Chapter 4 (Ort, Tilly, Len, Kon, Pe, Morela, Atri, Szinga, Mol, Lysia, Lori)

Korytarzem na pierwszym piętrze szedł nie kto inny, jak samozwańczy król tej szkoły. Oczywiście nikt poza nim nie uważał go za króla – królem Hogwartu był Syriusz Black, najseksowniejsza istota w promieniu wielu mil. Niemniej jednak nie dało się tego wytłumaczyć królowi samozwańczemu.
Tak po prawdzie, nie dało mu się też wytłumaczyć tego, że większość go nie znosi.
Szedł więc tym korytarzem i rozglądał się na boki. Odbywał właśnie codzienny obchód swoich włości. W końcu dzień, w którym nie okazywał komuś swej niewątpliwej wyższości, był dniem straconym.
A na imię mu było nie Legion a Ortoglotus FineVay.
Ort był Krukonem, co – w jego opinii – czyniło go nie tylko mądrzejszym, lecz także lepszym od większości innych uczniów. Na przykład od tych rozchichotanych istot, które rozglądały się tylko za Gryfonami albo Ślizgonami. Całkiem bez sesnu, przecież ani jedni, ani drudzy nie wyróżniali się niczym specjalnym na polu naukowym i zdecydowanie powinni popracować nad fryzurami, zwłaszcza ten Potter.
W każdym razie przemarsz Orta obserwowała grupa Krukonek, które nie do końca wiedziały, co o tym myśleć. Gdyby poczuły przypływ dobrej woli, mogłyby interpretować te spacery jako formę dbania o zdrowie, ale większość z nich takiego przypływu akurat nie odczuwała.
– Ej, ty nie sądzisz, że on się robi coraz dziwniejszy? – Tilly spytała cichutko i konspiracyjnie, wiedziała wszak, że Wszechmocny słyszy wszystko, nawet myszy piszczące pod miotłą. – Czy to tylko ja się odzwyczaiłam w wakacje?
Kon musiała się przez chwilę zastanowić. Wszak uwielbiała wszystko. Była trochę jak Pe, tylko na odwrót – to nie ją wszyscy kochali, to ona kochała WSZYSTKICH. Jednak w tej sytuacji naprawdę trudno jej było zdecydować, czy powinna wstawić się za Ortem. Wszak… Nawet największa psychofanka miałaby problem z psychofanieniem mu.
Morela, która kiedyś odczuwała jakieś niezrozumiałe ciepło, kiedy patrzyła na Orta, prychnęła. Zastanawiała się nadal, czy było to zauroczenie, czy może zgaga. W porządku, jeśli chciała być sprawiedliwa, musiała przyznać, że tak, była zauroczona. Dawno temu i nieprawda.
– Chyba się odzwyczaiłyśmy – stwierdziła. – W końcu robi tak już od dawna, w maju zwykle przestajemy na to nawet zwracać uwagę.
– Ciekawe, czy mu się kiedyś znudzi – kontynuowała Tilly, która, od pierwszego momentu, w którym go ujrzała, traktowała Orta jako idealny materiał do badań naukowych.
– Pewnie nie – odpowiedziała Morela, której na początku takie zachowanie mogło imponować, ale z czasem stało się zbyt irytujące. – Gdyby przejmował się opinią innych, to już by coś zauważył.
– Ale to dobrze, jeśli ma… swój styl? – zakończyła niepewnie Kon, której żal się zrobiło ofiary tak nikczemnej rozmowy. Nadal nie była pewna, jak sama do niego podchodzi, ale uznała, że jej uwaga jest wystarczająco neutralna, by mogła ją wygłosić, zanim podejmie decyzję.
Tilly sp            ojrzała na nią wzrokiem tak naukowym i profesjonalnym, że Kon momentalnie poczuła się jak bezmózgie, pięcioletnie, przyszłe Gryfoniątko.
