nie w tej chwili. Nie chciał jednak przyznawać się, że próbował popełnić kilka morderstw przy użyciu własnego wzroku. Nie brzmiało to najlepiej nawet w jego głowie.
– Powtórz ostatnie dwa zdania.
– “Ej, pytałem cię o coś. Przestań się gapić w jej biust i zacznij mnie słuchać, durniu. ”
– Nie nazywaj go durniem – wtrąciła się Luise, machając w kierunku Berniego widelcem, na który nabity był liść sałaty. Wyjątkowo groźny i całkowicie nieapetyczny liść sałaty.
– Siedź cicho, kobieto, niegodnaś zużywać moje powietrze.
Luise zrobiła minę skrzywdzonej, cierpiącej niewiasty, która potrzebuje silnego ramienia. Sigfried ją zlekceważył i zwrócił się do Berniego:
– W porządku, nie słyszałem ani słowa z tego twojego bełkotu. Przedstaw skróconą wersję i pozwól mi coś zjeść.
– A weź się – odburknął Bernie i zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, wstał i wyszedł.
Sigfried postanowił skorzystać z tej rady – wziął się do śniadania. Wiedział, że będzie musiał porozmawiać z przyjacielem, ale nie miał na to teraz ochoty. Na siedzenie w Wielkiej Sali też nie. Właściwie nie był pewny, na co miał ochotę.
– Małe buzi-buzi? – Jego osobista dziewczyna wymruczała mu do ucha, nie zważając na to, że on próbował przeżuwać jajecznicę. Jajecznicę! Jakie tu kurwa buzi-buzi!
Ze złością nabrał jeszcze trochę jajecznicy na widelec, ale zorientował się, że towarzystwo Luise odebrało mu cały apetyt. Wziął ze stołu jabłko, po czym wyszarpnął ramię z jej uścisku i wstał. Miał zamiar wyjść i iść przed siebie, jak najdalej. Iść i znaleźć coś, czego mu brakowało. A przede wszystkim pozbyć się Luise.
– Ale pysiaczku!
– Nie pysiaczkuj mi tu – warknął. – Zostaw mnie w spokoju.
Oczywiście wiedział, że to znów przyciągnie do niego ciekawskie spojrzenia, ale nie obchodziło go to specjalnie. Trudno, niech się gapią.
– Odwrócić mordy – warknął na wszelki wypadek, wszakże jego natura desperata lubiła takie chwyty.
Część głów posłusznie się odwróciła, ale pozostałe albo nie dosłyszały, albo udawały, że jego słowa nie były skierowane do nich. Sigfried miał ochotę znów warknąć, ale uznał, że to miałoby tyle sensu co walka z wiatrakami. Był Ślizgonem. Nie walczył z wiatrakami. Czekał, aż zrobią to inni, a on będzie mógł czerpać z tego jakieś korzyści. W tym wypadku nie było jednak nikogo innego i na horyzoncie nie dało się dostrzec żadnych korzyści.
– Misu… – Luise zdecydowanie nie była wiatrakiem. Miała w sobie tyle wewnętrznego oporu, co każda inna angielska nastolatka.
Sigfried rzucił jej mordercze spojrzenie, po czym wyszedł z Wielkiej Sali. Dręczyła go myśl, że powinien się zatrzymać i zastanowić nad swoim dotychczasowym życiem, planami na przyszłość albo czymś równie poważnym. Nie był pewny skąd wziął się tak dziwaczny pomysł. Może był niedotleniony?
Niewątpliwie potrzebował papierosa.

***

Wiadomość, że Sigfried spotyka się z Luise zdruzgotała i tak już zdruzgotaną Abigail. Jak to – spotykał się? Kto mu pozwolił? Z nieznanych nikomu powodów Abbie uważała, że z chwilą ujrzenia go… w całej krasie, nabyła go niego specjalne prawa własności. Gdy okazało się, że to nieprawda, popadła w depresję jeszcze większą niż wtedy, gdy w drugiej klasie jakiś tępy Gryfon zdeptał jej żabę.
