rozdział 3

Abbie zawsze wiedziała, że jest kiepska z eliksirów. Kiedy tylko przekroczyła po raz pierwszy próg pracowni znajdującej się w lochach – już wiedziała, że będzie ciężko, ale musi dać radę. Powtarzała to sobie już siódmy rok, jednak teraz było jeszcze gorzej. Nie chodziło już nawet o to, że nie radziła sobie z wywarami – większym problemem był jej partner. Oczywiście unikała go od czasu tej feralnej bitwy na poduszki, ale w końcu nadszedł ten moment, w którym nie mogła uciec do dormitorium ani ukryć się za fotelem. Musiała stawić mu czoła jak dorosła, poważna i pewna siebie kobieta – tak, jak kazała jej Leslie. Nie wyszło. Abbie starała się zachować pozory powagi i pewności siebie, ale kiedy tylko usłyszała, co mają przygotować na tych zajęciach, poczuła, że musi z kimś o tym porozmawiać. I nie miała zbyt wielkiego wyboru.
Dlatego też, jak prawdziwa kobieta, zemdlała, zanim zdążyła wypowiedzieć chociaż słowo.
Omdlenia nie były jednak jej specjalnością i – choć należała do zacnej i konserwatywnej rodziny, która wspierała omdlewanie młodych dziewcząt znajdujących się w trudnym położeniu życiowym – nigdy nie nauczyła się mdleć z taką gracją jak jej matka, która potrafiła nie tylko wybrać odpowiednią powierzchnię upadku, ale tez upaść tak, by nie zniszczyć fryzury. Abbie omdlewała raczej spontanicznie i nieelegancko, jeśli już jej się to zdarzało.
I zdecydowanie uderzała przy tym głową o posadzkę.
– Abbie! – zakrzyknęła Krukonka siedząca ławkę za nią. – Panie profesorze, Abbie się coś stało!
Cała sala nagle straciła zainteresowanie kociołkami, dżdżownicami czy sproszkowanymi żukami i ruszyła w kierunku Abbie, jakby spodziewali się, że ujrzą niesamowite widowisko, clownów i tresowane niedźwiedzie. Nic z tego – jedyną atrakcją była leżąca na podłodze Puchonka, której zapewne brakowało tlenu, jako że cały jego zapas zużywali pochyleni nad nią gapie.
– Rozsunąć się, młodzieży – zakomenderował profesor. Pewnie też chciał popatrzeć. – No, już, już, żwawo.
Tłum niechętnie się odsunął, ale nie za daleko – nikt nie chciał przegapić czegoś takiego. W końcu rzadko zdarzało się, że ktoś mdlał. To była większa atrakcja niż Gwiazdka!
Po krótkich oględzinach postanowiono zaprowadzić (zanieść) ją do Skrzydła Szpitalnego. I tu pojawiało się pytanie – kto miał to zrobić? Wszyscy nagle okazali się zajęci swoimi eliksirami. Więc może jej partner?
– Sigfried, zaniesiesz koleżankę…
Ale tu profesor zamilkł. Tam bowiem, gdzie kilkadziesiąt sekund temu stał (a przynajmniej w głowie pana profesora tak było) Sigfried, teraz go nie było.
Profesor podrapiał się po łysinie i rozejrzał wokół. Mógł przysiąc, że jeszcze chwilę temu go tu widział. Naprawdę, ta dzisiejsza młodzież – żyją w takim pędzie, na pewno nabawią się wrzodów albo żylaków. Tych nieuleczalnych magicznymi metodami. Rozglądanie się po sali nie przyniosło większych rezultatów. Sigfrieda nie było, a jeden z Gryfonów właśnie dodał całkiem niepotrzebny składnik do eliksiru. Profesor mógłby mu o tym powiedzieć i zaoszczędzić mu godziny pracy, ale musiał się zająć ważniejszymi rzeczami. Na przykład Abbie albo… Merlinie, czy ten kociołek wyglądał, jakby chciał wybuchnąć?!
