Chapter 25 (Cam, Tibby, Holly, Amelia, Marta)

Salon Gryfonów odwiedzaliśmy już wielokrotnie. Nigdy jednak nie w takich smutnych okolicznościach.
Jak to? Gryfoni się smucą. Ano się smucą. Smucą się, bo samo serce Gryffindoru jest smutne. Tak, panie i panowie. Syriusz Black jest smutny!
Nie mdlejcie jednak, drogie panie. Myślę, że wkrótce zostanie pocieszony. Wszak pocieszycielek jest cała kolejka.
Pocieszcielki krążyły wokół niego, gdy tylko mogły. Okazywały troskę, starały się pocieszyć i wesprzeć, ale jednocześnie robiły wszystko, by udowodnić, że tak, można próbować kogoś zabić uprzejmością i dobrocią. Syriusz póki co jednak był żywy, ale dość nieobecny. Mechanicznie dziękował za wszystkie oferowane mu czekoladowe żaby czy ciasteczka, półsłówkami odpowiadał na większość wyrazów współczucia. Można by pomyśleć, że układał już przemówienie na pogrzeb Lemoty, chociaż doskonale wiedział, że Krukonka jest mniej-więcej cała i zdrowa. To oznaczało tylko jedno: Black planował przeprowadzić śledztwo i znaleźć winnego. Jego pocieszycielki zdawały się w ogóle ignorować taką ewentualność, rozczulone tym, jak bardzo przeżywa to, co stało się na meczu. I, rzecz jasna, nieco zazdrosne, że to nie o nie Syriusz się tak martwi; choć trzeba przyznać, niewiele z nich chciałabo zająć miejsce Lemoty w skrzydle szpitalnym.
– Weź się zbierz do kupy, gamoniu! – Holl krzyknęła mu wprost do ucha, bezceremonialnie pakując mu się na głowę. Dość dosłownie. Usiadła bowiem na oparciu jego fotela, niepowstrzymując się przy tym od kopnięcia go w lewy policzek.
Amelia, która akurat chciała podarować Syriuszowi czekoladową żabę, skrzywiła się na ten widok. Nie miała pojęcia, jak Holly mogła go tak traktować. Przecież on CIERPIAŁ. Była przekonana, że jego duszą targały wichry niepewności, obaw, troski przeszywającej go do cna jego istoty… no, może nie tak głęboko. W końcu miała nadzieję, że po którejś czekoladowej żabie Black się uśmiechnie, chwyci ją w ramiona i odlecą na miotle w zachodzące słońce. Póki co – sześć czekoladowych żab po tym, jak pierwszy raz o tym pomyślała – nic takiego się nie stało.
Syriusz tymczasem mruknął coś pod nosem w kierunku Holly.
– Co mówisz, frajerze? Sam się wypchaj. Sianem i żabimi wnętrznościami.
– Mówię, żebyś stąd zlazła – warknął Syriusz, choć dało się słyszeć, że nie włożył całego serca w wypowiedzenie tych słów.
Serce Amelii tymczasem pękało. Dostrzegała jego cierpienie w kącikach oczu, pobrzmiewało w tym warknięciu i w ogóle była przekonana, że Black potrzebuje porządnego przytulenia. Najlepiej od niej. Na pewno jednak nie potrzebował Holly.
– Ani mi się śni – powiedziała Holly, wyszczerzając do niego wszystkie swoje zeby. – Zmuś mnie.
Syriusz westchnął, co było w jego przypadku niespotykaną reakcją. Gdyby był w pełni sobą, na pewno spróbowałby zrzucić Holly z fotela, po czym oboje zaczęliby demolować pokój wspólny. Teraz jednak tak się nie stało.
Amelia była gotowa w każdej chwili wkroczyć i – jeśli będzie trzeba – zwrócić Holly uwagę, że nie pomaga ona wygrzebać sie Blackowi z psychicznego dołka, w którym się znalazł, ale nie zdążyła. Na scenie pojawiło się więcej osób, które najwyraźniej miały podobny zamiar.
– Powinnaś dać mu spokój – rzuciła Cam do Holly, rzucając jej potępiające spojrzenie. – Przeżył duży stres, musi dojść do siebie.
A potem zerknęła na Syriusza, jakby oczekiwała, że uśmiechnie się z wdzięcznością.
Syriusz nie uśmiechał się.
