Chapter 9 (Marta, Zet, Holly, Maruda, Amelia, Eta, Lysia, Tabby, Gagata)

Boisko do quidditcha ucierpiało w wyniku pamiętnej bójki trzech drużyn, ale kiedy Gryfoni – rozglądając się nieznacznie na boki, żeby zyskać pewność, że nie czaili się gdzieś przedstawiciele innych domów – na nie wrócili, wyglądało tak, jakby nie zrosiła go niczyja krew. Nie żeby wspomnianej krwi było wiele. Walki czarodziejów pod tym względem przypominały trochę walki kotów – dużo efektów specjalnych, a mało krwi.
Mimo to James nie był zadowolony. Fakt, Lily dała mu znowu kosza, ale coś jeszcze było nie tak. Zdawało się, że ktoś grzebał przy konstrukcji boiska. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku, ale jak się człowiek porządnie przyjrzał…
Nie, James nie potrafił się porządnie przyjrzeć. Wiedział, że coś jest nie tak, ale nie wiedział co. Cóż, pomyślał do samego siebie, prędzej czy później się dowiemy.
– Myślisz, że dużo ich przyjdzie? – spytała Holly, która Jamesa nie odstępowała na krok. Sądziła, że któregoś dnia, gdy Lily wystarczająco złamie jego serce, w końcu jej się poszczęści. – Nie chce mi się dzieci niańczyć.
– Nie marudź – odwarknął, bo naprawdę nie był w humorze na jej marudzenie.
Syriusz parsknął śmiechem, za co oberwał z pałki.
– Ile by ich nie przyszło, mam nadzieję, że przynajmniej paru będzie się znało na rzeczy – westchnęła Zet. – Pamiętacie, jak rok temu zjawił się niemal cały trzeci rok, chociaż połowa z nich ledwo trzymała się na miotłach?
Maruda i Marta jednocześnie kiwnęły głowami.
– Mieli rok, żeby się nauczyć, ale wątpię, żeby im to coś dało – kontynuowała Zet. – Więc czwarty rok możemy z góry skreślić, o ile to nie jest zbyt podłe podejście. A możliwości straszych roczników znamy, bo rok rocznie zjawiali się na takich jak ten naborach i nie mieli wiele do zaoferowania.
– Chcesz powiedzieć, że będziemy musieli przyjąć najlepszego z najgorszych? – zapytała Marta.
Tym razem to Zet pokiwała głową.
– Zawsze możemy wziąć pierwszaka, nie? – rzuciła Holl. Syriusz ponownie parsknął śmiechem i ponownie oberwał pałką. Tym razem jednak postanowił się odwdzięczyć i… i parę sekund później Holly i Syriusz gonili już siebie nawzajem po boisku, krzycząc coś o wyrywaniu nerek i śmierci skurwysynom.
Reszta drużyny wymieniła spojrzenia, które zapewne miały coś znaczyć, ale wymieniali je już tyle razy, że ich znaczenie gdzieś się zatarło i było to zwykłe spojrzenie mówiące “Patrzcie, znów im odbija”. Ktokolwiek zostanie wybrany na pozycję obrońcy – będzie się musiał szybko nauczyć rzucać tego rodzaju spojrzenie.
W końcu jednak dotarli na miejsce. Kilku bardziej gorliwych kandydatów już na nich czekało, ale żaden z nich nie wyglądał jak ktoś, kto może poprowadzić Gryfonów do pucharu. Większość wyglądała wręcz anemicznie.
Chudzi, bladzi i tacy jacyś… ciapowaci – pomyślala do siebie Marta, której marzył się obrońca o sylwetce Adonisa. Dawno już nie było kogo powyrywać, wszyscy jacyś tacy niedokarmieni. Szlag by ich trafił.
– Dobra, mamy jeszcze kwadrans – powiedział głośno James. – Zacznijcie rozgrzewkę, a potem zobaczymy, co umiecie.
Spojrzał na zgromadzoną grupkę tak, jakby chciał powieidzieć, że zdaje sobie sprawę, że nie ma co liczyć na cud, ale miło by było, gdyby chociaż paru z nich wiedziało, czego się od nich oczekuje, potrafiło utrzymać się na miotle i potrafiło łapać kafla. Albo chociaż odbijać.
Drużyna zaczęła się rozgrzewać. Poza Holly i Syriuszem, oczywiście, którzy wciąż próbowali się zatłuc na śmierć hollową pałką. Aktualnie znajdowała się ona w rękach Syriusza, ale patrzcie, już nie, Holly własnie zaszła go od tyłu (tak nie po chrześcijańsku), przepełzła między jego nogami i już jest jej. Sytuacja więc, że tak to powiem, była dynamiczna. Tak dynamiczna, że nawet James nie nalegał, by jednak wzięli się za rozciąganie czy brzuszki.
