prolog

Czerwcowy upał nie sprzyjał siedzeniu w dusznych murach Wielkiej Sali, jednak uczniowie nie mieli na to wpływu. Dyrektor ogłosił już wcześniej, że wszyscy muszą się stawić na obiedzie. Nie przemawiała przez niego tylko i wyłącznie troska o żołądki uczniów, o nie – miał im do zakomunikowania coś naprawdę ważnego.
Z każdą minutą spóźnienia dyrektora podniecenie tłumu rosło. Co takiego chciał im powiedzieć? Ogłosić, że zostanie nowym Ministrem Magii? Nie, to stara plotka, nikt o zdrowych zmysłach nie przyjąłby tego staruszka na żadne poważne stanowisko, zbyt łasy był na młodych chłopców i cudze pieniądze. Może więc Turniej Trójmagiczny? Ale następny wypadał dopiero za trzy lata! Więc co? Sklątki znów pouciekały z klatek?
Przy stole Gryfonów ktoś zapewniał, że chodzi o anulowanie suma z transmutacji. Jeden z Krukonów złapał się za serce, gdy to usłyszał, ale potem odetchnął z ulgą, gdy jego kolega wyjaśnił, że to nieprawda – chodzi o wydalenie ze szkoły jakiegoś Ślizgona, którego przyłapano na paleniu mugolskich papierosów. Ślizgoni się oburzyli, gdy doszły do nich te plotki – nie żeby żaden z nich nigdy nie złamał regulaminu, ale posądzanie ich o korzystanie z mugolskich używek bolało. Puchoni natomiast siedzieli spokojnie i uśmiechali się do siebie radośnie. Któryś ze Ślizgonów stwierdził, że może zapomniano ich nakręcić.
Wreszcie – na sali zapadła cisza. Pojawił się dyrektor.
Potknął się kilka razy i, zatoczywszy się lekko kilka razy (utrzymywał, że to skutek uboczny eliksirów, które musi przyjmować), dotarł do stołu prezydialnego. Uśmiechnął się szeroko, demonstrując wszystkim uczniom kilkanaście zębów, rozrzuconych dość przypadkowo po dziąsłach. Dyrektor – jak sam twierdził – był kiedyś ogłoszony najprzystojniejszym uczniem Hogwartu, ale nikt nie traktował go poważnie. Ostatecznie ten stary pryk twierdził też, że przyjaźnił się z potężnym Harrym Potterem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby się przyjaźnić z dyrektorem.
– Drodzy towarzysze! – wymamrotał, choć pewnie próbował zakrzyknąć. – Zebraliśmy się tu dzisiaj…
– Panie dyrektorze, nie to przemówienie – syknęła brunetka siedząca po jego prawicy. Brunetka ta odgrywała ważną rolę w życiu dyrektora, ale na szczegóły przyjdzie jeszcze czas. Na razie obdarzona została specjalnym, dziękczynnym uśmiechem.
– Upsik – rzucił do widowni, chichocząc przy tym jak standardowa dwunastolatka.
Przez Wielką Salę przetoczyła sie fala pomruków. Uczniowie nie przepadali za dyrektorem i często dawali mu to do zrozumienia. Raz nawet został wygwizdany, ale miało to miejsce tyle lat temu, że nikt nie pamiętał dlaczego; nikt nie był też pewny, czy to na pewno miało miejsce.
– Cisza tam! – zagrzmiał głos nauczyciela transmutacji. Był to stary i znielubiany propotterowiec, jeden z ludzi idei, kompletnie zgorzkniałych po tym, jak idea okazała się niewypałem. – Dyrektor mówi!
– Dziękuję panu, panie… – Dyrektor próbował posłać mu specjalny uśmiech, ale niemal potknął się o swoje niezawiązane sznurowadła, które, nie wiedziec czemu, przeszkadzały mu w odwróceniu głowy. – Panie. No. Dziękuję.
Jakiś nierozważny pierwszoklasista wybuchnął śmiechem, ale szybko zamilkł, kiedy nauczyciel transmutacji spiorunował go wzrokiem. Reszta uczniów skupiała się na swoich pustych talerzach i starała się nie pójść w ślady kolegi. Dla nikogo nie było tajemnicą, dyrektor nie przepadał za nauczycielem transmutacji. Dyrektor prawdopodobnie nie przepadał za większością personelu, ale mało kto przywiązywał do tego wagę, a częściej traktowali go trochę jak element wystroju wnętrzna.
– Co ja chciałem im powiedzieć, Marge? – spytał, zwracając się do brunetki. – Jak się to zaczynało?