– Jasne. Duży stres! Nawet nie poszedł jej zobaczyć!
– W skrzydle już jest za duży tłok, nie sądzę, żeby to było dobre dla Lemoty – odpowiedziała Cam. – Syriusz zachował się właściwie.
Amelia poczuła, że grunt usuwa jej się spod stóp. To ona powinna bronić Syriusza!
– Jasne, tłok, lepsze dla niej – Holly się nie poddawała. – Stchórzył i tyle. Frajer. Ruszyłbyś tyłek! – to mówiąc, kopnęła go jeszcze raz.
– Jest w szoku – upierała się Cam. – Widziałam już ludzi w szoku – dodała, żeby zwiększyć swoją wiarygodność.
Amelia przysunęła się bliżej nich, jakby w nadziei, ze też stanie się stroną w tej rozmowie. Czekoladową żabę schowała. Wolała nie ujawiniać swojego planu.
Holly uśmiechnęła się bardzo ale to bardzo złośliwie.
– Baby cię bronią?
Syriusz znów coś wymamrotał, prawdopodobnie “Spadaj” albo coś równie jasnego w przekazie.
Amelia postanowiła zaryzykować. W końcu jeśli nie teraz, to kiedy?
– Myślę, że w takiej sytuacji potrzebuje dużo cukru – oświadczyła, po czym zwróciła się do Blacka: – Proszę, przyniosłam ci czekoladową żabę. – Uśmiechnęła się promiennie.
Ale i ona została zignorowana.
Amelii zrobiło sie bardzo przykro. Tak bardzo, że sama zjadła tę czekoladową żabę, a potem poczuła wyrzuty sumienia. Miała zamiar ograniczyć słodycze przed balem.
– Trzeba zostawić go w spokoju, dopóki sam nie będzie chciał rozmawiać – oświadczyła Cam.
– Uważaj, bo ona ci to wybaczy – powiedziała Holly i zsunęła się z fotela, prosto na Blacka. Ten, chcąc nie chcąc, musiał się w końcu ruszyć, inaczej zostałby przez nią zgnieciony.
Syriusz faktycznie się ruszył. Wstał nawet. Na tym jednak się skończyło, bo najwyraźniej nie był pewny, co zrobić dalej.
W tym momencie na scenę wkroczyła druga z Matek Gryffindoru; owszem, trochę dziwnie czuła się teraz w towarzystwie Jamesa, ale teraz, kiedy nie było go w pobliżu, nie miała zamiaru stracić okazji pomatkowania komuś. Najwyraźniej Cam nie wystarczała w tym przypadku.
– Dlaczego tak się nad tym biedakiem znęcacie? – zapytała wszystkie zgromadzone wokół Blacka Gryfonki.
– Bo spierdolił dokumentnie – odpowiedziała jej Holly. Cam posłala jej bardzo groźne spojrzenie.
– Spójrzcie na niego! – Tibby wskazała Blacka palcem, jakby mogła istnieć jakaś wątpliwość, kogo ma na myśli. – Pastwicie się nad nim jak stado sępów. Zrobił, co zrobił… czy raczej nie zrobił, czego nie zrobił, ale to nie nasza sprawa, widać, że nie jest w formie, powinnyście dać mu chwilę odpocząć, a nie tak… dusić i tłamsić tymi czekoladowymi żabami, dobrymi radami i ogólną serdecznością.
– Jego to trzeba by kopnąć w tyłek, a nie…
– Nikt nie będzie nikogo kopał w tyłek, póki ja tu jestem, jasne?
A trzeba dodać, że kiedy Tibby chciała, mogła wyglądać całkiem groźnie.
Holly przybrała minę pięciolatka, któremu zabrano torbę pełną cukierków.
Amelia również wyglądała, jakby wzięła sobie do serca słowa Tibby.
Cam natomiast pokiwała głową.
– To samo im mówiłam. Nic nie wiedzą o ludziach w szoku.
– Ty nie jesteś lepsza. Zamiast go gdzieś odeskortować, zostawiłaś go po środku tego morza piranii.
Cam wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć, że podejrzewała go o stawianie oporu i nie miała zamiaru ryzykować życia. A może o stawianie oporu podejrzewała Holly i Amelię, a także inne pocieszycielki, które mogła napotkać po drodze?
– Skoro już to jesteś, to możesz mi w tym pomóc – mruknęła w końcu.
