rozdział 2

Wszystko wskazywało na to, że dzień, który właśnie się zaczynał, nie będzie w żaden sposób przełomowy w życiu Sigfrieda – będzie po prostu taki sam jak inne. Sigfried zresztą niezwykle sobie chwalił taki stan rzeczy – można nazwać go dobrą passą, można naturalnymi zdolnościami do przyciągania spokoju. Wspomniana dobra passa zaczęła się już jakiś czas temu i trwała nieprzerwanie aż do pierwszego tygodnia września, kiedy coś musiało ją popsuć. Oczywiście już wcześniej pewne zdarzenia były bliskie zburzenia tego spokoju, ale przecież nie mógł pozwolić, by niesmaczna kolacja czy zderzenie z kimś na schodach tak na niego wpłynęło.
Właśnie, zderzenie z kimś na schodach. Bernie przez kilka dobrych dni wypominał mu plamę na spodniach, którą spowodowało jakieś wystraszone chuchło puchońskie. Nie, nie taką plamę. Wpadł na nią, gdy wracali po zajęciach i mała wylała na niego jego wodę. Jasne, że i tak szli się przebrać na trening – jednak Bernie musiał, absolutnie musiał powtarzać wszystkim na prawo i lewo, że ich spotkanie z wspomnianą dziewoją zakończyło się dla Sigfrieda plamą na kroczu. Koszmar. A potem, jakby tego brakowało, ona okazała się…
Ale wróćmy na chwilę do piątkowego obiadu.
Teoretycznie był to obiad jak setki innych w Hogwarcie – tu złośliwy docinek, tam kęs jakiejś pieczeni, jeszcze gdzieś rozmowa o quidditchu albo wypracowaniu z transmutacji. Standard. Najpewniej nawet by go nie zapamiętał, gdyby nie jakieś żarty Berniego. Albo gdyby nie to, co stało się po obiedzie. Tak, zdecydowanie zapamiętał go właśnie przez to. Bernie twierdził, że koniecznie musi mu pokazać jakieś zaklęcie, które ostatnio wymyślił – nie chciał zdradzić, jakiego rodzaju zaklęcie to było, więc Sigfried domyślał się, że to kolejny wygłup, taki sam jak zaklęcie zmieniające nos w czerwony balon. Gdyby jednak okazało się, żę tym razem Berniemu udało się stworzyć coś wartego uwagi – wolał to zobaczyć. Wiedział, że przez to spóźni się nie eliksiry, ale niespecjalnie interesowała go przemowa profesora (co roku powtarzał praktycznie to samo) ani rytuał dobierania się w pary nad parującymi kociołkami (miał nadzieję, że zostanie sam).
Dlatego też zaraz po obiedzie ruszył w jedyne miejsce, w którym mogli być naprawdę sami – do Pokoju Życzeń.
Bernie przez całą drogę opowiadał, jak trudno mu było udoskonalić swój pomysł, jakie miał problemy z odpowiednią inkantacją, jak kilka razy podpalił siebie bądź coś ze swojego otoczenia. Sigfried słuchał tego jednym uchem, przekonany, że i tak nie usłyszy niczego, czego by nie słyszał wcześniej. Bernie był bowiem zapalonym wynalazcą i tworzył lub udoskonalał średnio jedno zaklęcie miesięcznie. To właśnie jemu wszyscy Hogwartczycy zawdzięczali udoskonalenie Furnunculusa. Naprawdę, zapisał się w historii szkoły. Mina pielęgniarki, kiedy zobaczyła pierwszego ucznia porośniętego pieczarkami, była niezapomniana. O całej sprawie jednak nie mówiło się wiele, bo następnego dnia po tym wydarzeniu na obiad była zupa pieczarkowa. Wszyscy, którzy wiedzieli o zaklęciu Berneigo, na wszelki wypadek odmówili konsumpcji.
Teraz jednak Bernie był dużo bardziej podekscytowany. Oczy mu się świeciły, jakby co najmniej wynalazł czwarte Zaklęcie Niewybaczalne.
– Powiesz mi, o co chodzi? – pytał i pytał, wciąż z tym samym rezultatem. Bernie był nieubłagany.
W końcu jednak dotarli do celu i Bernie, który cały czas był tak podekscytowany, że niewiele brakowało, a zacząłby podskakiwać, zapytał:
– Zaraz zobaczysz coś, co zmieni twoje życie. Jesteś gotowy?
