Chapter 31 (Cam, Amelia, Holly, Karacha, Marta, Małża, Bran, Len, Evy)

Amelia wpadła do pokoju wspólnego podskakując na tyle żywiołowo, że aż zrzuciła parę zapomnianych podręczników ze stołu, a potem potknęła się o fotel. Nie przeszkadzało jej to jednak cieszyć się dalej i kiedy w końcu doskakała do Cam, siedzącej – jak na złość – na drugim końcu pokoju wspólnego Gryfonów, uśmiech nie schodził jej z twarzy.
– Dostałam zaproszenie na bal! – zakomunikowała, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby.
– Wiemy. Odmówiłaś mu.
– Nie! – zaprotestowała, a potem jej uśmiech na chwilę przygasł, bo przypomniała sobie o całym incydencie z Blackiem. – To znaczy wtedy tak, ale dostałam zaproszenie dziś rano!
Cam klasnęła w dłonie.
– Kto jest tym szczęśliwcem?
Amelia strapiła się lekko.
– Nie pytałam o imię, ale jest Krukonem, jest wysoki, ma ciemne włosy i taaaakie niesamowite oczy, nie uwierzyłabyś! – Znów się szeroko uśmiechnęła, najwyraźniej przypominając sobie oczy Krukona.
– Kto ma, kto ma? – Holly zjawiła się znikąd. Jak wszyscy Huncwoci, Holly miała magiczną umiejętność pojawiania się ex machina. Spadania z sufitów i takich tam. – Ja chcę wieeeeeeeeeedzieć!
– Krukon – powtórzyła Amelia, nadal uśmiechając się szeroko. To mógł być początek skurczu mięśni twarzy. – Taki wysoki i ciemnowłosy, i…
– I nie zapytałaś o imię? – zdziwiła się Cam. – To trochę… nieuprzejme? – zaryzykowała. Nie była pewna, czy powinna krytykować Amelię, bo ona też nie zawsze troszczyła się o pamiętanie imienia swojej randki, ale bal to trochę co innego.
– Nie! To taka tajemnica! Wiesz, że się nie znają, że nic o sobie nie wiedzą… Ach. Jakie to romantyczne.
Cam pokiwała głową. Nie była mocna w tajemnicach.
– Czyli ten Bezimienny Krukon jest nowym Syriuszem Blackiem, tak? – zapytała Amelię.
Amelia przewróciła oczami.
– Syriusz jest tylko jeden, ale, wiesz, gdyby ktoś miał go zastąpić na stanowisku etatowego przystojniaka Hogwartu, to Krukon ma mój głos – odpowiedziała. Po drodze jej uśmiech przygasł, ale pewnie ze względu na zmęczenie mięśni. Musiała uśmiechać się przez całą drogę od Wielkiej Sali do wieży Gryfonów.
– No co wy, a Rogaty? – zaprotestowała Holly.
Cam poklepała ją po plecach.
– Rozumiemy, Holl, że masz z tym problem, ale naprawdę, widziałaś go ostatnio? Znaczy przez ostatnie parę lat? Myślę, że ostatni raz czesał się jeszcze zanim dostał sowę z informacją o przyjęciu do szkoły.
Amelia pokiwała głową:
– To zdecydowanie spycha go poza pierwszą trójkę.
Holly zatrapiła się, bo od zawsze kochała się w Jamesie. Jak to – poza pierwszą trójkę? To kto…
– To kto jest trzeci?
Cam i Amelia odpowiedziały jednocześnie:
– Persus Wilkes.
– Evan Rosier.
Holly zmarszczyła czoło.
– Ślizgoni? Naprawdę? Nie powinnyśmy wykazać się większym, no wiecie, patriotyzmem… etnicznym?
– Etnicznym? – powtórzyła Cam.
– No przecież Ślizgoni to taki trochę inny gatunek – wyjaśniła powoli Holly, patrząc na nie z pewnym niedowierzaniem. – Nie możemy ustawiać ich tak wysoko na liście ani z nimi krzyżować. Ani myśleć o krzyżowaniu. Ani w ogóle myśleć.
Amelia zmrużyła oczy.
– Czy ty aby się w którymś nie podkochiwałaś w piątej klasie?
– TO BYŁO DAWNO I NIEPRAWDA.
– Mmm-hmm – potwierdziły Amelia i Cam zgodnym chórkiem.
Cała dyskusja była jednak na tyle głośna, że zwabiła parę innych Gryfonek.
– Co się dzieje? – zapytała Karacha, podchodząc do grupy.
– Amelia i Cam lecą na Ślizgonów!
– Naprawdę?! – oburzyła się Karacha.
– Których? – zapytała Marta, która też znalazła się w okolicy.
– A jak myślisz?
