Chapter 3 (Amelia, Gagata, Tibby, Cam, Holl, Tab, Penny, Mol, Lori, Soł)

W pokoju wspólnym Gryfonów było gwarno. Nawet bardziej niż zwykle, bo wszyscy zgromadzili się wokół nowej uczennicy, żeby dokładnie jej się przyjrzeć. Nie wiadomo, czy spodziewali się, że będzie się od nich różnić tylko dlatego, że przyjechała z Francji, ale każdy chciał zamienić przynajmniej dwa słowa z Amelią, która była nieco oszołomiona całym tym zamieszaniem. Siedziała w fotelu i wcześniej, zanim wokół niej zebrał się tłumek innych uczniów, starała się nawiązać rozmowę z inną Gryfonką, która, jak się okazało, była fanką tej samej serii książek, więc miały jakiś wspólny temat. Wiadomo, wspólne tematy można było znaleźć z każdym, ale rozmowa o pogodzie na ogół nie jest kluczem do nawiązywania przyjaźni.
Część ze zgromadzonych w pomieszczeniu Gryfonów miała jednak odmienne zdanie i jeden przez drugiego pytali, czym różni się deszczowa Szkocja od Francji. Odpowiedź była dość oczywista i Amelia była wewnętrznie rozdarta: naprawdę nie chciała robić im przykrości i wskazywać, jak głupie są tego rodzaju pytania, ale jednocześnie wiedziała, że sama czułaby się głupio, gdyby odpowiadała na nie całkiem serio.
– Dosyć tego, dajcie dziewczynie oddychać! – warknęła w końcu jej rozmówczyni i przyszła przyjaciółka.
– Dziękuję, Gagato – powiedziała Amelia, która kończyła imieniem dziewczyny każdą wypowiedź (bo tylko w ten sposób mogła się go nauczyć). – Jesteś dla mnie niezwykle miła, Gagato.
– Och, przestań, trzeba sobie przecież pomagać, nie?
Gagata puściła do niej oczko. Wiecie, taka z niej była dobra dusza. Zawsze chętna do integracji. Zresztą, ostatnio czuła się w Gryffindorze trochę wyizolowana. Jej też przydałaby się jakaś dobra dusza.
Gdyby nie była taka…
No dobrze, dobrze, to było udawane budowanie napięcia. Nie mamy czasu na napięcie, tyle się dzieje! Dlatego w skrócie opowiemy wam o tym, co wydarzyło się w zeszłym roku, a co sprawiło, że Gagata została na chwilę wykluczona ze ścisłego kręgu Gryfońskiego i szukała oparcia u nowej. Zakochała się. Powiecie – to normalne. Ale ona zakochała się w Jamesie Potterze. Powiecie – to jeszcze normalniejsze, nie? Cóż. Będziecie mieli rację, zapewne, jednak to, co zrobiła ze swoją miłością do normalnych już nie należało. Złamała protokół. Tak, istnieje protokół towarzyski na bycie zakochaną w Jimie. Protokół ten zakłada nie przyznawanie się do tego nigdy w życiu. NIGDY PRZENIGDY. Gagata protokół ten złamała. I chociaż dostała w podzięce buziak w czółko i standardowe “nie psujmy naszej przyjaźni, co?”, straciła poparcie całego domu.
Ale wróćmy do tu i teraz.
Francuzka naprawdę Gagatę lubiła. Czuła, że zostaną bratnimi duszami. Wiecie, jak Ania i Diania w Ani z Zielonego Wzgórza. Albo jak… Nieważne. Ważne, że zaufała jej od pierwszego spojrzenia.
– Gagato, a mogę cię o coś spytać? Czy też będzie to z mojej strony zbyt śmiałe, Gagato? – w swym pytaniu o to, czy może zapytać, zadała dwa pytania.
– Jasne.
Gagata uśmiechała się do niej przyjaźnie.
– Kim jest ten zabójczy chłopak w rogu, Gagato?
Amelia uśmiechnęła się nieśmiało i – już śmielej – machnęła brodą w kierunku Syriusza Blacka. Gagata była niemal pewna, że chodzi o niego. Westchnęła. Gdyby ktoś wpadł na pomysł, żeby Stowarzyszenie Wielbicielek Syriusza Blacka stało się oficjalnym kołem zainteresowań w Hogwarcie i wymagało płacenia składek, to byłoby najliczniejszym i najbogatszym klubem. Członkinie (i kilku członków – nie było wątpliwości, że znalazłoby się też kilku przedstawicieli płci niepięknej, którzy byli Syriuszem zainteresowani) mogłyby nosić takie śmieszne znaczki przy szatach i wymieniać się tajnym uściskiem dłoni. Gagatę to bawiło głównie dlatego, że sama do tego Stowarzyszenia nie należała i nie spodziewała się, żeby w najbliższym czasie ogarnęła ją przemożna chęć zasilenia jego szeregów.