Sigfried przewrócił oczami. Widział już tyle zmieniających życie wynalazków, że ta deklaracja nie robiła na nim większego wrażenia.
– Po prostu się pospiesz, zaraz mam eliksiry – mruknął. Jakby Bernie nie mógł popisywać się swoją kreatywnością po zajęciach.
– Żadnego szacunku dla artysty – mruknął urażony Bernie, ale wyciągnął różdżkę i skierował ją w stronę jakiejś starej lampy. Wymamrotał coś niewyraźnie, a potem spojrzał na Sigfrieda, niewątpliwie oczekując wyrazów uznania.
Sigfried spojrzał na lampę, a raczej na miejsce, w którym wcześniej stała lampa. Teraz jej nie było. Zmarszczył brwi i spróbował ją wymacać, ale nie wyczuł jej pod swoją ręką.
– Coś ty z nią zrobił? – zapytał.
Bernie, trochę zawiedziony brakiem zachwytu ze strony kolegi, wyjaśnił, że udoskonalił zaklęcie niewidzialności w taki sposób, że niewielkie przedmioty były również niewyczuwalne. Dodał, że jeszcze nie zakończył prac, bo w ostatecznym efekcie rzucający zaklęcie jako jedyny ma przedmiot widzieć i wyczuwać, ale póki co wyczuwanie nie dział. Przyznał, że w ten sposób stracił ulubioną skarpetkę, bo zaczął testować zaklęcie w dormitorium. To nauczyło go, że powinien jednak chodzić do Pokoju Życzeń.
Sigfried nie rozumiał, czemu wciąż przyjaźnił się z tym lejkogębcem.
Zostawił więc Berniego (nadal czekającego na jakiekolwiek wyrazy uznania) i ruszył w kierunku lochów. Wiedział, że się spóźni i zaczynał żałować, że w ogóle dał się Berniemu wyciągnąć na ten pokaz “świetnego zaklęcia”, jak mówił sam Bernie. Kłamca jeden. Łgarz wręcz.
Nie przeczuwał jednak, co spotka go w sali, do której tak się spieszył.
Nie chodziło o to, że zajęcia już się zaczęły – o tym wiedział. Nie chodziło też o niezadowolenie nauczyciela – przeczuwał je. Chodziło o to, że w tym roku – wbrew jego nadziejom – nie było nieparzystej liczby uczniów i musiał z kimś dzielić kociołek. Co gorsza, kiedy już podszedł na tyle blisko, by dokładniej przyjrzeć się dziewczynie, z którą miał współpracować, okazało się, że już ją poznał kilka dni temu.
To się dopiero Bernie ucieszy! Nie będzie mógł go nawet za to winić – gdyby role się odwróciły, sam zwijałby się ze śmiechu. Teraz jednak stał przed perspektywą spędzenia całego roku przy jednym kociołku z najbardziej niezdarną dziewczyną, jaką poznał. A przynajmniej jedną z bardziej niezdarnych.
Nie było sensu próbować z nią rozmawiać. Bo po co? Nie miał ochoty zawiązywać nowych przyjaźni. Dlatego też ignorował wszelkie nieśmiałe próby z jej strony. Nie było mu nawet głupio – w końcu to ona nazwała go grubą langustą. Ta… jakkolwiek jej było na imię, nie zasługiwała na nawet cień jego uwagi.
Gdy tylko lekcja skończyła się, wyszedł krokiem tak zamaszystym, że aż obraz ze zdziwienia spadł ze ściany.

***

W tym momencie wypada chyba powiedzieć słów kilka o duecie Sigfried i Bernie. Czytelnik z pewnością zauważył już pewne cechy tego połączenia. Pojął komiczność przyjaźni geniusza z głupkiem. Niechcący jednak mógł nie pojąć, kto tu jest geniuszem. Stąd mała dygresyjka.
