Chapter 8 (Tabby, Soł, Lemot, Hestia, Bran, Kon, Morela, Pe, Len, Hasz, Szinga)

Lekcje zielarstwa ciągnęły się wszystkim przez wieki. Dobrze, że przynajmniej nie mieli ich z Gryfonami, pomyślała Soł, która w zasadzie to nie do końca rozumiała, dlaczego to dobrze, ale jak trzeba myśleć – to pomyślała. Wszak z Soła był bardzo dobry ideowiec.
Tego dnia zajmowali się czymś wyjątkowo nudnym, więc Soł miała więcej czasu na myślenie. Dumała przez chwilę nad swoją przyszłością, potem jej myśli powędrowały w kierunku pewnego Gryfona, następnie pewnego Ślizgona, okrążyły z daleka temat czerwcowych egzaminów, przebiegły radośnie przez wizję zbliżającego się wyjścia do Hogsmeade, a potem zagrzebały się we wspomnieniach wakacji. Soł znajdowała się myślami setki kilometrów do Hogwartu, gdy nagle poczuła, że ktoś ją szturcha w żebra.
– Mówi się do ciebie – konspiracyjnie wyszeptała Tabby, która to wcale nie potrafiła być konspiracyjną.
– Um, świetnie – odpowiedziała Soł, nieco zdziwiona, że nic nie usłyszała. Wydawało jej się, że jest mniej więcej przytomna. – A co się mówi?
Tabby wzruszyła ramionami.
Ale, faktycznie, gdy Soł rozejrzała się odrobinę po sali, zauważyła, że w sposób absolutnie niesubtelny przygląda jej się tłum Krukonów i sama nauczycielka. Ślizgoni ją ignorowali.
Soł miała straszną ochotę schować się za jakąś wielką doniczką z mało agresywną rośliną i przeczekać, aż skończą się zajęcia, ale miała wrażenie, że jej się to nie uda. Musiała zareagować.
Dzielnie spojrzała na tłum Krukonów i na nauczycielkę. Starała się nie mrugać, a kiedy już zebrała całą energię, jaką zebrać mogła, zapytała:
– Słucham?
Po czym energia ją opuściła i Soł znów chciała się schować w ciemnym, mrocznym kącie za jakąś doniczką.
– Zaczęłaś śpiewać – odezwała się Lemota, która zwykle w takich momentach odzywała się pierwsza.
– Och – strapiła się Soł. Nie miała pojęcia, co mogła śpiewać, więc postanowiła uznać całą sprawę za niebyłą i skupiła się na grzebaniu w znajdującej się przed nią ziemi.
Dopiero po kilku chwilach podniosła wzrok, żeby sprawdzić, czy jeszcze ktoś na nią patrzy.
Patrzyli.
Soł zaczęła energiczniej grzebać w ziemi, być może zastępując właśnie jakieś trzęsienie ziemi, które pochłonęło życiowy dorobek rodziny dżdżownic.
– Nie martw się, zapomną – usłyszała nagle głos za swoimi plecami. Odwróciła się. No tak, Hestia. Ile to się już nie widziały? Przynajmniej od zeszłego roku, wszak Soł omijała zielarstwo jak mogła.
– Mam nadzieję – powiedziała Soł, pociągając nosem. – Od wczoraj mam katar przez te deszcze – dodała, żeby nikt nie pomyślał, że usiłuje się rozpłakać. Zdawała sobie sprawę, że katar z pewnością nie poprawiał jej zdolności wokalnych.
– Nie możesz sobie czegoś na to zaparzyć?
– Mogę – zgodziła się Soł. – Ale za chwilę znów wróci. Nie znoszę jesieni, zawsze coś eliksiroodpornego się przyplącze i będzie trzymać aż do pierwszego śniegu.
W porządku, trochę wyolbrzymiała, ale naprawdę nie lubiła jesiennego deszczu, a dokładniej jego wpływu na swoje zatoki. Sam deszcz mogłaby znieść, szczególnie gdyby widziała go tylko przez okno.
– Wyczaruj sobie lato.
Dla Krukonów wszystko było takie proste! Soł czasami chciała być Krukonką, ale wtedy przypominała sobie, że to by jej zepsuło wizerunek i przestawała chcieć.
