Chapter 32 (Zielon, Zet, Cam, Marta, Gagata, Drach, Amelia, Tibby, Atri, Soł, Lori, Sylv, Penny, Kit, Kicia, Mal, Lori, Niewiadoma, Mol)

Tamtego dnia było zimno, oj, zimno, bo skrzaty zaspały do pracy i w większości kominków zapalono dopiero późnym popołudniem. Do tego ktoś nie zamknął drzwi do Sali Wejściowej i nawiało tam trochę śniegu. O ile początkowo wszyscy uznali, że jest to cokolwiek urokliwe, o tyle kiedy weszli do Wielkiej Sali i zobaczyli ośnieżone stoły, uznali, że wcale to tak zabawne nie jest. Okazało się, że Irytkowi udało się zmajstrować coś przy zaklęciu rzuconym na sufit Wielkiej Sali i teraz śnieg, który spadał na dach pomieszczenia, lądował na stołach i podłodze.
– Dobrze, że zabrałam ze sobą parasolkę – powiedziała Zielona, która, w istocie, trzymała nad głową parasolkę koloru również zielonego.
– Chcą nas wymrozić – powiedziała Zet. – Żebyśmy nie mogli przyjść na bal, bo wszyscy wylądujemy w skrzydle szpitalnym.
– Ale po co im bal bez uczniów? – zapytała Gagata. – Kto ma tańczyć? Ślimak?
– Może to taki test. Przetrwają najsilniejsi – powiedziała Marta, poprawiając wełnianą czapkę. Miała też rękawiczki i szalik. Jakiś czas wcześniej kupiła sukienkę na bal i teraz była zdeterminowana, żeby ją założyć.
– I Kicia nie przetrwa i będzie można pójść z Syriuszem? – zapytała Amelia.
– Syriusz też może nie przetrwać – zauważyła Drach. – Właściwie to może organizacja nie wyszła i w ten sposób chcą nam dać do zrozumienia, że balu nie będzie.
– Taki tygrys jak on na pewno przetrwa!
– Ma takie same szanse jak my wszyscy.
– Zaraz, jak to przetrwa? – zainteresowała się Cam, która do tej pory próbowała ulepić bałwana, ale śnieg był na to zbyt zimny. – Czyli reszta z nas zginie?
Zielon wzruszyła ramionami.
– To możliwe – odpowiedziała Drach. – Jeśli będzie tak zimno przez dłuższy czas…
– Umrzemy?! – krzyknęła Amelia. – Ja nie mogę umrzeć! Nie po to przenosiłam się do Hogwartu, żeby tu umrzeć!
– Nie mówili ci, że to na północy?
– Nie. – Wzruszyła ramionami. – Przecież każda szkoła utrzymuje swoją lokalizację w tajemnicy.
– Ale co, powiedzieli ci, że to na Malediwach czy jak?
– W sumie to nic mi nie powiedziali – powiedziała z namysłem. – Wiedziałam tylko, że to nie Francja…
– To jakim cudem mówisz po angielsku?
Amelia otworzyła usta, a potem – najwyraźniej nie znalazłwszy odpowiedzi – zamknęła je. Potem znów otworzyła. I zakmnęła.
– Jesteście takie niewrażliwe! – powiedziała i wybiegła z Wielkiej Sali, pozostawiając wszystkich w niewiedzy.
– Jak to: w niewiedzy? – powiedziała Gagata, która czytała scenariusz. – Ja muszę wiedzieć!
– A w scenariuszu nic nie ma? – zapytała Drach.
Pokręciła głową.
– Co tam scenariusz – westchnęła Cam. – Trzeba się pozbyć tego śniegu.
– Jakiego śniegu? – spytała Zielona, która, bezpieczna pod swoją parasolką, dawno już zapomniała, że jakikolwiek śnieg tam kiedykolwiek był.
– Tego, po którym stąpasz – odpowiedziała Gagata. – I od którego wszyscy mamy umrzeć.
– To radioaktywny śnieg? – zaniepokoiła się Marta. Jej czapka nie była odporna na radioaktywność.
– Co to radioaktywność? – spytała z kolei Tibby, która przecież była krwi tak czystej, że gdyby ta krew była wodą, to można by się w niej było przeglądać.
– Takie coś… yyy… no wiesz, takie drobinki, które robią nam krzywdę – wyjaśniła Marta. – Czasami świecą – dodała dla ułatwienia, ale z miny Tibby można było wnosić, że niewiele ułatwiła.
– Jak świetliki?
Marta popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
– Ni… Tak – poprawiła się. – Totalnie jak świetliki, Tibs.
– Co to są świetliki? – spytała z kolei Gagata, której nigdy specjalnie nie interesowała przyroda.