– Gdyby wszyscy ludzie mieli mieć własny styl, natura stworzyłaby nas jako dążących do oryginalności, nie sądzisz? Nie staralibyśmy się tworzyć struktur zrzeszających podobnych sobie. Nie powstawałyby państwa, nawet szkoły magii by nie powstawały, a przydzielenie kogoś do domu byłoby niemożliwe, bo przecież trzeba mieć własny styl – mówiła z przekonaniem. – To bez sensu. Jaką widzisz w tym ewolucyjną zaletę? W jaki sposób oryginalność miałaby pomóc naszemu dna przetrwać? Zresztą, aż do osiemnastego wieku pojęcie własnego stylu nie istniało. To fanaberia współczesnego, znudzonego mózgu. Nie wygaduj głupstw.
Na pierwszy rzut oka widać było, że Tilly pochodziła z mugolskiej rodziny. Kon nawet nie wiedziała, co do dna, a co dopiero jakaś ewolucja!
Pokiwała jednak głową w sposób możliwie przekonujący i starała się wyglądać, jakby w pełni się zgadzała z poglądami Tilly, jeśli tylko uchroniłoby ją to przed słuchaniem dalszego monologu. Morela na wszelki wypadek zachowała milczenie i dopiero po kilku chwilach, kiedy Ort niemal zniknął z zasięgu wzroku, a trzy Krukonki dalej czekały, która odezwie się pierwsza, przełamała ciszę:
– Słyszałyście to…? O! Peeeeeeee!
Po czym rzuciła się w kierunku nadchodzącej Pe. Niechcący popchnęła ją przy tym na ścianę i niewiele brakowało, a zrzuciłyby obraz przedstawiający wieżę Eiffla. Być może wyszłoby to lepiej, gdyby Pe akurat nie była zajęta pląsaniem koło Len, która nie zdążyła uskoczyć i również została wciągnięta w to przytulenie.
Tilly westchnęła. Otaczały ją dzieci.
Kon również westchnęła. Chyba była już bezpieczna. Zaczęła się zastanawiać, czy udałoby jej się odejść niezauważona do dormitorium. W końcu przywiozła ze sobą do Hogwartu jakiś mugolski sprzęt do odtwarzania muzyki i miała nadzieję, że uda jej się sprawić, by działał. Mimo tego, że w zamku nie działała żadna elektronika. W końcu nie była do końca pewna, jak to coś działa. A w najgorszym wypadku mogła spędzić trochę czasu na patrzeniu na plakat swojego ulubionego zespołu, który też przywiozła i już ozdobiła nim jedną ze ścian.
Nie dane jej było jednak odejść. Pe, jako niezwykle dynamiczna osoba, wciągnęła ją do uścisku. Ją i Tilly. W zasadzie żadna z nich nie zrozumiała, jak się to stało. To musiała być…
Tak, magia, haha, ale śmiesznie, jesteśmy przecież w Hogwarcie.
– Ale za wami tęskniłam! – krzyknęła Pe, która nie widziała ich wszak od śniadania, a Len… Len widziała już którąś godzinę z rzędu.
Odpowiedział jej pomruk, który brzmiał jak potwierdzenie, że wszystkie podduszane Krukonki również się stęskniły. Pe uśmiechnęła się szeroko i zapytała, co u nich – w końcu od śniadania wiele mogło się zmienić. Zanim jednak zaczęły odpowiadać, przypomniało jej się, że na śmierć zapomniała opowiedzieć im o czymś niezwykle ważnym:
– Macie pojęcie, że w pociągu prawie zginął mi kot? Zniknęła, jakby była magiczna, hue hue. Ooo, albo jakby ją ktoś do kapelusza włożył. Tak jak królika, na przykład tego z tego filmu, wiecie, tego krwiożerczego, który odgryzał ręce, głowy i nogi, i w ogóle. Tylko ona by nie odgryzała raczej. Chyba że byłaby ba rdzo głodna. No i nie zmieściłaby się do żadnego kapelusza, chyba że ktoś miałby takie wielkie sombrero, tak, sombrero, wyobraźcie sobie mojego kota w sombrero, to znaczy wystającego z sombrero. Albo nie! Wyobraźcie ją sobie w takim malutkim sombrero na głowie, czy to nie byłoby świetne?…
– Pe, dusisz nas – pierwsza odzyskała oddech Len.
