Chapter 7 (Eta, Kicia, Mol, Sylv, Lysia, Dej, Mal, Niewiadoma, Atri)

W tej sali już byliśmy. To jedna z tych opuszczonych klas w lochach, gdzie przez większość czasu znaleźć można jedynie pająki i kurz. A, wiadomo, nikt pająków nie lubi. Raz w tygodniu jednak zbierał się tu klub pojedynków.
Pojedynków? – spytacie. Czy pojedynki nie są nielegalne? Są, oczywiście, że są, ale czy jest na świecie coś, co jest nielegalne i nie jest fajne?
Sala ta była dosyć sporych rozmiarów, tak, by spokojnie zmieścili sie tu i pojedynkujący się, i widzowie. A widzów było zwykle wielu, głównie Ślizgonów, bo to Ślizgoni kochali się pojedynkować.
Większość mebli była całkowicie zniszczona przez zaklęcia, ale na tych paru ocalałych zawsze siedzieli Ważni i Napuszeni. W tej konfiguracji też ich już widzieliśmy. Rosier na oknie, ociekający swoją niesfornością, Wilkes przy machoniowym biurku (z Mollem na swoim ramieniu), a Malfoy w kącie na taborecie. Dziś znajdował się tu jednak i Regulus z Bartym, którzy znaleźli sobie wygodną, choć posiadającą tylko trzy nogi ławkę, na której mogli usiąść.
Ławki z trzema nogami to jest coś!
Zresztą, przestańmy być złośliwymi. Tu naprawdę trudno o ławki z jakimikolwiek nogami. Głównie znajdowały się tu rupiecie i inne takie. No bo po co naprawiać coś, co jutro ktoś i tak rozsadzi w powietrze…
Cała reszta obecnych stanęła przed trudnym wyborem – transmutować sobie jakieś siedzisko czy stać spokojnie. Nie wiedzieć czemu, nikt nie zadał sobie tyle trudu, by machnąć różdżką i wszyscy stali z mniej lub bardziej głupimi minami, skupieni w grupkach po dwie, trzy czy cztery osoby. Nie tylko widzów było więcej, ale i rozmowy były bardziej ożywione, bo krążyły pogłoski, że w klubie mają pojawić się osoby z innych domów. I to nie te, które zwykle się zjawiały. Grupki aż huczały od domysłów, ktoś nawet rzucił pomysł, żeby robić zakłady, ale się to nie przyjęło.
Bo kto mógłby to być? Obecność Regulusa a nieobecność Penny wskazywała na Penny – ale przecież ta lubiła się ładnie spóźnić. No i zdecydowanie była Ślizgonką. Więc kto?
Jedna z grupek była pewna, że zjawią się Huncwoci, którym Ślizgoni raz na zawsze udowodnią swoją wyższość. Inna była przekonana, że walka będzie toczyła się o to, kto będzie mógł trenować na boisku do quidditcha jako pierwszy – teraz, kiedy wszystkie liczące się drużyny wyszły ze skrzydła szpitalnego, był to palący problem. Jeszcze inna mówiła coś o tym, że to wszystko oszustwo i nie będzie żadnego spektakularnego pojedynku, a tylko wystawa robótek ręcznych. Nie wiedzieć czemu, nie wzbudziło to powszechnego zainteresowania.
– Wystawisz swoje… te małe? – Kicia spytała Ety, ale Eta nie słuchała. Wpatrzona była w Wielkiego i Jedynego Persusa Wilkesa.
– Mam nadzieję, że zjawią się tu jacyś Gryfoni – powiedziała Dej, obracając w dłoni różdżkę. – Naprawdę mogłabym jakiegoś posłać na ziemię. Najlepiej z nosem na środku czoła.
– Bleh – mruknęła stojąca obok niej Sylv. Nie żeby wizja Gryfona z nosem na czole jej się nie podobała, ale chciała jednocześnie wyrazić swoje powątpiewanie w tę teorię i dać do zrozumienia, że gdyby pojawił się jakiś Gryfon, to raczej nie chciałoby jej się ruszać różdżkę.