– Lato jest za ciepłe – stwierdziła w końcu. – Ale lubię zimę – dodała, żeby nie wyjść na ostatniego malkontenta.
Hestia wyglądała na taką, która potrzebowała sekundy, by przetworzyć to zupełnie nielogiczne stwierdzenie. Bo jak to to, na katar – zimno? Ta sekunda wystarczyła jednak na to, by ich konwersacje przerwano (dość głośnym):
– A wiecie, że Bran się całowała?
Obie spojrzały na siebie z pewnym zdziwieniem, a potem zerknęły na źródło komunikatu, cały czas zastanawiając się, z kim też Bran mogła się całować. Jasne, miała wielu kolegów, ale jakoś nie brały pod uwagę, że są to koledzy, z którymi można się całować. Może powinny przemyśleć jeszcze swoje definicje kolegi.
– Z REMUSEM LUPINEM! – teraz to już zdecydowanie był krzyk.
Soł otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale szybko je zamknęła, bo uznała, że nie ma pojęcia, co chce powiedzieć. Hestia zamrugała.
– To świetnie, wydawał się takim odludkiem – powiedziała, wzruszając ramionami. Widać zdziwienie już jej przeszło.
– PO FRANCUSKU!
Kon wyglądała na strasznie zadowoloną z tego, że uzyskała takie informacje i mogła przekazać je dalej. I to każdemu, kto tylko chciałby jej słuchać; naprawdę lubiła dzielić się z ludźmi różnymi, nie zawsze przydatnymi informacjami.
Soł i Hestia zachowały milczenie. Tej drugiej przeszło przez myśl, że Morela może nie przyjąć tego z takim spokojem, bo od dawna kręciła się wokół Remusa.
Ale Morela nie słyszała albo udawała, że nie słyszała (w końcu Kon krzyczała naprawdę głośno). Za to Tabby, oj, Tabby wyglądała na nieźle… znaczy, na lekko znudzoną.
– Żeby to chociaż dwóch facetów było – powiedziała cicho i trochę do samej siebie.
Kon, która to usłyszała, wyglądała na nieco zdziwioną, ale szybko odeszła, żeby poinformować innych o tym, czego się dowiedziała. Soł pokiwała głową w zadumie, ale skupiała się na tym, żeby jej myśli nie odeszły za daleko i żeby nie zaczęła śpiewać. Hestia spojrzała na ziemię, w której wcześniej grzebała Soł. Żadnych dżdżownic, może zdążyły uciec.

***

Tymczasem w innej części zamku, Len wcale się nie całowała. Można by powiedzieć, że była najdalsza od całowania się w ciągu całego swojego życia. Wszak zajęta była tłumaczeniem Smarkowi, że Pe wcale nie chciała wylać mu wczoraj na głowę tego soku dyniowego.
Mina Smarka wskazywała na to, że każde jej słowo uznawał za perfidne kłamstwo, bo przecież doskonale wiedział, że Pe zrobiła to umyślnie. Wszyscy zawsze robili mu na złość umyślnie – i stwierdzenie to nie było wyrazem Severusowego użalania się nad sobą, było faktem. Popartym latami obserwacji, eksperymentów, analiz, a prawdopodobnie nawet i prac badawczych spisanych na odwrocie starych wypracowań. Smark był ofiarą nie dlatego, że jego charakter czynił go pierwszym i naczelnym celem ataków każdego, kto szukał ofiary – no dobrze, może nie był ofiarą jedynei dlatego – ale dlatego, że na ofiarę wytypowali go Huncwoci. A dokładniej James Potter. Cały zamek po prostu podążył za jego przykładem i postanowił zamienić Severusowe życie w piekło, a ta rozchichotana, gadająca jak nakręcona Puchonka na pewno była narzędziem w jego rękach. Pottera znaczy się.
Pe, całkiem nieświadoma, jakie myśli krążyły po Severusowej głowie, zajęta była potakiwaniem – Len starała się ją ocalić przed zemstą Smarka czy czymś takim, więc po raz pierwszy w życiu Pe usiłowała trzymać język za zębami. Nie wychodziło jej to najlepiej, ale, na Merlina, próbowała!