Sigfried i Bernie spotkali się już w Hogwarts Expressie, kiedy to jeden z nich zaklinował się w pociągowej toalecie, a drugi uratował mu życie. A przynajmniej uratował go przed linczem, jaki niechybnie miałby miejsce, gdyby kolejka uczniów, którzy też chcieli dostać się do toalety, jako pierwsza go wypuściła. Okazało się bowiem, że Berniego fascynowały zaklęcia – i to od zawsze. Jako dziecko nosił ze sobą patyk, który miał zastępować mu różdżkę, i powtarzał zasłyszane inkantacje. Kiedy już kupiono mu jego własną różdżkę, nie mógł się z nią rozstać – a przynajmniej nie mógłby, gdyby rodzice mu jej nie zabrali. Dla jego własnego dobra, jak mówili. W Hogwarts Expressie jednak nie było jego rodziców i Bernie uznał, że to świetny moment na wypróbowanie kilku prostych formuł. Być może skończyłoby się to lepiej, gdyby nie fakt, że Bernie miał wtedy drobne problemy z wymawianiem niektórych głosek i Alohomora, którą chciał otworzyć drzwi, zadziałała całkiem inaczej. A Bernie nie znał przeciwzaklęcia
Na szczęście w okolicy pojawił się młody Sigfried. Od małego kochał przede wszystkim przepisy. I tylko w imię ich – był bowiem z krwi i kości mrocznym skurwielem, nie znał pojęcia litości – uratował swojego przyszłego przyjaciela. Czy bowiem zamykanie się w łazience nie jest przypadkiem… nielegalne?
A potem jakoś już poszło. Męczyli się ze sobą nawzajem już siódmy rok.
Nie było tygodnia, żeby nie zdawali sobie pytania, dlaczego, na różowe skarpetki Merlina, nadal się przyjaźnią, ale nie znajdowali na to pytanie odpowiedzi. Wiedzieli natomiast, że nawet jeśli nie ma ku temu żadnego logicznego powodu, to wolą pozostać w tym nielogicznym układzie i dalej działać sobie na nerwy niż szukać nowych przyjaciół.
Bo przecież obaj mieli z tego korzyści.
Po pierwsze, Bernie. Ile to razy Sigfried ratował mu skórę! Ile to razy pomagał mu uciec od szlabanu czy psychopatycznych morderców z paralelnych rzeczywistości! No i w dodatku dziewczyny. Sieggy przyciągał je jak… ten, no, potas. A że sam był aseksualny (jak wszyscy prawdziwi mroczni skurwiele), wszystko zostawało dla Berniego. Proste.
Po drugie, Sigfried. On… Bernie pomagał mu utrzymać wizerunek. Bez niego towarzysko by przepadł. Sigfrieda do tego stopnia nie obchodziło zdanie innych ludzi, tak gardził społeczeństwem, że gdyby wyszło to na jaw, obrzucono by go toną zgniłych buraków. A tak – konspira trwała.
Dlatego też dalej trzymali się razem i kultywowali drobne zwyczaje (jak choćby to Sigfriedowe oglądanie zaklęć Berniego), bez których zapewne czuliby się zagubieni. Żaden z nich nie czytał poradnika Jak Pielęgnować Trudną Przyjaźń – ba, żaden nawet nie wiedział, że taki poradnik istnieje. Widać nie odnaleźli w hogwarckiej bibliotece regału z poradnikami. Mogli spokojnie żyć w niewiedzy, jak okropne było ich życie i jak wspaniałe mogłoby się stać, gdyby tylko je przeczytali.
Ale, z drugiej strony, gdyby się nie przyjaźnili, czy mogliby razem tak świetnie grać w quidditcha? Nie sposób zliczyć, ile razy byli chwaleni przez kapitana. Ostatnio były to pochwały w rodzaju “Wszyscy jesteście bandą patałachów i jak tak dalej pójdzie, to nie powinniśmy nawet zjawiać się na najbliższym meczu, bo nas rozniosą! Ale Sigfried i Bernie spisali się dobrze”, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby – pochwała to pochwała.
– Bernie, przestań bawić się tym zniczem. Odłóż go na miejsce – powtórzył Sigfried trzykrotnie, gdy w piątkowy wieczór skończyli swój trening. – Wystygnie nam kolacja.
Bernie jednak z lubością malującą się na jego twarzy to wypuszczał, to łapał niewielką piłeczkę. W końcu popatrzył na przyjaciela z urazą.
– Mam prawo się nim bawić – stwierdził, chowając jednak piłeczkę do skrzynki. – W ciągu ostatnich pięciu minut złapałem go więcej razy niż szukający na wszystkich treningach od początku roku.
Sigfried nie mógł zaprzeczytać. Różnica jednak polegała na tym, że Bernie łapał znicza, gdy ten był kilkanaście cali od jego ręki, a szukający… Zresztą nieistotne. Kolacja czekała.
– Może spróbowałbyś z tłuczkiem? – zaproponował, co Bernie przyjął z charakterystycznym dla wszystkich półidiotów prychnięciem.
– Bernie, kolacja. Wielka Sala. Już – powtórzył Sigfried, tym razem skracając komunikat i podkreślając tylko najważniejsze jego elementy.