– Przepraaaaaszam! – jęknęła Pe, od razu wszystkich puszczając, po czym przytulając jeszcze raz, ale słabiej, żeby upewnić się, czy nikogo nie uszkodziła i czy wszyscy nadal ją kochają. – W każdym razie Pusia prawie zginęła, bo gdzieś sobie poszła, a ja nie miałam pojęcia gdzie. Próbowałam ją zwabić jedzeniem, ale nie chciała jeść czekoladowej żaby, którą dostałam od Sylv, zupełnie nie wiem dlaczego. W końcu musiałam sama ją zjeść, bo Pusi nie było nigdzie. Wyjęłam nawet taką trzcinkę, którą jej kupiłam w Londynie, ale i tak nie przyszła i myślałam, że uciekła, w końcu może mieć romans z jakimś przystojnym kocurem, grrau i w ogóle, ale potem okazało się, że wcale nie uciekła, to znaczy może próbowała, ale się nie zmieściła, bo drzwi były tylko uchylone i cały czas, kiedy jej szukałam, siedziała na ziemi, ale jej nie zauważyłyśmy, dopiero kiedy mnie ugryzła w nogę, to się zorientowałam, ale myślę, że ona mnie gryzie z miłości, prawdaaa? Bo Pusia mnie kochaaaaa!
– Oczywiście, że cię kocha, Pe – Len kontynuowała konwersację, bo była do Pe tak przyzwyczajona, że bardziej się nie dało. Reszta była w zbyt wielkim szoku. Obcowanie z Pe zawsze kończyło się wielkim szokiem. – Wszyscy cię kochają.
– Naprawdę? Awwww, też was kocham! – Po czym przytuliła każdą z Krukonek. – Kiedy kolacja? – zapytała, nadal uśmiechając się szeroko. – Strasznie zgłodniałam, nie wiem dlaczego, na obiad była przecież ta przepyszna ryba, nie wiem, jak skrzatom udało się ją tak doprawić. I jeszcze te brokuły, moje brokuły zawsze wychodziły nie takie, jak powinny, ale to przez to, że nie dodawałam cukru, całe szczęście, że mi powiedzi… Czy ja za dużo mówię?
Len kiwnęła głową. Pe posmutniała, ale tylko na chwilę, bo po chwili znów była radosna i trajkocząca.
Tilly, korzystając z chwili ciszy, odciągnęła Len na boczek. Jej ciekawość naukowa bardzo chciała się czegoś dowiedzieć. Skoro jej poprzedni obiekt badań – Ort – już sobie poszedł, musiała szukać nowych źródeł wiedzy.
– Jak ty z nią wytrzymujesz? – zapytała poważnie.
Len uśmiechnęła się sympatycznie.
– Wiesz, kiedy już do tego przywykniesz, to jest naprawdę urocza. W sumie to jest urocza nawet, kiedy jeszcze nie przywykłaś. – Zamyśliła się na chwilę. – Może to taki talent, skoro jedni mogą być uzdolnieni w zakresie transmutacji czy wróżbiarstwa, to Pe może… robić to, co robi.
Uśmiechnęła się, jakby miała nadzieję, że pomoże to Tilly zrozumieć cały fenomen Pe.
Ale Tilly nie rozumiała.
– Ona… gada.
– I w tym tkwi źródło jej uroku.
Tilly rozumiała jeszcze mniej.
