Chapter 27 (Kicia, Soł, Etka, Zielon, Tilly, Hestia, Tilly, Mi, Morela, Aniołak, Kon)

Kicia nerwowo biegała po lochach. Obudziła się pięć minut temu z planem tak genialnym, że musiała go zrealizować, nie bacząc na to, że wciąż jest w piżamie. Tyle że gdzie podziali się wszyscy, którzy byli jej potrzebni?
Nikogo jednak nie było w pobliżu, możliwe, że dlatego, że większość uczniów w tym czasie była gdzieś między salami lekcyjnymi a Wielką Salą; w lochach można było spotkać tylko desperatów lub zagubionych pierwszoroczniaków. Ani jedni, ani drudzy nie istnteresowali Kici, więc nie zwracała na nich większej uwagi. Potrzebowała ludzi utalentowanych, pewnych siebie, uroczych i obytych ze sceną. Albo przynajmniejmniej uroczych.
Nie żeby w Hogwarcie był deficyt ludzi uroczych (choć kiedy czasami rozglądała się po pokoju wspólnym i jej wzrok padał na takiego Malfoya…), ale akurat tak się złożyło, że wszyscy byli akurat tam, gdzie jej nie było. Ani trochę się to Kici nie podobało. W końcu jednak uznała, że być może – ale tylko być może – będzie miała większe szanse znaleźć kogoś uroczego i utalentowanego, jeśli wyjdzie z lochów. W końcu była pora śniadania.
– O, Sołek! – powiedziała, bo była już trochę zdesperowana. – Widziałaś gdzieś kogoś uroczego?
– Ja jestem urocza – powiedziała Soł.
– No tak, ale kogoś uroczego, kto jednocześnie nie wygląda, jakby właśnie zjadł na śniadanie worek pięciotygodniowych kotków?
Soł się strapiła. Wymagania Kici były zbyt wysokie.
– Wśród Ślizgonów?… – upewniła się.
Kicia kiwnęła głową.
– Ale przecież my mamy swoje standardy – przypomniała. – No wiesz, uśmiech nie dłużej niż trzy sekundy i w ogóle. Trudno być uroczym w takich warunkach.
Tym razem to Kicia się zmartwiła.
– Przecież prawie wszyscy jesteśmy uroczy! – zaprotestowała.
Soł zatropiła się, bo Soł w skryciu mrocznego serca była dobrym tobiaszkiem i nie lubiła martwić ludzi.
– A po co ci ten urok tak w ogóle?
Kicia się od razu rozpromieniła, bo miała genialny pomysł i strasznie chciała komuś o tym opowiedzieć.
– Bo wymyśliłam, że trzeba założyć zespół! – oświadczyła, uśmiechając się szeroko.
– A urok ma z tym wspólnego… co właściwie? – zapytała Soł, której gramatyka ucierpiała w zetknięciu z Kiciowym entuzjazmem.
– No pijar, nie? Tygrysy, psychofanki i…
Soł wzruszyła ramionami.
– Nie pomogę więc. Ja tylko na basie gram.
Kicia uważnie przyjrzała się Sołkowi. W porządku, szukała kogoś, kto na pierwszy rzut oka wydawał się uroczy i kto pasował do jej wizji, ale Soł była lepsza. Soł coś umiała.
– Okay, jesteś przyjęta – oświadczyła Kicia.
– Jestem?
– Oczywiście! Masz prawie wszystkie potrzebne kwalifikacje.
– Kurczę pieczone. Nigdy nie byłam w zespole. Są jakieś próby?
– Jasne. Muszą być próby, inaczej gdzie będziemy narzekać na to, że świat nie ma sensu, i pić piwo kremowe? – Kicia zamyśliła się na chwilę, po czym dodała: – No i ćwiczyć. Jako zespół powinnyśmy też ćwiczyć.
– Skoro tak mówisz…
Kicia pokiwała głową, a potem przytuliła Soł, która była całą sytuacją trochę zdziwiona.
– Zobaczysz, będzie fajnie. A teraz muszę znaleźć resztę zespołu.
I odbiegła, zostawiając Soła w stanie dzikiego zdziwienia.