– Co bleh – prychnęła Dej. – Przecież to by było świetne!
– Męczące – stwierdziła Sylv, która była paskudnym leniem i etatowym podpieraczem ścian w klubie pojedynków. Pewnie w ogóle by nie przychodziła, gdyby nie szansa na zobaczenie tych nosów.
Ale dyskusje nie mogły być kontynuowane. Drzwi otworzyły się bowiem (co wywołało samo w sobie dość zamieszania), a Wilkes wstał. Kiedy wstawał, strząsnął z ramienia biedną Molly, która pisnęła z wyrzutem, odwracając uwagę od drzwi i tym samym niwecząc wielkie wejście kogokolwiek tam niosło.
Eta posłała Molly zwycięskie spojrzenie, choć przecież to nie dla niej Wilkes wstawał.
W pomieszczeniu panowała cisza, o jakiej nauczyciele mogli pomarzyć w czasie większości zajęć. Wszyscy patrzyli już na drzwi. Ktoś zapytał cicho o robótki ręczne, ale został uciszony. Oto właśnie spełniały się marzenia, oto wchodziły smoki, reinkarnacje Merlina, Huncwoci czy najwybitniejsi Krukoni. Oddechy wstrzymano i przygotowano się do pisków, omdleń czy przecierania oczu.
A potem do pomieszczenia weszła Lysia. I to by było na tyle, jeśli chodzi o piski, omdlenia; kilka osób natomiast przetarło oczy, jakby sprawdzając, czy nie czai się za nią żaden Gryfon.
– Wkraczasz jak prawdziwa królowa – Rosier nie poskąpił sobie swojego klasycznego dowciapu, choć wiedział, że jeszcze chwila, a oberwie zaklęciem łaskoczącym. Co tam łaskotki, gdy można sobie kpić na całą salę?
Sala zaśmiała się.
Lysia, w całej swojej socjalnej niezdarności, niespecjalnie wiedziała, co powiedzieć, wszak w tym opowiadaniu występuje w roli Rosierowego rekwizytu. Dlatego też nie uśmiechnęła się, tylko zmarszczyła niespecjalnie groźnie i, uwaga, powiedziała:
– …
Albo i nie powiedziała, na jej słowa trzeba będzie poczekać.
Atmosfera się jednak rozładowała i rozmowy znów zaczęły się nawiązywać, najpierw leniwie, złożone głównie ze zdań pojedynczych nierozwiniętych, potem stawały się coraz bardziej skomplikowanymi konstrukcjami, aż w końcu ewoluowały do takich tasiemców, że wypowiadający je nie bardzo pamiętał, jak brzmiał początek, a dobieranie odpowiednich form przypadków i liczb przypominało raczej grę w lotka. Na szczęście większość ludzi miała coś do powiedzenia i chciała powiedzieć to jak najszybciej, więc nie słuchała swoich rozmówców. Większość mówiła, rzecz jasna, nie na temat. Pogoda była niezwykle popularnym tematem. Zrośnięte brwi nauczycielki starożytnych runów. Obiad. Wypracowania z zielarstwa. Nic o pojedynkach, jakby to wszystko nagle stało się popołudniem w odwiedzanym przez staruszków klubie bingo.
Lysia zdążyła przyczaić się na oknie i wrócić do swojego klasycznego manewru szeptania z Rosierem. Wilkes zdążył usiąść i wrócić do patrzenia na Lysię. Molly zdążyła ponownie się na Wilkesie uwiesić. A Eta zdążyła wrócić do rzucania Molly paskudnych spojrzeń, zupełnie ignorując przy tym Kicię, mówiącą właśnie do niej:
– Ej, ale Lyśka nie będzie się bić, nie? Przecież ona nam tu jeszcze kogoś zabije.