– Zauważ, że to, co mówi, jest zajmujące i zabawne. No i likwiduje to problem niezręcznej ciszy za każdym razem – wyjaśniła Len, zastanawiając się, czy nie powinna jakoś dokładniej przemyśleć tej sprawy.
Faktycznie, teraz, kiedy Tilly zwróciła na to uwagę, zaczęła się zastanawiać nad całą tą sprawą. W końcu jednak wzruszyła ramionami. Nie ma sensu doszukiwać się dziury w całym. Bo gdyby zaczęła się nad tym zastanawiać, mogłaby stracić jedyny sposób na przeżycie z Pe. Świętą obojętność.

***

Tymczasem w lochach działy się rzeczy straszne, groźniejsze jeszcze od potencjalnej ortowej hegemonii, powiedziałabym – groźniejsze niż słuchanie Pe przez kilka godzin pod rząd. Lochy to dobre miejsce na mroczne sceny. W końcu rządzi tu… mrok! Muahaha (demonicznie)!
W jeden z opuszczonych sal, która od dłuższego czasu służyła za tajną siedzibę nielegalnego klubu pojedynków, odbywało się jeszcze bardziej tajne zebranie. Jego głową był Persus Wilkes, szyją – Evan Rosier, a sekretarką Lucjusz Malfoy.
Panowie siedzieli w różnych strategicznych miejscach zgodnie ze swoim statusem społecznym. I tak Wilkes zasiadał przy dębowym stole, po swej prawicy mając Molly, która nigdy nie przepuściłaby takiej okazji. Wszak nie ma większej manifestacji władzy niż tajne zrzeszenia nastolatków. Nawet ubrała się specjalnie na tę okazję, dlatego też lśniła do nich wszystkich bielą pereł.
Evan Rosier, jak zawsze, siedział na parapecie niedaleko Wilkesa, bo – musicie wiedzieć – Evan Rosier miał coś do okien. Na jego kolanach leżał nikt inny, jak Lysia, bo Lysia, ten leń, kochała leżeć, w szczególności na przystojnych, męskich kolanach. Rosier nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na to, co dzieje się dookoła. Zajęty był zabawą blond włosami.
Za to na stołeczku w rogu siedziała pani sekretarka Malfoy. On nie miał swojej obstawy. Fakt, w kącie posadzono z nim Szingę i Atri, ale te nie zwracały na niego najmniejszej uwagi.
Jedynym, co się liczyło był Wilkes i Lori, do której mówił tak cicho, że nawet Molly miała problem z usłyszeniem go.
– Jesteś pewna, że wiesz, na co się piszesz?
Lori pokiwała głową, a kiedy zdała sobie sprawę, że nie jest ani trochę mroczne i sprawia raczej, że wygląda jak te dziwne, plastikowe pieski, które mugole wstawiają do swoich pojazdów i z zachwytem obserwują, jak pieski kiwają głowami, gdy tylko pojazd będzie przejeżdżał przez jakieś nierówności – powiedziała głośno:
– Oczywiście.
Nie było to najbardziej stanowcze “Oczywiście” na świecie, ale wystarczająco stanowcze, by głowa, szyja i sekretarka całej operacji uznały, że tak, w istocie, jest to niemal oczywiste.
– Będziesz musiała nam to udowodnić.
Lori ciary przeszły po plecach. Jak to udowodnić? Nie wystarczyło się zgłosić? Kiedy Wilkes wspomniał jej o tej cudownej możliwości, zupełnie nie pomyślała, jakie będą tego konsekwencje. Przecież ona nigdy…
– Jak?
Wilkes uśmiechnął się paskudnie.
– Tego dowiesz się później.
To było całkiem złowieszcze “później”, Lori się znała na złowieszczych przysłówkach. Nie oznaczało to jednak, że chce się wycofać z czegokolwiek. Skoro już postanowiła coś zacząć, to będzie to kontynuować. Poza tym była przekonana, że towarzystwo, do którego miała dołączyć, było naprawdę warte odrobiny wysiłku.
