Chapter 30 (Kicia, Pe, Tibby, Tilly, Hestia, Szinga)

Kicia była naprawdę zmarnowana. Unikała Lemoty już od wczoraj. Zabijało ją to od środka. Kicia ogólnie była dość żywotną osobą, toteż zabijanie – nawet od środka – zupełnie jej nie odpowiadało. Żadna ilość czekolady nie zmieniała tego stanu rzeczy.
– Nie martw się, kocie, coś wymyślimy – pocieszała ją Pe, która w obliczu takiej tragedii traciła trochę na swojej gadatliwości.
– Ale ja nie wiem, co mam zrobić – powiedziała smętnie Kicia.
Pe się zamyśliła. Chciała jej pomóc opracować genialny plan.
– Kup rękawicę sokolnika. Wiesz, kiedyś czytałam, że mugole tak rozwiązują problemy, kupują rękawicę sokolnika i idą do parku, bo może przyleci do nich sokół albo znajdą dziewczynę, znaczy bardziej chodzi im o dziewczynę, ale sokół też jest fajny, znaczy nie mówię, że potrzebujesz dziewczyny albo sokoła, ale… wiesz, gdybyś jakiegoś miała, to możesz mi oddać, sokoły na pewno są fajne, skoro śpiewa się o nich piosenki! Hej! Hej! Heeeej, sokoły…!
– Ale…
– Oooomijajcie góry, lasy, doooooły…! Zaraz, ale jak to leciało dalej? Kicia, ty przecież masz zespół, powinnaś wiedzieć, to jest muzyka, prawda? Ja uwielbiam muzykę, gdyby tylko muzyka była przystojnym facetem, to by było coś, ale mogę ją też uwielbiać inaczej, chociaż o wiele bardziej bym ją uwielbiała, gdybym była w zespole. Nikt mnie nie kooocha!
Pe pociągnęła nosem.
– Z kim idziesz na bal? – spytała nagle Kicia. Tak o. Skojarzyło jej się.
– Na bal? – zapytała Pe. W jej spojrzeniu czaiło się szaleństwo. – Będzie jakiś bal? Czemu ja nic nie wiem? Kiedy?
– Na święta…
– Naprawdę? Ojej! – Spojrzała na Kicię uważnie. – A z kim ty idziesz? Z kim ja idę? Z kim idzie każdy, jest jakaś lista, został ktoś wolny, o Merlinie, SUKIENKA! Masz sukienkę? Czy ja mam sukienkę? Czy ktokolwiek ma sukienkę? Znaczy na ten bal się idzie w sukienkach, prawda? Skąd wziąć sukienkę?
– Zaprosił mnie Syriusz Black – Kicia wyszeptała tak cicho, że Pe musiała naprawdę przestać na moment mówić, by to usłyszeć.
– O nie, to znaczy, że nie pójdzie ze mną. Myślisz, że by poszedł? O, wiem, może pójdzie z nami obiema, co? To by było fajne, tylko musiałbyśmy mieć inne sukienki, bo wtedy przestałoby być fajnie. – Pe się zamyśliła. – Czemu jesteś smutna, skoro cię zaprosił? Chyba mu nie… odmówiłaś?
– Lemot będzie smutna.
– Nie zaprosił jej? A, no tak, nie zaprosił, skoro zaprosił ciebie. Możemy ją też zaprosić, pójdziemy z nim we trzy!
– Nie nie wiem, czy…
– Nie, nie, nie, nie możesz nie wiedzieć, bo zobacz, to jest bardzo proste. Syriusz jest zawsze otoczony wielbicielkami i wielbicielami, ale z przewagą wielbicielek, bo wielbiciele brzmią trochę podejrzanie, a to w końcu Hogwart, porządna szkoła i tutaj nigdy nic podejrzanego się nie dzieje. Pomijając animagów, jakieś wielkie węże, mnóstwo duchów, eksplodujące kominki i inne takie, ale poza tym to nic podejrzanego. No więc Syriusz jest do tego przyzwyczajony, a nie powinnyśmy go odzwyczajać, bo to źle wpłynie na jego ten, no, komfort psychiczny. Niech się dobrze czuje na tym balu, a kto zapewni mu lepsze samopoczucie niż trzy takie dziarskie dziewoje, hue hue, jak my! Myślę, że to jest genialne, nie myślisz, że to jest genialne? A w ogóle, to gdzie my jesteśmy, bo pić mi się chce i poszłabym do kuchni, ale ostatnio mnie skrzaty wyrzuciły, wiesz, ta sprawa z kominkiem, ale to nie była moja wina i w sumie możemy uznać, że ona się nie wydarzyła, bo prawie nie ma świadków, i ja wiem, że skrzaty musiały to sprzątać, ale ja nie chciałaaam!