***

Etka całkiem nie spodziewała się, że zostanie zaatakowana. Wiedziała, że chodzenie po korytarzach i łazienkach może być niebezpieczne, ale nie sądziła, by dotyczyło to Hogwartu. Zmieniła zdanie, kiedy nagle coś rzuciło się na nią z piskiem i odcięło dopływ powietrza. Atakujący nie wbił w nią jednak kłów ani pazurów, nie próbował nawet zjeść jej mózgu, co świadczyło o tym, że mógł mieć całkiem pokojowe zamiary.
– Ecia! – krzyknął atakujący, a głos miał zupełnie jak Kicia.
Właściwie to to mogła być Kicia. Etka przyjrzała się jej uważniej i, jeśli pominąć rozwiany włos i dzikie wejrzenie w oczach, a także piżamę, to była Kicia.
– Kicia! Prawie dostałam zawału!
– Ale nie dostałaś? – upewniła się Kicia. – Jesteś mi potrzebna żywa.
Ecia zastanowiła się przez chwilę.
– Nie dostałam – stwierdziła. – Szlag by to, tak się łudziłam, że zostanę zombie.
Kicia wzruszyła ramionami.
– Może następnym razem. Póki co możesz dołączyć do mojego zespołu!
– Do czego?
– Zespołu. Muzycznego. No wiesz, alternatywny styl życia, próby, piwo kremowe, muzyka… – wyjaśniła Kicia, a kiedy poczuła, że to za mało, dodała: – Soł już się zgodziła!
Wszystko działo się tak szybko, że mózg Eci – nienawykły wszak do takiego tempa – trochę nie nadążał.
– Zgadzasz się, prawda? Przecież to taki świetny pomysł. – Kicia zamrugała oczami i usmiechnęła się uroczo.
Na wszelki wypadek, zanim Ecia zdążyła jej odpowiedzieć – znowu uciekła.

***

Znalezienie czwartej osoby do zespołu nie było juz tak proste. Oczywistym wydawało się, że zespół musiał być w pełni Ślizgoński; Kicia odwiedziała więc niemal wszystkich znanych jej Ślizgonów, ale albo nie byli wystarczająco uroczy lub utalentowani, albo odmówili jej w sposób brutalny i łamiący serce.
– Poważnie? – powiedziała na przykład taka Penny, a jej oczy mówiły: czy ty, śmiertelniku, naprawdę uważasz, że bogowie zniżają się do takich rozrywek?
Z drugiej jednak strony trzy to za mało – każdy szanujący się zespół ma czterech członków. Próbowała podpytać Ecię lub Soła, ale wyjątkowo nigdzie nie mogła ich znaleźć. Dlatego też w akcie desperacji udała się nad jezioro, by tam utopić… znaczy, przemyśleć wszystko.
Nad jeziorem było pełno Puchonów czy Gryfonów – ludzi, których wcale a wcale nie potrzebowała i w ogóle najlepiej by było, gdyby się koło niej nie kręcili. Nic z tego, większość z nich była dobrze wychowana i witali ją przyjaźnie, kiedy szła przez błonia. Parę osób nawet zapytało, czy coś się stało; jakby oczekiwali, że im odpowie i pozwoli, żeby stworzyli konkurencyjny zespół, też coś!
– Kiciu, a może chcesz parasolkę? – spytała ją Zielon.
– A ta parasolka umie śpiewać? – zapytała markotnie Kicia.
– No nie. Ja umiem.
Kicia przyjrzała się uważnie Zielonowi. Obejrzała ją z góry na dół, z dołu na górę i na wszelki wypadek jeszcze od lewej do prawej. Od prawej do lewej pewnie też by próbowała, ale Zielon posłała jej pytające spojrzenie i Kicia westchnęła.
– Jesteś w stu procentach Gryfonką – stwierdziła po tych dogłębnych oględzinach.
– I?
– Potrzebuję śpiewających Ślizgonów.
To faktycznie był problem. Nawet Zielon to widziała. Co jednak…
– A gdybym się przebrała? Mam nawet taką srebrną parasolkę…
– Parasolka raczej nie odwróci niczyjej uwagi – powiedziała i zamyśliła się na chwilę. – Masz perukę?
Pokręciła głową.
Kicia się zamyśliła. Jej ślizgoński zespół potrzebował wokalistki, a jeśli żadna inna nie była chętna, to mogłaby się pogodzić z myślą, że będzie to Gryfonka. Problem w tym, że jej gryfońskość psułaby image. Bez peruki nie da rady. W końcu w filmach ludzie, którzy mieli perukę, nigdy nie zostawali rozpoznani.
– Kto może mieć perukę? – spytała więc.
Zielon nie wiedziała. W końcu to nie tak, że ktoś w Hogwarcie prowadził ewidencję ludzi posiadających peruki.
– Może da się coś przetransmutować w perukę? – zapytała.
– Ja nie umiem. Jestem noga z transmutacji.
– Mogę spróbować, ostatnio nie szło mi źle – powiedziała Zielon. – A właściwie po co mi peruka i jak ma wyglądać?
– Żeby nikt cię nie poznał, nie?
Zielon się zamyśliła. Nie była pewna, czemu nie może występować bez peruki i nawet chciała o to zapytać Kicię, ale potem przypomniało jej się, jak niewiele okazji do śpiewania trafiało jej się w Hogwarcie i postanowiła nie zaglądać darowanemu jednorożcowi w zęby.
– W porządku – zgodziła się. – To kiedy mogę śpiewać?
– Odezwę się – Kici podobała sie stylistyka konspiracji.
Zielon pokiwała głową, a potem odprowadziła wzrokiem odchodzącą Kicię. Kici spodobała się bowiem nie tylko konspiracja, ale także dramatyczne wyjścia.