Nowi wyglądali na zdziwionych sytuacją (choć przecież musieli słyszeć plotki, tak? co za ludzie, pomyślała Maruda, na nic się nie przydadzą), ale grzecznie zajęli się skłonami, wszyscy równo sztywni i beznadziejni. Nie byli nawet bliscy zetowym szpagatom. Zet sądziła, że nie udałoby im się to nawet po stuleciu ćwiczeń przygotowawczych.
I tak też drużyna Gryffindoru popadała w rozpacz, gdy nagle…
– Spóźniłam się? – uroczy, francusko akcentowany głosik rozbrzmiał z kierunku wejścia na boisko i ujrzeli uroczą, francusko wyglądającą dziewczynę biegnącą w ich kierunku.
Syriusz, z wrażenia, z tego momentu olśnienia pięknością drugiego człowieka, z tego pioruna miłości od pierwszego wejrzenia (które nie było pierwszym) aż przystanął i zaniemówił. W życiu nie widział kobiety biegnącej z takim wdziękiem. Jak driada, pomyślał.
Szybko jednak minęła mu ta miłość, bo oto Holly, korzystając z okazji, przywaliła mu w łeb z takiej siły, że zobaczył wszystkie gwiazdy – wszak piękniejsze od driad – i zapomniał, że mu przed chwilą taka głupota na myśl przyszła.
– Ha! Wygrałam! – krzyknęła Holly, która na wszelki wypadek zaczęła znów uciekać.
I dobrze, bo pierwszym, co Black powiedział po odkochaniu się, było:
– ZABIJĘ!
Amelia tymczasem dotarła do miejsca, w którym niewielki tłum rozciągał mięśnie i podskakiwał. Nie była wielką fanką sportu – lubiła tańczyć, nawet bardzo, ale inny rodzaj sportu nie był dla niej, a przynajmniej tak myślała. Postanowiła jednak przyjść, żeby spróbować swoich sił. No i popatrzeć trochę na Syriusza bez obaw, że ktoś będzie z nią współpatrzył. Nie żeby bardzo ją to irytowało, nie. Tylko trochę. Ale wystarczająco, żeby cały poprzedni wieczór przekonywała samą siebie, że bronienie pętli to trochę jak tańczenie tanga, ale nie do końca. Może tango z elementami walca. W każdym razie gotowa była spróbować. Uśmiechnęła się do wszystkich i przystąpiła do rozgrzewki, raz po raz zerkając w kierunku Blacka.
James, choć bardzo starał się nikogo nie faworyzować, powiedział:
– Cześć, Amelio.
Widać było, że odżyła w nim nadzieja na to, że znajdą przyzwoitego obrońcę. Iskierka taka pojawiła się też w Zet, kiedy Amelia zrobiła szpagat. Marta była jednak nadal nastawiona sceptycznie, głównie dlatego, że Amelia nie była facetem.
W końcu nadszedł czas na najważniejszą część rekrutacji – wszyscy chętni mieli udowodnić, że potrafią latać i znają zasady gry. James uznał, że to będzie pierwsze sito, które oddzieli faktycznych kandydatów od bandy nieudaczników, którzy znaleźli się tu przypadkiem.
– Łapo, chodź tu! – James krzyknął porządnie i tak władczo, że Holly aż nogi się z wrażenia ugięły. Niepotrzebnie. Straciła pałkę.
– ZARAZ! MAM MORD DO WYKONANIA!
James zrozumiał, że w przepytywaniu nowych kandydatów najlepszy kumpel mu nie pomoże. Spojrzał więc błagalnie na dziewczęta. Te jednak udawały, że wcale ale to wcale go nie widzą.
Westchnął.
Kilkanaście minut później, kiedy grupa kandydatów zmniejszyła się o połowę, a rozgrzewka pozostałych poszła na marne, wszyscy mogli wzbić się w powietrze. James nie stracił ani włosa z głowy, choć miał ochotę wyrywać je sobie garściami, kiedy słyszał odpowiedzi w rodzaju “Tłuczek? Że niby to, co ma moja mama?” albo “Wafel? Uwielbiam wafle!”.
Tylko Amelia wypadała perfekcyjnie. W końcu to Francuzka. Francuzki są zawsze perfekcyjnie.
Kiedy już wszyscy wsiedli na miotły, okazało się, że dwóch kandydatów musi jednak zrezygnować z uczestnictwa w naborze. Jeden miał lęk wysokości, a drugi pomylił końce miotły i wsiadł na nią odwrotnie. Zapewniał, że stało się to po raz pierwszy, ale James nie mógł ryzykować, że powtórzy się to w czasie meczu. Chociaż przeszło mu przez myśl, że Ślizgoni dostaliby ataku śmiechu i nie mogli grać, bo wszyscy tarzaliby się po ziemi, ale szybko odegnał tę myśl. Kto wie, czy te bubki w ogóle mają poczucia humoru.