Miała ochotę dalej leżeć w łóżku i rozpaczać, ale Leslie jej nie pozwoliła. Stwierdziła, że jeśli przeleży jeszcze kilka godzin, to nogi jej wrosną w materac, a pająki zaczną tworzyć pajęczyny między jej palcami. Powiedziała jeszcze parę rzeczy, ale wizja tych pająków do tego stopnia wytrąciła Abbie z równowagi, że postanowiła wrócić do życia i zapomnieć na jakiś czas o czekoladowych żabach. Teraz żałowała, że to zrobiła. Mogłaby przykryć się kołdrą i udawać, że cały świat nie istnieje, gdyby tylko na korytarzu można było znaleźć jakąś kołdrę. Dyrekcja jednak nie zadbała o tak ważny element wystroju i Abbie musiała zmierzyć się z tą wiadomością. I patrzeć prosto w oczy Leslie, która jej o tym mówiła. I nie pozwolić, żeby jej przyjaciółka zauważyła, że ta wiadomość wywarła na niej większe wrażenie, niż powinna.
Co Leslie sobie wyobrażała? Że jak całymi dniami przeżuwa marchewki, to czyni ją wyjątkową? Guzik. Abbie niedobrze się już robiło od tych marchewek.
Przez chwilę miała wrażenie, że ma dość całej Leslie – od czubka głowy aż po paznokcie u stóp – ale szybko odegnała tę myśl. Była zła na cały świat, ale to jeszcze nie powód, żeby wyładowywać złość na przyjaciółce. Nawet jeśli akurat teraz była irytująca.
I to przeżuwanie! Jakby chociaż raczyła przeżuwać zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Ale nie. Anarchizm i antykonserwatyzm Leslie był na tyle rozwinięty, by przeżuwać na opak, by dręczyć ją tym ruchem mięśni przeciwnym, tymi zębami źleskrętnymi. Abbie dostawała szału. Czuła, jak gdyby w okolicach jej przepony formował się wulkan albo coś takiego, nie była zbyt dobra z tych tam przyrodniczych.
– I co teraz zrobisz? – zapytała Leslie, całkiem nieświadoma powagi sytuacji.
– Skończę esej z historii magii i nie, nie pożyczę ci go, bo nie możesz mnie tak wykorzystywać całe moje życie i nie, nie żuj, jak do mnie mówisz! – chciała wykrzyknąć Abbie, ale zamiast tego mruknęła:
– Esej.
Leslie prychnęła. Możliwe, że wypluła przy tym odrobinę marchewki.
– Esej? On spotyka się z inną, a ty będziesz pisać esej? Na jakim ty świecie żyjesz! Absolutnie nie możesz teraz pisać eseju!
– Nie?
– W żadnym razie! Ostatnio ćwiczyłam monolog, który mogłabyś teraz wygłosić – stwierdziła Leslie z całkowitą powagą. – Pamiętasz? Ten, przy którym się tak jąkałam, że Mary z piątego roku rzuciła we mnie podręcznikiem do transmutacji.
Abbie była pewna, że nikt nie powinien ćwiczyć monologów żując marchewkę.
Leslie jednak wzięła jej milczenie za próbę przypomnienia sobie owego monologu, więc dodała:
– Ten, na koniec którego bohaterka chce się otruć, bo pojęła, że nigdy nie będzie z facetem, którego kocha. Powinnaś powiedzieć coś podobnego. Tylko nie masz się czym otruć.
– Marchewką.
– Marchewka nie jest toksyczna! – zapewniła Leslie, wymachując wspomnianym warzywem, które aż uderzyło w ścianę. – To najlepsze, co można jeść, jeśli chce się dbać o cerę. A do tego gryzienie sprawi, że będę mówić jeszcze wyraźniej i zostanę cenioną aktorką.
Abigail starała się jej słuchać, ale czuła, po prostu czuła, że jej wulkan budzi się ze snu wiecznego.
– Może to nie najlepszy moment – ciągnęła Leslie – ale powinnaś jeść więcej marchewek, ostatnio masz strasznie niezdrową cerę.
Budził się…
– Naprawdę, jeśli nie będziesz o siebie bardziej dbać, to Sigfried nigdy na ciebie nie spojrzy. – Poklepała ją po ramieniu. – Ale nie martw się, zajmę się twoją dietą.
Abbie zacisnęła zęby. Powinna być przyzwyczajona, że Leslie najpierw mówi, a dopiero potem myśli, ale ona tu cierpiała! Czy nikt nie mógł tego uszanować?