***

Tymczasem w innej części zamku to Krukoni przejmowali władzę nad światem. Nie znali się może na przejmowaniu władzy przy użyciu przemocy, ale w kwestii przejmowania czegokolwiek przy użyciu zdobytej wiedzy – nie mieli sobie równych. A wiadomo, że Krukoni mieli tyle wiedzy, że mogliby ją sprzedawać na kilogramy, a i tak zostałoby im o wiele za dużo. Dlatego właśnie postanowili wykorzystać swoją wiedzę do celów innych niż rozwiązywanie krzyżówek w Proroku Codziennym.
Przewodniczyła im Tilly, pani fizyki, i Hestia, pani zdrowego rozsądku. Wokół nich siedzieli pomniejsi Krukoni, którzy nie byli jeszcze paniami ani panami niczego konkretnego, ale chcieli, o tak, bardzo chcieli.
– To co właściwie robimy? – zapytała Aniołak.
– Zakładamy barierę antymagiczną na stadionie.
Wśród Krukonów przetoczył się pomruk aprobaty, ktoś nawet zaczął coś skandować, ale było to tak niekrukońskie, że zaraz go uciszono.
– Jak się za to zabierzemy? – zapytała Morela.
– Normalnie. Różdżkami – odpowiedziała jej Aniołak, która nagle poczuła się ekspertem.
Morela się skrzywiła, ale nie przyszła jej do głwoy riposta mądrzejsza niż “no przecież wiem”, a to wcale nie była dobra riposta. Dlatego milczała i patrzyła na Tilly i Hestię.
– A co to ma wspólnego z podbijaniem świata? – spytała jednak po chwili, bo nie umiała tak długo milczeć.
– To pierwszy krok – odpowiedziała Kon, której ktoś obiecał, że jak podbiją świat, to będzie mogła mieć własnego mugola albo kilku. A Kon się to podobało.
– Ale czemu? Zakładamy tu bazę czy co?
Tilly westchnęła.
– Po ostatnim wypadku Lemoty uznałyśmy, że pierwszym punktem programu byłoby utrzymanie wszystkich Krukonów w jednym kawałku.
– A poza tym bazy są fajne – powiedziała Mi. – Możemy robić rysunki na ścianach, opracowywać plany i piec ciasteczka.
Mi nie było przy ostatniej katastrofie ciasteczkowej, w której brała udział Pe, i trochę jej było z tego powodu przykro. Aniołak, która była obecna, na wszelki wypadek zaczęła rozglądać się za wyjściem, gdyby w razie ktoś zaczął już, teraz piec jakieś nieszczęsne ciasteczka.
Morela zdawała się ukontentowaną odpowiedzią. Morela też nie brała udziału w ostatniej katastrofie. Możliwe, że nawet o niej nie wiedziała.
– Żadnych ciasteczek, póki nie założymy tej bariery – oświadczyła stanowczo Tilly.
Aniołak westchnęła z ulgą.
– Dobra, to na trzy, dwa… – Hestia zaczęła.
– Chwila, to znaczy, że jak powiesz jeden, to zaczynamy? – zapytała Kon. – Czy jak doliczysz do trzech, a teraz mówisz dwa, bo to takie Mickiewiczowskie, żeby jedynki nie było?
Kon była w końcu Krukonką, więc wiedziała to i owo o literaturze, o której inni nie wiedzieli nic. Możliwe też, że spędzała za dużo czasu z Lori. Teraz jednak patrzyła wyczekująco na Hestię.
