Chapter 5 (Lama, Hasz, Deva, Pe, Ruda, Małż, Zet, Humb, Kit, Lori, Eta, Maruda, Marta, Lemot, Aniołak, Kejt, Len, Morela, Tilly, Kon)

Boisko do quidditcha widziało już wiele; od chwili, gdy powstało, wiele pokoleń przelewało na nim pot, łzy i krew, traciło godność, zęby i punkty domów, a także – choć o tym milczały annały – przeżywało pierwsze pocałunki. Między innymi. Nie wchodźmy jednak w szczegóły, tym razem boisko miało stać się mimowolnym świadkiem wydarzenia epokowego, albowiem właśnie zebrały się na nim drużyny czterech domów; w tym jedna niekompletna. Kapitan Gryfonów, James Potter, głośno krzyczał, że całe boisko należy się lwom, bo oni jako jedyni nie mają kompletu; brakowało im obrońcy i Potter nie mógł pogodzić się z tym stanem rzeczy. Potrzebowali obrońcy, już, teraz, a ta banda idiotów blokowała mu boisko. To jasne, że nie pokaże im swojego nowego obrońcy przed meczem, to przynosi pecha. Coś jak oglądanie sukni panny młodej przed ślubem, ale o wiele, wiele ważniejsze. Obrońca Gryfonów musiał być niespodzianką dla wszystkich. James nie różnił się przy tym niczym od większości matek panien młodych – chciał, by jego obrońca był doskonały i żeby wszyscy mówili o nim jeszcze długo po tym, jak go zobaczą po raz pierwszy.
– I żeby jeszcze nosił coś niebieskiego i pożyczonego, co? – mruknęłaby złośliwie Lama, pałkarz Krukonów, gdyby wiedziała, że James używa w swej głowie ślubnych analogii. Jako jednak, że nie wiedziała, bo i jak miałaby wiedzieć, zajęta była kłótnią z Hasz, pałkarzem Ślizgonów o to, czyj model miotły zasługuje bardziej na to, by paradować nad hogwarckim niebiem.
Deva, szukająca Puchonów, ponuro rozglądała się po boisku i w końcu wymamrotała do stojącego obok Amosa Diggory’ego, kapitana drużyny:
– Może lepiej byłoby stąd iść? Nie mamy tu czego szukać.
Naprawdę miała ochotę odstawić swoją miotłę do schowka i zająć się czymś bardziej produktywnym niż latanie za zniczem, który na tyle rzadko udawało jej się złapać, że cała ta gra nie wydawała jej się warta złamanego knuta. Jej obecność w drużynie była raczej przypadkowa i trudno podejrzewać ją o specjalnie zamiłowanie do quidditcha.
– Nonsens! – wykrzyknęła Pe, która usłyszała jej słowa. – Musimy zagrać, skoro już tu jesteśmy! – Zaczęła machać pałką, która trafiła w piszczel Rudej. – Ojej, przepraaaszam! Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że dyskwalifikuję drużynę przeciwną, hue hue.
– Pe, ty POWINNAŚ dyskwalifikować drużynę przeciwną, nie własną ścigającą – zauważyła Małż, która poczuła się zagrożona, choć była obrońcą. Co jeśli Pe przeniesie się na innych członków drużyny?
– Nieprawda. Przemoc jest zła – rzuciła Zet, ścigająca Gryfonów, która chyba bała się z kolei, że Pe przeniesie się na wszystkich ścigających.
– Od razu zła – mruknęła Humb, która ani nie była ścigającą (bo szukającą) ani nie była Puchonką (bo Krukonką), więc czuła się bezpieczna.
– Przemoc jest z gruntu zła i nie może być rozwiązaniem.
– Nieprawda.
– Prawda.
– Nie..
– Cisza!!! – wrzasnęła Kit i cisza zapadła.
Kit popatrzyła na swoją drużynę, jakby chciała ich zdyscyplinować. Należy w tym miejscu docenić jej skazane na porażkę starania: owszem, parę osób przybrało jakby godniejsze wyrazy twarzy (Lori) czy się wyprostowało (Eta), ale inni nadal piorunowali wzrokiem Sriusza Blacka (Malfoy). Kit chrząknęła. Spojrzenie Malfoya stało się odrobinę mniej piorunujące, jakby straciło kilka woltów. Kit udała, że kaszle. Malfoy oderwał wzrok od Blacka i upewnił się, czy kapitan jego drużyny nie ma właśnie ataku jakiejś zagrażającej życiu choroby. Lori wyglądała na całkiem zmartwioną, ale starała się nadal wyglądać godnie. Kit westchnęła i powiedziała, że jej drużyna nie będzie się bawić w żadne przepychanki. Malfoy pojął, że słowa te były skierowane do niego. Łypnął jeszcze złowrogo na Gryfona, po czym się odwrócił. Nie zauważył, kto walnął go miotłą w łydkę, ale kilku świadków twierdzi, że była to Maruda, która poczuła się w obowiązku bronić kolegi z drużyny.