Marta zamyśliła się. Możliwe, że przypominała sobie detale anatomiczne i takie tam, bo zaczęła się podejrzanie uśmiechać.
– Chodziło o Wilkesa i Rosiera – powiedziała szybko Cam, żeby temat nie zszedł na bardziej niebezpieczne terytorium. – I o listę najprzystojniejszych facetów, z którymi idziemy lub nie idziemy na bal. W większości nie idziemy. Poza Amelią – dodała, świadoma, że zaczyna mówić za dużo i wygladało to na słowotok, który miał ukryć poczucie winy albo coś do poczucia winy zbliżonego.
– Amelia idzie na bal z Rosierem? – zdziwiła się Karacha. – I jeszcze żyje? To znaczy… Nie, żebym się bała czy coś, bo Gryfoni nigdy się nie boją. – Wyprężyła mężnie pierś, ale tylko na chwilę, bo zaraz pobladła ze… ze zmęczenia, kurczaczek! – Ale Lysia?
– Nie! – oburzyła się Amelia. – Idę z tym Krukonem, wiecie, tym z siódmego roku. Ciemne włosy, wysoki.
Zamachała rękoma, pokazując, jak wysoki. Spojrzenia wszystkich skierowały się w górę.
– Nie widziałam żadnych trzymetrowych Krukonów – oświadczyła Marta.
Amelia prychnęła.
– Może trochę wyolbrzymiam, ale jest wysoki!
– A jak się nazywa? – spytała Karacha.
– Dlaczego wszyscy o to pytają? Nie możecie się po prostu cieszyć moim szczęciem?! – krzyknęła Amelia, najwyraźniej już poirytowana. Potem jednak trochę się przestraszyła tego, że podniosła głos. – Znaczy… nie wiem – dodała już spokojniej.
– Bo to romans i tajemnica – od razu wyjaśniła Holly.
– No właśnie, romans i tajemnica – powtórzyła Amelia, której chyba się ta myśl podobała. Po czym przypomniało jej się, że powinna wykazać się troską o koleżanki, i zapytała: – A wy wszystkie już macie z kim iść?
Kiwnęły głowami.
Amelia uśmiechnęła się wyczekująco. Miała nadzieję, że powiedzą, z kim idą. W końcu dobrze zbierać takie informacje; nie miała wątpliwości, że prędzej czy później Pe przyjdzie wylewać żale na jej piersi i wtedy będzie mogła ją pocieszyć przedstawiając coraz to krótszą listę wolnych facetów.
– No? – dodała po krótszej chwili milczenia.
– Ja idę z Jamesem – powiedziała Holly z niejaką dumą.
– Kojarzycie tego Puchona z loczkami? Tego w okularach? – zapytała Cam. – Tego, który chodził za mną dwa dni? Wczoraj mnie zaprosił.
– Mnie zabiera mój kuzyn – rzuciła od niechcenia Karacha, która chyba nie była zbyt dumna ze swojej randki.
Marta wzruszyła ramionami.
– Póki co przyjęłam trzy zaproszenia, potem zdecyduję – powiedziała.
– Trzy? – zakrzykneły chórem.
– No tak – potwierdziła. – Znaczy dostałam cztery, ale jednemu od razu odmówiłam.
– Kim był ten czwarty? – spytała Amelia.
Marta ponownie wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, jaki pryszczaty piątoroczniak.
Gryfonki pokręciły głowami z niedowierzaniem, po czym rozmowa zeszła na inny, równie emocjonujący temat – temat sukienek.

***

W pokoju wspólnym Puchonów też poruszano okołobalowe tematy. Bran opowiadała właśnie Małży, że mardzo zależało jej na ciemnośliwkowej sukience, ale kiedy ją przymierzyła, nie była pewna, czy to dobry kolor. Obie nie były specjalistkami od kolorów czy sukienek, ale nie sprawiało to, że problem przestawał istnieć.
– A próbowałaś jasnośliwkowego?
– Nie mieli – odpowiedziała Bran. – Znaczy powiedzieli, że to się nazywa wrzosowy i że ktoś go wykupił.
– Nie, wrzosowy jest chyba bardziej… wrzosowy?
– Obydwa są fioletowe. Poza tym rozmawiałam z facetem, może to jemu się coś pomyliło. – Westchnęła. – W sumie to nie mam chyba szans z Remusem, więc nie wiem, czemu mi tak na tej sukience zależy.
– Nie masz szansy? Ty nie masz szansy? Pomyśl o tych wszystkich… – urwała.
Urwała nie dlatego, że zabrakło jej słów, a dlatego, że pośrodku pokoju wspólnego rozgrywała się scena, której nikt nie mógł przegapić.