– Nie słyszałaś? Takie drobinki, które świecą i czasami robią nam krzywdę. Odwrotność radioaktywności – odpowiedziała Drach, strząsając śnieg z ramienia.
– Tego też nie było w scenariuszu!
– A śnieg był?
– Też nie.
– To chyba jesteśmy zdane na siebie.
Ciszę, która zapadła, można było kroić nożem.

***

W lochach nie było śniegu, ale za to kamienne ściany pokryły się cienką warstewką lodu. Jej obecność na podłodze sprawiała, że poruszanie się sprawiało trudności i stawało się sportem niemal ekstremalnym. W związku z tym wielu Ślizgonów nie próbowało nawet wychodzić z dormitorium. Ich smętne rozmowy dawało się jednak słyszeć z pewnej odległości, bo wejście do pokoju wspólnego zamarzło w stanie otwartym (możliwe, że projektant tego włazu później pracował dla PKP, ale nie ma co do tego pewności – to tylko odręczny dopisek na marginesie scenariusza).
– Umrzeeeemy z zimnaaa – jęknął jeden głos.
– Albo z głooodu – jęknął drugi.
– Umrzeeemy – potwierdził trzeci.
– A mnie z tego zimna ogarnęła ambiwalencja – oświadczył czwarty i był to głos najprzytomniejszy; być może jego posiadaczka siedziała najbliżej kominka.
– Musicie tak jęczeć? – spytała Penny, która wprawdzie zwykle znajdowała się w hierarchii społecznej tak wysoko, by nie przejmować się takimi drobiazgami jak głos tłumu, ale nawet i ją dosięgała moc zimy. – Dostaję od was globusa.
– Ale jest zimnooo – jęknęła Soł.
– I nie ma czekolady – dodała Atri.
– I w ogóle nic nie ma – uzupełniła Kicia, starając się wyglądać możliwie smętnie.
– GLOBUSA DOSTAJĘ!
To sprawiło, że na paręnaście sekund zapadła cisza.
– To prawie jak zesłanie na Syberię – powiedziała Lori. – Gdziekolwiek to jest, jest tam zimno.
Penny warknęła. A potem pisnęła. A potem… A potem zanim zdążyła cokolwiek zarobić, jej różdżka wyfrunęła z jej ręki i wleciała prosto w śliczne rączki Rosiera.
– Spokojnie, Penny, nie chcemy chyba zamienić ich wszystkich w żaby, hę?
– Dlaczego nie? – mruknęła Penny, starając się wyglądać możliwie dumnie pod kocem z herbem Slytherinu, którym się okryła.
– Bo żaby zostawiają wszędzie śluz? Nie chciałbym mieć śluzu na szacie.
– Zawsze możemy w coś, co nie wydziela śluzu.
– Nie, nie, nie, część z nich to moja drużyna, nie wolno ich zamieniać! – krzyknąła Kit, która siedziała gdzieś nieopodal.
Rosier wykonał klasyczną minę “a nie mówiłem” i uśmiechnął się rozbrajająco tym swoim uśmiechem królewicza-rozrabiaki.
– To nie zmienia faktu, że jesteśmy tu uwięzieni – mruknęła Soł. – Nawet jeśli jako jedyni w całym zamku wpadliśmy na to, żeby rozpalić ogień.
– Możemy pograć w makao? – zaproponowała Sylf.
– Może lepiej pobiegajmy, tak na rozgrzewkę? – zapytała Mol, której nadal zależało na ćwiczeniach przed balem.
– Jakie biegamy, mój globus!
Mol nie zdecydowała się na protest.
– Powinniśmy wysłać delegację po jedzenie – stwierdziła Niewiadoma, która w końcu miała pewien autorytet, bo była córką Voldemorta.
Kilka osób mrukneło z aprobatą.
– Jacyś ochotnicy? – zapytała.
Tym razem nikt się nie odezwał.
– W takim razie na ochotnika nominuję Lucjusza.
Malfoy z przerażenia aż upuścił pilniczek do paznokci.
– C-co? – zapytał.
– Jesteś nominowany – poinformowałą go Niewiadoma.
Z wrażenia z rąk wypadła mu aż prost… znaczy, grzebień mu wypadł, bo prawdziwi mężczyźni nie używają prostownic.
– Ja nie mogę – zaprotestował. – Niech ktoś inny idzie!
– Malfoy, globus!
Lucjusz zerwał się na równe nogi i nawet zasalutował. Potem jednak zwrócił się do Niewiadomej:
– To powinna być ekspedycja dwuosobowa.
– Cykorzysz?
– A skąd! Po prostu nie usniosę sam takiej ilości jedzenia, które niewątpliwie zdobędę!
