Chapter 6 (Gagata, Amelia, Zielon, Lemot, Drach, Amf, Cam, Karacha, Evy, Maruda)

Październik był tego roku wyjątkowo piękny. Niezbyt często się to zdarzało – wszak w Szkocji tylko leje, leje i leje. Jednak należy tu rozwinąć pojęcie “wyjątkowo piękny”, bo wydaje mi się, że wy, drodzy czytelnicy, możecie je rozumieć inaczej niż biedny Szkoci.
Nie lało. Mżyło.
Dlatego też część Gryfonek (pod opieką Gagaty) postanowiła przedstawić Amelię Wielkiej Kałamarnicy.
Szły pod rękę, po przyjacielsku, a nad ich głowami świeciła prawdziwa tęcza parasolek. No, może nie była to tęcza, bo dziewczęta nie wiedziały, w jakiej kolejności powinny je poukładać. Ale parasolki były kolorowe. Prawda, że uroczo?
Pomysł ze zrobieniem tego wielkiego entree “na uroczo” podsunęła im Zielon, która kochała kolorowe parasolki. Wszak nie ma nic bardziej dziewczęcego niż taka parasolka. To zresztą było u nich rodzinne – zamiłowanie do odzieży deszczowej, wszak jej kuzynka, Lemota, miała w swojej szafie przynajmniej dwie stówy płaszczyków. Też kolorowych.
– Nie mogłyśmy poczekać na jakiś mniej deszczowy dzień? – zapytała Drach, która starała się tak manewrować parasolką, żeby nikomu nie wydłubać oka, a jednocześnie nie pozwolić chociaż jednej kropli spaść na swoje okulary. A najlepiej w ogóle na szatę. – Zdaję sobie sprawę, że mogłyśmy czekać do wiosny, ale Kałamarnica nie jest, powtarzam: nie jest tego warta. I tak nie wyjdzie z jeziora.
Odpowiedział jej karcący pomruk, który miał sugerować, że wręcz przeciwnie, Kałamarnica już na nie czeka i jest gotowa ugościć je popołudniową herbatą. W końcu tak właśnie robiły miłe kałamarnice, prawda?
– Ja nigdy nie wyobrażałam sobie nawet takich dużych kałamarnic, Drach – powiedziała Amelia, której wciąż pozostał nawyk powtarzania imion swoich rozmówców. W tym zamku było tyle ludzi! I wszyscy chcieli być jej przyjaciółmi. Jak inaczej miała niby to wszystko spamiętać?
– Wygląda jak normalna kałamarnica – odparła Drach. – Tylko jest większa.
Reszta grupy zignorowała jej uwagę, bo Amf zaczęła właśnie mówić coś o pochodzeniu Wielkiej Kałamarnicy. Nie było to jednak ujęcie historyczne, co raczej ewolucyjne, a najwięcej miejsca w jej przemowie zajmowało rozważanie, ile składników do eliksirów da się pozyskać z Kałamarnicy, jeśli ta zdechnie.
– Myślicie, że chciałaby mieć zieloną czy niebieską parasolkę? – spytała ni z tego ni z owego Zielon, bo Zielon była powszechnie znana z wypowiadania dziwnych kwestii w jeszcze dziwniejszym czasie.
– Czerwoną – oświadczyła Cam z przekonaniem. – Inne kolory są za mało Gryfońskie, a chyba chcemy przekonać Kałamarnicę, że to my jesteśmy najlepszym domem.
– Na pewno Kałamarnicy potrzebna jest parasolka? – zaryzykowała Drach, biorąca na siebie trudną rolę bycia głosem rozsądku.
– Zaszkodzić to jej nie zaszkodzi – powiedziała, do tej pory cicha, Karacha. W zasadzie nikt nie wiedział, jak ona się tam nawet znalazła. Po prostu w jednej sekundzie jej nie było, a potem już była. Magia!
– Ale ona jest za duża na parasolkę – zaczęła Drach i już-już miała wspomnieć o tym, że bezlitosna Matka Natura nie przystosowała odnóży Kałamarnicy do trzymania takich obiektów jak parasolki, ale doszła do wniosku, że pozostałych Gryfonek to nie przekona. Jej argumenty były zbyt logiczne.
Mżawka zmieniła się w coś bardziej dokuczliwego, ale jeszcze nie zasługującego na miano prawdziwego Deszczu przez duże D. Perspektywa herbatki – jakiejkolwiek, nawet z Kałamarnicą – stawała się coraz bardziej kusząca.