– Syriusz Black – odpowiedziała Amelii. – Jeśli naprawdę cię interesuje, powinnaś ustawić się w kolejce.
– Kolejce, Gagato? – spytała zdziwiona, choć przecież dziwić się nie należało, wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć, dlaczego żadne serce nie było przy nim bezpieczne.
– Myślę, że nie ma w Hogwarcie ani jednej dziewczyny, która nigdy w życiu nie wyobrażała go sobie pod prysznicem – usłyszały głos za ich plecami.
Amelia przestraszyła się, wszak nie znała tutaj nikogo i nie wiedziała, komu może przyznać się do swojej sympatii. Gagata była całkowicie spokojna. Głosem była wszak Cam, a Cam – jako najbardziej niezależny i nie przystający do żadnej frakcji element Gryffindoru – była zupełnie nieszkodliwa.
Razem z Cam, która rozsiadła się wygodnie na fotelu tuż koło nich, pojawiła się i Tibby. Obie dziewczyny były już na ostatnim roku i uważały się za opiekunki takich piątorocznych jak Amelia i Gagata. Wiecie, starsze, mądrzejsze, takie trochę Matki Gryffindorki.
– Myślę, że większość widziała go pod prysznicem, Cam – powiedziała Tibby, a jej wzrok stał się na chwilę zbyt rozmarzony, by pozostać przystojnym. – Pamiętasz te fotki, które pstryknęła mu Holly, a potem rozprowadzała po damskich toaletach?
Amelia poderwała się z miejsca.
– Jakie fotki? – krzyknęła entuzjastycznie.
Pozostałe dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
Amelia spojrzała na nie niepewnie. Nie była pewna, czy robią sobie z niej żarty. Wolała jednak zapytać, bo gdyby nie żartowały… cóż, miło by było takie zdjęcie mieć. Uznała jednak, że do tego tematu można wrócić, a póki co powinna ustalić ważniejszą rzecz:
– Chodzi z kimś? – zapytała, odrywając wzrok od rozmówczyń i wlepiając go w lewy profil Blacka. Powszechnie wiadomo, że lewe profile są zawsze lepsze od prawych, więc jej serce zabiło szybciej.
– Różnie. Zmienia je trochę tak, jak modele swoich mioteł – tłumaczyła cierpliwie Tibby. Jako że należała do frontu projamesowego, niespecjalnie interesował ją Black. Ale, oczywiście, gdyby trafiła się okazja… Wciąż miała pod poduszką jedno z tajemniczych, podprysznicowych zdjęć. – Chociaż i tak wszyscy wiedzą, że leci na Holly. Takie końskie zaloty. Przystawia się do niej od lat.
Faktycznie, była tam i Holly, dopiero teraz Amelia ją zauważyła. Black skakał naokoło niej jak francuski piesek. Tu pociągnął za warkoczyka, tu przypadkiem złapał za kolanko. Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? Odpowiedź była prosta. Syriusz Black zajmował cały świat.
– Nie martw się, ona go nie chce – pospiesznie dodała Gagata. – On też zresztą leci na nią tylko dlatego, że nie może jej mieć. Cień sympatii z jej strony i zostawi ją jak każdą inną.
– To… zupełnie popaprane! – orzekła Amelia, która całkiem wygodnie zapomniała, że przed chwilą chciała wejść w posiadanie zdjęcia nagiego chłopaka, którego formalnie jeszcze nie poznała.
Znów zerknęła na Syriusza, który, niestety, ani trochę nie zbrzydł, odkąd ostatni raz na niego patrzyła. W sumie trudno zbrzydnąć w kilka sekund bez użycia jakiejś złośliwej klątwy, a tych nikt w pokoju wspólnym nie rzucał.
– Życie jest popaprane – zakończyła rozmowę Cam.
Zapadła cisza. Prawdy życiowe mają to do siebie, że wywołują ciszę głęboką i pełną zadumy. Nie da się czegoś takiego powiedzieć i kontynuować podróży przez ten jazgot wszechświata. Trzeba się trochę, no, pozastanawiać.
Więc zastanawiały się. Głównie nad tym, jak Syriusz wygląda pod prysznicem.

***

U Ślizgonów nie było tak gwarno. W sumie nie wiadomo czemu – może zieleń tapicerki wszystkich uspokajała, może widok jeziora. A może po prostu wszyscy porozłazili się po zamku czy po dormitoriach, żeby ograniczyć czas spędzany w pokoju wspólnym. Nie żeby mieszkańcy Domu Węża nie byli towarzyskimi stworzeniami, a skąd. Nikt nie nazwałby ich co prawda lwami salonowymi, ale tylko dlatego, żeby ich nie urazić. A, przyznacie, węże salonowe to jednak nie to samo.