W końcu jego przyjaciel posłuchał. Z niechęcią odłożył znicz na jego miejsce i ruszył się z ławki. Zajęło mu to trochę czasu, owszem – jemu bowiem nigdzie się nie spieszyło. Notorycznie spóźniał się na wszystkie posiłki, zajęcia i treningi, często przedstawiając najdziwniejsze i najbardziej niedorzeczne wymówki, często zawierające kosmitów – raz przyjacielskich, raz wręcz przeciwnie. W każdym razie nieracjonalne zarządzanie własnym czasem było niemalże znakiem firmowym Berniego, co bardzo irytowało Sigfrieda. Irytowało go jeszcze bardziej, kiedy był z tego powodu głodny lub kiedy spóźniał się na zajęcia i lądował w ławce z Kobietą-Katastrofą.
– Co ty dzisiaj taki nerwowy? – beztrosko spytał Bernie, gdy w końcu ruszyli błoniami w stronę zamku. – Znowu ci…
– Zamknij się – warknął w odpowiedzi. – Nie jestem nerwowy.
Oczywiście, że był nerwowy. Trudno, żeby nie był. Eliksiry na dobre popsuły mu humor – do tego stopnia, że jeszcze nie opowiedział o nich Berniemu. Uznał, że to może być dobry moment – bez całego stołu ciekawskich uszu i bez kusząco smacznych potraw aż proszących, by zatopił w nich zęby – obydwa te czynniki by go rozpraszały.
– Nie zgadniesz, co wydarzyło się dziś przez twoje idiotyczne zaklęcie – powiedział najpoważniej, jak to tylko możliwe. Tak poważnie, że nawet trawa stanęła na baczność z wrażenia.
– Moje zaklęcie nie jest idiotyczne, jest po prostu niedopracowane – odpowiedział automatycznie Bernie, a potem zreflektował się: – Co takiego się stało?
Siegfried zastanawiał się, jak zakomunikować przyjacielowi ogrom porażki, z którą będzie musiał się dręczyć przez najbliższy rok.
– Okazało się, że jedynym wolnym partnerem w tym roku jest…

***

– … ten chłopak, na którego ostatnio wpadłam i któremu poplamiłam spodnie – wypłakała z siebie doprawdy przesmutna Abbie. Leslie spojrzała na nią krzywo. Ten tani sentymentalizm jej się nie podobał.
– Przecież go przeprosiłaś – stwierdziła Leslie, niezadowolona z faktu, że ktokolwiek mógł wprawić jej przyjaciółkę w taki stan. – Nie przejmuj się urażoną męską dumą. Może i chodził przez pół dnia z mokrą plamą w kroku, ale to nie znaczy, że może cię tak traktować. To nawet nie była twoja wina!
Miała chęć znaleźć tego chłopaka i powiedzieć mu, co o nim myśli, ale trzymająca jej rękę Abbie trochę to utrudniała.
Siedzący nieopodal Elliot wzdychał z rezygnacją. Zupełnie nie rozumiał tych damskich pogaduszek. Starał się ich nie słuchać, ale, co zrobić, Abbie była dziś wyjątkowo głośna.
Na marginesie – drodzy czytelnicy, musicie o czymś wiedzieć. Elliot był w Abigail tragicznie zakochany. Ale jako że on sam nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy, na dowody trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
– Przeprosiłam – ale łkała dalej.
– W takim razie jest szowinistyczną świnią i jego rozbuchane ego nie pozwala mu się z tym pogodzić – zawyrokowała Leslie, która od paru dni próbowała swoich sił w byciu feministką, ale jeszcze nie była pewna, czy chce głosić takie poglądy. Na ogół za bardzo lubiła mężczyzn. – Nie zwracaj na niego uwagi i udowodnij mu, że jesteś od niego lepsza w eliksirach!
Oczywiście Leslie wiedziała, że Abbie jest beznadziejna z eliksirów i gdyby to było możliwe, to pomyliłaby spód kociołka z wierzchem, ale chciała pocieszyć przyjaciółkę. Poza tym zawsze była szansa, że ten chłopak będzie jeszcze gorszy.
Abbie nieomal rozpłakała się jeszcze bardziej. Za to Elliot parsknął śmiechem.
– O, kolejny! – zawyrokowała Leslie, oburzona do tego stopnia, by rzucić w niego poduszką.
