rozdział 4

Abigail siedziała w pokoju wspólnym nie dlatego, że tam sypiała, a skądże. Nawet niespecjalnie lubiła tam przebywać, bo meble za bardzo przypominały jej, że musiała się przenieść z przytulnego i słonecznego pokoju wspólnego Hufflepuffu do zimnych i ciemnych lochów. Oczywiście, część puchońskiego umeblowania również została przeniesiona, ale kiedy przychodziła do pokoju wspólnego, większość była już zajęta i Abbie i tak lądowała na zimnych, skórzanych fotelach.
Dlaczego zatem spędzała w pokoju wspólnym tyle czasu? Odpowiedź była prosta – dormitorium nie lubiła jeszcze bardziej, zwłaszcza, że Elliot nie mógł tam wejść, więc ich trzyosobowe narady musiały odbywać się gdzieś indziej. Najczęściej – w pokoju wspólnym.
Gdy zdarzył się ten nieszczęsny wypadek z Sigfriedem, czekała na jedną z takich narad. Ale po tym, co zobaczyła… Ciężko jej było zostać w tym pomieszczeniu. W szczególności, że kolorem przypominała dojrzałego pomidora, więc pewnie nie uniknęłaby pytań przyjaciół. Dlatego też – wciąż zszokowana – przeniosła się do dormitorium i z mocnym postanowieniem nieopuszczania go nigdy, utonęła w morzu poduszek.
Leslie znalazła ją kilka minut później i, zabrawszy kilka poduszek przykrywających głowę i kark przyjaciółki – tylko po to, żeby ta mogła lepiej słyszeć, zapytała, co się stało. Nie spodziewała się, że usłyszy coś wstrząsającego, Abbie lądowała bowiem pod stosem poduszek średnio raz na dwa tygodnie, ostatnio dlatego, że w czasie obiadu nie podano do pieczeni jej ulubionego sosu.
– B-bo j-ja n-nie ch-ch-chciałam…
– Oczywiście, że nie chciałaś – zapewniła Leslie, siadając na brzegu łóżka. – A czego dokładniej?
– W-widzieć…
Leslie ciężko westchnęła i pogłaskała Abbie po głowie. Szykowała się długa rozmowa, składająca się z wielu zająknięć i zdań niespecjalnie złożonych.
– Co takiego zobaczyłaś, skarbie?
Ale w tym momencie Abbie zaczęła płakać tak żałośnie, że jakakolwiek komunikacja była niemożliwa.
– Spokojnie, na pewno… – Leslie się zawahała. Nie wiedziała, jak pocieszyć przyjaciółkę, bo nie była pewna, co tak naprawdę się stało. Dlatego przytuliła ją i stwierdziła spokojnym, przekonującym głosem: – Na pewno.
– Właśnie na pewno! W tym jest problem! – wyrzuciła z siebie aż nazbyt gwałtownie. Po chwili jednak zorientowała się, że nie powinna budować tak skomplikowanych zdań, więc w ramach pokuty zapłakała jeszcze żałośniej.
Leslie bezradnie rozejrzała się za czekoladą albo przynajmniej za chusteczkami, ale nie zauważyła nic takiego w najbliższej okolicy. Musiała sama doprowadzić Abbie do porządku.
– Jestem pewna, że odrobinę to wyolbrzymiasz. Uspokój się i opowiedz mi o tym.
Odpowiedziało jej niewyraźne mruknięcie. Nadszedł czas na podjęcie poważniejszych kroków. Czekolada była jednak koniecznością. Leslie na chwilę wstała, mając nadzieję, że Abbie w tym czasie nie zatonie znowu w poduszkach, po czym podeszła do swojego kufra i zaczęła szukać czegokolwiek z dużą zawartością cukru. W końcu znalazła trzy czekoladowe żaby; jedną od razu położyła przed Abbie i czekała, aż jej widok wywoła jakąś reakcję.
Mruczenie niebezpiecznie zaczynało przypominać “Chcę umrzeć”.
– I zostawić tę czekoladę samotną i nieutuloną w żalu?
Abbie milczała.
Leslie poruszała żabą, jakby kawałek czekolady próbował sam zbliżyć się do Abbie, po czym powiedziała możliwie najbardziej żabim głosem:
– No dalej, wiem, że chcesz. To czekolaaada.
Abbie milczała mniej intensywnie.
– Pyszna czekoladowa żaba, wspaniała, wyborna i prosto ze sklepu – przekonywała Leslie, stawiając dwie kolejne tuż przy pierwszej. – I, patrz, nawet ma znajomych!
Milczenie Abbie stawało się niemilczące.
– I wszystkie trzy bardzo chcą być zjedzone, no popatrz jak bardzo. – Znów udała, że żaba skacze i to prosto w kierunku Abbie.