– Na jeden rzucamy.
Kon pokiwała głową, koncentrując się na różdżce. Wszyscy byli skoncentrowani, więc kiedy padło “jeden”, zaklęcie nie mogło się nie udać. Odpowiednie słowa dobyły się z Krukońskich gardeł, ale… nic się nie zmieniło.
– Zadziałało? – zaryzykowała Morela.
Tilly kiwnęła głową. Diabli wiedzą, skąd wiedziała. To ta fizyka.
– To dobrze. – Morela z westchnieniem ulgi rozejrzała się po twarzach wszystkich zgromadzonych. – To co teraz?
– Ja bym tam jednak wypróbowała – powiedziała Aniołak.
– Trzeba by było wstać – odpowiedziała Mi, której najwyraźniej było dobrze tam, gdzie się znajdowała. Do tego wymamrotała pod nosem coś, co brzmiało jak “ciasteczka?”.
– No to ruszcie zady!
Krukoni zaczęli mamrotać coś o książkach, o wypracowaniach, o bibliotece… Ogólnie grupka zaczęła się kurczyć, aż pozostało tylko kilka osób.
– Może poczekamy do treningu? – zapytała Morela. – To już niedługo.
Aniołak pokręciła głową.
W końcu grupka ruszyła w stronę boiska.
– Właściwie jak będziemy wiedzieć, czy się udało? – zapytała Kon. – Mamy się zacząć bić?
– Wydaje mi się, że o to Aniołakowi chodziło – zauważyła Hestia.
– Ale coś nam się może stać, jeśli się zaczniemy bić jak jacyś Ślizgoni.
– Coś się nam na pewno stanie – zauważyła Tilly. – A raczej: stałoby się, bo bariera działa, nie?
Kon nie wyglądała na przekonaną.
– No dobra, możemy spróbować. – Wyciągnęła różdżkę, ale nie wymierzyła jej w nikogo, niepewna, kogo powinna atakować, żeby nie zranić jego uczuć.
Aniołak nie miała takich obiekcji. Rzuciła Drętwotą w Kon, ale zaklęcie nie dotarło do celu. Gdzieś po drodze najzwyczajniej w świecie wyparowało.
– Ale bajer! – krzyknęła.
Pozostałe Krukonki pokiwały poważnie głowami, po czym, całkiem o tej powadze zapomnianwszy, zaczęły rzucać w siebie najróżniejszymi zaklęciami. Oczywiście w celach naukowych. Musiały w końcu odkryć, jak blisko od celu promienie znikały i czy ta zasada utrzymywała się, kiedy cel był w ruchu. Z zewnątrz wyglądało to jednak, jakby po prostu oszalały.
– Udało się – zawyrokowała Tilly.
Aniołak schowała różdżkę i rozejrzała się po boisku. Wyglądało tak samo jak wcześniej, co – z nienanych przyczyn – ją zaniepokoiło.
– A te zaklęcia tak po prostu znikają? – upewniła się. – Bo Tilly tyle mówiła o tym, że nic w przyrodzie nie ginie, że… no, nie powinny znikać.
– Wysyłamy je na Alaskę.
– Aha. – Aniołak wzruszyła ramionami. – To dobrze.

Advertisements
Chapter 27 (Kicia, Soł, Etka, Zielon, Tilly, Hestia, Tilly, Mi, Morela, Aniołak, Kon)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s