rozdział 1

Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszy dzień będzie najgorszym w życiu Abigail. Jako jedna z pierwszych odkrywała bowiem wady nowego systemu domów. Dlaczego? Przecież nie była mugolakiem. Teoretycznie ze strony Ślizgonów nie miała się czego obawiać. Właśnie, teoretycznie. A oto co się wydarzyło.
Po raz pierwszy w życiu obudziła się w swoim nowym dormitorium. Było zimno, mokro, nieprzyjemnie – powiedziałaby, że ślisko, gdyby nie fakt, że Leslie zabroniła jej używać tak tandetnych chwytów literackich. Naprawdę nie chciała ruszać się z łóżka. I zapewne zaspałaby na pierwsze zajęcia – tak jak zaspała na śniadanie – gdyby z łóżka nie zerwał jej krzyk jakiejś blond arystokratycznej zdziry (takich określeń wolno jej było używać):
– Co za szmata tykała mojej szczotki do włosów? Mam w niej cudze kłaki!
Oczywiście Abbie sama nigdy nie ruszyłaby cudzej rzeczy. Za nic w świecie. Kiedyś (w zamierzchłych czasach dzieciństwa, którego prawie nie pamiętała, bo jej rodzina masowo nadużywała zaklęć wywołujących braki w świadomości – tato lubił eksperymentować) zabrała Teoklafowi paczkę landrynek i potem przez tydzień bolały ją wszystkie zęby, bo, oczywista, były zabezpieczone na wypadek, gdyby wpadły w łapki piegowatych pięciolatek. Pech chciał jednak, że była jedyną aktualnie przebywającą w pomieszczeniu właścicielką włosów w kolorze odpowiednim, to jest mysim (tak zwany brak koloru). Dlatego też po wyrywającym ją z łóżka okrzyku nastąpiło wyrywające ją z łóżka zaklęcie.
– Szmato! Twoja szczotka? Twoja?
Abbie nie odpowiedziała. Z natury była cicha, potulna i nieśmiała. Nie urodziła się z potencjałem na klasyczną nastolatkę (i blond zdzirę, och, jak ona by jej zmasakrowała tę mordkę pokrytą pudrem… gdyby na przykład była dobra z zaklęć).
– Naucz się szacunku, motyla noga, no, szmato! Wystarczy, że musimy z wami mieszkać, co to za spo… spon… spouflenie się! Niedługo zaczną nam do łóżek się pchać, prymitywy!
I to był właśnie powód, dla którego Abigail przypuszczała, że dzień ten będzie najgorszym dniem w jej życiu. A to dopiero początek!
Przerwijmy jednak na chwilę i powiedzmy szanownemu, uzależnionemu od krówek ciągutek państwu, kim jest Abigail.
Można by zacząć od przybliżenia jej sytuacji rodzinnej, od jej wyglądu, charakteru czy zainteresowań. Do wyboru do koloru. Wszystko jednak doprowadziłoby do tego, że szanowny czytelnik usnąłby, nie doczytawszy opisu do końca. Nie dlatego, że opis ten byłby tak długi, a skądże. Po prostu Abbie nie była najciekawszą osobą, jaka kiedykolwiek pojawiła się w Hogwarcie. Podobnie jak dziesiątki innych uczniów pochodziła z czystokrwistej rodziny, w której wychowywano dzieci według tego samego modelu co sto lub więcej lat temu. Podobnie jak setki innych uczniów miała irytujących rodziców i równie irytujące rodzeństwo. Jednak w przeciwieństwie do zwykłych zjadaczy tostów, nie buntowała się. Nie i już. Nie robiła taż wielu innych rzeczy – nie próbowała uciekać z domu, nie chodziła na rękach, nie jadła nigdy kebaba, nie założyła nigdy jaskrawozielonych skarpetek, nie chodziła też w ubraniach własnego projektu. A projektantką była dość płodną, raz nawet zdarzyło jej się oddać wypracowanie z narysowanym gdzieś w rogu projektem sukienki. Źródła milczą na temat wpływu tego projektu na jej ocenę.