– Czemu w zasadzie macie w Hogwarcie takie montrum, Karacho? – spytała Amelia, ale jako że Karacha jedynie wzruszyła ramionami, rzuciła szybko: – Gagato?
– Merlin jeden wie – odpowiedziała Gagata. – Może miała być czyimś zwierzątkiem, ale urosła?
– To pewnie Hagrida – dorzuciła Drach. – Hagrid zawsze coś wyhoduje, nie, dziewczyny?
Wszystkie kiwnęły głowami, a Amelia odkryła, że ma nowe pytanie. No bo kto to był Hagrid?
Kiedy nikt nie kwapił się z odpowiedzią, zadała je na głos. Gryfonki naświetliły obraz pozornie przerażającego, ale niezwykle dobrotliwego człowieka o ponadprzeciętnym wzroście i równie ponadprzeciętnej chęci hodowania wszystkiego, co mogło stanowić zagrożenie. Amelia nie dopytywała o szczegóły, wolała się trzymać z daleka od tego, co zagraża jej życiu.
A tym była wielka, olbrzymia, obrzydliwa kałamarnica, która łypała na nią swoim strasznym okiem.

***

Skrzydło szpitalne było tego dnia wyjątkowo pełne. Wszak wczoraj, och, wczoraj, odbyła się słynna bójka na boisku. Połowa szkolnych zawodników quidditcha wciąż leżała w bandażach.
Pielęgniarka zapewniała, że ich stan zdrowia poprawi się na tyle szybko, by mogli trenować i rozgrywać mecze zgodnie z harmonogramem, ale wcześniej czekało ich kilka dni odpoczynku. W tym czasie, rzecz jasna, z boiska mogli korzystać Puchoni, doskonaląc tym samym swoją technikę gry i zwiększając szanse w walce o puchar. Ta myśl dodawała wszystkim sił i zwiększała możliwości naprawcze ich organizmów. W końcu nie mogli pozwolić, żeby Puchoni ich pokonali! Zresztą, może nikt z drużyny Borsuków nie zauważył, że boisko stoi puste – w końcu jeszcze żaden z ich zawodników nie trafił do skrzydła, co świadczyło o tym, że albo cel Pe znacznie się poprawił, albo pozostali nauczyli się robić genialne uniki. Żadna z tych myśli nie poprawiała nastroju pokiereszowanych Krukonów, Gryfonów i Ślizgonów.
– Rogaty, jak ja złapię tego sukinkota, co mnie od tyłu machnął… – powiedział Syriusz Black, obandażowany najbardziej. Jamesowi nic tak w zasadzie nie było. Postanowił zostać z kumplem ot tak, dla podtrzymania na duchu.
Już miał zacząć ze swoim:
– Wylu…
Gdy drzwi do skrzydła szpitalnego otworzyły się i wniesiono (to jest wlewitowano, Karacha nie była aż taka silna) przez nie kompletnie wymoczoną Amelię.
Amelia kichnęła rozpaczliwie, po czym wykonała taki gest, jakby chciała przeprosić wszystkich obecnych za to kichnięcie i za całą tę wodę, która z niej skapywała na podłogę. Potem jednak dokładnie przyjrzała się wszystkim obecnym, a jej wzrok zatrzymał się na Syriuszu. Gdyby nie była tak przemoczona, niewątpliwie pomyślałaby coś dużo bardziej romatycznego, może wyobraziłaby sobie zachodzące słońce czy inny kiczowaty obrazek, ale okoliczności były mało romantyczne, więc jej myśli ograniczyły się do krótkiego: “Merlinie, to Syriusz, jaki on biedny i poturbowany, a ja taka rozczochrana, dlaczego nikt mnie nie uczesał, skoro tu jest Syriusz?”. Black co prawda jeszcze jej się oficjalnie nie przedstawił, ale doskonale wiedziała, kim był, i miała zamiar sprawić, że on też się dowie, kim ona jest. Sprawa byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby była sucha. No i, nie oszukujmy się, bycie wlewitowanym do skrzydła szpitalnego trochę człowieka odziera z godności, więc nie chciała podejmować rozmowy, przynajmniej dopóki nie wyschnie.
– Matko święta, trupa niesiecie? – spytała Evy, która czuwała nad Marudą, która to – od dwudziestu godzin – miała czkawkę i bardzo potrzebowała wsparcia na duchu.