– Drodzy uczniowie – rzuciła konspiracyjnym szeptem, który chyba nie był już potrzebny, skoro dyrektor tak głośno poprosił ją o pomoc. – Zebraliśmy się tu dziś…
– Drodzy uczniowie! – zagrzmiał bełkot dyrektora. – Zebraliśmy się tu dziś ze względu na bardzo smutną okoliczność! Wasz kolega, a nasz drogi przyjaciel…
– Znów nie to, panie dyrektorze.
Tym razem więcej osób wybuchło śmiechem, najwyraźniej uznawszy, że teraz nikt na nich nie spojrzy potępiająco. Wyglądało na to, że dyrektor był dziś w gorszej formie niż zwykle – widać miał im do powiedzenia coś naprawdę ważnego, skoro tak się mylił. Zwykle za drugim razem trafiał we właściwy początek.
– No proszę, Marge, jak tak mnie będziesz poprawiać, to sobie sama przemawiaj! – krzyknął niczym obrażony dwulatek. A potem, zapomniawszy, że jego magicznie wzmocniony głos słyszy cała sala, wykrzyknął jeszcze coś, czego dwulatek pewnie by nie powtórzył: – Pierdolę!
Przez salę przetoczyła się fala wiwatów – tego jeszcze nie było. Owszem, dyrektor często się obrażał i nie zawsze pamiętał o tym, że nie wszystkie słowa, które są mu znane, powinny być wypowiadane przy uczniach, ale nigdy wcześniej nie odmówił wygłaszania przemówienia. Więcej – im bardziej był obrażony, tym dłużej i mniej sensownie mówił.
– Panie dyrektorze! – oburzyła się z kolei profesor zielarstwa. – Nie przy młodzieży!
Natychmiast poparła ją również reszta grona nauczycielskiego. I tu zrobiło się szumnie. Tylko brunetka Marge dziwnie milczała.
– Ja się na to, kurwa, nie pisałem! Puścili mi z torbami budę, to niech się teraz tłumaczą! Pierdolę, nie wracam tu nigdy! – zakrzyknął i, zapewne z wrażenia, wpadł na stół. Stół, jako że liczył już swoje lata, niebezpiecznie się zatrząsł, nic jednak nie ucierpiało.
Tym razem reakcje uczniów były różne. Część (głównie ta srebrno-zielona część) dalej rechotała. Brązowo-niebieska część przestała słuchać, urażona tak rynsztokowym słownictwem dyrektora. Złoto-czerwona część uczniów była rozdarta między dalszym rechotaniem a współczuciem dyrektorowi, przy czym większość jednak skłaniała się ku współczuciu. Czarno-żółta część natomiast siedziała spokojnie i uśmiechała się promiennie, czekając na dalszą część przemówienia.
Dyrektorowi coraz mniej podobało się jego wystąpienie. Dlatego też (wciąż z miną obrażonego dzieciucha) opadł na swoje krzesło i zamilkł, bynajmniej nie na wieki.
Co miało nastąpić dalej?
Na chwilę zapadła cisza. Bardzo dziwna cisza. Cóż, dyrektor złamał standardowy kod swych przemówień i nikt nie wiedział, co zrobić. Nie trwała ona jednak aż tak długo, jak wszystkim się wydawało. Już bowiem po kwadransie nauczyciel transmutacji rzucił nieśmiało:
– To może… pani vice dyrektor?
Uczniowie patrzyli po sobie z zainteresowaniem. Wyglądało na to, że po raz pierwszy głos zabierze ktoś inny. I to nie byle kto, tylko zastępczyni dyrektora, która do tej pory milczała. Właściwie tylko nieliczni kiedykolwiek słyszeli jej głos. Pewne grupka Gryfonów przekonywała nawet, że zapisała się na numerologię wyłącznie po to, by go usłyszeć, choć i oni musieli czuć się zawiedzeni, kiedy okazało się, że na lekcjach najczęściej wypowiadała tylko kilka zdań, w których zwykła podawać temat lekcji i odsyłać uczniów do podręcznika. Dalsze postępy w ich pracy zaś oceniała tylko za pomocą kiwnięć głową, co mogło przyprawiać niektórych o chorobę morską. Prawdę mówiąc, wielu zastanawiało się, czemu właściwie piastowała takie stanowisko – wszyscy wiedzieli, że faktycznie szkołą rządził kto inny.
Jednak i dziś doznali zawodu.
– Marge – wychrypiała pani vice dyrektor.
A więc Marge. Tajemnicza (jeszcze) brunetka, która do tej pory pełniła fukncję asystentki i cichego doradcy, nigdy mówcy. Przerażenie, które widać było na jej twarzy, gdy nieśmiało wstawała, udzieliło się całej sali. Cała sala, setki uczniów wszystkich domów, przez moment czuły się zlęknioną, beznazwiskową (bo czy ktoś kiedykolwiek słyszał jej nazwisko?) Marge.