– To szło jakoś tak… Burgundio, ojczyzno moja, ty jesteś jak palma…
– Jaka palma? – zapytała Abbie, na chwilę zapominając o budzącym sie wulkanie, niezdrowej cerze i marchewkach. O Sigfriedzie nie zapomniała, ale sprawa palmy przez ułamek sekundy wydawała jej się ważniejsza.
– Liściasta.
– Przecież to nie była żadna pa… – urwała.
Dotarło do niej, że to bez sensu. Leslie i tak uzna, że palma jest dobra, nawet jeśli w oryginalnym tekście było coś innego. Nie było sensu jej przekonywać, bo uświadamianie jej czegoś takiego było jak rzucanie grochem (albo marchewką) w ścianę. Lepiej było wrócić do zastanawiania się, co takiego ma w sobie Luise, czego brakowało jej samej. Oczywiście mogłaby wymieniać długo – w końcu Luise miała długie, lśniące włosy, zawsze miała coś do powiedzenia (nawet jeśli częściej powinna milczeć) i nie bała się nawiązać z Sigfriedem kontaktu wzrokowego. Albo jakiegokolwiek innego. Ale to jeszcze nie wyjaśniało, czemu Sigfried miałby się z nią zadawać!
– Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię spalił.
Abbie westchnęła ciężko, czując, że sytuacja ją przerasta. Bez precyzowania, jaka sytuacja – i ta obecna, i sytuacja z Sigfriedem, i nawet to wypracowanie, które już prawie skończyła, też zaczęło ją przerastać. Powinna być zła. Albo poirytowana. Albo jakakolwiek inna, byle nie musiała się czuć dziwnie przytłoczona, jakby te wszystkie palmy i marchewki spadły jej na głowę.
– A co, jeśli on się w niej zakocha? – wypaliła, zanim zdążyła zrozumieć, co wypaliła.
Leslie popatrzyła na nią, jakby zupełnie nie rozumiała, co Abbie ma na myśli. Potem jednak zrozumiała, że wprowadziła do scenariusza coś, czego w nim wcześniej nie było. Albo w ogóle wyszła poza scenariusz, to było całkiem w jej stylu.
– Na pewno ją to bardzo ucieszy – powiedziała powoli, jednocześnie starając się wymyślić coś pocieszającego, co mogłaby dodać. – Byliby całkiem uroczą parą.
– Ta ropucha?
– Przyznasz, że ma świetne włosy. No i jeszcze… – zaczęła, ale zorientowała się, że Abbie chciała usłyszeć coś innego. To wszystko przez to, że zrezygnowały ze scenariusza! – To znaczy nie, absolutnie nie, wyglądaliby koszmarnie, a ona powinna spaść z czubka wieży astronomicznej.
Abbie kiwnęła głową. Leslie uznała to za zachętę i kontynuowała:
– Mogłaby też zgubić się w lochach i umrzeć z głodu albo utopić się w jeziorze, albo wejść do Zakazanego Lasu, albo…
– Kto?
Leslie zamrugała. Na wszelki wypadek dwa razy. Potem zmrużyła oczy. Potem zamknęła najpierw lewe, a potem prawe. I na wszelki wypadek zamrugała raz jeszcze. Przecież była pewna, że mówi to, czego Abbie od niej oczekiwała! Jako aktorka z zamiłowania – powinna wykazać się większą wrażliwością na oczekiwania i potrzeby publiczności.
– A o kim rozmawiamy? – zapytała, pozwalając sobie jeszcze na chwilę zapomnieć o wrażliwości.
– Właśnie o to pytam.
I dopiero wtedy zrozumiała, że głos ten nie był głosem Abbie.
Scenariusz nie zakładał obecności trzeciej osoby na scenie, ale w sumie mogła się domyślać, że skoro został rzucony w metaforyczny kąt, to coś takiego mogło się zdarzyć. Zwłaszcza, że były w miejscu publicznym.
– O mojej kuzynce – odpowiedziała automatycznie Leslie.
– Nie wiedziałem, że masz kuzynkę.
Nikt o tym nie wiedział. Abbie podejrzewała, że sama Leslie dowiedziała się o jej istnieniu jakieś dziesięć sekund temu. Leslie jednak to nie zraziło i dodała:
– Jasne. Po prostu za sobą nie przepadamy. Bardzo. Naprawdę. Okropna jest. Paskudna, ot co. To znaczy ma okropny charakter.