Gorzej. Nie wyglądał. Właśnie wybuchał.
To odwróciło uwagę profesora od zemdlonej Abbie, która dalej leżała sobie grzecznie na posadzce. Zimnej posadzce! A przecież mogła od tego złapać zapalenie płuc! Hogwarcka posadzka powinna być ogrzewana – zwłaszcza w lochach. Dyrekcja w ogóle nie troszczyła się o uczniów, zwłaszcza tych, którzy z tych czy innych powodów lądują na ziemi.
Przecież oni także… Ale wróćmy lepiej do Abbie. O to, co zdarzyło się następnie: kiedy profesor i większość uczniów skupiła swoją uwagę na kociołku, który był tak nieuprzejmy, że wybuchł w nieodpowiednim momencie, a Sigfried nadal był zaginiony, Abbie dalej leżała na posadzce. Sytuacja ta uległa zmianie, gdy drzwi do sali otworzyły się na oścież i weszła przez nie pielęgniarka, a za nią jakiś kościsty Gryfon, który wykazał się niebywałą odwagą i po nią pobiegł. Cóż świat uczyniłby bez Gryfonów?
Pielęgniarka – bacznie obserwowana przez kilkanaście par oczu – przyjrzała się Abbie. Profesor, jako jedyna osoba w pomieszczeniu, nadal zajmował się kociołkiem, który nadal niemiłosiernie dymił. Wyszeptała jakieś arcyskomplikowane zaklęcie i Abbie otworzyła oczy. Ale gdy zobaczyła, że tyle innych par oczu wpatruje się z nią uwagą, ze strachu zemdlała ponownie. Nie spodobało się to pielęgniarce, która kazała wszystkim wrócić do swoich kociołków i wymamrotała parę nieparlamentarnych słów, których absolutnie nie należy przytaczać. Zapowiadała się długa sesja reanimacyjna.

***

Ale opuśćmy na chwilę Abbie, by zadać sobie jedno ważne, ale naprawdę ważne pytanie. Gdzie był Sigfried?! Gdy tylko zdał sobie sprawę z zamieszania w sali eliksirów, niepostrzeżenie się wycofał. Nie chodziło nawet o to, że nie chciał udzielać pomocy koleżance, o nie. Miał znacznie lepszy powód. Powód ten wcale nie nazywał się alkohol, narkotyki, panienki czy soczek marchwiowy. O nie. Tym razem było to coś absolutnie, absolutnie poważnego. Coś, za co życie by oddał! Ba! Za co miliony…
Dobrze. Najwyższy czas go zdekonspirować. Chodziło tylko i wyłącznie o to, że nie chciał pomóc koleżance. Nie przepadał za nią – ba, irytowała go, choć zamienili ze sobą ledwie parę słów. Poza tym jak właściwie miałby jej pomóc? Zanieść do skrzydła szpitalnego? W życiu. Udzielić pierwszej pomocy? Nie ma mowy. Dlatego właśnie zdecydował, że lepiej będzie się wycofać i pozwolić innym realizować się w roli wybawcy.
Zresztą, Bernie zabiłby go śmiechem, gdyby dowiedział się, że Sigfried dał się wmanewrować w ratowanie kogokolwiek.
Nie wspominając już nawet o tym, że właśnie zyskał ponad godzinę wolnego czasu – nie planował wracać do sali nie tylko dlatego, że nie chciał narażać się na pytające spojrzenia innych, lecz także dlatego, że wiedział, że nie uda mu się skończyć eliksiru, który mieli dziś przygotowywać. Szczerze wątpił, by ktokolwiek zdążył – na pewno wszyscy byli bardziej zainteresowani gapieniem się na Abbie niż mieszaniem w kociołkach; a to oznaczało, że do tematu wrócą na następnych zajęciach. Żadna strata. A przecież mógł spędzić ten czas dużo ciekawiej niż w dusznej, ciemnej sali.