– Przynajmniej coś by się działo – odpowiedziała stojąca niedaleko Mal. – W końcu cały czas czekaliśmy na coś spektakularnego. To by było dość spektakularne, prawda?
– Ale ona kogoś na pewno zabije… – Kicia zbladła, bo ostatnio wszyscy bohaterowie albo nam się zapętlają, albo bladną. Taka specyfika październików. – Przecież to Lyśka!
Kilka osób stojących niedaleko niej przybrało wyraz twarzy mówiący “no i?”. Kilka innych zerknęło na podłogę, jakby oceniało szanse, że czyjaś krew obyzga ich szaty jeszcze dziś przed kolacją. Na którą większość z obecnych w sali chciała zdążyć – w końcu zabijanie czy nie, ale nie należy opuszczać posiłków.
– Przestańcie – zaczęła Dej. – Nakręcacie tylko strach i sprawiacie, że wszyscy się jej boją, nie mam pojęcia dlaczego.
To był fakt. Wszyscy bali się Lyśki równie bardzo, co bali się Penny. Dlaczego? Może miało to coś wspólnego z faktem, że obie pochodziły z rodzin magicznych starszych niż założyciele Hogwartu? A może z tym, że obie w zeszłym roku straciły ojców na rzecz dementorów w Azkabanie? Wiecie, córki Śmierciożerców niosą ze sobą pełną aurę… mordu, że tak to ujmę.
No i w dodatku jedna targała za sobą Evana Rosiera, a druga Regulusa Blacka. Jeden lepszy od drugiego.
– Ja się nie boję – zaprzeczyła Kicia. – Ona to pewnie zrobi przez przypadek.
To sprawiło, że Dej zamilkła. Najwyraźniej nie rozważała możliwości zabicia kogoś przez przypadek. A przynajmniej nie w czasie pojedynku. W czasie pojedynku zabijało się z pewną premedytacją, ale nie taką, żeby można to było sądzić jako morderstwo pierwszego stopnia. Drugiego najwyżej. Nawet gdyby nikt nie miał tego sądzić, w końcu w Hogwarcie wszystko wyglądało inaczej.
Wzruszyła ramionami i zaczęła przyglądać się co bardziej przystojnym śmierciożercom.
– Przez przypadek? – zapytała Sylv. – Litości. Jak to brzmi, “przez przypadek”. To pojedynki, o jakim przypadku to mowa?
– To jest poziom niezdarności, o którym się nie śniło waszym filozofom – usłyszały głos Lori, której, mogły przysiąc, sekundę temu tu nie było. Jak także i sekundę później.
Sylv przewróciła oczami, zupełnie niedowierzając w coś takiego. Niezdarność niezdarnością, ale bez przesady. Silnie wierzyła, że w czasie pojedynku można komuś przez przypadek wbić różdżkę w oko (a i przy tym trzeba się postarać), ale nie zabić. Chyba że różdżka z oka przebije się do mózgu, ale – ponownie – bez przesady.
– Któraś z was widziała tę legendarną niezdarność? – zapytała. Z czystej ciekawości, rzecz jasna.
Wszyscy naokoło niej podnieśli ręce do góry.
Sylv westchnęła. Miała za swoje. Ominęło ją coś, o czym inni będą wnukom opowiadać, a ona tego nie widziała.
– To może jednak ktoś nakłoni ją do jakiegoś pojedynku? No wiecie, dla dobra ogółu i tych, którzy nie widzieli? – zasugerowała.
– Chcesz nas wszystkich pomordować? – zapytała Mal. – Nie dość, że ona tu zamieni pół sali w sklątki pierwszym zaklęciem, bo nie dość, że niezdarna, to jeszcze zdolna jak cholera, to w dodatku jak tylko ją ktoś draśnie, tych dwóch tego kogoś rozszarpie bez mrugnięcia okiem!
Tych dwóch siedziało sobie spokojnie, nie będąc świadomymi, że się o nich mówi.