Tibby… zakasała rękawy. Dosłownie. Widocznie wszyscy mieli dziś coś do biednych, niekochnych frazeologizmów.
Black nie stawiał oporu. Holly i Amelia także. Całą sytuacją zainteresowała się jednak Marta, która dość radośnie krzyknęła na pół pokoju wspólnego:
– Dwie na jednego? No ładnie, i jeszcze nie marnujecie czasu, jego dziewczyna ledwo trafiła do skrzydła!
Wszystkie damskie głowy w promieniu kilkunastu metrów odwróciły się w ich kierunku. Nie marnujecie czasu. Ta fraza… To był zły moment na wygłoszenie czegoś takiego, wierzcie mi.
To, co następiło, przechodziło ludzkie pojęcie.
Większość Gryfonek poderwała się z miejsc i jak prawdziwe lwice okrążające swoją zdobycz, zaczęły przemieszczać się w kierunku Tibby i Cam. Najwyraźniej autorytet Matek Gryffindoru legł właśnie w gruzach, bo przekroczyły granicę, której przekraczać nie powinny – jak śmiały wpaść na pomysł, na który nie wpadł nikt inny? Jak mogły zaoferować, że zrobią coś takiego dla Syriusza? A co jeśli naprawdę pod całym tym płaszczykiem dobroci kryła się jakaś seksualna żądza? Nie można pozwolić, żeby tak biednego Syriusza wykorzystały!
Tłum Gryfonek przypominał głodny krwi tłum eciakowych zombie.
Cam i Tibby niewątpliwie pobladłyby, gdyby nie były dzielnymi Gryfonkami. Gryfoni nie bledną z byle powodu. Prawdopodobnie istnieje jakiś Kodeks Gryfona, w którym jest napisane, że Gryfon można blednąć wyłącznie z powodu dużej utraty krwi. Może nawet podano, jaka utrata krwi uważana jest za dużą.
W każdym razie Cam dzielnie stawiła czoła tłumowi:
– Co wy wyprawiacie? Przecież on się ledwo trzyma na nogach. – Było to oczywistym kłamstwem, bo Syriusz światnie trzymał się na nogach; po prostu nie był niczym zainteresowany. – Musimy odstawić go do dormitorium!
Ale tłum odpowiedział jej:
– SYYYYYYYYYYYYYYRIUSZ.
I to powiedziawszy, wciąż przesuwał się w ich kierunku.
– Chyba nie da się przemówić do ich rozsądku – zaryzykowała Tibby. Po czym szepnęła do Cam. – Wiesz, chyba włączył im się tryb psychofanienia. Mogą być niebezpieczne.
– Niebezpieczne? – zdziwiła się Cam. – Przecież znamy je wszystkie, a one znają nas, nie zrobią nicze…
Niestety, nie dokończyła zdania, bo nadlatująca od stronu tłumu poduszka uderzyła ją w czoło. Ktokolwiek projektował pokoje wspólne, nie przypuszczał, że poduszki mogą być użyte jako broń, w przeciwnym razie nie naszywałby na nie tych idiotycznych ozdobnych guzków z metalu.
– Co proponujesz? – Cam momentalnie zmieniła zdanie.
– Nie możemy uciec – oznajmiła od razu Tibby, ale z jej głosu można było wywnioskować, że próbowała przekonać zarówno Cam, jak i samą siebie. – Powinnyśmy zrobić to, co wydaje nam się słuszne. I musimy być przy tym odważne.
– To nie jest żaden plan – wymamrotała Cam, na wszelki wypadek sprawdzając, czy miała ze sobą różdżkę.
– Strzelamy na lewo, przedzieramy się do portretu, a potem się zobaczy.
– Zebieramy go ze sobą? – Cam zerknęła na Syriusza. Nie była pewna, czy zostawienie go samego z tym tłumem skończy się dobrze.
– Chyba tak. Chociaż… Nie, zabieramy go. Jesteśmy Gryfonkami, do diaska!
Cam chciała westchnąć, ale się powstrzymała. To nie było zbyt Gryfońskie – wzdychać w obliczu niebezpieczeństwa. Nie, w obliczu niebezpieczeństwa Gryfoni uśmiechali się o wyciągali różdżki. Cam ograniczyła się tylko do tego drugiego.
– Dobra, do dzieła.
Walka rozpoczęła się.