W każdym razie po pomieszczeniu rozproszonych było kilka grupek, niespecjalnie zainteresowanych sobą nawzajem. Jedna, szczególnie duża, siedziała przy kominku. Lori skuliła się w fotelu i czytała o tragicznych skutkach eliksiru wielosokowego, które jakiś mugol opisał w czymś, co nosiło tytuł “Grażyna”. Żeby jednak nie zdradzić się ze swoim literackim gustem, zakrywała okładkę podręcznikiem. Obok niej siedziała Soł, skupiona na trzaskającym wesoło ogniu.
– To nie ma sensu – stwierdziła w końcu, prawdopodobnie mając na myśli coś związanego z kominkiem. Nie rozwinęła tej myśli jednak, wiec z rónym powodzeniem mogło jej chodzić o przemyt skrzydeł much siatkoskrzydłych.
Całkiem niedaleko ich siedziała kolejna grupka – Tabby, Penny, Regulus i Barty. Tak jak Regulus i Barty byli nierozłączni, tak nierozłączni byli też Penny i Regulus, jak również nierozłączne były Tabby i Penny. To, przez jakieś dziwne prawo logicznej transpozycji, sprawiało, że nierozłączni byli również Tabby i Barty. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie fakt, że obydwoje nie znosili się jeszcze bardziej niż nie znosili Gryfonów, radości i śpiewu skowronków. Dlatego też siedzieli po przeciwnych stronach Panny i Regulusa – Barty po regulusowej stronie, oczywiście, a Tabby po stronie Penny i starali się ignorować swoją egzystencję.
– Co nie ma sensu? – spytała Tabby, którą od Soła dzieliło zaledwie kilka kroków, stąd też bardzo dobrze słyszała jej wyznanie. Tabby nie wcinała się zwykle do cudzych rozmów, ale jeśli mogła znaleźć sposób na zatrzymanie crouchowego jazgotu, czyniła to bez względu na konsekwencje.
– Ten kominek – odpowiedziała Soł, odrywając od rzeczonego przedmiotu wzrok i przenosząc go na Tabby. – Jesteśmy mroczni i źli, tak? Mieszkamy w lodowatych lochach i co chwilę marzną tam stopy, tak? Kałamarnica czasami nam macha przez okno, tak? Dlaczego dali nam kominek i jak on może w tych chłodzie w ogóle… – tu najwyraźniej zabrakło jej słów i znów przeniosła wzrok na wesoło strzelające płomienie. – Wcale nie jest od niego cieplej, to jakieś oszustwo – dodała.
Tabby zastanowiła się przez chwilę. To, o czym mówiła Soł, miało sens. Kominek zdecydowanie nie pasował do ich wizerunku. Był zbyt… ciepły. Za bardzo przywodził na myśl skowronki i szlamy. Może powinni poprosić o jego zlikwidowanie?
Jako prefekt postanowiła to rozważyć i zgłosić Ślimakowi przy najbliższej okazji.
– Taki kominek to oznaka luksusu i pozycji – wtrąciła się Penny, która na chwilę oderwała się od ściskania Regulusowej dłoni. – Czy jesteśmy mugolami, by montować tu te kal… kel…
– Kaloryfery – dokończył Barty, który, jako syn przyszłego Ministra Magii, wiedział wszystko. Nawet jak nazywają się przedziwne, mugolskie, nikomu niepotrzebne, obrzydliwe sprzęty.
– Właśnie. Więc nie marnuj swojego czasu na te idiotyczne rozmyślania, Soł. Proszę.
Soł pokiwała głową i odwróciła wzrok od kominka, jakby liczyła na to, że zniknie, kiedy nie będzie na niego patrzeć. Zamiast tego, zerknęła w stronę Lori, która z wypiekami na twarzy powtarzała pod nosem “Bo wiem Witołda, że z wojskami stoi”, najśliczniejszą pozałacinną realizację konstrukcji ACI, jaką w życiu widziała. Była oczarowana. Była też swoim oczarowaniem trochę zawstydzona, dlatego szybko zamknęła książkę, kiedy poczuła na sobie wzrok Soł. Nie miała pojęcia, czego dotyczyła tocząca się rozmowa, bo w jej głowie nadal pobrzmiewały wdzięczne rymy i zawadiackie konstrukcje zdaniowe.
