Chapter 26 (Pe, Sylv, Dej, Len, Aniołak)

Pe pląsała wesoło po korytarzu. Już wcześniej zdarzało jej się pląsać, ale rzadko było to tak radosne pląsanie. Tym razem Pe aż promieniała radością, co i raz wykrzykując hasła zagrzewające do walki.
– Byłoby nam łatwiej – wymamrotała Sylv, która niosła parę kilo mąki – gdybyś nam pomogła.
Dej (niosąca cukier) wymamrotała pod nosem coś niecenzuralnego. Dodała też coś o Ślizgońskiej dumie.
– Ale ja niosę jajka! – zaoponowała Pe. – Któraś z was mogłaby je zbić!
Sylv i Dej wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Oczywiście, to właśnie one stanowiły największe zagrożenie dla produktów, które łatwo mogą ulec zniszczeniu.
– Może mogłybyśmy to przelewitować? – zaryzykowała Len, której powierzono odpowiedzialne zadanie niesienia masła, rodzynek i innych składników, które były potrzebne w mniejszej ilości niż mąka i cukier.
– Nieee! – zaoponowała Pe i przestała pląsać. Niesione przez nią jajka niewątpliwie zareagowałyby na to westchnieniem ulgi, gdyby tylko mogły wzdychać. Zamiast tego westchnąć musiały Sylv i Dej. – Nie możemy, mówiłam wam już, że ciasteczka nigdy nie wyjdą dobrze, jeśli nie będziemy ich piekły całkowicie po mugolsku!
– Ale lewitowanie składników nie liczy się jako pieczenie – przypomniała Dej.
– Ale ciasteczka, jak już się będą piekły, będą o tym wiedziały i dlatego się nie udadzą! Nie możemy pozwolić, żeby się dowiedziały, że nie były robione po mugolsku, a żeby na pewno się nie dowiedziały, musimy je zrobić po mugolsku. To ma sens, prawda, Sylv?
Sylv wstrzymała się od odpowiedzi. Pe, całkiem niezrażona całą sytuacją, zaczęła dalej pląsać w kierunku głównej siedziby tajnego klubu, który kilka rozdziałów temu założyła.
– Zawsze możemy ją udusić – zaproponowała Dej.
– Mmm – mruknęła Sylv z namysłem.
– Nie możemy – zaoponowała Len. – Jajka się zbiją.
Sylv zastanawiała się, gdzie są pozostali członkowie klubu. Bo byli jacyś pozostali, prawda? Byli. To jakim cudem udało im się uciec? I czemu się tym cudem nie podzielili z innymi?!
– Szyyybciej! – zawołała Pe, kręcąc się wokół własnej osi. – Nie mamy czasu, musimy je upiec przed Nocą Duchów, jeśli chcemy je sprzedać!
– Naprawdę będziemy je sprzedawać? – zdziwiła się Len.
– Nie niosę tego z przypływu altruizmu – odpowiedziała Dej, poprawiając ułożenie cukru w rękach. Nie było to łatwe, bo worek był wielkiści połowy Deja.
– I tak będziemy je po prostu rozdawać, zawsze tak jest – odpowiedziała Sylv, niezbyt zadowolona z tej perspektywy.
Wszystkie trzy westchnęły. Pe w tym czasie dotarła do sali, w której miało odbyć się pierwsze rytualne pieczenie ciasteczek przed Nocą Duchów. W pomieszczeniu siedziało już kilka osób, które Pe zmusiła do przyjścia. Sylv nadal nie miała pojęcia, czemu to nie oni zostali zaangażowani do niesienia składników. Najwyraźniej Pe powierzała tak odpowiedzialne misje wyłącznie ludziom, którym ufała. Co nie było zbyt pocieszające.
– Wszyscy na stanowiska!!! – zakrzyknęła Pe. – Raz, dwa, trzy, czas ucieka!
Pomruk, któy usłyszała w odpowiedzi, nie był specjalnie entuzjastyczny.
– Naprawdę musimy? – zapytała Aniołak. – Przecież przy sprzątaniu używałyśmy magii i wszystko było dobrze.