Jako że Syriusz nie wykazywał większego zainteresowania naborem, Marta i Zet same szykowały się do oddawania strzałów w kierunku pętli. Po krótkiej naradzie zadecydowały, że w kierunku każego kandydata poślą dwa strzały proste i trzy bardziej skomplikowane, które sprawią, że będzie mógł się wykazać prawdziwą wirtuozerią. Dwa proste miały służyć temu, by odesłać przypadki beznadziejne na ziemię, zanim zrobią sobie krzywdę, kiedy będą próbowali odbić te trudniejsze.
– Syriusz nie gra…? – Amelia spytała, starając się ukryć smutek w głosie. Maruda, Zet i Marta wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Kolejna, jasne, cholera, czy im się nigdy nie może trafić jakiś facet, zawsze tylko te psychofanki… Marta wciąż jęczała w duchu, bo straciła już całą nadzieję, że wybiorą kogokolwiek innego.
James przyjrzał się Łapie uważnie. Łapa zajęty był wspinaniem się na jedną z trybun naokoło boiska, gdzie uprzednio wspięła się Holly. Nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek przypomni sobie o treningu.
– Nie w tym stuleciu – odpowiedział, uśmiechając się przepraszająco.
Amelia pożałowała, że tu dziś przyszła.
Inni kandydaci, choć bardziej entuzjastyczni, okazali się jednak od niej gorsi. Latali w niezbyt skoordynowany sposób, dawali się zwodzić, wypuszczali z rąk kafla, nie potrafili go celnie odrzucić lub po prostu bali się oderwać ręce od miotły. Amelia, chociaż zawiedziona brakiem zainteresowania ze strony Syriusza, postanowiła, że skoro już tu jest, to z równym powodzeniem może pokazać, na co ją stać. W końcu to nie tak, że Black zawsze będzie wolał wygłupiać się z Holly – bo założyła, że były to niewinne wygłupy – podczas gdy reszta drużyny będzie grać. Kiedyś będzie musiał spojrzeć w kierunku pętli, a wtedy… Poza tym posiłki w Hogwarcie były strasznie smakowite i odrobina ruchu jej nie zaszkodzi, tak, to motywacja prawie zupełnie niezwiązana z Syriuszem.

            W końcu kto powiedział, że chciała być chuda dla niego?
Udało jej się obronić cztery z pięciu strzałów i była z siebie całkiem zadowolona, w końcu nie miała za wielkiego doświadczenia w quidditchu. Jej zadowolenie było tym większe, że kandydaci przed nią bronili zwykle po dwa strzały. Była od nich lepsza, a po niej jeszcze tylko dwie osoby miały próbować swoich sił. Z równym powodzeniem już mogła się zastanawiać, czy szaty do gry będą podkreślać kolor jej oczu albo jak upiąć włosy, żeby nie przeszkadzały w grze.
Gdyby nie to, że…
Nagle i zupełnie niespodziewanie usłyszeli wspólny krzyk Holly i Syriusza (którzy znajdowali się o wiele wyżej, tak więc i więcej widzieli):
– ŚLIZGONIIIIIIIIII!
I nim ktokolwiek zdążył choćby wyciągnąć różdżkę, na ich głowy spadł prawdziwy deszcz… zielonej farby.
Wszyscy zebrani wydali z siebie jakieś dźwięki – od okrzyków zaskoczenia, przez pomruki niezadowolenia i jęki rozpaczy, aż do gniewnych ryków, które przekonywały o natychmiastowej konieczności odwetu. Zet krzyczała coś o wrednych sukinsynach, Marta jej wtórowała, ale w wyrzucanym przez nią potoku słów tylko spójniki były cenzuralne. Maruda próbowała zdjąć z siebie całą farbę, zanim wsiąknie we włosy i strój – Merlin jeden raczy wiedzieć, jaką miała trwałość.
Tymczasem w górnych partiach stadionu Ślizgoni triumfowali. Dokładnie to Eta i jej chłoptaś, którzy postanowili zorganizować tę akcję i własnie radośnie przybijali sobie zwycięską piątkę. Jako że żadne z nich nie było za dobre w czarowaniu, była tam z nimi też Lysia i Tabby, tak dla, wiecie, wywołania tego deszczu.
– Zmywamy się, zanim nastąpi kontratak – Tabby wyszeptała do lysiowego ucha, a ta kiwnęła głową. W końcu lojalność lojalnością, ale ona ani nie była Ślizgonką, ani jakoś specjalnie nie chciała być upaćkana czerwoną farbą.
Tak więc dziewczyny zniknęły, pozostawiając Etę i jej chłoptasia samym sobie. I Syriuszowi z Holly.