Zanim jednak przedstawiono Lori argumenty za– i przeciwkominkowe, na scenę wkroczyła jeszcze jedna osoba. Bardzo malutka, powiecie, jak na zamieszanie, które wokół siebie wytworzyła – była to bowiem Mol, metr sześćdziesiąt bez odrobiny, opadająca na miejsce pomiędzy Bartym i Regulusem z gigantycznym westchnięciem.
Barty automatycznie próbował objąć ją ramieniem, ale został odtrącony. Wierzcie lub nie, Mol nie była wielbicielką jego słomianych włosów i ciętego dowcipu. Tak, tak, ja też uważam, że to oburzające.
Przyjęła jednak ramię Regulusa, swojego kolegi, którego traktowała jak przyszłego męża swojej starszej siostry. Bo Penny, wiecie, była dla niej jak starsza siostra, której nigdy nie miała.
– Wilkes nie przyszedł, co? – Reggy spytał z troską. Pytał o to za każdym razem. Aż dziw, że mu się jeszcze nie znudziło.
– Powiedział, że ma coś do załatwienia z Rosierem.
Tak było za każdym razem. Umawianie się z Persusem Wilkesem było niezwykle kłopotliwe. W szczególności, że Mol wiedziała, jak bardzo Persusowi na niej nie zależy, że on robi to tylko po to, by wzbudzić zazdrość w tej… tej… Tej wywłoce, co to ją sobie oboje z Rosierem upodobali. Ale uparła się, że będzie się go kurczowo trzymała. Nie, nie z miłości. Dla władzy i pieniędzy.
– Molly, czy ty kiedykolwiek zmądrzejesz? – spytała Penny. – Zasługujesz na kogoś zdecydowanie lepszego. Przecież wiesz, że z tego pieca chleba nie będzie.
– No i?
– Odpuść go sobie w końcu.
Mol prychnęła, bo wykładanie całej ideologii przemawiającej za nie-odpuszczaniem-go-sobie było zbyt długie. Prychnęła też Soł, która oswoiła się w końcu z myślą, że obecność kominka w pokoju wspólnym pozostanie dla niej tajemnicą na zawsze. Lori też była bliska prychnięcia – ot tak, dla towarzystwa – ale uznała, że jednak się powstrzyma. Nie chciała zwracać uwagi na siebie i swoją “Grażynę”.
– Nie prychaj na mnie, nie jesteś kotem – Penny zabrzmiała władczo.
– Ale prychanie jest świetną formą komunikacji – zaoponowała Molly. Po czym westchnęła raz jeszcze, jakby z tym westchnięciem chciała pozbyć się wszystkich zmartwień i frustracji, które się w niej nagromadziły.
– Towarzysko niepoprawną.
Mol, uznawszy, że nie ma sensu bronić tego prychnięcia, ponownie westchnęła. W końcu westchnienia były równie dobre i w nieco lepszym tonie, prawda?
Czuła się umiarkowanie nieszczęśliwa. Nie bardzo nieszczęśliwa, nie przesadzajmy, ale zdecydowanie mogłaby poprawić sobie nastrój zakupami. Tyle tylko, że w Hogwarcie nie było żadnych sklepów, ani jednego, co rujnowało jej nastrój jeszcze bardziej. Mol była pewna, że gdyby znalazła wyjątkowo ładne pantofle albo chociaż jakąś ładną marynarkę, to jej świat od razu stałby się lepszy i nawet myśli o Wilkesie nie mogłyby go zniszczyć. Ale nic z tego! Ani pół pantofla, ani guzika od marynarki! I jak tu nie wzdychać?
Czyjaś ręka poklepała ją współczująco po ramieniu, co sprawiło, że poczuła się odrobinę lepiej. Na ogół po takim zawodzie cały wieczór była trochę smutna i niemrawa, ale może w końcu dopadła ją siła przyzwyczajenia i do tego stopnia uodporniła się na zawód sprawiany jej regularnie przez Wilkesa, że smutek był o połowę mniejszy i zostało tylko wzdychanie. Z drugiej strony, zastanawiała się, czy gdyby próbowała spotkać się z nim co – dajmy na to – piątek i on co piątek by nie przychodził, a ona co piątek byłaby smutna, to czy byłaby smutna także w piątek, w który nie próbowałaby się z nim spotkać? Szybko się otrząsnęła. Nie, nie, takie myśli w prostej linii prowadziły do rozważań kominkowych. Albo czegoś jeszcze gorszego.
– Czy coś mnie minęło? – Lori postanowiła się jednak odezwać. Niewiedza ciążyła jej. Bo, wiecie, Lori była ciekawska. Czasem aż za bardzo.
– Kartagina nie upadła – opowiedziała jej Tabby, a Lori zrozumiała, że rozumie jeszcze mniej niż gdy nie rozumiała.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s