– Ał – Malfoy pisnął jak mała dziewczynka, na co Marta, kolejna z zawodniczek Gryffindoru, parsknęła śmiechem. I już już miało dojść do kłótni, gdy…
– Kit ma rację. Cicho mi tu być! – powiedziała Lemota, pani kapitan Krukonów. Tylko czemu ona? Krukoni i tak byli cicho. – My się tu w czwórkę naradzimy, co robić, a reszta ma milczeć!
Pe i Aniołak, które właśnie rozmawiały w najlepsze, spojrzały na Lemota, jakby właśnie powiedziała im, że w tym roku nie będzie Gwiazdki. Albo gorzej – uczty bożonarodzeniowej. Reszta zgromadzenia z mniej lub bardziej nachmurzonymi minami tudzież okrzykami buntu (w rodzaju “Nie będę słuchać Krukonki… aaałć, nie bij!”) zamilkła. Oczy większości z nich utkwione były w kapitanach. Mniejszość patrzyła na Syriusza Blacka – część mniejszości z uwielbieniem, a Malfoy wrócił do piorunowania go wzrokiem. Ot tak, żeby nie wyjść z wprawy.
– Co proponujesz? – Kit spytała Lemoty, wszak wiedziała, że a. z Gryfonami nie dogadają się nigdy b. Puchoni i tak sobie pójdą. Bo czemu mieliby zostać? W swoim finałowym meczu w zeszłym roku zostali zdyskwalifikowani, bo Kejt uparła się, by grać ze swoim chomikiem na ramieniu. Może i nie zostałaby zdekonspirowana, gdyby przytłoczony lękiem wysokości chomiczek nie zaczął desperacko piszczeć. – Myśmy tu byli pierwsi.
– My za to zamówiliśmy boisko – powiedziała Lemota.
No tak. Tylko Krukoni mogliby wpaść na coś tak absurdalnego. Zamówili boisko! Pieprzeni biurokraci. Kit rozumiała, że z reżimem krawatów nie będzie łatwo.
– Wiecie, my na nie zasługujemy… w końcu jesteśmy najlepsi, nie? – Jim wyszczerzył zęby.
Niestety, żadna z dziewcząt nie należała do jego fan klubu. Może Amos? James spojrzał na niego uwodzicielsko, co w Diggorym wywołało natychmiastową chęć odwrotu. I już już miał wypowiedzieć magiczne: to my sobie…, kiedy niespodziewany kopniak w tyłek przypomniał mu, kto tu rządzi.
A tym kimś była, oczywiście, Pe, która wyrwała się z ramion Len (odpowiedzialnej za utrzymanie jej z dala od negocjacji) i postanowiła zapanować nad sytuacją.
– Musimy trenować, żebyśmy byli najlepsi, przecież możemy być najlepsi, dlaczego byśmy mieli nie być najlepsi, przecież mamy potencjał, a to, że często któreś z nas ulega wypadkom, to jeszcze… – zaczęła Pe, ale Morela szybko pomogła Len nad nią zapanować. Niech żyje współpraca między domami!
Amos pokiwał głową w kierunku Pe i tak mu to kiwanie zostało, że rozkiwał się na dobre, także w kierunku innych kapitanów, którzy poczytali to za kapitulację. Diggory szybko kiwać przestał i zmarszczył brwi; naprawdę nie chciał powtarzać tego, co powiedziała Pe, ale nie miał w tym momencie lepszego pomysłu. Powinien był zatrudnić kogoś od PRu.
– Myślę, że niezależnie od waszych lepszych czy gorszych wymówek – powiedziała Lemotka – myśmy to boisko zarezerwowali. Więc, że się tak kulturalnie wyrażę, wynocha. Daję wam pięć sekund.
Kit spróbowała spojrzeć na nią groźnie, ale najwyraźniej Krukoni byli odporni na jej wzrok. Amos zrobił krok w tył, być może dlatego, że chciał się ulotnić, być może dlatego, żeby w razie potrzeby pomóc przytrzymać Pe, która wydawała się bardzo zdeterminowana, żeby tego ranka uderzyć w coś pałką. James Potter, skrzywiony przeokrutnie, bo oto musiał zdradzić sekret największy, oświadczył:
– Jako jedyni nie mamy kompletu, dostaliśmy specjalne pozwolenie na przeprowadzenie rekrutacji w najbliższym wolnym terminie. Czyli teraz.
I bezczelnie uniósł brew.
– Papierek albo to bujda na resorach.
Kon szarpnęła Lemotę za rękaw, żeby zwrócić jej uwagę.