Ale Eta – choć nazwisko nie padło – podświadomie wyczuła, że mówi się o jej przyszłym dziubasku. Dlatego też rzuciła Mal spojrzenie, jakie zwykle rzucała Mollowi i krzyknęła:
– Persus by komara nie zabił!
Problem z takimi stwierdzeniami tkwi w tym, że choć dla jednych brzmią całkiem normalnie, wręcz pozytywnie, to dla innych są dowodem na kwestionowanie ich naturalnej, wrodzonej i odziedziczonej po ojcach, dziadach i bradziadach brutalności, rzekomo typowej dla rodzaju męskiego. Cała sala, wyczuwając, że to było jedno z Tych Twierdzeń, skierowała wzrok na Wilkesa.
Ten uśmiechnął się pobłażliwie, nawet na Etę nie spojrzawszy, i powiedział:
– Oczywiście, kruszynko.
Cała sala poczuła się zawiedziona. Znowu. Sala pragnęła emocji, pragnęła krwi, pragnęła chleba i igrzysk, pragnęła nowego sezonu ich ulubionego serialu, którego i tak nikt by nie obejrzał, skoro w Hogwarcie nie działa elektryczność. Ale sala i tak pragnęła.
Etie promieniała. Nazwał ją kruszynką! Jej puchate serduszko rozpływało się ze szczęścia. I nawet mina Molly, która wyglądała tak, jak gdyby chciała ją zamordować, w niczym jej nie przeszkadzała.
To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu.
Pozostali się nudzili. Bardzo. Znów zaczęły się rozmowy o obiedzie, wypracowaniach, kotach, sowach i pogodzie. Nie wrócił już temat potencjalnego zagrożenia, jakie stanowiła Lysia. Zrobiło się sennie, monotonnie i duszno, ale może dlatego, że nikt nie wpadł na to, żeby zapewnić w sali jakąś cyrkulację powietrza.
– Litości – mruknęła Sylv, jakby miało jej to dodać odwagi. Bo właśnie robiła coś głupiego, czego miała zamiar żałować. Co zrobić, za młodu należy popełniać jak najwięcej błędów, bo na starość kości się gorzej zrastają.
Minęła kilka grupek rozmawiających o nudnych sprawach i podeszła do budzącej powszechne przerażenie Lysi. Po czym, całkiem uprzejmie i rzeczowo, wyzwała ją na pojedynek. Ku uciecze gawiedzi i może po to, żeby mieć lepszą historyjkę do opowiadania wnukom, których – tfu, tfu, odpukać – i tak mieć nie będzie. Ale gdyby jednak – wstyd nie mieć nic do opowiadania, prawda?
– Ohoho – powiedział Rosier, który chyba występuje w tym opowiadaniu jako Lysiaka usta, serio, ale co tam, Rosier przynajmniej jest uroczy (a Lysia, jak to mówią jej rodzice – znaczy, prawdziwi, nie ci z ffów, bo ci w ffie nie żyją – jest równie urocza co Armia Czerwona).
Lysia spojrzała na Sylf spod zbyt długiej grzywki, lecz nie dlatego, że była mroczna i zła, ale nie chciało jej się włosów obcinać, bo to taka strata czasu, który można poświęcić na siedzenie na rosierowych kolanach.
Wstała.
Po pokoju rozszedł się szmer przerażenia.
Sylv uśmiechnęła się dzielnie. Trochę zbyt szeroko, ale dzielnie. W końcu nadal nie wierzyła w przypadkowe mordowanie przeciwników, a do tego się nudziła. To był świetny pomysł. Wtedy, kiedy stała w tłumie. Teraz nie podobał jej się sposób, w jaki Lyś patrzyła. To było naprawdę przerażające spojrzenie, jedno z tych mówiących “jestem słodka jak stado małych kotów, ale zaraz wyrwę ci wątrobę, a potem zatańczę kankana na twoich jelitach, nie, nie musisz dziękować”.