– Od czego masz różdżkę?
– Najpierw to on by musiał wiedzieć, z której strony ją chwycić – wtrąciła się Lori.
Malfoy skrzywił się w najbardziej pseudoarystokratyczny sposób, w jaki tylko mógł.
– Zamarzła, nie mogę jej użyć – oświadczył.
– Różdżki zamarzają? – spytała Kicia.
Lucjusz zaczął kiwać głową, ale Atri go uprzedziła:
– Znów pomylił różdżkę z prostownicą.
– NICZEGO NIE POMYLIŁEM, NIEGODNE NIEWIASTY!
– MALFOY, GLOBUS!
Lucjusy skulił się w sobie, bo oto oczy Penny zapłonęły prawdziwym ogniem wysokiego pochodzenia, który palił go jak nic innego w tym wielkim, samotnym wszechświecie.
– W porządku, idę – oświadczył, starając się zachować jak najwięcej godności. Pod nosem dodał jednak: – Ale jeśli zginę, to tu umrzecie.
– Żadnego umierania! – zarządziła Niewiadoma, która zaczynała być już głodna. – Mal i Hasz mogą też iść.
– My? Taki dzielny woj jak Malfoy nie potrzebuje kobiet. – Mal aż zachichotała.
Niewiadoma zaczęła się rozlądać po pokoju wspólnym, szukając lepszych kandydatów, którzy akurat pochowali się po kątach.
– Hmm – zamyśliła się, co sprawiło, że lepsi kandydaci jeszcze bardziej próbowali ukryć się przed jej wzrokiem.
– Niech idzie ktokolwiek, bo Penny ma globus, Niewiadoma zaraz zacznie grozić tym, że rzuci kogoś wężom na pożarcie, a mi jest coraz zimniej – powiedziała Soł. – Jak nikt nie chce, to ja pójdę, ale zjem wszystkie eklerki, zanim wam je przyniosę.
– Będą eklerki? – ożywiła się Kicia.
– W kuchni powinny być – odpowiedziała Soł. W powietrzu zawisło niewypowiedziane “o ile ktoś tam w końcu dotrze”.
– Ja chcę eklerki!
– To chodź z nami.
– Nie chcę iść z Malfoyem. On się krzywo patrzy.
– Bo zgubił pro…
– Koniec żartów! – krzyknęła Niewiadoma. – Bo rzucę na pożarcie wężom! Ślizgoni powinni być… – tu urwała, bo próbowała dopasować cechę charakterystyczną Ślizgonów, która odpowiadałaby zaistniałej sytuacji, ale najwyraźniej nie znalazła żadnej, bo zakończyła: – …najedzeni. Niech ktokolwiek tam idzie!
Tyle że ktokolwiek był chyba na wakacjach, bo nikt jakoś nie poszedł.
– To co z tym makao? – zapytała Sylf po dłuższej chwili ciszy.
– W porządku, mogę grać – westchnęła Atri.
– Ale co z eklerkami?… – zapytała zasmucona Kicia.
I tak zaczęli sie przerzucać, przepytywać i przeoskarżać. Trwałoby to pewnie długo, wszak Ślizgoni, jako węże, pełni są jadu i innych niestrawności. Trwałoby. Nie trwało jednak, bo oto padło bardzo poważne pytanie:
– Gdzie jest Lyśka? Lyśka zwykle jęczy najgłośniej.
– Z Puchonami? – zasugerowała Lori. Jej sugestia była zresztą całkiem logiczna.
– Ale Lyśka zawsze tu siedzi. Zawsze. A teraz jest zimno. Nie powinna, no nie wiem, borsuczyć się gdzieś po kanapą? – spytała Niewiadoma. – Nie podoba mi się to. Jak Lyśki nigdzie nie widać i nie słychać, to znaczy, że idą kłopoty.
– Może zamarzła? – zapytała Kit, którą los Lyśki niespecjalnie interesował, ale bardzo chciała się dowiedzieć, czy w takich warunkach naprawdę można zamarznąć.
– NADCHODZI ZIMA.
– Och, Malfoy, zamknij się, GLOBUS.
W pokoju wspólnym znów zapadła cisza, ale tym razem niespokojna i pełna napięcia. Wszyscy rozglądali się – najpierw nieznacznie, potem coraz bardziej otwarcie – za Lyśką. No bo Niewiadoma miała rację, powinna tu być. Jej brak sprawił, że większość Ślizgonów poczuła się mocno zaniepokojona.
– Zginiemy tu jedna osoba po drugiej. Jak dziesięciu tych, no, mugoli – mruknęła Mol. – A jeśli wśród nas jest morderca?
Ta cisza była jeszcze bardziej niepokojąca.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s