Kicia czuła się przytłoczona nie tylko swoją niefortunną decyzją, ale i monologiem Pe. Dlatego nastała cisza. Cisza, która ciszą być powinna, w końcu biblioteka to nie miejsce do tego, by…
– O czym tak milczycie? – spytała Tibby, która pojawiła się deux ex machina, by dialog nie umarł z powodu śmierci emocjonalnej Kici.
– O tym, że ja, Kicia i Lemot idziemy na bal z Syriuszem, co jest świetnym pomysłem, nawet jeśli Kicia tego jeszcze nie powiedziała, ale wiem, że Kicia tak myśli, bo Kicia mnie kocha, więc musi tak myśleć. Tylko się martwię sukienką, bo ja nie wiedziałam, że bal będzie i nie mam sukienki, bo nikt mi nie powiedział. W sumie widziałam, że ludzie z Hogsmade wracali z sukienkami, ale nie wiedziałam dlaczego, bo to trochę dziwne, żeby tak spontanicznie kupować sukienki, nawet Sylv kupiła, więc to musiało być coś dziwnego, ale pomyślałam, że może to znowu jakieś zaklęcie, jak z tymi wężami, przy których mnie nie było, ale mi opowiedziała i strasznie szkoda, że mnie nie było, ale bardziej szkoda, że mnie na tych zakupach nie było, bo przydałaby mi się sukienka, skoro już we trzy idziemy z Syriuszem. A ty?
Pe uśmiechnęła się szeroko i patrzyła wyczekująco na nieco przestraszoną Tibby.
– Chyba… Chyba z takim Gryfonem z siódmego roku.
– Przystojnym? – zapytała Pe, ale było to pytanie raczej konwersacyjne. Nie wyglądała, jakby chciała wprosić się i do tej pary. – A jaką masz sukienkę? To znaczy o ile masz? Bo chyba wszyscy mają i to niedobrze, bo naprawdę nie wiem, co mam zrobić, bo skrzaty się na mnie obraziły, więc na nie wolę nie liczyć, a przecież jej nie przetransmutuję, prawda? Ooo, może ktoś przetransmutuje ją za mnie, w sumie to by było tańsze, ale nie, ja wcale tego nie powiedziałam.
– Może kupimy je razem?
– Znaczy się nie jesteś dobra z transmutacji? – zmartwiła się Pe. – Kicia, a ty?
Kicia uparcie milczała. W świecie Kici nie było sukienek. W świecie Kici wszystkie sukienki zostały jej odebrane za karę, bo przecież jak się samemu kradnie, to trzeba się liczyć z tym, ze ciebie też ktoś prędzej czy później z czegoś ogołoci.
Pe ją przytuliła.
– Ale będziemy się świetnie bawić. Chciałabym niebieską sukienkę, taką zwiewną. Albo może lepiej zieloną i bardziej obcisłą? Ale nie wiem, czy obcisła to dobry pomysł, jak myślisz, Kiciu? I w sumie zielona to taka Slizgońska jest, a ja nie jestem Ślizgońska, w sumie może powinnam mieć żółtą, ale nie chcę żółtej. Mogłabym się ewentualnie na pomarańczową zgodzić, ale wszyscy pewnie pójdą w jakichś innych kolorach, więc to może nie jest najlepszy pomysł, chociaż przynajmniej bym się wyróżniała. Ale wiesz, jeśli ty pójdziesz w zielonej, a możesz, bo jesteś Ślizgonką, to ja mogę w pomarańczowej, bo to takie kontrastowe. Co kontrastuje z zielonym i pomarańczowym? Bo przecież musimy jakoś ubrać Lemotę, prawda? No i nie wiem, jaką szatę wyjściową ma Syriusz, może nam zepsuć cały pomysł, musisz go powstrzymać, Kiciu, natychmiast, póki nie jest za późno! Cały świat na ciebie liczy!
Kicia podniosła się. Chyba nie mogła tego już dłużej znieść.