Setki rąk wyciągnęły się w ich kierunku. Tibby czuła je wszędzie – na swojej szacie, włosach, ktoś nawet wpakował jej palucha w oko. Dobrze, że w tym stanie tłum nie używał różdżek. Ręce dało się jeszcze jakoś odeprzeć.
Cam też była atakowana; ba, mało tego, tłum robił wszystko, żeby wyszarpnąć jej Syriusza. Przez chwilę zastanawiała się, czy ucieczka jest warta siniaków, jakich Black niewątpliwie nabawi się w wyniku tej szarpaniny, ale potem przypomniała sobie słowa Tibby. Były Gryfonkami, a Gryfonki nie porzucały swoich na pastwę tłumów.
Jednak na każdą fankę, którą poraziły drętwotą przybywało pięć nowych. Gorzej niż z głowami hydry. Sytuacja wydawała się być beznadziejną.
Co gorsza, nie nadchodził żaden książę na białym koniu. Zamiast tego nadeszła Marta. Nie miała białego konia, ale miała różdżkę i posługiwała się nią równie dobrze, co pięścią. Cam aż się wzdrygnęła, jak zobaczyła, że jedna z młodszych Gryfonek obrywa w potylicę.
– Na co czekacie, uciekajcie – warknęła Marta, starają się pomóc w odpieraniu ataku. Być może po części czuła się winna całej tej sytuacji.
Nie trzeba było im dwa razy powtarzać – pobiegły najszybciej jak mogły, wszak musiały ze sobą targać Syriusza, który wcale taki leciutki nie był (mięśnie ważą).
Odpieranie ataku we trzy osoby było łatwiejsze niż w dwie, ale nie oznacza to, że cała akcja ewakuacyjna przebiegła bez przeszkód. Zaklęcia latały na wszystkie strony, możliwe nawet, że jakiś przypadkowy fotel się zapalił (mógł to jednak być samozapłon, niewątpliwie tej wersji zdarzeń będą się później trzymać wszystkie strony). Cam, Tibby, Marta i Syriusz zbliżali się do portretu powoli, ale wydawało się, że uda im się uciec.
Nagle wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Holly, którą strasznie bawiło całe to zamieszanie, krzyknęła:
– Uciekną wam, bezmózgi!
Tłum zrozumiał i rzucił się na nich z podwójną zażartością.
Od portretu nadal dzieliła ich pewna odległość, a teraz tłum zdawał się robić wszystko, by nie tylko ich złapać, lecz także zagrodzić im drogę.
– Ludzie, ogarnijcie się! – krzyknęła Cam, ale tłum się nie ogarnął. Może miała nadzieję, że Holly odkryła tajemnicę manipulacji dużymi grupami ludzi i tajemnicą tą było krzyczenie na nich. Nic z tego.
– Syriuszsyriuszsyriusz – to jedyna odpowiedź jaką uzyskała.
– To jest totalnie przerażające – rzuciła Tibby.
– No co ty nie powiesz – mruknęła Marta, łamiąc czyjś nos.
Przeprawa do portretu była trudniejsza, ale nie niemożliwa.
Tibby w końcu dotknęła portretu. Ulga, jaką poczuła, niemal sprawiła, że na moment zapomniała, w jakiej sytuacji się znajdują. Gdy jednak spróbowała otworzyć przejście…
Zablokowało się.
– Nie działa! – poinformowała pozostałych, a w jej głosie słychać było wyraźną panikę. – Zginiemy!
– Nie mogło się zablokować, nie teraz – jęknęła Cam.
Marta milczała, bo coraz więcej rąk próbowało usunąć ją z drogi i była zbyt zajęta odpychaniem ich. Było jednak jasne, że jeśli jedyna droga ucieczki jest zablokowana, to przyjdzie im zginąć tutaj, pod nogami rozszalałego tłumu. I to w obronie Syriusza Blacka. Cóż za niewdzięczny rodzaj śmierci.
– Musimy go poświęcić – powiedziała Cam. – Przykro mi, Tibby. Gryfoni Gryfonami, ale ja za niego umierać nie chcę.
Tibby pokiwała głową, cały nadmiar Gryfoństwa najwyraźniej uleciał z niej w obliczu takiej perspektywy. Gdy tylko Cam wypuściła ramię Syriusza, obie z Martą popchnęły go w stronę tłumu.
Po paru sekundach Syriusz zniknął wśród łapczywie wyciągniętych do niego rąk.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s