I tak oto rozpętała się Trzecia Wojna Światowa (poduszkowa). Siły były nierówne, bowiem jedyną stroną naprawdę zaangażowaną w konflikt była oczywiście Leslie. Poduszki jednak latały tam i na zadek, na złość wytapirowanym lalusiom ze Slytherinu i ich bezmózgim mięsom – ochroniarzom. Wkrótce do walki przyłączyli się i inni przedstawiciele najszlachetniejszego z domów Hogwarckich i cały pokój wspólny wypełnił się pierzem z magicznie wygenerowanych poduszek.
Abbie na chwilę zapomniała o płaczu i patrzyła, jak cały pokój wspólny pokrywa się pierzem. Wyglądało to tak nierzeczywiście, że aż żałowała, że nie może tego widoku w żaden sposób uwiecznić. Pióra odpadały na podłogę i wszystkie meble jak płatki śniegu, by za chwilę zostać poruszone przez kogoś, wznieść się w górę, a za chwilę znowu opadać. Naprawdę, widok był niesamowity. I Abbie niewątpliwie byłaby nim jeszcze bardziej zachwycona, gdyby nie fakt, że nagle odsunęła się ściana maskująca wejście do pokoju wspólnego i ktoś wszedł do środka.
– Co ty się dzieje, do licha? – wykrzyknął wyjątkowo męski i zdenerwowany głos. Szykowały się kłopoty.
Cały pokój wspólny zamarł. Ostatnie kawałki pierza lądowały sobie spokojnie zarówno na elementach wystroju, jak i na uczniach, którzy – zaskoczeni krzykiem – nawet ich z siebie nie strącali. Wszystkie spojrzenia powędrowały w kierunku źródła głosu i czekały na to, co będzie się dalej działo.
– Och, Sieggy, spójrz, co one narobiły! – rozległ się pisk nieziemski, jak gdyby ktoś wypuścił z szuflady banshee (albo heroinistę na głodzie).
Abbie przełknęła głośno ślinę, nadal zapominając o płakaniu, choć to był dobry moment. Oczywiście, dlaczego w ogóle spodziewała się innego zakończenia tego wieczoru? Do tej pory jej mózg nie zarejestrował faktu, że prędzej czy później spotka Faceta Marzeń w pokoju wspólnym, choć widziała jego krawat i wiedziała, że należy do Slytherinu. Teraz jednak ten fakt rejestrował, a oczy usłużnie dostarczały mu bieżący obraz, na który składała się Ślizgonka (ta, która miała kilka dni temu problem ze szczotką), uparcie próbująca zwrócić na siebie jego uwagę. Abbie nigdy nie zdobyłaby się na nic takiego.
– Luise, mogłabyś jaśniej? – spytał, wciąż tonem Pana i Władcy Podwórka (w zestawie również łopatka, wiaderko i inne przydatne akcesoria). – Co to za burdel?
Luise nie była skora do wyjaśnień. Podbiegła jednak do wejścia, zapewne by zaprezentować światu swoje długie nogi, bo po co by innego? Abbie patrzyła na nią zachłannie. A to zdzira. Dziewięciocentymetrowe szpilki! Porysuje cały parkiet!
Dobrze, że tu nie było jednak parkietu.
– Masz piórko we włosach – powiedziała, chichocząc i, uwaga, wyciągając swą delikatną rączkę, by wyciągnąć je z jego krótkich, blond (i tylko potencjalnie) loków.
Sala zamarła w oczekiwaniu. To było lepsze niż czeskie przedstawienia romantyczne.
Abbie też zamarła, nagle hiperświadoma piórek we własnych włosach. Piórek, któych nikt nie wyciągnie. We włosach, które nigdy nie będą lokami. Ba, które nigdy nie będą nawet miały konkretnego koloru. Zrobiło jej się smutno.
Tymczasem Sigfried odtrącił rękę Luise, jakby była ona natrętną muchą, i rozejrzał się po pokoju wspólnym, jakby liczył, że winowajca sam wstanie i przyzna się do winy. Spodziewał się, że to wina któregoś z Puchonów – skaranie Merlinowe z nimi, łączenie Slytherinu z Hufflepuffem było najgorszym pomysłem, na jaki dyrektor wpadł. Kiedykolwiek. A należy pamiętać, że dyrektor był wiekowy i wpadał już na różne głupie pomysły. Już zapomniał – wszyscy już zapomnieli – jak się cieszył, że to jednak nie te szlamy z Gryffindoru.
– Kto zaczął tę farsę? – spytał.