Wilkes odsunął swoje krzesło, wydając przy tym odpowiednio władczy dźwięk. Molly była wniebowzięta. Uwielbiała, gdy promieniuje on władzą.
– Jakieś pytania? – spytał.
Lori milczała. Wiedziała, że zwrot Wilkesa był zwrotem retorycznym – o czym pewnie i sam Wilkes nie wiedział, nie każdy był taki dobry z literatury jak Lori. Z pewnością zaś nie wiedziała o tym Szinga, gdyż spytała:
– To będziemy palić te koty?
Lori pozwoliła sobie na wzdrygnięcie. Lubiła koty.
Lysia parsknęła śmiechem. Też lubiła koty, oczywiście, spytacie więc – skąd to parsknięcie? Ano stąd, że wiedziała, że nikt żadnych kotów palić nie będzie. Znała Wilkesa pewnie lepiej niż Molly (ale nie lepiej niż Eta, o nie, nie ten poziom fascynacji) i wiedziała, że daleko mu do bycia brutalem. Wilkes był pluszowy.
Szindze nie podobało się to parsknięcie.
– Nasza kultura oparta jest na kotach – oświadczyła Szinga poważnym tonem. – Nie dosłownie – dodała, kiedy zobaczyła uśmieszek błąkający się po ustach Molly. – Chodzi o to, że od czasów starożytnego Egiptu uważano koty za magiczne i towarzyszyły praktycznie wszystkim rytuałom. W średniowieczu… no, sami wiecie. W każdym razie absolutnie nie możemy się obejść bez rytuału z kotem.
Atri przewróciła oczami.
– Ofiary z kotów są już niemodne, społeczeństwo chce czegoś innego. Owszem, na tych obszarach przez długi czas wierzono, że koty mają zdolności magiczne i mogą być przewodnikami między światem mugoli i czarodziejów, ale to się skończyło wraz ze śmiercią królowej Wiktorii. Teraz koty są po prostu kotami, mugole przestali na nie patrzeć w ten sposób co kiedyś.
Zadowolona ze swojej wiedzy, rozejrzała się po sali w nadziei, że ktoś będzie chciał kontynuować rozmowę. Co jak co, ale dyskutowanie było jednym z najulubieńszych jej zajęć.
– Czy mamy na sali szlamowatą Krukonkę? – podsumował to buc Malfoy, który w niczym nie był tak dobry, jak w byciu bucem.
Atri zrozumiała, że to oznacza koniec dyskusji i odwróciła wzrok od Lucjusza, chociaż miała niesamowitą ochotę wbić mu różdżkę w gardło i wymamrotać jakąś klątwę.
Lysia wciąż parskała śmiechem. Razem z Rosierem po cichutku wymieniali jakieś dowcipy i komentarze. Malfoy, zadowolony ze swojego zwycięstwa, zupełnie na to nie zważał, ale Atri była wściekła. No bo jak to? Śmieją się z niej? Przecież… Przecież miała rację i wszystkie koty tego świata by ją poparły – jeśli nie dlatego, że wiedziały to samo co ona, to choćby w obawie o własną skórę.
Czemu jednak Szinga jej nie pomagała? Ta nagła potrzeba odprawienia jakiegoś rytuału z udziałem kota była niespodziewana i całkiem do niej niepasująca. Może to jakiś powrót do czasów pierwszych magów? Atri uznała, że mogłoby to być ciekawe, nawet jeśli narażałoby na szwank życie kilku kotów.
Lori nagle zaczęła się zastanawiać, czy jej “Oczywiście” naprawdę powinno było zabrzmieć aż tak stanowczo, bo cała stanowczość gdzieś z niej odpłynęła. Albo uciekła. Jak wystraszony kot.

Advertisements
Chapter 4 (Ort, Tilly, Len, Kon, Pe, Morela, Atri, Szinga, Mol, Lysia, Lori)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s