Abbie milczała już tylko siłą woli.
Leslie zaczęła bardzo ostentacyjnie odwijać sreberko, w które zapakowana była pierwsza żaba.
I wtedy to się stało. Żaba momentalnie wylądowała w przełyku Abbie, zapewne z pominięcime procesu gryzienia. A już z pewnością z pominięciem procesu zdjęcia całego sreberka.
Leslie odetchnęła z ulgą. Jej przyjaciółka wróciła do świata żywych i była gotowa przyswoić następną porcję czekolady. (Tym razem jednak dla pewności sama odwinęła sreberko).
Abbie otarła łzy i wzięła drugą czekoladową żabę, tym razem nawet gryząc ją przed połknięciem.
Zapanowało milczenie dla odmiany niezręczne.
– Chcesz o tym pogadać? – zapytała Leslie, zdając sobie sprawę, że wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczyły o tym, że nie, Abbie absolutnie i stanowczo nie chce pogadać.
Przecząco pokręciła głową
Leslie po raz pierwszy przyszło do głowy, że być może stało się coś naprawdę strasznego. Straszniejszego od zmiany sosu albo kolejnej porażki na eliksirach. Tak strasznego, że nawet czekolada nie była w stanie pomóc. Nie była jednak pewna, co tak strasznego mogło się stać w tak krótkim czasie, który minął odkąd ostatni raz widziała Abbie.
Może porwali ją kosmici? Elliot powiedział jej ostatnio, że koniec świata jest już bliski. Nie wierzyła wprawdzie zbytnio w istoty pozaziemskie, ale tacy mugole na przykład nie wierzyli w jednorożce, co nie przeszkadzało jednorożcom istnieć. Dlatego też zadała przyjaciółce bardzo ważne pytanie:
– Zielony osobnik z rogiem na czole zamknął cię w szafie?
Abbie dalej szlochała, może nawet odrobinę rozpaczliwiej – trochę tak, jakby brakowało jej łez i powodów, ale dalej chciała płakać, żeby pozbyć się czegoś z pamięci. Mogło to być wspomnienie kosmity, ale z drugiej strony mogła się też rozpłakać na myśl, o ile lepsze od tego, co ją spotkało, byłoby porwanie przez zielone ludki.
– Z dwoma rogami?
Szlochanie nie ustawało.
– Czy on ci te rogi gdzieś…
Abbie była tak zaskoczona tym pomysłem, że nawet przez chwilę zapomniała o szlochaniu i zaprzeczyła, zanim z jej oczu popłynęła nowa fala łez.
– Merlinowi dzięki – orzekła Leslie.
– To p-poważna sprawa – stwierdziła Abbie, uznawszy, że jej przyjaciółka nie rozumie zaistniałej sytuacji.
– ? – spytała Leslie.
– Widziałam… o Merlinie, widziałam coś strasznego! – krzyknęła Abbie, wycierając łzy i patrząc Leslie w oczy. – Coś, czego nigdy nie powinnam była widzieć. Nigdy.
– ?!
Abbie spojrzała na nią błagalnie. Nie istniała żadna, nawet najmniejsza szansa na to, że opowie o wszystkim i nie spłonie przy tym ze wstydu. Właściwie po raz pierwszy przyszło jej do głowy, jak musiał czuć się Sigfried. Jeśli ona tak zareagowała – a w końcu to nie ona zeszła do pokoju wspólnego w takim… stanie – to jak musiał on zareagować. Na pewno chciał się zapaść pod ziemię. Aż mu współczuła.
– Abbie, nie bądź głuptasem i mów.
– To było… no wiesz – wykrztusiła i podjęła nieudaną próbę ponownego zakopania się w poduszki.
– Nie wiem.
Abbie westchnęła. Stanęła przed wyborem tak trudnym, że – była tego pewna – wielu uciekłoby z krzykiem i wolałoby się jednak zakopać w poduszkach albo zabarykadować w łazience, żeby uniknąć odpowiadania na nie. Wiedziała jednak, że musi się tym z kimś podzielić. Wzięła głęboki wdech.
– Widziałam Sigfrieda – stwierdziła poważnie, jakby w nadziei, że Leslie zrozumie, że wyczyta prosto z jej umysłu, jak ta scena naprawdę wyglądała.
Ta nie zrozumiała; a przynajmniej to można było wywnioskować z jej wybuchu śmiechu.
– Nie po raz pierwszy.
– Ale widziałam go tak… bardziej – oznajmiła Abbie i rozejrzała się za jakąś poduszką, za którą mogłaby ukryć twarz.
– Jak… bardziej?
– Bardzo bardziej – szepnęła Abbie, jakby bała się, że coś się stanie, jeśli wypowie to na głos. – Najbardziej jak się da.