Sama nie miała też zwyczaju zanudzać innych swoją osobą. Mało mówiła nie tylko na swój temat, ale i ogólnie. Dlatego też społeczeństwo zakładało z góry jej głupotę i brak jakichkolwiek cech, które mogłyby sprawić, że ktoś chciałby z nią rozmawiać. W związku z tym poza szeregiem rozkochanych w niej ciotek (“Och, jaki uroczy chłopiec! I jak mało mówi!” “Ciociu Pelagio, to przecież Abbie” “Och, Abbie, wciąż ci nie urosły, co?” “Ciociu!” “Przecież nie ma się czego wstydzić, kiedy ja miałam dwanaście lat, och, no może jedenaście…” “Ciociu, Abbie jest już dorosła” “Dorosła? A gdzie jej kawaler?”), nie miała w życiu zbyt wiele towarzystwa. Ot, dwójkę oddanych przyjaciół. Ale czy potrzebowała więcej? Chyba nie.
Abbie w ogóle niewiele potrzebowała, by poczuć się szczęśliwą. Przynajmniej szczęśliwą przez chwilę. Wystarczyła jej cisza i spokój, sprzyjające projektowaniu. Jeśli dodać do tego słoneczny dzień, rześki wiaterek i naleśniki z jabłkiem i cynamonem… Tak, to byłby raj w sam raz dla Abbie. Zamiast tego miała popołudnia spędzane na błoniach w towarzystwie rozgadanej Leslie i Elliota, który najczęściej czytał jakąś książkę, co chwila nerwowo poprawiając okulary spadające mu z piegowatego nosa. Nie było mowy o słońcu ani o naleśnikach. Nie znaczy to jednak, że Abbie narzekała; właściwie to starała się w ogóle nie narzekać. Być może miało to związek z tym, że w ogólne niewiele mówiła i prawdopodobnie nie chciała marnować energii na narzekanie. Albo nie chciała budować sobie wizerunku marudy. Albo tak została wychowana.
Z tym, że ten dzień naprawdę był najgorszym dniem jego życia. Spójrzmy bowiem, co wydarzyło się dalej.
Oczywistym było, że po tak wielkim stresie porannym Abbie nie była na siłach udać się na pierwsze zajęcia. Postanowiła przeczekać je w dormitorium, licząc że zaraz po nich w sypialni pojawi się Leslie, oznajmiając jej, gdzie powinna się udać następnie. Tyle że Leslie nie nadchodziła, a Abbie miała coraz mniej czasu. Żałowała, że zdążyła już zalać sokiem dyniowym swój nowy plan lekcji. Ale czy to była jej wina? Nie. To po matce miała dwie prawe ręce (Abbie była leworęczna).
Gdy oczywistym był fakt, że Leslie zignorowała element sypialnia w swym planie dnia, Abbie – przekonana że ten dzień na pewno będzie jeszcze gorszy, bo przecież nie wiedziała, gdzie ma iść – ruszyła na poszukiwania planu zajęć przyjaciółki. Nigdzie go jednak nie było. Choć przeszukała wszystkie szuflady, znalazła jedynie parę spinek, które Leslie pożyczyła od niej pięć lat temu. Swoją drogą, wyszło jej to na dobre. Tęskniła za nimi.
Kiedy jednak po kilku minutach dalszych poszukiwań musiała pogodzić się z myślą, że planu zwyczajnie tam nie ma, poczuła się jeszcze gorzej. Była głodna, niewyspana i nie miała pojęcia, gdzie powinna iść. Nie było to nic nowego, wszystkie trzy stany często jej towarzyszyły, ale miała nadzieję, że uda jej się uniknąć takiego zamieszania tak krótko po rozpoczęciu roku – wiedziała bowiem, że nieobecności przyciągają uwagę innych, a tego chciała uniknąć. Zwłaszcza teraz, kiedy najwyraźniej znalazła się na celowniku byłych Ślizgonek. Wzdrygnęła się na samą myśl.