Elliot westchnął. Wiedział, że kłamała – nie miał jednak sił na dłuższe dysputy.
Leslie też westchnęła.
– Muszę nad tym popracować. Ale naprawdę nas zaskoczyłeś, nie powinieneś się zakradać, kiedy mówię coś takiego.
Mruknął coś w odpowiedzi.
Abbie popatrzyła na nich, jakby nie była pewna, co właściwie się tu dzieje – miała zamiar spokojnie zajmować się historią magii, może trochę ponarzekać albo podręczyć się czarnymi myślami, a ta dwójka jej to uniemożliwiała.
– W zasadzie, chciałem cię o coś spytać, Abigail. Leslie, pozwolisz…?
Leslie przez chwilę popatrzyła na niego, jakby nie wiedziała, czego od niej oczekuje, po czym wruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć “Nie zwracajcie uwagi na mnie, mnie tu wcale nie ma”. W końcu nie była na tyle okroponą osobą, żeby nie pozwolić mu porozmawiać z Abbie.
– Na osobności.
– Och, jasne, już idę. Przecież bym wam nie przeszkadzała. Wcale. – Odgryzła kawałek machewki, po czym spojrzała na wyczekującą minę Elliota i na dość obojętny wyraz twarzy Abbie. Nie powobało jej się to ani trochę. – Zdajesz sobie sprawę, że ona ma złamane serce, tak? I chcesz jej odebrać resztkę komfortu, jaką oferowało jej moje towarzystwo?! Jesteś potworem, Elliot.
To powiedziawszy, wstała i odeszła, zabierając cały wspomniany komfort ze sobą.
– Złamane serce…? – Elliot nie rozumiał. A Abbie wcale nie miała zamiaru mu tego tłumaczyć.
Wpatrywała się w swoje podręczniki wzrokiem, który o mało nie wypalił w nich dziury, tak był zdesperowany. Nie rozumiała do końca, dlaczego patrzenie na Elliota było dla niej takim problemem – zwykle na niego patrzyła, w końcu się przyjaźnili, nie da się przyjaźnić na ślepo. Jednak tym razem czuła, że coś złego wisi w powietrzu i że da się przed tym obronić tylko przez unikanie jego wzroku.
– Dobra, nie chcesz mówić, to nie – dodał po chwili, obrażony. – Myślałem, że mówimy sobie wszystko.
Abbie pokiwała głową, jakby chciała go zapewnić, że tak, mówią sobie wszystko. Bo do tej pory tak było – mówili sobie wszystko (poza tym, o czym nie mówili, ale jeśli takie rzeczy istniały, to przecież druga osoba nie musiała o tym wiedzieć). Złamane serce Abbie zdecydowanie zaliczało się do rzeczy, o których druga osoba nie musiała wiedzieć i gdyby Leslie nie poruszyła tego tematu…! Cóż, prędzej czy później i tak by go poruszyła, ale Abbie do tej pory miała nadzieję, że stanie się to później. Nie była gotowa na rozmowę o Sigfriedzie z kimś, kto nie był Leslie. A Elliot zdecydowanie nie był Leslie.
– Okay.
Głos Elliota był smutny i zapowiadał sesję krępującego milczenia.
– Jak twój esej na historię magii? – zapytała w końcu Abbie, która stoczyła wewnętrzną walkę. W końcu uznała, że rozmowa na temat, który nie jest związany z Sigfriedem, może się udać. O ile rozmowa nie będzie wymagała kontaktu wzrokowego, rzecz jasna.
– Poszłabyśzemnąnarandkę?
Zanim Abbie zorientowała się, co robi, spojrzała na niego i zobaczyła jego proszące spojrzenie. Mogłoby złamać jej serce, gdyby nie fakt, że jej serce już było złamane. Co gorsze, nie miała pojęcia, co ma odpowiedzieć.
– Ja… yyy… Elliot, ale… To znaczy… – zaczęła, po czym poczuła, że zaraz się rozpłacze, bo cała ta sytuacja stała się dla niej za trudna i zbyt niezrozumiała. Podniosła się z fotela i uciekła do dormitorium.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s