– Musimy! – Pe była nieustępliwa. – Nie macie pojęcia, co by się stało, gdybyśmy użyły magii, zwłaszcza teraz, kiedy już mamy wszystkie składniki, bo wiecie, zdobycie ich nie było takie łatwe, musiałam dotrzeć do kuchni, a już w dormitorium zatrzymała mine ptasia mafia i, wiecie, kazali mi obezwładnić smoka, który był w okolicy, bo tam jest torfowisko, więc tam może być smok torfowy, a torf brzmi trochę jak toffi, więc zgłodniałam, ale nie zjadłam smoka. Ani tej ptasiej mafii, bo wiecie, każdy z tych ptaków miał w skrzydle pistolet, więc były niebezpieczne, a do tego nie wyglądały zbyt apetycznie, wydaje mi się, że mogły mieć tę, no, ptasią dżumę.
– Grypę – podsunęła Sylv.
– Tak, właśnie, grypę! W każdym razie to mi zajęło znaczną część poranka, dlatego się spóźniłam, nie dlatego, że zaspałam, abosolutnie nie, nic z tych rzeczy. No i później trzeba było iść do kuchni, a w kuchni mnie już nie lubią, nie wiem dlaczego, ale skrzaty były stanowcze, kiedy mówiły, że nie chcą mnie już tam więcej widzieć, ale w sumie nie mogły mówić tak znowu bardzo serio, bo nie zmieniły sposobu wejścia do kuchni ani jej lokalizacji. Właściwie to kuchnia, więc chyba nie mogą zmienić jej umiejscowienia, ale wiecie, jakby chciały się mnie pozbyć, to by coś wymyśliły…! Słyszałam, że skrzaty są pod tym względem naprawdę zręczne, na przykład taki skrzat znajomej mojej mamy…
– Pe, do rzeczy – mruknął ktoś z tłumu.
– A, no tak! Więc udało mi się je przekonać, że muszą dać mi te składniki, bo przyślę im ptasią mafię i tego smoka torfowego, co mi znów przypomniało o tym, że chcę toffi, więc jak już dostałyśmy te składniki… bo dziewczyny czekały przed wejściem do kuchni, mówiłam już?… w każdym razie jak już je dostałyśmy, to znaczy składniki, nie dziewczyny, to potem powiedziałam jeszcze, że chcę toffi, i skrzaty tak dziwnie na mnie popatrzyły, nie wiem dlaczego, w sumie nie powinny przerywać gotowania i tak na siebie patrzeć, jeszcze coś im mogło wykipieć…
Z jednego z kątów dobiegło chrapanie. Przy stole w najlepsze trwała partyjka jakiejś gry w karty. Praktycznie nikt nie słuchał monologu Pe. Aniołak, jedyna wytrwała, poklepała ją po plecach.
– Dobrze, że wam się udało, nawet mimo tego torfinowego smoka.
– Torfowego – poprawiła Pe. – Ale to mi przypomniałam o Torfinnie, o, mogę wam to opowiedzieć, jak już zaczniemy mieszać ciasto…!
– NIE – odpowiedział jej chór głosów.
Pe posmutniała.
– Ale dlaczego, przecież…
Niestety, Dej zrobiła to, o czym wielu myślało już wcześniej, i zakneblowała Pe własną ręką.
– To co robimy? – zapytała Aniołak, wyciągając różdżkę.
– Chyba pieczemy – odpowiedziała Len. Sylv wzruszyła ramionami. Była niewyspana i niepocieszona, bo nie załapała się na toffi, a do tego musiała wysłuchać długiej opowieści o jakimś mugolu, który uśmiechał się do Pe, ale był niekompletnie ubrany, o czym Pe nie wiedziała, kiedy sama się do niego uśmiechała.
Pe zaczęła machać rozpaczliwie rękoma, jakby liczyła, że to powstrzyma cały klub przed wyciągnięciem różdżek.
Nie powstrzymało. Kilka chwil później jajka same wbijały się do dużych mis, masło rozpuszczało, cukier mieszał z mąką. Wydawało się, że nic złego nie może się stać i ciasteczka wyjdą idealnie.
– Błogosławiona cisza – Dej wymruczała do Sylf, która pilnowała jajek. Dej nie robiła niczego. Ta rola przypadła jej do gustu.