– I my mamy w to uwierzyć? – spytała Haszu dość agresywnie. Okay, nie lubiła Smarka, ale nie będą jej się tutaj jakieś Puchoniaste szlamy panoszyć i obrażać jednego z nich, do diabła!
– Tak, ponieważ… – zaczęła Len, ale Pe wpadła jej w słowo:
– Ja nie chciałam, przepraaaaaszam, powiedziałam, że przepraszam, to był wypadek! Bo wstawałam właśnie od stołu, ale przypomniało mi się, że nie wypiłam soku, a szkoda go było nie wypić, w końcu był dobry, ale koło soku stały ciasteczka, no chyba nikt by nie wstał od stołu bez ciasteczek, więc wzięłam dwa i popiłam sokiem, ale to były te dobre ciasteczka z czekoladą, naprawdę pyszne, więc sięgnęłam jeszcze po dwa, a w tym czasie pucharek soku się sam wypełnił, ciągle mnie dziwi, że one tak robią, wiecie? Po tylu latach jeszcze nie odkryłam, jaki zasięg ma to zaklęcie, więc zjadłam te ciasteczka i zaczęłam pić sok, a potem czekałam, aż pucharek się znów wypełni i dlatego właśnie trzymałam go nad głową. A on się wypełnił! Dlatego później, jak już wypiłam jego zawartość i zjadłam jeszcze parę ciasteczek, bo wiecie, to są pyszne ciasteczka, to wstałam i wyciągnęłam rękę daleko za siebie, żeby pucharek na pewno nie dotykał stołu, i to nie moja wina, że ktoś mnie szturchnął, słowo daję, że tak było: ktoś mnie szturchnął, a pucharek akurat się wypełnił, co zresztą jest naprawdę niesamowite, że był tak daleko od mojego stołu i się wypełnił, prawda? No i jego zawartość wylała się na Severusa, ale to było w imię nauki i naprawdę niechcący, jeśli to taki problem, to ja mu mogę pomóc zmyć ten sok z włosów czy coś, bo szatą się i tak skrzaty zajmą, ale mam wrażenie, że Severus i mycie wł…
– Pe! – krzyknęła Len, przeczuwając, że wypowiedź ta zmierza w kierunku absolutnej katastrofy.
– Tak? – zapytała Pe, całkiem zbita z tropu. – A, no tak. Ale ja naprawdę przepraszaaaam!
– My naprawdę mamy w to uwierzyć? - Hasz trwała dzielnie przy swoim. – Ty jesteś sama taka głupia czy uważasz, że my jesteśmy?
Smark i Szinga parsknęli śmiechem. Smark, bo zawsze mu się podobało, gdy ktoś go bronił (a to się bardzo rzadko zdarzało). Szinga – bo sama myśl o tym, że komuś może się chcieć Smarka bronić przyprawiała ją o atak niepohamowanego śmiechu.
– Dajmy im nauczkę i idźmy sobie już stąd, trzeba by Sylv odwiedzić – powiedziała.
Pe zrobiła niezwykle smutną minę. Mniej więcej taką, jaką mogłyby robić sarenki, które wiedzą, że zaraz zostaną zabite, a bardzo nie chcę umierać. Albo jeszcze smutniejszą.
– Ale kiedy tak właśnie było, dlaczego nikt mi nie wierzy, jak opowiadam, co mi się przytrafiło? Ale to naprawdę nikt! Ostatnio mówiłam Aniołakowi o tym, jak bażant gonił mnie przez pięć obrazów i zgubiłam go tylko dlatego, że wbiegłam na schody, a one się zaczęły przemieszczać i potem wylądowałam w zupełnie innej części zamku, przez co się spóźniłam do biblioteki, chociaż obiecałam jej, że się nie spóźnię, ale to był naprawdę agresywny bażant… Chwila, co się stało Sylv? Nic mi nie mówiła, a to świnia niemyta, jak mogła mi nie powiedzieć, że jej się coś stało?
Len westchnęła. Już dawno powinna stracić nadzieję na to, że Pe pozwoli jej się w tym fanfiku wypowiedzieć. Prawdę mówiąc większość osób, które pojawiały się w rozdziałach z Pe trafiło taką nadzieję. Dlatego właśnie Pe pojawia się w różnym towarzystwie. I, co dziwne, w każdym dobrze się odnajduje.