Dlatego też, licząc na odrobinę szczęścia (czuła, że wyczerpała limit pecha na dzisiaj), postanowiła opuścić dormitorium. I wtedy okazało się, że jednak może być gorzej. Co prawda nie trafiło jej żadne zabłąkane zaklęcie powiększające uszy ani nie wpadła w smocze łajno, to i tak niewiele ją pocieszała świadomość, że mogło być gorzej. Abbie wiedziała, że zawsze może być gorzej, ale czasami trudno jej było uszeregować różne wydarzenia na skali gorszości.
– Przepraszam, nie wiesz, gdzie się podział cały siódmy rok? – miała ochotę spytać małej Puchonki, którą zauważyła w pokoju wspólnym, ale szybko zdała sobie sprawę z bezcelowości takiej zagrywki. No bo niby skąd tamta miałaby to wiedzieć? Jeśli Abbie, będąc na siódmym roku, nie wiedziała…
Przez chwilę stała więc na schodach prowadzących do jej dormitorium i wypatrywała ofiar. W okolicy jednak nie znajdował się nikt, kogo chociaż trochę by kojarzyła. Miała ochotę płakać. Zamiast tego, mruknęła do samej siebie:
– Spoko kapusta, gruba langusta.,
i po głębokim westchnięciu ruszyła w dół schodów.
Wtedy okazało się, że jej obserwacja nie była kompletna. Szybko bowiem wpadła na kogoś, kto musiał uprzednio przystanąć, zastanawiając się, czemu ktoś nazwał go grubym (skoro, jak się później okaże, to ostatnie, co można o tym kimś powiedzieć).
Abbie często zdarzało się wpadać na ludzi – czasami dlatego, że się zagapiła, czasami dlatego, że to oni jej nie zauważyli. Nigdy nie lubiła tych sytuacji, bo obie strony – kiedy już się pozbierały z ziemi – musiały przeprosić, spuścić na dół oczęta i dygnąć przepraszająco. Najczęściej jednak tylko Abbie tak robiła, a druga strona, niezależnie od tego, czy była winną zderzenia, czy nie, najzwyczajniej w świecie prychała coś o łamagach i szła w swoją stronę. Tym razem na szczęście nie doszło do upadku, a tylko do zderzenia. Z czymś twardym i podejrzanie ładnie pachnącym. Abbie, przeczuwając, że może to być coś żywego, na wszelki wypadek się zarumieniła.
– Ej, stary, nie płosz dziewic – rzucił ktoś, kto (prawdopodobnie, Abbie nie miała siły, by na niego spojrzeć) znajdował się po prawicy człowieka (podejrzewała, że to człowiek), na którego wpadła. – Czy… O kurczę, z tą mokrą plamą wyglądasz…
– Przepraszam – zaczęła Abbie, odsuwając się na stosowną odległość i starając się dostrzec rzeczoną plamę, żeby wiedzieć, jak bardzo winna powinna się czuć. – To był wypadek, nie patrzyłam, gdzie idę i…
Urwała. Co było w bardzo złym stylu i gdyby jej matka przy tym była, na pewno by zareagowała. Jednak jak Abbie miała kontynuować przepraszanie, kiedy okazało się, że nie tylko wpadła na człowieka, który wyglądał, jakby wyszedł wprost z okładki jednej z tych książek, które jej matka trzymała w szafce i których nie pozwalała Abbie czytać, by “Nie wypaczała sobie postrzegania świata” i by “Nie popełniała błędów innych i nie miała za wysokich oczekiwań”. Abbie jednak widziała okładki niektórych – kolorowe i zawierające zdjęcie uśmiechniętej pary w mniej lub bardziej czułym uścisku. Oczywiście początkowo poczuła się zgorszona, ale jej dusza artystki musiała przyznać, że ludzie na zdjęciach byli piękni. A teraz ktoś, kto też mógłby się znaleźć na takim zdjęciu, stał przed nią. Z plamą, za którą była odpowiedzialna. Zarumieniła się jeszcze bardziej.