– Nie utrzyma sie długo – odpowiedziała Sylv, ale jej wzrok był skierowany na urządzenie zastępujące piekarnik. Nie podobało jej się, jak to coś było skonstruowane. Nie miała pojęcia, skąd się tu wzięło, ale wolała nie zadawać zbyt wielu pytań.
– Jak ciasteczka? – Dej zerknęła do jednej z mis i nabrała na palec trochę masy. Zjadła ją i się skrzywiła. – Czemu nie możemy robić normalnego ciasta?
– Jakiś celtycki przesąd. Nie wiem, nie słuchałam zbyt uważnie.
Pe zaczęła machać ręką na znak, że chce coś powiedzieć, ale została zignorowana.
– Ile ich wyjdzie? – zapytała Dej.
– Za dużo, żebyśmy miały jeść same. Parę setek? Nie wyobrażam sobie wycinania ich bez pomocy magii.
Dej jeszcze raz włożyła rękę do misy.
– Czyli mamy za dużo tej masy? – upewniła się.
Sylv pokiwała głową, znów zerkając w stronę urządzenia-zastępującego-piekarnik. Dlaczego, na Merlina, to podskakiwało?
Dej tymczasem uśmiechnęła się, wskoczyła na stół i krzyknęła:
– BITWA NA JEDZENIEEE!
Po czym rzuciła ulepioną z ciasta kulą w Aniołaka.
Aniołak, co oczywiste, puściła Pe, bo nie można jednocześnie kogoś trzymać i się skutecznie bronić.
Obrona wymagała uformowania własnej kuli z ciasta, która nie trafiła w Deja, tylko w plecy Sylv, która dalej obserwowała niby-piekarnik z mieszaniną nieufności i fascynacji wymalowaną na twarzy. Cios ciastem jednak sprawił, że zainteresowała się tym, co działo się obok niej.
A działo się dużo; bitwa na kulki z ciasta trwała w najlepsze, a pociski latały na wszystkie strony, częściej lądując na ziemi lub ścianach niż na czyimś ubraniu, co sprawiało, że każdy starał się nie tylko rzucić jak najwięcej kul, lecz także poprawić celność.
– Co wy najlepszego robicie? Marnujecie nasze ciasteczka i… – zaczęła Pe.
Potem jednak sama oberwała dwiema kulkami, więc uznała za stosowne się zrewanżować. Sylv ograniczyła swój udział w bitwie do rzucania kul, które rozmaśliły się w okolicy miejsca, w którym stała. Nadal przyglądała się piekarnikowi. Przez myśl przeszło jej, że skrzaty nie pozwoliłyby zabrać z kuchni tak ważnego przedmiotu. Co oznacza, że ktoś go musiał transmutować. Z rosnącymi obawami próbowała sobie przypomnieć, jak Pe radziła sobie z transmutacją.
O matko kochana. Pe i transmutacja.
Kule z ciasta zaczęły powoli się kończyć, więc ktoś porwał kilka ciasteczek, które właśnie stygły.
– Nieeeeee! – zawołała Pe i rzuciła się w pogoń za ciasteczkami, które upadły gdzieś obok nóg Aniołaka. – Tylko nie te z lukrem!
Na krzyczenie było jednak za późno. Już po chwili lukier spływał z czoła Pe.
Pe zgarnęła część i spróbowała. Wolałaby, żeby był na ciasteczkach, ale w takiej postaci też był jadalny.
Dej – oblepiona ciastem i lukrem od stóp do głów – szukała innych produktów spożywczych, które mogą przydać się w walce. Pozostali robili to samo, ale z mniejszym zapałem.
Niby-piekarnik nie tylko podskakiwał, lecz także obracał się wokół własnej osi.
– Ej, coś jest nie tak – powiedziała Sylv, która nie mogła już znieść tego napięcia.
Nikt jej jednak nie słuchał. Tyle mąki było do rozrzucenia!
Z piekarnika zaczął wydobrywać się dym. Sylv poczuła, że wymyka jej się to wszystko spod kontroli. A potem oberwała surowym jajkiem w ramię.