– Drodzy uczniowie – zaczęła, lecz głos jej się załamał. Gdy mówiła za siebie, nie była już tak pewna swych słów. – Zebraliśmy się tu dzisiaj, by dyrektor… byśmy… bym mogła podzielić się z państwem smutną wiadomością. Mam nadzieję, że zrozumieją państwo powody, dla których wydarzyło się to, co się wydarzyło. Przedwczesny osąd…
Uczniowie nie byli pewni, jak zareagować. Cała zebrana w Wielkiej Sali masa przez chwilę zamykała i otwierała usta jak wyjęte z wody karpie. Byli rozdarci wewnętrznie – jednocześnei czuli się oszukani, bo to nie dyrektor do nich mówił i to nie z niego mogli się śmiać, i zadowoleni, bo mogli się spodziewać, że cała ta nudna część skończy się szybciej i będą mogli się najeść. Jednak coś im kazało się zbuntować – jak to, przemówienie, którego nie wygłosi dyrektor? Toż to przemówienie, którego nie powinni słuchać. Do tego jeszcze przemawiająca nie była na tyle pewna siebie i tego co mówi, by przykuć ich uwagę. Wydawała się jednak na tyle sympatyczna, że nie mogli jej wygwizdać – mogłoby się jej zrobić przykro.
– W skrócie, jesteśmy w dupie – burknął dyrektor ze swego karnego jeżyka (znaczy, krzesła). Pani profesor od zaklęć, znana ze swego delikatnego serduszka, jęknęła z oburzenia.
– Panie dyrektorze! – skarcił go profesor wróżbiarstwa, nieudolnie próbujący ocucić panią od zaklęć chusteczką w kropeczki.
Uczniowie zarechotali. Wszyscy uznali, że mogą jednak słuchać tego, co dzieje się przy stole nauczycieli, bo nawet jeśli kłóci się to z ich niepisanym kodeksem, to przemówienie dyrektora zamieniło się w najlepszy kabaret, jaki mogli sobie wyobrazić.
– Pan dyrektor ma rację – kontynuowała Marge. – Oczywiście, jego język jest… niewskazany i nikt nie chciałby, żebyście go powtarzali, ale nie da się ukryć, że nasze problemy nasz przerosły. – Wzięła naprawdę głęboki oddech. Przez moment co bardziej paranoicznym wydało się, że kradnie całe ich powietrze. – Powiem krótko. My… Hogwart… Chciałam… Zbankrutowaliśmy.
Tym razem żaden z uczniów nie miał wątpliwości, jak powinien zareagować. Z każdego gardła obecnego na sali (a po głośności można domniemywać, że i przynajmniej kilkunastu nieobecnych) wydobyło się głośne “CO?!”. A potem każdy zaczął wykrzykiwać pytania, na które nikt nie mógł udzielić odpowiedzi – bądź to dlatego, że nie słyszał owych pytań, bądź to dlatego, że nie znał odpowiedzi. Najczęściej jednak uczniowie chcieli wiedzieć, jak do tego doszło, co stanie się ze szkołą, czy będą mogli wrócić do zamku we wrześniu, a także czy skrzaty kuchenne zostaną wystawione na licytację i jak długo żyją charpaki krętorogie skandynawskie.
– CISZA!
Tak, to grzmiał nauczyciel transmutacji. Grzmiał tak grzmiście, że zatrząsł się już nie tylko stół nauczycielski, ale i cały zamek, a może nawet i wszystkie budowle w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.
Miał jednak siłę przebicia; uczniowie zamilkli i chyba po raz pierwszy wpatrywali się w niego jak w zbawcę. Tłum potrzebował kogoś, kto nad nim zapanuje i, choć nie zostało to przez nikogo zwerbalizowane, teraz uznał, że nauczyciel transmutacji – jeszcze pięć minut temu raczej nielubiany obiekt drwin – nada się do tej roli znakomicie.
– Nikt nikogo nie będzie wyrzucał, nie pomrzecie, nad sytuacją panują dorośli – powiedział władczo, a akompaniowały mu wciąż drżące talerze i sztućce. – Marge, kontynuuj.
Uczniowie poczuli się odrobinę pewniej. Na tyle, by skierować oczęta, w których kryła się nadal niepewność jutra, na Marge. Owszem, słowa nauczyciela transmutacji były jak miód na ich dusze, ale nie znaczyło to, że się całkiem uspokoili. Postanowili jednak na chwilę mu zaufać. Tak na próbę. A nuż mówił prawdę?
– Żeby uratować finanse zamku i nie musieć zamykać szkoły, pan i pani dyrektor postanowili wynająć jego część różnym instytucjom magicznym, którym nie przeszkadza lokalizacja placówki. – Gdy tylko przeszła do oficjalnego bełkotu, Marge zaczęła radzić sobie z przemawianiem. Jakimż oparciem dla człowieka są bzdury biurokracji! – Nie powinno to stanowić problemu dla uczniów, to tylko kilka gazet i jakaś świetlica… Niemniej, ograniczona przestrzeń wymusza na nas zmiany w strukturze nauczania, a co za tym idzie…
Ktoś z Gryfonów krzyknął tęsknie:
– Zabiorą nam quidditcha!