Zrobiło jej się jeszcze trochę bardziej tchórzasto, gdy Lysia wstała. A trzeba tu powiedzieć, że Lysia była karzełkowatego wzrostu, co razem z jej ulubionymi butami dawało metr osiemdziesiąt (bez kapelusza!).
Rosier też wstał, podekscytowany swoją rolą wodzireja.
– Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta, proszę się rozstąpić, tu się będzie krew dziś lała!
Sylv uznała, że skoro te słowa mają ją przestraszyć, to się nie będzie bała. Albo zostanie rozmaślona na niedomytej ścianie, albo nie, też coś. Zresztą, jak sobie powiedziała, w tym momencie wybór niespecjalnie należał do niej. Gdyby tak było, wybrałaby ładniejszą ścianę. No i nie planowała być rozmaślona. Planowała natomiast udowodnić, że się się pojedynkować z Lysią i przeżyć. Planowała też, że następnym razem będzie lepiej panowała nad naturalnym instynktem dostarczania ludziom rozrywki. Może opracuje sobie jakieś skecze.
Rosier kontynuował wodzirejowanie:
– No, to panie się ustawią teraz ładnie w odległości dziesięciu kroków… – Wiesz, wydaje mi się, że on trochę nadużywał swojej władzy, bo właśnie zaczął je przestawiać. Dość dosłownie. Szybko jednak dostał od Lysi po łapach.
Bo Lysia nie była w nastroju na bycie czyimś tam obiektem jakimkolwiek. Lysia się miała właśnie pojedynkować! Jej adhd skakało z radości. Dawno już nie było tak wesoło, no no, dobry miał pomysł ten rudzielec, żeby tu jednak przyjść!
Lysia skłoniła sie lekko, o, patrz, jak hipogryf.
Sylv też się skłoniła, w końcu obie były kulturalnymi osobami, które kulturalnie miały zacząć zaraz rzucać w siebie klątwami. Nic nie świadczy o kulturze lepiej niż pokrycie kogoś kurzajkami albo utoczenie mu trochę krwi, zanim on zdąży zrobić to samo. W każdym razie, kiedy Sylv się kłaniała, rozważała, które ze znanych jej kulturalnych zaklęć będzie najlepsze.
– Pojedynek… czas zacząć.
Zaczęły. Trudno było nad tym wszystkim z początku nadążyć. Tu zielone, tu czerwone, tu żółte, tu tęczowe (to Lysia). Jedna tarcza, druga tarcza, pięć miliardów królików, trochę róż i nawet jedna zbita gablota (aż cud, że nikt jej wcześniej nie zbił). Pojedynek zdawał się wyrównany. Albo i też któraś z pań udawała na potrzeby otoczenia.
A otoczenie komentowało.
– Ona żyje! – stwierdziła ze zdziwieniem Kicia.
– Nos! Zajmij się nosem! – krzyknęła Dej.
– Lyś, z lewej ją, z lewej! – podpowiadała Etka.
– Do boju, Lyś! – wrzasnęła Mal.
– Więcej tęczy! – dodała Atri.
– Więcej królików! – dołączyła Lori.
– Krew! Krew! Krew! – skandował bezimienny tłum, któremu najwyraźniej obojętne było, czyja krew się poleje.
Krew się nie polała. Jeszcze nie teraz. Ale o wiele bardziej spektakularne zaklęcia weszły w ruch. Rację miał ten, kto powiedział, że Lysia była i niezdarna i, niestety, zdolna. Szybko pożałowano zmuszenia jej pojedynkowania się. W pomieszczeniu wywołano bowiem burzę. Taką z piorunami. A burza zamieniła się w miliard motylków dopiero po dwóch minutach, kiedy Sylv wyszła już z szoku, że takie coś jest w ogóle możliwe.
– Łoooooł – westchnęła lewa strona sali.
– Łaaaał – zawtórowała jej prawa strona sali.