– Ej! – krzyknęła. – My tu wszyscy zaraz zginiemy, a wy…
Nikt nie odpowiedział. W powietrzu latały już nie tylko gotowe wypieki, które Pe starała się na bieżąco zbierać i odkładać w bezpieczne miejsce lub zjadać, lecz także półprodukty i same składniki. Szczególnie groźne okazały się rodzynki, które miały tendencję do wplątywania się we włosy lub wpadania za dekolt, co świetnie dezorientowało przeciwnika.
– Cholera, Aniołak, mam mąkę w rajstopach! – wykrzyknęła Dej, która, jako inicjator walk, chyba oberwała najmocniej.
Aniołak popatrzyła na nią, jakby chciała zapytać, czemu właściwie miałoby ją to obchodzić, ale nie powiedziała nic na głos. Możliwe, że trochę bała się wkurzonego Deja.
– Stop, mam we włosach porządnie wymieszane ciasto. Z rodzynkami – poskarżyła się Len.
– Ej, piekarnik… – zaczęła znów Sylv, ale Pe jej przerwała:
– Nieee, moje ciasteczka, jak mogłyście, przecież tak się starałyśmy, miałyśmy je sprzedawać, a wnajpierw je upiec i w ogóle, a teraz… a teraz nie możemy!
– Nie płacz, Pe – powiedziała Len. – Upieczemy nowe.
– Nie możemy, nie mamy już składników, a jak znowu pójdę do kuchni, to skrzaty się zdenerwują, a ja nie chcę, żeby ktoś był przeze mnie zdenerwowany, to takie niemiłe, no i skrzaty też były dla mnie niemiłe ostatnio, a zależy mi, żeby były miłe, bo wtedy będą mnie karmić. Przecież życie straci sens, jeśli nie będzie można chodzić do kuchni między posiłkami, co ja mam w tym czasie robić i skąd brać jedzenie, bo przecież nie da się wszystkiego upiec samodzienie, czy nawet ugotować, ale te ciasteczka były ważne, nparawdę, to znaczy każde ciasteczka są ważne, w końcu są ciasteczkami, a ciasteczek nie można dyskryminować, ale te były bardzo ważne i…
Niby-piekarnik dalej podskakiwał, wirował i wypuszczał kłęby dymu.
– To chyba dobry moment, żeby zapytać, skąd to się tu wzięło – powiedziała Sylv, patrząc poważnie na Pe, która próbowała wyjadać rodzynki z włosów Len.
Ale ponownie została zignorowana. Bowiem w momencie, gdy Pe otworzyła usta, wszyscy zamknęli uszy.
– Wszyscy kryć się! – krzyknęła Sylv.
Niby-piekarnik jednak nie eksplodował tak od razu, najwyraźniej napawał się napięciem, jakie wcześniej zbudował
Nikt się też nie ukrył, więc gdy piekarnik w końcu wybuchnął, miało to piorunujące skutki.
Całe pomieszczenie wypełnił czarny dym, a także duża ilość ciasta – nie wiedzieć czemu surowego.
– Pe, co to było? – zapytała Sylv, przedzierając się do okien. Świeże powietrze było ważniejsze niż zmysł wzroku, dlatego wycieraniem oczu z ciasta zajęła się dopiero później.
– Kominek.
– C-co?! Jak to kominek?
Pe nie odpowiedziała.
Sylv starła z twarzy całe ciasto, które na niej wylądowało. Dalej stała przy oknie i czekała na odpowiedź Pe. Teraz, kiedy wybuchło, co miało wybuchnąć, mogła czekać cierpliwie.
– No zaczarowałam kominek, przecież on i tak jest już ciepły, nie?
– Nie mogłaś nam o tym powiedzieć wcześniej? – zapytała Len.
Dej wyglądała, jakby tylko myśl o tym, że później musiałaby odskrobywać z różdżki zaschnięte ciasto, powstrzymywała ją przed ukrzywdzeniem Pe przy pomocy magii. Ale nikt nie mówił nic o krzywdzeniu bez użycia magii.
– BITWA BEZ JEDZENIA! – krzyknęła i rzuciła się w kierunku Pe.

Advertisements
Chapter 26 (Pe, Sylv, Dej, Len, Aniołak)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s