– Nie wiem, kotku – odpowiedziała mu jego usłużna blondyneczka.
Barnie, którego obecności nikt nie był do tej pory świadom, wybuchnął dzikim, niepohamowanym śmiechem. Sigfried westchnął. Luise była za głupia, by zareagować.
– Młoda, weź ty zrozum podstawowe prawo natury. Jeśli facet pieprzy cię od czasu do czasu, to jeszcze nie oznacza, że jesteś jego kotkiem – powiedziałby Bernie radośnie, gdyby Sigfried nie zgasił go wzrokiem już po “młoda”.
Luise wciąż była zbyt głupia, by reagować. Nie zauważyła, że to z niej się śmieją.
– Pytam więc was wszystkich: kto jest odpowiedzialny za tę farsę? – Sigfried znów był śmiertelnie poważny. Muchy padały z wrażenia.
Napięcie było takie, że atmosferę w pokoju wspólnym można by kroić nożem. Gdyby tylko ktoś miał nóż i odważył się go wyjąć. Wszyscy jednak siedzieli w milczeniu i patrzyli albo na kolegów i koleżanki, albo w dowolnie wybrany kąt – byle tylko nie w oczy Sigfrieda, który był w tym momencie bardziej przerażający niż nauczyciel transmutacji, pielęgniarka i matki wszystkich zebranych w pokoju razem wzięci.
– Nie będę…
Ale Sigfried nie zdążył oświadczyć, czego nie będzie robił. Stało się bowiem coś tak nieprzewidywalnego i obrzydliwego, że z wrażenia..
Najpierw powiedzmy czytelnikowi, co się stało. Nie będziemy przecież czytelnika trzymać w niepewności. Wystarczy, że czytelnik oczekuje ostatniego odcinka Mody na Sukces. Więcej stresu na jedno życie ludzkie mogłoby być zabójcze, a czytelnicy są zbyt ważni, by ich tracić.
Sigfried nie dokończył zdania, bo gdy je tylko rozpoczął, jakaś tajna siła rzuciła w niego poduszką. Było to tak zaskakujące i obrzydliwe, że cała sala nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Sam zaatakowany natomiast poczuł się niemalże zdradzony; bo jak to tak – poduszką? W niego? Toż to się nie godzi. Był niemal pewnien, że to któryś z Puchonów, byli w końcu zgrają nieprzystosowanych do życia ze Ślizgonami… Puchonów. To jasne, że tylko któryś z nich mógł zrobić coś tak głupiego w tak ważnym momencie. Oczywiście w Sigfriedowej głowie zaświtała też myśl, że być może cała sytuacja urosła do niebotycznych rozmiarów całkiem niepotrzebnie i rzucona poduszka była objawem zdrowej reakcji.
Niemniej – musiał trzymać fason. Rozejrzał się więc po okolicy, swoim groźnym spojrzeniem zamieniając krew w żyłach zgromadzonych na sorbet jabłkowo-wiśniowy. Pech chciał, że jego wzrok zatrzymał się koło płaczącej Abbie. Abbie, która nie dość, że aktualnie się w niego wpatrywała, to w dodatku siedziała koło największej (w końcu Leslie zaczęła tę bitwę) sterty poduszek. I, rzecz jasna, wyglądała, jakby była czemuś winna. Nie miał pojęcia, że Abbie często wyglądała, jakby miała nieczyste sumienie, bo zwykła brać na siebie przynajmniej część win przyjaciół i dobrowolnie cierpiała przez ich mniej lub bardziej poważne przewinienia. Nie dlatego, że miała skłonności do robienia z siebie męczennicy, nie. Po prostu działo się tak dość naturalnie i spontanicznie. Sigfried o tym oczywiście nie wiedział, więc uznał, że jej mina jest formą przyznania się do winy.
– Znowu ty! – wykrzyknął i ostentacyjnie wyszedł z pokoju wspólnego. Część świadków utrzymywało, że uprzednio tupnął lewym kopytem i pogroził jej ogonem, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Abbie natomiast naprawdę poczuła się winna i znów się rozszlochała. Nie wiedziała nawet czemu – przecież i tak nie miała zamiaru się przed nim tłumaczyć. Miała tylko nadzieję, że uda im się dojść do porozumienia w sprawie współpracy na eliksirach, ale scena, która właśnie miała miejsce, utwierdziła ją w przekonaniu, że to niemożliwe, a rozpoczęty właśnie rok szkolny będzie fatalny. A przynajmniej wszystkie piątki w tym roku.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s