“Świetnie” pomyślała Amelia. “Najlepsza reklama, na jaką ich wszystkich stać”
Próbowała się wyrwać, ale potem przypomniała się, dlaczego ją się lewituje i zemdlała po raz trzydziesty siódmy od czasu, gdy zobaczyła kałamarnicę i tak się przestraszyła, że zemdlała po raz pierwszy (w stronę wody).
– Trupy nie kichają – oświadczyła stanowczo Drach, znajdująca się gdzieś za Karachą. Przez całą drogę do zamku nie powiedziała ani słowa na temat złamania przepisów BHP w czasie kontaktu z Kałamarnicą, ale nie narzekała, że znalazła się w suchym, choć niezbyt ciepłym budynku. Brakowało jej tylko herbaty.
– Gdzie pielęgniarka? – zapytała Karacha, robiąc przy tym minę, która miała sugerować, że jest zmęczona lewitowaniem Amelii. Sama zainteresowana chciała zapytać, czy to jakaś niesmaczna sugestia, jakoby była ciężka i obciążała różdżkę, ale uznała, że znalezienie pielęgniarki jest w tym wypadku priorytetem, a odzyskiwanie strzępów godności może zostawić na później. Najlepiej takie później, które nie zawiera niewątpliwie czujnych uszu Syriusza.
– Ja poszukam – zaoferował się James, bo Evy wciąz myślała, że zobaczyła trupa. I choć zombie Eci były strasznie słodziutkie, taki pełnych wymiarów trup, to było jednak za dużo na jej zdrowie.
Tak więc James zniknął, a Karacha zaczęła się rozglądać za wolnym łóżkiem, na którym mogłaby położyć wciąż na nowo mdlejącą.
Wolnych łóżek było jak na lekarstwo, najwyraźniej Hogwart był medycznym odpowiednikiem Titanica, całkiem nieprzygotowanego na katastrofy. Owszem, kilka łóżek technicznie rzecz biorąc było wolnych, ale leżały na nich miotły, szaty do quidditcha oraz – nie wiedzieć czemu – figurki mugolskich krasnali ogrodowych.
– Dobra, położymy ją na stoliku. Weź się rusz i coś poprzestawiaj, Zielonku. – Karacha nagle odnalazła w sobie władczość.
Stolik nie był najlepszym miejscem dla poszkodowanych, ale mimo wszystko wygrywał w rankingu z podłogą, więc Zielon z pomocą Drach zabrały się za małe przemeblowanie. W tym czasie pozostali obecni w skrzydle bacznie się temu wszystkiemu przyglądali – w tym także gentlemani, którzy nie zaproponowali kobiecie w potrzebie własnych łóżek. Na ich twarzach malowała się taka ciekawość tego, co wydarzy się dalej, że można się założyć o całą sakiewkę galeonów, że nawet o tym nie pomyśleli. Amelia tymczasem kichnęła.
– Na zdrowie – jako jedyny odezwał się Łapa, który, ze zrozumiałych powodów, nawet jeśli chciałby być dżentelmenem, niespecjalnie mógł ze względu na ilość obrażeń, jakie wczoraj odniósł.
– Dziękuję – siąknęła Amelia, zadowolona, że się do niej odezwał, nawet jeśli wyglądała jak zmokły kurczak, który właśnie stoczył walkę na śmierć i życie z Wielką Kałamarnicą.
– Co się jej właściwie stało? – Syriusz spytał Gagaty, bo to ją z tu obecnych znał najlepiej (no, znał aż do czasu Jamesowej katastrofy).
Gagata westchnęła. Właściwie nie była do końca pewna, co się stało, dlatego postanowiła przedstawić możliwie najdokładniejszą ze znanych jej wersji wydarzeń – została bowiem zasypana różnymi wersjami zdarzeń, często różniącymi się od siebie w znacznym stopniu.
– Szłyśmy zobaczyć Wielką Kałamarnicę, a trochę padało, brzegi jeziora były trochę śliskie, a Kałamarnica była trochę za mało towarzyska… albo za bardzo. – To był właśnie punkt sporny; nikt nie był pewny, czy Amelia poślizgnęła się na błocie, czy też na macce Kałamarnicy, która leżała w błocie. Sama Amelia również nie wiedziała; była jedynie pewna, że się poślizgnęła i już-już widziała światełko na końcu tunelu. – W każdym razie Amelia wpadła do jeziora i ledwo ją wyciągnęłyśmy – zakończyła Gagata, zgrabnie omijając kolejne sporne punkty, jak na przykład „czy coś ją trzymało w wodzie?” albo „co robiła wtedy Kałamarnica?”.