Głównym aktorem tej sceny był Amos, jak zwykle nieświadomy, jakie emocje wzbudzał wśród dużej części puchońskiej drużyny quidditcha. Diggory był zbyt zapatrzony w Evy, żeby zauważać takie rzeczy; ba, prawdopodobnie gdyby któraś z dziewczyn zebrała się na zaproszenie na bal, zatrzepotałby rzęsami i zapytał “kto? ja”. Chciał iść z Evy i właśnie próbował skierować rozmowę na temat balu, żeby móc ją oficjalnie zaprosić.
– No więc… Masz już sukienkę?
Evy pokręciła głową, patrząc na swój kocyk.
– Powinnaś mieć. To już za tydzień.
Evy mruknęła coś pod nosem, po czym odchrząknęła i powtórzyła głośniej:
– Ale ja nie idę.
– Nie? Dlaczego?
Przez chwilę milczała, po czym zerknęła na niego, a następnie przeniosła wzrok gdzieś na dywan.
– Bo nie mam sukienki – odpowiedziała. W jej głowie była to o wiele lepsza odpowiedź niż “bo nikt mnie nie zaprosił”.
– Och. Czy to znaczy, że ktoś zaprosił cię przede mną? – wypalił Amos, który nigdy nie był dobry w gryzieniu się w język.
Evy szybko i zdecydowanie pokręciła głową.
– Czyli znaczy czy nie znaczy?
– Nie znaczy? – powiedziała Evy, której ton był jednak tak niepewny, że aż się prosił o znak zapytania.
– Czyli ja mogę cię zaprosić i nie powiesz mi, że ktoś już cię zaprosił?
Len westchnęła ze zniecierpliwienia. Tak, była przy tym Len, która zajmowała się zaplataniem Evy warkoczyków.
– Może szybciej? – poprosiła. – I bez kręcenia głową.
Evy skuliła się w sobie, bo czuła się zestresowana faktem, że dwie osoby coś od niej chciały. Uznała jednak, że skupi się na udzieleniu odpowiedzi Amosowi:
– Tak – powiedziała z wysiłkiem.
– Evy, pójdziesz ze mną na bal?
– T-tak – powtórzyła z jeszcze większym wysiłkiem i uśmiechnęła się lekko.
I wtedy Amos zrobił coś, czego nie powinien był zrobić dla dobra Evy, oczywiście, bo przecież wszystkie kobiety w tym pomieszczeniu poprzysięgły sobie przez niego, że wyprują z niej flaki. Pocałował ją. I to pomimo okrzyku obrzydzenia Len.
Evy była rozdarta wewnętrznie, bo jednocześnie ją to zaskoczyło, speszyło, ucieszyło i przestraszyło. Na szczęście nie dane jej było słyszeć zgrzytania zębów, które dobiegło z kąta, w którym siedziała Małża. Bran poklepała Małżę po plecach.
– Kiedyś tam będziesz ty.
– Jaaasne – mruknęła Małża.
– Jasne, że jasne. Niby co takiego on w niej widzi?
– Nie mam bladego pojęcia. Ale najwyraźniej coś, czego żadna z nas nie ma – odpowiedziała, zerknając na równie przygnębioną Len.
– Tak. Odrobina szczęścia.
Małża zmrużyła oczy i przyglądała się uważnie Evy, która teraz ściskała swój kocyk.
– Nie – powiedziała nagle, jakby przyszedł jej do głowy genialny pomysł. – Ona ma kocyk.
Bran popatrzyła sceptycznie.
– No ma. Myślisz, że Amos leci na kocyki?…
– Może to jakaś trauma z dzieciństwa, nieważne.
Spojrzenie Małży mówiło, że zabije każdego, kto śmie zasugerować, że to nie kocyk jest kluczem do sukcesu, więc Bran niezobowiązująco pokiwała głową.
– Poczekaj tu – powiedziała Małża i pobiegła do dormitorium.
Po chwili wróciła ze sporych rozmiarów kocem, który położyła sobie na kolanach i zaczęła poprawiać czy głaskać w sposób niemal lubieżny, o ile można lubieżnie głaskać koc. To było naprawdę niepokojące.
– Nie sądzisz, że wystarczyłoby tylko odrobinę cierpliwości? To sportowiec. Evy mu się znudzi.
– To zwiększy moje szanse – odpowiedziała Małża, patrząc to na Amosa (który nadal patrzył na Evy), to na Len (która wyglądała na poirytowaną, że sama na to nie wpadła).
– Małż, przemyśl to jeszcze raz, proszę.
– Nie, nie, przecież to świetny pomysł – odpowiedziała z uśmiechem. – Do balu jeszcze został jakiś tydzień, prawda? Może się udać.
Bran westchnęła. Świetny czy nie świetny, ten pomysł zupełnie jej się nie podobał.

Advertisements
Chapter 31 (Cam, Amelia, Holly, Karacha, Marta, Małża, Bran, Len, Evy)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s