Gryfoni w końcu wyciągnęli różdżki i ruszyli w kierunku sprawców ataku. Nawet ci, którzy przyszli wziąć udział w naborze i nie bardzo radzili sobie z miotłą. Wszyscy poczuli, że sprawa, w której biorą udział, jest na tyle ważna, że trzeba zaryzykować dla niej życie i jednak polecieć. W końcu ich honor został zdeptany i zalany farbą o tak okropnym kolorze. Ta zniewaga krwi wymaga i tak dalej.
– Dziewczyny, co robimy? – spytała Eta, ale gdy obejrzała się za siebie, nikogo tam nie było.
Zrobiła więc to, co wszyscy Ślizgoni umieli najlepiej. Popchnęła niewinnego chłoptasia do przodu, a sama rzuciła się do desperackiej ucieczki przed Holly, która wymachiwała swoją pałką i krzyczała:
– NA POHYYYYYYBEL!

***

Farba nie należała do tych, które łatwo zmywa się wodą, jak się szybko okazało. Wręcz przeciwnie, wydawała się w ogóle nie reagować na kontakt z wodą, nawet jeśli wylano na nią kilka litrów. Była uparta i nadal jadowicie zielona – nie wiadomo, która z tych cech bardziej irytowała Gryfonów.
Amelia siedziała w pokoju wspólnym i wycierała głowę, ile tylko mogła, nie przynosiło to jednak żadnych rezultatów. Była sfrustrowana. Bo nie dość, że Syriusz nie latał na miotle i nie dość, że oblano ją tą farbą, to jeszcze James uznał ją za idealny materiał na obrońcę i teraz naprawdę będzie musiała grać.
– Ty to jesteś szczęściara – zupełnie niespodziewanie Łapa zmaterializował się po jej lewicy. Serce Amelii zabiło piętnastokrotnie szybciej. – Tobie w tym zielonym bardzo ładnie.
Tobie też – pomyślała Amelia, która przez moment stała się czerwona od dziewczęcego rumieńca.
– Dziękuję – wydukała cichutko, onieśmielona.
Syriusz uśmiechnął się zniewalająco i rozsiadł jak prawdziwy pan. Wciąż był cały zielony, ale najwidoczniej to go nie obchodziło. A może Remus obmyślał własnie genialny plan ratunku dla nich wszystkich? Dla Huncwotów nie było rzeczy niemożliwych.
– Gdzie Holly? – spytała i szybko ugryzła się w język. Nie powinna była. Jeszcze pomyśli, że jest zazdrosna czy coś równie absurdalnego.
– Myje Rogatego.
Tak zwyczajnie w świecie. Jak gdyby mycie Jamesa Pottera to było dla nich wszystkich jak chleb powszedni.
– Och, to miło z jej strony – rzuciła, zakładając kosmyk włosów za ucho. Nadal były koszmarnie zielone, więc starała się je przynajmniej usunąć z pola widzenia. – Wszyscy w drużynie są tacy zgrani?
Miała nadzieję, że ta rozmowa nie zmieni się w jakąś katastrofę. Albo w rozmowę na temat tego, jak wspaniały jest Holly, co też byłoby katastrofą. Amelia miała nadzieję, że teraz, kiedy jest w drużynie, Syriusz będzie z nią rozmawiał. Nawet jeśli obrońca nie był najważniejszą osobą w drużynie i nie musiał być szczególnie zgrany z innymi.
Syriusz spojrzał na nią i… wybuchnął śmiechem.
– Że ty niby myślałaś, że… Że oni tam… Razem biorą prysznic?
Nie mógł przestać rechotać. To był dla niego doprawdy prześmieszny obraz do wyobrażenia. Rogaty i Holly! Pod jednym prysznicem! Fakt, miał świadomość tego, że Holly udało się do ich łazienki zakraść przynajmniej raz – widział te słynne zdjęcie siebie pod prysznicem – ale nie sądził, by tam ciągle przebywała.
– Nie no, co ty… – Amelia czuła się zażenowana. W końcu mężczyzna jej życia nie powinien się tak z niej śmiać.
Usłyszeli głos:
– Łapa, czego… – głos urwał, chyba zauważył, jak oboje wyglądają. – O cholerka, jesteście zieloni!
I tym sposobem Gagata dołączyła do turlania się na kanapie ze śmiechu.
Amelia też się zaśmiała, w końcu nie miała nic lepszego do roboty. Miała tylko nadzieję, że przestanie być zielona, zanim będzie musiała opuścić pokój wspólny. I że w czasie następnej rozmowy z Syriuszem nie palnie nic tak głupiego. I że w ogóle dojdzie do następnej rozmowy z Syriuszem. Zapowiadał się naprawdę długi rok szkolny.

Advertisements
Chapter 9 (Marta, Zet, Holly, Maruda, Amelia, Eta, Lysia, Tabby, Gagata)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s