– A potem zemdlała. Na moje oko jakieś czterdzieści razy – dodała Zielon, bo, oczywiście, to wcale nie było wystarczająco upokarzające.
– Trzydzieści osiem licząc teraz – sprecyzowała Drach.
Amelia chciała się zapaść pod ziemię albo przynajmniej zemdleć po raz trzydziesty dziewiąty, ale nie wiedziała jak. Prawdę mówiąc, miała niewielkie pole manewru, mogła tylko patrzeć na sufit i nucić w myślach jakąś piosenkę, która odwróci jej uwagę od rozmowy, jaka toczyła się na jej temat praktycznie nad jej głową.
Na szczęście szybko położono ją na stole. Przynajmniej nie musiała już tak ostentacyjnie wisieć.
– Ty, to ta nowa, nie? – Black kontynuował.
– No – odpowiedziały mu Zielon, Drach i Karacha jednocześnie, bo Gagata zdecydowała się na:
– Tak.
Syriusz zamyślił się.
– We Francji nie mają takich dużych kałamarnic? – zapytał, po czym się zastanowił i uznał, że powinien był się przedstawił. Tak na wszelki wypadek.
– N-n-nie mają.
Black się strapił. Możliwe, że nie do końca rozumiał, co takiego ciekawego jest w wielkich kałamarnicach, a może próbował wymyślić jakąś inteligentną odpowiedź, która sprowadzi rozmowę na inne tory. Nie wiedział wiele o kałamarnicach, ale nie chciał się do tej niewiedzy przyznawać. Zdecydowanie wolał sytuację, w której uważano go za całkiem inteligentnego. Ale teraz, najwyraźniej, powinien wykazać się swoją nieistniejącą wiedzą na temat głowonogów.
– Syriusz – powiedział w końcu i spróbował wyciągnąć rękę, ale zbyt bolała go w stawie.
Stół z Amelią był umieszczony w tak niefortunnym miejscu, że mogła raczej lekko trącić jego rękę niż ją uścisnąć, ale tak właśnie zrobiła i z uśmiechem powiedziała:
– Amelia. Miło mi.
Po czym rozkichała się na dobre.
Na szczęście do pomieszczenia wrócił James z pielęgniarką. Evy odetchnęła z ulgą – w końcu, bo, musicie to wiedzieć, Evy nie oddychała, odkąd myślała, że zobaczyła trupa. Ale skoro pojawiła się pielęgniarka, a nie koroner, to Ety zombie nie przenosiły się jeszcze na ludzi.
Pielęgniarka skrzywiła się, widząc, że jej pacjentkę ułożono na stoliku. Nie tak miało wyglądać prowadzone przez nią skrzydło szpitalne! Natychmiast zabrała się do zbierania informacji o wypadku, a jednocześnie planowała uprzątnięcie jednego z łóżek. W końcu zdecydowała, że eliksir pieprzowy będzie dobrym punktem wyjścia i odmaszerowała do szafki z zapasami po gotową porcję.
– Czy ja… umrę? – Amelia musiała to wiedzieć. W końcu nigdy wcześniej nie napadła ją kałamarnica.
Evy zbladła i ponownie przestała oddychać.
– Nie umrzesz – powiedziały jednocześnie Karacha, Zielon i Drach, bo Gagata zdecydowała się na:
– Kiedyś na pewno.
Amelia wyglądała, jakby nagle zapomniała, jak się uśmiecha; owszem, zaczęła się uśmiechać, ale słowa Gagaty jakoś ten uśmiech zabiły. Nie chciała umierać. Nie teraz, kiedy odbyła swoje pierwsze spotkanie z dziką fauną Hogwartu i w końcu – w końcu! – oficjalnie poznała Syriusza Blacka. Który sam nawiązał z nią rozmowę. Ta myśl sprawiła, że jednak udało jej się uśmiechnąć.
– Ty to zawsze coś palniesz – zauważyła Drach.
Gagata wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć “o co chodzi, przecież się uśmiecha”, ale uznała, że tym razem będzie trzymać język za zębami.
– To może parasolkę? – Zielon chyba poczuła się odpowiedzialna za rozluźnienie atmosfery. Zamachała jedną z parasolek na zachętę. Wszystkich w pomieszczeniu zmoczył parasolkowy deszcz.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s