– Wylałaś moją wodę – powiedział głosem tak chłodnym, że gdyby to było możliwe (i gdyby nie wspomniany szlaban na tandetne porównania), serce zamarzłoby jej w przeciągu dokładnie piętnastu sekund i trzech setnych sekundy.
– Przepraszam – powtórzyła, patrząc przepraszająco to na mokrą plamę, to na twarz chłopaka, to na swoje buty. Wiedziała, że powinna utrzymać wzrok na swoich butach, dygnąć i odejść, ale jakoś żadne mięśnie poza mięśniami oczu nie kwapiły się do działania
Ucieleśnienie wszelkich pragnień nastolatki względem samca wyglądało na niewzruszone jej pełną pokory postawą.
– Idziemy – rzucił do swojego towarzysza, wciąż posługując się głosem, którego nie powstydziłby się żaden pingwin czy inna lodowa bestia.
Abbie nie drgnęła, wlepiając wzrok w swoje buty na dobre. To było bezpieczniejsze rozwiązanie. Dopiero kiedy była pewna, że została na schodach sama, odważyła się go podnieść, a nawet lekko się uśmiechnąć. Nadal nie wiedziała, gdzie powinna akurat być, ale przepełniało ją dziwne poczucie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przecież profesor przeżyje bez niej te kilkadziesiąt minut, nie ma się gdzie spieszyć. Świat był jakiś taki bardziej przyjazny, a poranne wypadki w dormitorium wydawały się nieważne. Abbie mogłaby nawet zacząć sobie wyobrażać, że jest równie szczęśliwa jak podczas konsumpcji naleśników z jabłkiem i cynamonem, gdyby nie pewien detal – owszem, widziała mężczyznę swoich marzeń, ale nic z tym faktem nie zrobiła. Nie poznała jego imienia, nie dowiedziała się, na którym był roczniku, nic. A do tego była niemal pewna, że on zapamięta ją jako kogoś, kto wylał na niego wodę. O ile w ogóle ją zapamięta.
Nagle świat przestał być taki radosny.
Bo to przecież nie bez przyczyny był najgorszy dzień jej życia.

***

Nie bójcie się, drodzy czytelnicy. To tylko szumne zapowiedzi. Podrygi naiwnego serca, które wciąż wierzy w sprawiedliwość społeczną. Najgorsze dopiero było przed nią. Stojąc na tych nieszczęsnych schodach nawet nie przypuszczała, co przydarzy jej się już w parę dni później, piątkowego popołudnia, gdy łaskawie dotrze w końcu (rzadko się tam pojawiała, naprawdę nie miała do tego serca) na zajęcia z eliksirów.
Sala znajdowała się w podziemiach, więc zawsze było tam zimno. Abbie nigdy nie przepadała za zimnem, podobnie jak za specyficznym zapachem, który unosił się w sali. Leslie twierdziła, że był to zapach nauczyciela, ale żadna z nich nigdy nie zweryfikowała tej teorii.
W każdym razie Abbie pokonała wewnętrzne opory i zajęła miejsce przy najmniej rzucającym się w oczy kociołku. Nie widziała nigdzie swojej zeszłorocznej partnerki, ale pamiętała, że dziewczyna cały czas narzekała, że wybór eliksirów był błędem. Może udało jej się w jakiś sposób wypisać z zajęć? Abbie chętnie poszłaby w jej ślady, gdyby nie obawiała się reakcji rodziny. Zawsze słyszała, że wszyscy byli asami z eliksirów (i zaklęć, i transmutacji, i zielarstwa, i…), więc jej brak talentu w tej dziedzinie jest ujmą na honorze rodu i jeśli już Abbie tak stanowczo się upiera, że talentu takiego nie posiada, to niech przynajmniej fakt ten ukrywa.