– Faktycznie są w szóstkę, może jednak im ustąpimy?… – Zerknęła na Syriusza, żeby się upewnić, czy widział, jak starała się mu pomóc.
– Lemotka ma rację. Tylko mali ludzie upadają na kolana przed jeszcze mniejsyzmi ludźmi. – Tilly nie wiedziała, skąd wziął jej się ten cytat i czy to w ogóle był cytat, ale szła w zaparte.
Odpowiedziało jej kilka prychnięć, a Potter przetrząsał kieszenie. Możliwe, że gdzieś faktycznie miał papierek, który powinien okazać. Równie prawdopodobne, że go nie miał i zastanawiał się, jak z całej tej sytuacji wybrnąć z twarzą, obrońcą i boiskiem na własny użytek.
– Nie ma papierka, trenujemy. Dziewczęta!
Lemotka bardzo szybko przystąpiła do przegrupowania swojej drużyny. Drużyna była to, zaiste, prześmieszna. Większość z jej “dziewcząt” w życiu nie widziała świata poza biblioteką. Ale kogo to obchodziło? Liczyła się wola walki! I wola doznawania nowych… doznań!
– Zaraz, zaraz – powiedziała Kit. – A co z nami?
Drużyna Ślizgonów była najmniej sfeminizowana wśród znajdujących się na boisku i przez to wielu uczniów dawało im największe szanse na wygranie pucharu. Tacy szowiniści chodzili do Hogwartu. W każdym razie Kit planowała to wykorzystać jako atut swojej drużyny; i choć nie zamierzała – jeszcze! – kazać swoim zawodnikom bić Krukonek, to liczyła, że będą oni wyglądać na tyle stanowczo i przekonująco, że z ich pomocą wytarguje chociaż pół boiska. Drugie pół mogą sobie wziąć pozostałe domy, taka była szczodra.
– A macie karteczkę? – spytała Morela, rozochocona sukcesem Lemotki.
– Ślizgoni nie wierzą w karteczki – rzucił ktoś zza pleców Kit. Prawda, Ślizgoni nie wierzyli w wiele rzeczy, ze świętym Mikołajem i karteczkami z pozwoleniami na czele.
Tym kimś był Malfoy, oczywiście, bo kto inny powiedziałby coś równie bufonowatego?
– Te, Lucek, bo dostaniesz w ryj i na tym się skończy – powiedziała Marta, bo, jak wiemy, Gryfoni kochali Ślizgonów terroryzować.
– Zdajecie sobie sprawę, że im dłużej się kłócimy, tym mniej będzie czasu na latanie? – zapytała Ruda, tak po puchońskiemu urocza. Na wszelki wypadek nie patrzyła na Amosa, gdyby ten chciał zabronić jej mówić. – Może po prostu się podzielimy tym boiskiem?

– Nie – krzyknęli czterej kapitanowie. Co za synchronizacja! Szkoda, że w innych sprawach nie byli tacy zgodni…
Ruda podniosła ręce w geście poddania się.
– To była tylko sugestia… – mruknęła i się wycofała na bezpieczną odległość.
Wszystko wróciło do normy. Ślizgoni się boczyli, Krukoni podchodzili do pierwszych prób treningu, Gryfoni naradzali się potajemnie, a Puchoni, znudzeni całym zamieszaniem, grali w karty.
– Może by ich tak walnąć zaklęciem, jak tylko wzbiją się w powietrze? – zapytała Marta.
– Niee, to zbyt Ślizgońskie – odparła Maruda.
– No właśnie, więc nie będą obwiniali nas, jeśli rzucający dobrze się ustawi – przytaknęła Zet.
– Tak, na pewno uda nam się wmieszać między te poubierane na zielono węże – prychnęła Holl. – Zlewają się z murawą, a nas od razu będzie widać. Ale może sami wpadną na coś podobnego.
Tymczasem w obozie Ślizgonów trwała podobna dyskusja. Podobna, do czasu gdy Eta nie wpadła na genialny pomysł:
– Ej, a gdybyś ty zaczął nam tu coś śpiewać? Albo recytować? Ty, przecież oni by stąd zwiali w trzy sekundy.
Patrzyła przy tym na swojego chłoptasia, którzy patrzył przy tym na Wilkesa (z przerażeniem i prośbą o pomoc), który patrzył na Kit, która patrzyła na Malfoya (z uwagą), który patrzył na Hasza (ze wzrokiem mówiącym: chodź, pójdziemy skopać im tyłki w sposób tradycyjny), która patrzyła na Lori, która znowuż to patrzyła na Wilkesa (pamiętna ich ostatniej rozmowy), tak, że ich z kółkowego patrzenia nici, bo nikt nie patrzył na Etę.