Zapadła pełna niezręczności cisza.
Abbie nie miała zamiaru jej przerywać – nie istniało nic, co mogłaby w tamtej chwili powiedzieć. Leslie najwyraźniej dokładnie analizowała jej słowa – rozbierała na sylaby i głoski, a potem składała z powrotem; trochę tak, jakby podnosiła wszystkie kamienie na jakimś skalniaczku, w nadziei, że pod którymś znajdzie skarb. Albo przynajmniej jakieś zrozumiałe, logiczne i spójne wyjaśnienie całej sytuacji.
– Ale, jak to, nerki?
Abbie wydała z siebie dźwięk, który był niezbyt udolnym połączeniem jęku rozpaczy, krzyku, westchnienia i – być może – śmiechu. Choć ani trochę nie było jej do śmiechu.
– Nie – odpowiedziała. – Coś bardziej… osobistego – dodała, rumieniąc się okropnie.
– Wątrobę?!
– Trochę niżej – przyznała Abbie, równie zawstydzona, co zmęczona rozmową z Leslie. Naprawdę, miała nadzieję, że jej przyjaciółka w końcu odgadnie, bo nie istniała na niebie i ziemi siła, która zmusiłaby Abbie, żeby sama powiedziała, o jaką część Sigfrieda chodzi.
Ale Leslie nie wiedziała.
– No i nie tak… wewnątrz – dodała Abbie w nadziei, że to rozjaśni wątpliwości.
Wszystko wskazywało jednakże na to, że niewinna wyobraźnia Leslie nie była w stanie tego zwizualizować.
Abbie poczuła, że jest zarumieniona już nie po same cebulki włosów, ale jej rumieniec zaczyna już schodzić po szyi i jeśli dalej tak pójdzie, to będzie jedyną osobą na świecie z zarumienionymi ze wstydu stopami.
– Leslie, błagam, nie każ mi tego mówić.
W końcu gdyby powiedziała, to fakt, że widziała to, co widziała, byłby niezaprzeczalny. Nie żeby teraz był zaprzeczalny, ale gdyby to powiedziała… Nie była pewna, co by się stało, ale i tak nie miała zamiaru tego sprawdzać.
– Mówić czego?
– No mówić, co widziałam – odpowiedziała, tak zbita z tropu, że na chwilę zapomniała, że ma być zawstydzona, zapłakana i przygnębiona.
Leslie wiedziała, że ma misję. Nie mogła tak po prostu jej odpuścić. Wszak nalegała jedynie dla jej dobra – co, jeśli Abbie będzie miała z tego powodu całożyciową traumę? Nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
– Musisz to z siebie wyrzucić, cukiereczku.
Abbie poczuła, że jest czerwieńsza niż czerwone dekoracje w Gryffinclawie. Ta rozmowa trwała zbyt długo i wcale nie pomagała jej w niczym. W końcu chciała w jakiś sposób zapomnieć o tym wszystkim (a zaklęcia zapomnienia nie brała pod uwagę – w jej pamięci było też trochę rzeczy, o których wolałaby pamiętać), ale nie mogła, bo im dłużej Leslie nie chciała zgadnąć, co się stało, tym dłużej bo głowie Abbie krążył obraz Sigfrieda.
– N-nieee.
– Bo zawołam Elliota!
Co wcale nie jest taki złym pomysłem, przemknęło przez myśl Abbie, przynajmniej Elliot mógłby szybciej zgadnąć i nie gadać o wątrobie. Potem jednak szybko odrzuciła ten pomysł. Spaliłaby się ze wstydu! Jak feniks! Chociaż gdyby umiała się spalać jak feniks, to rozwiązałoby wiele jej kłopotów. Spaliłaby się od razu, kiedy zobaczyła Sigfrieda, a potem zaczęłaby wszystko od nowa. I na pewno by o niczym nie pamiętała, nie myślałaby ani nie… Pokręciła głową, żeby przerwać tok myśli.
Ale to nie podziałało. Tamten obraz wciąż tkwił przed duszy jej oczyma, jak jakiś pożal się Merlinie duch ojca czy inna niepokojąca zmora.
– Chcę czekoladową żabę – stwierdziła Abbie najbardziej stanowczym głosem, jaki mogła przywołać.
– Nie.
Popatrzyła na Leslie błagalnie. A potem znów się rozpłakała, bo nie miała pojęcia, co innego ma zrobić.
– Idę po Elliota – zarządziła Leslie, podnosząc się z fotela. – Mężczyzna się nam tu przyda.
Abbie poczuła, że tego by nie zniosła. Miała już dość mężczyzn i jednak nie chciała żadnego widzieć na oczy. Chciała tylko zjeść czekoladę i przespać najbliższy tydzień.