Co poparły setki (a raczej szóstka):
– Nie oddamy! Nie oddamy!
Krukoni wyrazili troskę o bibliotekę, choć byli pewni, że akurat ona jest bezpieczna. Znajdowali się w końcu w szkole – nawet jeśli czasami przypominała ona raczej kabaret czy cyrk – a żadna szkoła nie mogła funkcjonować bez biblioteki. Ślizgoni mamrotali coś o niewielkiej medialności lochów i niskiej przydatności społecznej – nie chcieli dzielić się swoją częścią zamku z nikim, a już zwłaszcza – Merlinie, uchowaj – z jakąś świetlicą. Na samą myśl o dzieciach dorysowujących kwiatki na portrecie Salazara poczuli, jak zimny dreszcz przebiega im po plecach. Puchoni natomiast dalej siedzieli spokojnie i się uśmiechali. Kilku z nich głośno zadeklarowało poparcie dla wszystkich akcji podejmowanych przez dyrekcję i zapewniło, że goście zostaną podjęci na zamku w odpowiedni sposób.
– Z przykrością muszę poinformować, że cięcia powierzchniowe objęły między innymi pokoje wspólne.
Przez salę przetoczyły się różne głosy oburzenia, powarkiwania i niedwuznaczne zaproszenia do dzielenia dormitorium, skierowane do co bardziej urodziwych przedstawicieli płci przeciwnej. Uczniowie nie pojmowali rozmiarów zmian, jakie ich czekały.
– Pani i pan dyrektor musieli podjąć wyjątkowo trudną decyzję. Mam nadzieję, że ją zrozumiecie. Wszystko, co robimy, służy waszemu dobru.
Odezwały się coraz głośniejsze głosy protestu. Fraza “służy waszemu dobru” poruszyła w uczniach jakiś pierwotny instynkt i teraz wszyscy byli niezadowoleni, wszyscy domagali się zachowania obecnego stanu rzeczy, a kilku śmielszych żądało także głowy osoby odpowiedzialnej za tak niefortunną decyzję oraz obiadu.
– Cisza! – nauczyciel transmutacji warknął ponownie.
Zadziałało.
– Wyłączone z funkcjonowania zostaną dormitoria Ravenclawu i Gryffindoru. – Po sali przebiegł szmer oburzenia. A nawet więcej niż szmer. – Wiemy jednak, że jakiekolwiek projekty mieszkaniowe zakładające przebywanie Gryfonów i Ślizgonów w jednym pomieszczeniu…
Nie szmer. Dzikie wycie.
Nie ulegało wątpliwości, co wszyscy zainteresowani myślą na temat takiego połączenia. Eufemistycznie mówiąc – woleliby skoczyć z wieży astronomicznej niż się na to zgodzić. Wszystkie mózgi Gryfonów i Ślizgonów były zbyt zajęte wyrażaniem oburzenia, by przetrawić drugą część informacji. Puchoni dalej się uśmiechali, czekając na informację na temat ich dalszego losu. Krukoni natomiast domyślili się, że skoro połączenie Gryfonów ze Ślizgonami było niemożliwe, to zapowiadały się jeszcze większe zmiany. Jeden z krukońskich prefektów wysunął postulat, by pozwolono im rozłożyć łóżka polowe w bibliotece, ale zagłuszyło go wycie przy sąsiednim stole.
– Stulić pyski! – burknął dyrektor, ale to wywołało jedynie wrzawę przy stole nauczycielskim. Dopiero dziki ryk profesora od transmutacji załatwił sprawę.
– Kontynuuj, Marge – powiedział już łagodniej, ba!, niemal uśmiechnął się (o dziwo, bez kłów).
– W związku z tym pani dyrektor zaproponowała – pani (vice) dyrektor podniosła się lekko i ukłoniła, dumna ze swojego pomysłu) – by Puchonów przenieść do lochów, a Gryfonom i Krukonom udostępnić ich stare dormitorium, co, niewątpliwie, w zaistniałej sytuacji wydaje się najrozsądniejszą opcją.
Wielka Sala zamilkła. Można by usłyszeć upadającą spilkę, gdyby ktoś akurat miał przy sobie takowy kawałek metalu i z nieznanych przyczyn postanowił go upuścić. Wszyscy byli w takim szoku, że nie zauważyli nawet, kiedy Marge życzyła im przyjemnych wakacji. Nie zwrócili uwagi na jedzenie, które pojawiło się przed nimi. Po prostu dalej siedzieli i przecierali uszy ze zdumienia.
A wierzby bez zmian.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s