W związku z tak oczywistym ignorowaniem, Eta miała straszną ochotę rzucić miotłę o ziemię i dołączyć do Puchonów, ale zdała sobie sprawę, że grali w jakąś dziwną grę, o której zasadach nie miała pojęcia. Gra najwyraźniej polegała na tym, że Pe doradzała wszystkim, jakie karty mają położyć przed sobą. Z min graczy wnioskowała, że jej porady na ogół nie były najlepsze, chociaż możliwe, że jej samej służyły, bo ciągle się śmiała. Z drugiej strony, Pe zwykle się maniakalnie śmiała. W końcu Len zaczęła zasłaniać swoje karty, a za jej przykładem poszli inni i Pe straciła zainteresowanie. Wstała i podeszła do Krukonek, cały czas ściskając w garści jedną z kart.
– Królowa Pików! Bierzemy boisko!
Tilly rzuciła jej bardzo nieprzyjemne spojrzenie, a Lemota (w szoku) wydukała:
– S-s-słucham?
– Chcieliście kartki to macie. O. Tutaj. Małża wybrała.
Pe wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie, podczas gdy cała drużyna Krukonów trwała w niedowierzaniu. No bo jak to tak – kartę? Zwykłą kartą? Do nich, ze zwykłą kartą? Gdzie sens, gdzie logika? Gryfoni i Ślizgoni najwyraźniej nie mieli problemów z dostrzeżeniem logiki, bo rechotali radośnie. Z drugiej strony, mogli uznać, że ich rechot podważy pewność siebie Krukonów i zmniejszy liczbę stron konfliktu z czterech do trzech, kiedy Krukoni skapitulują i wrócą do biblioteki.
– Czy inne strony uznają te… kartę? – Lemota spytała niepewnie, bo czuła, że może przypadkiem wybuchnąć Pe śmiechem w twarz, a to by było bardzo niemiłe.
Inne strony przestały rechotać, zdając sobie sprawę, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Gdyby powiedzieli, że tak, uznają, to sami powinni wykonać zgrabny półobrót i odejść; natomiast gdyby powiedzieli, że nie, a sam ten pomysł jest idiotyczny, to sytuacja nijak by się nie zmieniła.
– Chwileczkę! – Marta wygrzebała z kieszeni coś, co również wyglądało jak karta, ale nie było damą pik. Nie było żadną kartą do gry. W sumie większość uczniów nie wiedziała, co to było, ale zawierało zdjęcie Marty i wszyscy poczuli pewnego rodzaju szacunek. – To jest cholernie ważna karta – oznajmiła, nie dodawszy, że owszem, jest ważna, ale w świecie mugoli. – I ona daje nam pierwszeństwo przy treningach.
Wątpiła, czy ktokolwiek uzna jej kartę biblioteczną z mugolskiej wypożyczalni za ważną, ale uznała, że jeśli będzie nią machać wystarczająco długo i krzyczeć wystarczająco głośno, to może się udać.
– Szlamy milczą! – zagrzmiały Węże głosem równym i zgodnym.
Gryfoni zareagowali na te słowa taką werbalną agresją, że aż nie wypada jej tu przytaczać. Niemniej Ślizgoni powinni poczuć się zbesztani za swoje niewybredne słownictwo i liczyć się z myślą o tym, że za karę pójdą spać bez kolacji.
– Cisza! – krzyknęły jednocześnie Lemot i Kit. W końcu, wydawało się, były tu jedynym autorytetem. – Zamknąć się w końcu!
– Jej karta nie jest tak dobra jak moja – spróbowała jeszcze Pe, ale widać, że nie włożyła w to całego serca. Zmarkotniała i odeszła z powrotem do Puchonów, szepcząc do Małży: – Trzeba było wyciągnąć asa.
Została jednak zignorowana przez ogólny hałas, przekrzykiwanie się, groźby okaleczenia i najbardziej niewybredne słowa, jakie tylko kto znał.
Wszyscy rzucili się sobie do gardeł, jak wygłodniałe krokodyle. Nawet chłopaś Ety krzyczał, chociaż był poetą i nie wierzył w kłótnię. Oto jak poważna była sytuacja.
Puchoni spojrzeli po sobie i zrobili to, co na ich miejscu zrobiłby każdy Puchon; zrobili to, co przedstawiciele ich domu robili w podobnych sytuacjach od zawsze; zrobili to, na co wszystkim innym zabrakło odwagi. Zebrali swoje miotły i karty, po czym zeszli z boiska z zamiarem wyłudzenia czegoś dobrego od skrzatów. I może zarezerwowania boiska na inny termin, w końcu nie zaszkodzi mieć jakiegoś asa w rękawie.
Odprowadzały ich coraz głośniejsze krzyki, blask zaklęć, a później pochrumkiwania świni. Żadne z nich się nie odwróciło, ale wszyscy mieli nadzieję, że nieszczęsny Krukon, Gryfon czy Ślizgon, który został przemieniony w wieprza, nie wyląduje dziś na ich stole.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s