– Idziesz mu to powiedzieć? – zapytała z nadzieją Pe. – Bo jeśli tak, to możesz też…
Ale nie dokończyła. Kicia jej brutalnie przerwała. Może nie dlatego, że Kicia była osobą brutalną, ale po prostu Pe nie dało się łagodnie przerwać.
– Nikt więcej z nami nie idzie. Idę ja i on. Kropka. Przestań tyle mówic, Pe. To boli w uszy.
Pe pociągnęła nosem i zrobiła minę właściwą wszystkim zagubionym w czasie śnieżycy szczeniaczkom.
– To z kim ja idę?
– Zaproś sobie kogoś i daj mi pocierpieć w miczelniu.
– Ale kogo?
Pe nadal była zagubiona i był do doprawdy łamiący serce widok.
– Może Petera?
– Jakiego Petera? Znam jakiegoś Petera? – zdziwiła się Pe. – Znów ktoś mi o czymś nie powiedział?
Tibby, bo to ona rzuciła genialnym pomysłem Peterowym, uściśliła:
– Glizdogona. Tego od Huncwotów.
Pe spojrzała na nią z niedowierzaniem i przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnowała i powiedziała coś innego:
– Ale co z sukienką? Bo nic mi nie mówicie, skąd ja mam wziąć sukienkę? I jaką sukienkę, bo wcześniej myślałam, żeby pomarańczową, ale skoro nie idę z Kicią, to może jednak niebieską?
– Pójdźmy razem na zakupy? – ponowiła swoją prośbę Tibby.
– Dobra, idźmy! Ale pomożesz mi wybrać kolor, prawda? Bo ja naprawdę nie wiem. – Pe zrobiła smętną minę.
– Jasne, że tak. Zobaczysz, będzie świetnie.

***

Nie było. Przynajmniej nie tam, gdzie aktualnie znajdowała się Tilly. Co ją podkusiło, by chodzić na te głupie spotkania Klubu Ślimaka?
– Pyszczek do góry – powiedziała Hestia, która akurat Ślimaka lubiła. – Jeszcze tylko pół godzinki i możemy się zmywać.
– Aż pół godziny – poprawiła Tilly.
Wyglądała na zniecierpliwioną – w końcu mogłaby tyle rzeczy w tym czasie zrobić, ale nie, zdecydowała się przyjść i teraz ponosiła tego konsekwencje. Rozejrzała się po twarzach innych zebranych; większość była równie zniecierpliwiona i znudzona.
– Przynajmniej nie musisz rozmawiać ze Smarkiem – Hestia kontynuowała. – Zobacz, w tym tygodniu przypadł Szindze. Każdy ma swój krzyż.
– Przynajmniej można z nim porozmawiać o eliksirach – odpowiedziała Tilly, zerkając w stronę jakiegoś Gryfona, który regularnie bywał na spotkaniach, ale nie udało jej się jeszcze dowiedzieć dlaczego. Wiedziała natomiast, że nie był w stanie uwarzyć tak prostego eliksiru jak eliksiru snu, co sprawiało, że nie mogła traktować go poważnie.
– Jeśli chce się zarazić jego fryzurą…
– Fryzury nie są zaraźliwe – stwierdziła z przekonaniem Tilly. – Ale gdyby miał jakąś śmiertelną chorobę, to…
– Łupież?
– Nie jest śmiertelny, chociaż na pewno denerwujący.
Hestia wzruszyła ramionami. Sama nie podeszłaby do Smarka, ale…
– Jak ci to tak nie przeszkadza – powiedziała z wyrzutem – to proszę, leć ratować Szingę. A ja w spokoju zjem ciasteczka. Ale, uwaga, jeśli coś złapiesz, nie leć do mnie z płaczem.
Tilly wstała.
– W porządku, pójdę i udowodnię ci, że przez rozmowę nie da się niczym od niego zarazić. I zostaw mi parę ciasteczek.
Ulga, która odmalowała się w oczach Szingi, gdy zobaczyła nadchodzącą Tilly, była wręcz nieopisana.
– Cześć… Krukonko, oto mój kolega, znaczy się Książę. Książę Krukonka – powiedziała szybko. – Na pewno się zaprzyjaźnicie, a teraz wybaczcie, wzywają mnie Sprawy Niezwykłej Wagi. Pa!
Tilly uniosła nieco brwi, bo Ślizgonka oddaliła się w naprawdę ekspresowym tempie, po czym spojrzała na Severusa.
– Cześć – powiedziała uprzejmie.