Wystarczyło mieć jakiś plan.
A Sigfried zawsze miał jakiś plan.

***

Czwartkowe popołudnia przez uczniów starszych roczników od wielu już lat nazywane były “dniami, które spędzamy nielegalnie wymykając się na ognistą i popalając mugolskie papierosy po męskich toaletach”, w skrócie: “czwartkowymi popołudniami”. Jak się zapewne domyślacie, Sigfried regularnie uczestniczył w podtrzymywaniu tej zacnej tradycji i, jak się okazało, dzięki temu regularnie co czwartek wieczór nie wpadał na Abbie w Pokoju Wspólnym (co zdarzało mu się każdego dnia), był bowiem zbyt… niedysponowany, by doturlać się do właściwego lochu.
Dlatego właśnie czwartek wydał mu się najprzyjemniejszym dniem tygodnia – co mogło wydawać się opinią niepopularną, bo znacząca większość uczniów (zwłaszcza z młodszych roczników) żywiła przekonanie, że najlepszym wynalazkiem od czasów krojonego chleba są wolne soboty. Sigfriedowe soboty nie były jednak tak interesujące jak czwartki. Co więcej, ten konkretny czwartek miał być jeszcze bardziej interesujące niż wszystkie inne.
A wszystko przez to, że to były Sigfrieda urodziny.
Oczywiście nie rozpowiadał o tym na prawo i lewo, choć – jak zauważył z pewnym zdziwieniem – była to popularna wśród jego znajomych praktyka. Wszyscy mniej lub bardziej dyskretnie przypominali, kiedy są ich urodziny, a później liczyli na to, że dostaną dużo prezentów. Sigfried ani nie podawał tej daty każdemu napotkanemu współuczniowi, ani nie przypominał tym, o których sądził, że tę datę znają.
Nie zawiódł się. Już z samego rana obudziło go radosne ćwierkanie Luise. Ktoś (Bernie?) musiał wpuścić ją do ich dormitorium. Od samego progu zaczęła śpiewać, a potem wyrecytowała przygotowane wcześniej życzenia. Sigfried starał się nie słuchać, ale mówiła na tyle głośno, że nie był w stanie spać dalej. I o ile standardowe życzenia zdrowia i zdanych egzaminów go nie zdumiewały, o tyle inne, wspinające się coraz wyraźniej po stopniach abstrakcji, sprawiły, że zdecydował się jej przerwać. Wizja hipogryfów przynoszących mu piwo kremowe na każde zawołanie – choć kusząca – była zbyt dziwna, by pozwolić jej kontynuować w podobnym duchu. Dlatego właśnie Sigfried wymamrotał coś, co – jak miał nadzieję – zabrzmiało choć trochę jak podziękowanie i było zarazem sygnałem, żeby Luise wyszła.
Tyle że ona, jak wszystkim wiadomo, zbyt rozumna nie była.
– Siggs, a może byśmy tak wieczorem… – zaczęła, siadając na jego łóżku. Tego było już za wiele. Jego łóżko!
Całkiem nieświadomie zacisnął dłonie na kołdrze, jakby w obawie, że Luise postanowi mu ją zabrać w razie odmowy. A, rzecz jasna, miał zamiar odmówić.
– Jestem zajęty – odpowiedział szybko, zanim zdążyła przedstawić jakąś konkretną wizję tego wieczoru. Jeśli zaplanowała go równie starannie, jak zaprezentowane przed chwilą życzenia…
– Daj spokój, przecież wiesz, o co mi chodzi.
Jasne, że wiedział. Dawała mu to do zrozumienia na każdym kroku. Problem w tym, że za każdym razem jej odmawiał, ale Luise nie traktowała tych odmów poważnie. Nie traciła też wiary, że po dziesiątej czy setnej propozycji Sigfried się zgodzi.
– Jestem naprawdę zajęty – powtórzył najbardziej zniecierpliwionym tonem, na jaki mógł się zdobyć.