Teraz jednak wyjątkowo milczała i patrzyła wyczekująco. I na wszelki wypadek nadal trochę smutno, jakby ktoś chciał w nią walnąć klątwą.
Hasz i Szinga spojrzały po sobie. Chyba myślały o tym samym, bo uśmiechnęły się do siebie i kiwnęły głowami. Smark wyglądał na rozpromienionego. Będą się o niego bić! Po raz pierwszy w życiu!
A potem zanim ktokolwiek zdążył zrobić cokolwiek, Pe oberwała dwoma identycznymi promieniami (bo Smark nie nadawał się do czarów, on tu był od eliksirów) i… straciła usta.
Len spojrzała na przerażeniem na Pe, która złapała się za część twarzy miedzy nosem a brodą i zaczęła nerwowo szukać zaginionych ust, jakby spodziewała się, że po prostu zmieniły miejsce pobytu. Nie było ich jednak ani tam, ani za uszami, ani na czole, ani na szyi, ani… Nigdzie ich nie było. Pe wyglądała, jakby się miała rozpłakać; to było smutniejsze niż cała zgraja umierających sarenek.
– Teraz możemy iść do Sylv – rozkazała Szinga i zanim którakolwiek z Puchonek zdążyła zareagować, Ślizgoni rozpłynęli się w mroku.
Pe poruszyła Częścią Twarzy Poprzednio Zwaną Ustami, ale nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Z frustracji wydała z siebie pochodzące z krtani skrzeknięcie. Poczuła się minimalnie lepiej – nadal miała krtań.
– Chyba też musimy iść do skrzydła szpitalnego – powiedziała Len, przytulając Pe i popychając ją lekko w kierunku, w którym prawdopodobnie poszli Ślizgoni. Nie była tego pewna, bo ona sama nie umiała rozpływać się w mroku. – Tylko nie idźmy tam za szybko, nie chcemy na nich znowu wpaść.
Pe próbowała coś odpowiedzieć, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Znów zaskrzeczała i Len przez myśl przeszło, że jak tak dalej pójdzie, to uszkodzi sobie krtań zanim nauczy się wydawać nią komunikaty alfabetem Morse’a.
– No chodź, idziemy. Jeśli Sylv faktycznie tam jest, to może dostaniecie łóżka obok siebie. Pomyśl, ile będziesz jej miała do opowiedzenia, jak już odzyskasz usta.
Pe pokiwała głową i zaskrzeczała jakoś tak bardziej radośnie niż wcześniej.

***

A pielęgniarka szkolna już po dziurki w nosie miała nowego roku szkolnego. Najpierw dwie drużyny się pobiły, potem jakaś dziewczyna straciła ręce na rzecz dwóch węży wystających jej z ramion, a teraz jeszcze przyszła do niej Puchonka bez ust. Co się działo z tymi ludźmi? No co?
Dlatego też zamiast zająć się Pe, postanowiła najpierw zrobić sobie kawę.
Len trzymała Pe za ramię, kiedy ta zaczęła skrzeczeć błagalnie, jakby liczyła na to, że pielęgniarka szybciej się nią zajmie. Była nieszczęśliwa. Od niemal kwadransa nie wypowiedziała ani słowa. Znalazła się w takiej sytuacji chyba po raz pierwszy, odkąd nauczyła się mówić, i była bardzo nieszczęśliwa.
Ale dla pielęgniarki jej kawa była świętością. Wybacz, Pe. Nie dzisiaj.
Kilka skrzeknięć później, które Len zaczynała już identyfikować jako różne komunikaty (ale głównie dlatego, że opowiadała Pe o swoich wakacjach i wiedziała, w których momentach słuchacz może wydać z siebie dźwięk zdumienia, radości czy współczucia), Pe wydawała się pogrążona w najgłębszej depresji, w jakiej tylko można się pogrążyć przez osiemnaście i pół minuty. Opowieść Len się skończyła i obu Puchonkom nie pozostało nic innego jak patrzeć tęsknie w kierunku pielęgniarki.
Zapowiadał się naprawdę długi dzień.

Advertisements
Chapter 8 (Tabby, Soł, Lemot, Hestia, Bran, Kon, Morela, Pe, Len, Hasz, Szinga)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s