Severus milczał, co w jego przypadku nie było szczególnie niepokojące. Tilly nie chciała jednak zrazić go do siebie ani spłoszyć, więc nie popadała w słowotok.
– Jestem Tilly – dodała, a kiedy Severus nadal milczał, wyciągnęła rękę. Dla dobra nauki, rzecz jasna; udowodni Hestii, że nawet przez podanie ręki nie zarazi się łupieżem.
Jednak nie spotkała się z żadną reakcją. Severus zdawał się bardziej płochliwy od tchórzofretek.
Tilly opuściła rękę i postanowiła zostać przy próbach nawiązania kontaktu werbalnego:
– Od dawna przychodzisz na spotkania u Ślimaka?
Pokręcił głową.
Przynajmniej była to jakaś reakcja. Tilly postanowiła trzymać się krótkich wypowiedzeń zakończonych pytajnikiem.
– Z powodu eliksirów, prawda? – Przez moment milczała, ale zanim Severus zdążył pokiwał głową, dodała: – Słyszałam, że potrafisz uwarzyć wszystko. To naprawdę imponujące, bo większość uczniów w ogóle nie zwraca uwagi na to, jak ważne są eliksiry.
– Słuchaj – Snape niespodziewanie się odezwał. – Czego ty ode mnie chcesz?
Tilly była bardzo zadowolona, że udało jej się go zmusić do odezwania się. Postanowiła kontynuować:
– Chciałam porozmawiać – odpowiedziała, a kiedy zdała sobie sprawę, że nie zawierało to pytajnika, najwyraźniej kluczowego w kontaktach z Severusem, dodała: – Możemy pogadać o eliksirach?
Nie żeby eliksiry były jej najukochańszym przedmiotem, ale doceniała urok parującego kociołka. Z najwyższą uwagą kroiła i miażdżyła składniki, mieszała odpowiednią ilość razy i tak dalej. Naprawdę, podobało jej się to, ale podobała jej się też transmutacja czy zaklęcia. Uznała jednak, że te tematy zostawi na później.
– Nie wiem, kto ci o mnie powiedział, ale najwidoczniej kłamał. Ja nie produkuję eliksirów. W szczególności nie tych, o które pytasz.
– O które pytam? – powtórzyła Tilly, odruchowo dodając pytajnik. – Ale ja nie pytam o żadne eliksiry! Chciałam porozmawiać!
– Daruj sobie.
Tilly poczuła się dotknięta.
– Jestem Krukonką, gdybym chciała takie eliksiry, o jakich myślisz, że chcę rozmawiać, to bym je sobie uwarzyła – oświadczyła. – Chciałam porozmawiać o zastosowaniu oka traszki w eliksirze pieprzowym i o tym, co można stosować alternatywnie.
Snape przyglądał się jej dość podejrzliwie. Ze co ona sobie wyobraża? Tak po prostu chce pogadać? Jasne. Nikt z nim tak po prostu nie rozmawia.
Tilly przyglądała mu się z mieszaniną oburzenia (które jednak powoli z niej uchodziło) i uporu (skoro chciała z nim porozmawiać, to przecież teraz nie zrezygnuje). Co on sobie wyobrażał? Że tak po prostu sobie pójdzie. Jasne. Nikt jej nie spławia w taki sposób.
– A masz coś w zamian?
– W zamian za rozmowę? – zdziwiła się.
Kiwnął głową.
– Rozmowa nie jest czymś, co można kupić! – oburzyła się ponownie. – To dobrowolna wymiana myśli dwóch lub więcej osób, które są zainteresowanie poznaniem myśli pozostałych. Albo podzieleniem się z nimi swoimi myślami.
– A co, jeśli tylko jedna osoba jest zainteresowana?
Tilly przyjrzała mu się uważnie. Bezczelny Ślizgon, to ona do niego z okiem traszki, a on…!
– W takim razie czego chcesz w zamian? – zapytała.
– Przysługi.
– Przysługi? – powtórzyła niepewnie Tilly. W końcu to był Ślizgon, można było z nimi inteligentnie rozmawiać, ale żeby od razu wyświadczać im przysługi?
– Pójdziesz ze mną na bal.
Tilly zamrugała. Nie miała pojęcia, skąd mu to przyszło do głowy i miała szczery zamiar odmówić, ale kiedy otworzyła usta, powiedziała:
– Dobra, ale wyjaśnisz mi, o co w tym wszystkim chodzi. A potem pogadamy o oku traszki.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s