– Tylko nie wyczarujcie gołębi, bo wszystko obsrają! – dodała zatroskana Dej.
Spokojnie. Gołębie się nie zbliżały. Zbliżał się za to finał.
Liczba różnokolorowych wiązek światła ze strony Lyśki rosła. Sylv nie mogła już specjalnie atakować – musiała skupić się na utrzymaniu tarczy ochronnej. Nie chciała przecież skończyć pojedynku z purchawkami na nosie, nie? Zresztą, po tym, co tu widziała, mogłaby i może faktycznie skończyć na ścianie…
Straszna wizja.
Dlatego też trzymała tę swoją tarczę, ale tarcza, jak to tarcza, kiedyś musi pęknąć. Ta rozprysła się na miliard szklanych kawałeczków, choć przecież sama tarcza była tarczą energii nie szła, i pouderzała wszystkich naokoło. Wszystkich łącznie z Sylv, ale ona nie miała specjalnie czasu się tym przejmować.
Zanim zauważyła, o Merlinie, wprost na nią pełzł splot zielono-srebrnego światła…
Bum! Świat zamigotał i nic sie nie stało. Już chciała odetchnąć z ulgą, gdy nagle ujrzała dwa wężowe łby stykające się swoimi wężowymi nie nosami z jej nosem. Węże, które zdawały się zaczynać… O Jeżu… Zaczynać…
Sylv naprawdę, naprawdę chciała krzyknąć, ale ktoś jej kiedyś mówił, że zwierząt nie należy płoszyć, bo wtedy zaatakują. Nie była pewna, na ile te niespłoszone jeszcze zwierzęta były faktycznie zwierzętami, a na ile jej rękami, ale zdecydowanie wolała tego nie sprawdzać. Węże były zbyt blisko jej aorty albo innych ważnych organów. W efekcie stała jak słup soli z wyrazem kompletnego przerażenia na twarzy.
– Ale czad! – Dej w końcu nie wyglądała na znudzoną i zrezygnowaną.
Sylv posłała jej spojrzenie mówiące “jeśli to przeżyję, to cię zabiję za to, co właśnie powiedziałaś i za to, czego właśnie nie robisz”. Wbrew pozorom spojrzenie to trwało o wiele krócej niż zajmuje wymówienie tego wszystkiego; w końcu Sylv musiała obserwować to… to coś, co dybało na jej aortę, nos, życie całe!
Lysia wyglądała na zachwyconą rzuconym zaklęciem. Ona jej nie pomoże. A tłum? Tłum zaczął się powoli wycofywać. Tak, fajnie było, ale w zasadzie… W zasadzie to oni wszyscy pozostawiali gdzieś włączone żelazka.
Aż tu nagle, z rogu za Malfoyem, wydobył się szmer. Szmer brzmiał niebezpiecznie podobnie do syku. Czyżby…
Węże zatańczyły radośnie, a Sylv przekonała się ponownie, że naprawdę wystawały jej z ramion.
Szmer stał się głośniejszy, a wężoramiona wygięły się w kierunku jego źródła. Sylv mogła tylko mieć nadzieję, że te wygibasy nie odbiją się na jej stawach, o ile je kiedyś odzyska; była bowiem pewna, że jeszcze pięć minut temu jej ręce się nie wyginały w tę stronę.
Z tłumu wyszła Niewiadoma i wydała z siebie jeszcze jeden szelest, który teraz wyraźnie przypominał syk. Węże odpowiedziały kolejnym sykiem, niezwykle podobnym do tamtego. Tłum nie miał odwagi syknąć ani zaszeleścić, obserwował wszystko z najwyższą ciekawością.
A Lyśka, jak to Lyśka, wyrzuciła z siebie krótkie:
– O cholera.

Advertisements
Chapter 7 (Eta, Kicia, Mol, Sylv, Lysia, Dej, Mal, Niewiadoma, Atri)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s