– Nie! – krzyknęła, a potem dodała najszybciej, jak tylko mogła: – Bojagowidziałambezubrania.
Najpierw cisza, a potem..
Leslie wybuchnęła śmiechem.
Abbie patrzyła na nią wystraszonymi, przerażonymi i załzawionymi oczami. Zupełnie nie rozumiała, co tak śmieszy jej przyjaciółkę. Przecież to poważna sprawa! Dramat! Tragedia!
– Głuptasie, to, że chłopak nie miał na sobie krawata czy – o zgrozo! – koszulki, to jeszcze nie armageddon.
– Nie chodzi o krawat – odpowiedziała Abbie, potarwszy czoło ze zdenerwowania. O koszulce wolała nie wspominać.
Dlaczego Leslie tego nie rozumiała? A może rozumiała i perfidnie bawiła się jej kosztem?
– Nie mów, ze zapomniał też skarpetek!
– Między innymi – mruknęła Abbie, rozglądając się za czekoladowmi żabami. Jakieś musiały tu jeszcze być. Nie przejdzie przez tę rozmowę bez dodatkowej dawki cukru
– Między czym?
Abbie pomyślała dokładnie między czym a czym powinno znajdować się jakieś ubranie, ale nie odpowiedziała. Zaczęła szukać czekoladowych żab na podłodze i – całkiem wygodnie – zajrzała nawet pod łóżko. Kiedy była pewna, że Leslie nie zobaczy jej twarzy (a ona nie będzie widziała reakcji Leslie), wzięła głęboki wdech i powiedziała:
– Nie miał nic.
I spróbowała wcisnąć się pod łóżko, choć wiedziała, że nie ma na to szans.
I wtedy stało się najgorsze. Leslie zaczęła krzyczeć na tyle głośno, że słyszał ją nie tylko cały Slythhuff, ale i calutki zamek.
– Uprawiałaś seks z Sigfriedem? TYM Sigfriedem? I NIC MI NIE POWIEDZIAŁAŚ?!
Abbie za szybko spróbowała się podnieść i z całej siły uderzyła głową w łóżko. Świat na moment zrobił się ciemny i niewyraźny, ale zamrugała kilka razy i wszystko wróciło do normy. Przynajmniej jeśli chodzi o ten kawałek świata, który widziała. Cała reszta świata – ta, która słyszała krzyk Leslie – na pewno nie wróci do normy.
– C-co? Nie! Ja nic…! Leslie, ale…!
– Zmusił cię, żebyś mu… – Leslie aż zabrakło słów.
Abbie poczuła, że po (zarumienionych, tego była pewna) plecach spływa jej zimny pot. Nie mogła pozwolić, żeby Leslie wyszła z tego pokoju z tak krzywdzącym pojęciem i o niej, i o Sigfriedzie (który na pewno, na pewno to wszystko słyszał i ją znienawidzi).
– NIE! – krzyknęła jeszcze głośniej. Prawie tak głośno, jak wcześniej Leslie. – Po prostu go… no, zobaczyłam. I to wszystko.
– Ekshibicjonista!
– To był wypadek!
– Z tego się biorą dzieci!
– Z pa-patrzenia? – zapytała niepewnie Abbie, po czym przypomniała sobie, że była grzeczną dziewczynką. – Nie żebym patrzyła.
– Dokładnie z tego!
Abbie przełknęła ślinę. Wiedziała to i owo o dzieciach, ale słowa Leslie i tak ją zaniepokoiły. Nawet nie dlatego, że wierzyła, że mogłaby zajść w ciążę od samego patrzenia (chociaż słyszała, jak jej kuzynka zapierała się, że w jej przypadku tak właśnie było), ale raczej dlatego, że nie chciała, by Leslie myślała o niej tak, jak ona sama myślała o tej kuzynce, która obecnie miała trójkę dzieci i zero mężów czy narzeczonych.
– Leslie, ale ja… – zaczęła, choć nie wiedziała, co ma powiedzieć dalej. Ale ja nie jestem moją kuzynką?
– Zawiodłaś mnie, Abigail.
Poczuła się, jakby właśnie wbito jej w serce nóż. Jak Leslie mogła pomyśleć, że ona i Sigfried… że oni mogliby cokolwiek… razem i w ogóle. Przecież to niedorzeczne. Poczuła, że po policzkach znów płyną jej łzy, tym razem jednak nie płakała, bo była smutna i zawstydzona. Płakała, bo przeczuwała, że niedługo będzie na językach całego Hogwartu, a Sigfried najpewniej zrzuci ją z wieży astronomicznej, gdy tylko się dowie.
Ale nie wiedziała, że stanie się coś jeszcze gorszego.

Advertisements
rozdział 4

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s