Zastanawiała się, jak to będzie – pracować samej. Wszystko wskazywało na to, że w tym roku liczba uczniów jest wybitnie nieparzysta. Zajęcia rozpoczęły się, a nauczyciel nawet nie zwrócił uwagi na to, że koło Abbie nikt nie siedział. Może nie zauważył? W końcu jego szkiełka od okularów były grubsze niż piwny brzuszek wujka Józefa.
Abbie starała się słuchać, ale jej myśli szybko zaczęły krążyć wokół innych, ciekawszych tematów. Zastanawiała się, co będzie na obiad, czy będzie dziś padało, a także czy Leslie w końcu założyła bluzkę, którą dla niej zaprojektowała. Była tak zajęta zastanawianiem się, czy powinna zaprojektować jeszcze pasującą spódnicę, że nie usłyszała skrzypienia drzwi do sali. Dopiero głos profesora wyrwał ją z zamyślenia.
– Sigfried! Znowu! Jaką wymówkę zaprezentujesz nam dzisiaj? – usłyszała. No tak. Ktoś się spóźnił, a profesor, jako człowiek starej daty, nie potrafił zaakceptować, że niektórzy (to jest ci, którzy nie są jeszcze zramolałymi piernikami) mają w życiu rzeczy ważniejsze i ciekawsze od eliksirów. – Powinienem kazać ci wyjść, młody człowieku, ale znajdźże już sobie miejsce, niech na ciebie nie patrzę.
Po chwili nastąpiło szuranie, smeranie, szarganie i ogólnie s… anie. A potem czyjaś torba wylądowała na blacie koło Abigail.
– Jedyne wolne – usłyszała głos znajomy, ale jakby… cieplejszy.
Podniosła głowę i zaniemówiła. Co gorsza, właściciel tego głosu, chyba też ją poznał, bo zanim zdążyła odpowiedzieć, burknął:
– Kurwa, ja to mam pecha.
To wypowiedziawszy, ostentacyjnie odwrócił się do niej plecami.
Abbie rozejrzała się po sali, ale naprawdę nie było innych miejsc, nie mogłaby uciec, nawet gdyby chciała. Czuła, że na jej policzkach znów wykwitł rumieniec. Oczywiście to miło, że ją zapamiętał, ale nie podobało jej się, że zapamiętał ją w taki sposób i, wnosząc po jego reakcji, nie chciał nawiązywać bardziej cywilizowanych kontatków. Co mogło źle wpłynąć na wspólną pracę w tym roku – Abbie była naprawdę kiepska z eliksirów, a milczący i ignorujący partner, który do tego wyglądał jak… W każdym razie nie mogło jej to pomóc. Oczyma wyobraźni widziała, jak profesor wyrzuca ją za drzwi i zabrania nawet podchodzić do egzaminu. Nie, absolutnie nie mogła do tego dopuścić i jeśli faktycznie miała cały rok siedzieć koło Sigfrieda, musiała go jeszcze raz przeprosić.
– Eee… Sigfried… – zaczęła, ale chłopak obrzucił ją tak morderczył spojrzeniem, że od razu z tego zrezygnowała.
Zagryzła wargi i zaczęła nerwowo skubać rękaw szarego swetra. Musiała wymyślić coś innego. Jeśli nie chciał z nią rozmawiać, to może powinna napisać do niego karteczkę? Albo list, taki wysyłany sową?
Jednak lekcja skończyła się, nim Abbie zdążyła cokolwiek postanowić. I tak, dzięki jej niezdecydowaniu, straciła drugą szansę zbliżenia się do Mężczyzny Swojego Życia.

Advertisements
rozdział 1

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s