– Ale twoje urodziny…
– Mam już inne plany. – Spojrzał na nią chłodno. – I doceniłbym, gdybyś wstała.
Luise prychnęła. Tak, śmiała na niego prychać! Po czym wyszła, uprzednio w sposób odpowiednio teatralny wstawszy i takie tam. Sigfried poczuł się nagle niezwykle szczęśliwym. I pewnie pozostałby w tej błogości niespodziewanej na dłużej, gdyby nie usłyszał, że coś pod kołdrą Berniego strasznie się z niego zaśmiewa.
– Morda! – warknął i, dla podkreślenia efektu zaledwie, cisnął w przyjaciela tym, co miał pod ręką. To jest podręcznikiem, który leżał na jego szafce nocnej.
Bernie w porę się uchylił, toteż podręcznik wylądował na Merlinowi ducha winnej ścianie, która niewątpliwie wydałaby z siebie okrzyk oburzenia, gdyby nie była ścianą.
– Może powinieneś się w końcu zgodzić – stwierdził Bernie, starając się powstrzymać śmiech. – No wiesz, pokazać jej, czemu nie powinna się chcieć z tobą umówić. W końcu jesteś koszmarnym materiałem na męża, powinna to zobaczyć.
Po czym – tak profilaktycznie – zamknął się w łazience, zanim jeszcze coś poszybowało w jego kierunku.
Ale Sigfried tym razem nie zamierzał niczym rzucać. Ba. On się wręcz zastanawiał, czy być może Bernie nie miał racji. Co, jeśli urządziłby Luise najgorszą randkę świata? Nie była masochistką. Nie chciałaby mieć z nim po tym niczego wspólnego.
Problem jednam w tym, że coś, co w jego opinii mogło być uznane za najgorszą randkę świata, wcale nie musiało takie być w jej opinii. Drugi problem tkwił w tym, że nie miał zamiaru poświęcać swoich urodzin po to, żeby raz na zawsze się od niej uwolnić.
Chociaż… Może…
Właściwie jego plany nie zawierały niczego, co aż tak odróżniałoby ten właśnie czwartek od innych czwartków. Mógł z tego zrezygnować, żeby zapewnić sobie spokój we wszystkie dni tygodnia.
Zanim więc pomyślał o tym, co robi – wyskoczył z łóżka i wybiegł na korytarz. Szkoda, że nie pomyślał, bo gdyby poświęcił na to chociaż kilka sekund, nie spędziłby ich później na zastanawianiu się, czemu Abigail – która oczywiście znajdowała się w pokoju wspólnym, czy ona tam sypia? – wpatruje się tak intensywnie w jego… O Salazarze i zatruta ropucho, znowu spał bez bokserek!
Wycofał się do dormitorium i zapewne spłoniłby się ze wstydu jak panienka, gdyby nie fakt, że panienką nie był. Wręcz przeciwnie. Nie znaczyło to jednak, że miał zamiar dobrowolnie paradować po pokoju wspólnym w stroju Adama – zwłaszcza, że tego rodzaju incydenty (choć o żadnym jeszcze nie słyszał, to był tego pewien) na długo zapadały w pamięć hogwartczyków. Spodziewał się, że Abigail zadba o to, żeby przynajmniej kilka osób zostało o tym poinformowanych, a kilka godzin później cały zamek będzie wiedział o wszystkim.
Świetnie. Wyglądało na to, że jego lista problemów rosła eksponencjalnie. Przez chwilę nawet rozważał, czy nie zapytać Berniego o radę, ale uznał, że to zły pomysł. Nie tylko dlatego, że musiałby się przyznać do tego, że sobie z czymś radzi gorzej, niż powinien, lecz także dlatego, że musiałby mu opowiedzieć o tym, co się stało przed chwilą i dlaczego uznał to za problem, a nie za formę reklamy czy świetny sposób na zawstydzenie Puchonki.
Jedno było pewne – dziewiętnasty rok jego życia zapowiadał się fatalnie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s